Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Agata Zborowska

Sukienka ze szczerych chęci

Zdjęcie z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 1444/1972)
Sukienka ze szczerych chęci
Sukienka ze szczerych chęci

Powiedzmy to wprost – „Przekrój” żurnalem nigdy nie był, choć nawet dzisiejszej młodzieży kojarzy się z modą. W tłustych latach tygodnika, czyli w drugiej połowie lat 50., rubryka jej poświęcona urosła do dwóch stron, ale zaczynała w sposób dosłownie marginalny. Szybko jednak okazało się, że jej wpływ jest odwrotnie proporcjonalny do objętości tekstu. 

Choć dzisiaj dział mody „Przekroju” przypisuje się najczęściej Barbarze Hoff, dziennikarce i projektantce marki Hoffland, to wymyśliła go i długo w pojedynkę prowadziła Janina Ipohorska. Na pierwszą przewodniczkę po meandrach mody wybrała mecenasową Rylską, która w ówczesnym klimacie politycznym była przekornym, choć w dużym stopniu udanym wyborem. Wraz ze swoim mężem łączyła dwa światy, ten przed- i powojenny. Tym samym łączyła również doświadczenia Polek marzących jeszcze o przedwojennym luksusie (który małżeństwo uosabiało aż za dobrze), choć zmuszonych radzić sobie z powojennym niedoborem. 

Fragment rozkładówki modowej w „Przekroju”  (nr 153/1948)
Fragment rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 153/1948)

To nie był przemyślany plan. W pierwszych wydaniach czasopisma mody nie ma, pojawia się na chwilę w lipcowym numerze z 1945 r., by znowu zniknąć na dwa miesiące. Coś jednak musiało zaskoczyć, skoro pierwsza po drugiej wojnie światowej rubryka poświęcona temu, jak wyglądać (czy nawet szerzej – jak być), pozostanie tam już na dobre. 

„Kobieta powinna być ładna. Nie powinna poświęcać temu połowy życia, ale mniej więcej 1 10-tą. Tyle, ile normalni mężczyźni poświęcają bridge’owi. »Przekrój« boli serce na myśl, że któraś z jego czytelniczek mogłaby sobie uszyć nietwarzową suknię. Dlatego w »Przekroju« będzie teraz moda. A więc nasza zasada: skromnie i estetycznie!”

Na tle ówczesnych periodyków dla kobiet – „Przyjaciółki” oraz „Mody i Życia Praktycznego” – ten język musiał przyciągać uwagę. Odpowiednio zdystansowany, by uniknąć podejrzenia, że zajmuje się tak błahymi sprawami jak ciuchy, wystarczająco zaangażowany, by stać się nowym przewodnikiem po ówczesnej modzie. Pytanie jednak, czy o takiej w ogóle można było wtedy mówić. 

Nieosiągalne 10 metrów 

Krótką historię mody powojennej zrekonstruowała w 1946 r. Grażyna Woysznis-Terlikowska na łamach „Stolicy”. Minęła już pionierska moda „szabrowniczo-darowana” składająca się z wynalezionego w gruzach kawałka koca lub kołdry, które kolejno przeszywano na spódniczkę lub nową kurtkę, oraz koszulki podarowanej przez kuzynkę z Krakowa, a jeszcze lepiej przez znajomą z Ziem Odzyskanych. Kolejnym etapem była moda UNRRA, która dzięki zagranicznym paczkom na chwilę ubrała Polki w mundurki. Wygląd zewnętrzny mimo ciężkich warunków zmieniał się w wartkim tempie – płócienne i ceratowe torby zastąpiły skórzane konduktorki. Chociaż najtrudniej zawsze było z butami, to drewniaki szybko nabrały stylu, zamszowe i skórzane obcasy wpadały już nie tylko w ucho, lecz rzucały się też w oczy. W kolejnych latach krążenie odzieży napędzały przede wszystkim powojenne bazary, które nie były zwykłym magazynem ubrań, ale – uwaga – „kuźnią mody!”, jak pisał Leopold Tyrmand. To samo można powiedzieć o „Przekroju”, który pod koniec lat 50. XX w. mógł być wyrocznią mody dla – uwaga! – lekko licząc miliona czytelniczek. Władza musiała niepokoić się faktem, że ten wydawany w nakładzie niespełna 0,5 mln egzemplarzy magazyn, przechodząc z rąk do rąk, dociera do całej Polski.

Zdjęcie z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 270/1950)
Zdjęcie z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 270/1950)

Powiedzieć, że lata powojenne to trudny moment dla rodzimej mody, to nie powiedzieć nic. I nie chodzi nawet o pogodzenie polskich warunków z trendami z paryskich pokazów, ale z jakimikolwiek trendami. Pytanie nie brzmiało, skąd wziąć co najmniej 10 m tkaniny potrzebnych na samą spódnicę, która tworzy tzw. New Look wymyślony przez Christiana Diora w 1947 r. i – mimo krytyki – lawinowo opanowujący powojenną wyobraźnię. „Odkąd zniknęły jak sen jaki złoty… Na nagłe zaćmienie nóg damskich w tragicznym sezonie 1947/48” – komentowano w „Przekroju” tragiczne wydłużenie sukni. Pytanie brzmiało, jak chociaż minimalnie zbliżyć się do nowej sylwetki i z różnych kawałków materiałów stworzyć coś, co pozwoli uniknąć zadyszki w pogoni za i tak nieosiągalną modą. 

Szlafrok z tureckich chusteczek 

„Przekrój” od samego początku działał dwutorowo. Zagraniczne żurnale przywożone z podróży przez Mariana Eilego, pierwszego redaktora naczelnego, i Janinę Ipohorską pozwalały tworzyć kolaże fantazji (nikt nie dbał wtedy o prawa do przedruku). Następnie podobnie kolażową metodą trzeba było stworzyć rzeczywistość. Różnica między obrazami zachodnich trendów a „produktem krajowym” cerowana była zazwyczaj humorem. Szwy się nieraz rozchodziły, o czym świadczy zorganizowany przez dział mody konkurs, który miał udowadniać kobietom i mężczyznom, że elegancja to dobry smak, prostota i pomysłowość, a nie luksusowe materiały i wyszukane fasony. Czytelników zaproszono do nadsyłania swoich fotografii w ubiorach uszytych w domu z przydziałowych materiałów. Odtąd w każdym numerze umieszczano nagrodzoną kreację, której autorka otrzymywała niebagatelne tysiąc złotych na nie aż tak drobne wydatki. I tak obok zdjęć modelki w cekinowej sukni balowej na łamach pojawia się „szlafrok własnoręcznie wyczarowany z chusteczek tureckich”, a sukience z kwiecistego jedwabiu towarzyszy zdjęcie czytelniczki w kostiumie z garnituru męża. 
Ironiczne komentarze, które za żelazną kurtyną można było czytać w kluczu ideologicznym, z dzisiejszej perspektywy wydają się uczyć przede wszystkim dystansu do mody. „Nie suknia zdobi człowieka. Tym bardziej suknia niemodna” – brzmiał jeden z aforyzmów roztrzepanej Lucynki i rozsądnej Paulinki. Ten sympatyczny duet, który zastępuje w 1949 r. mecenasową Rylską, z satyrycznym przytupem wprowadza czytelniczki w trudny pod względem politycznym, ale dla nich przede wszystkim ekonomiczno-społecznym okres. 

Zdjęcie z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 477/1952)
Zdjęcie z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 477/1952)

Problemy z zaopatrzeniem były, rzecz jasna, stałym tematem rubryki poświęconej modzie. Z jednej strony redaktorki promowały „produkt krajowy”: „Nareszcie! Bo dotychczas myślałam, że jeśli kupię coś w pedecie, to z pewnością będzie niemodne!” – cieszyła się Lucynka. Z drugiej strony Barbara Hoff apelowała do producentów o nowe wzory: „Takich butów, jak na zdjęciu, nie ma” – podpisywała fotografię klasycznych męskich pantofli. Czytelniczki wywoływane do wypowiedzi w ankietach potwierdzały te spostrzeżenia: nie chcemy nosić „pęt”, „kopyt”, „potworów” i „kajdan”, chcemy czółenka! Celność w wychwytywaniu społecznych bolączek i oczekiwań wielokrotnie potwierdzały nadchodzące do redakcji listy. W 1948 r. jeden z czytelników „Przekroju” pisał: „Wasza reforma ubraniowa może spowodować duże zmiany w psychicznej strukturze społeczeństwa, zmiany bardzo pożądane”. 

Domowa hodowla sukien

Pod wieloma względami modę w „Przekroju” czyta się dzisiaj nie tylko jako rubrykę poświęconą technikom samodzielnego wykonania kretonowej spódniczki, lecz także jako ciekawą refleksję poświęconą mechanizmom mody w ogóle. „Ubieraj się zawsze ściśle podług mody, a powiedzą, że masz swój własny styl…” (z rozmów Paulinki z Lucynką). Strategia działu opiera się na mocnych zestawieniach – przedrukach sukien wieczorowych, ale też wygodnych kompletów sportowych z towarzyszącym im instruktażem „jak korzystać z żurnala”. „Moda żurnalowa tak się ma do mody praktycznej, jak podręcznik gramatyki do mówionego języka. Podręcznik jest konieczny, choć nikt dokładnie według niego się nie wyraża” – tłumaczy praktyczna Paulinka. „Przekrój” obok sukienek modnych zamieszcza sukienki „życiowe” – wystarczy wybrać jedną z nich i „odrobić” – ciągnie. „A rzeczywiście! Widzę, że jest tu jeden model dla mnie idealny. Zmienię tylko kołnierzyk, zapięcie, rękawy i krój spódniczki” – podsumowuje Lucynka. 

Zdjęcia z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 896/1962)
Zdjęcia z rozkładówki modowej w „Przekroju” (nr 896/1962)

Jak radziła rubryka, najlepiej poczekać na typ sukienki odpowiedni do własnej figury i upodobań, choć znacznie częściej czekało się przede wszystkim na taki, który pasuje do posiadanej już garderoby. Nie o dopasowanie kolorów i fasonów jednak chodziło, ale o odpowiedni materiał, który można wykorzystać ponownie. Te liczne zabiegi redaktorki komentowały ironicznie: „minimum pomysłowości, maximum efektu: z ½ pomysłowości trzeba wykroić szeroką plisę i przyszyć ją u dołu kostiumu, przy odrobinie sprytu ze starej spódnicy robi się nowa, ze szczerej chęci unowocześnienia swej toalety można wykroić bolerko, a nawet resztka inteligencji [ok. 75 cm] wystarczy do przedłużenia sukni”. Organizowanie, wyszukiwanie i sprawianie to słowa kluczowe, a „kopalnią możliwości realizacyjnych jest moda sukien z dwóch materiałów” – radziła Barbara Hoff. Odpowiadając na potrzeby czytelniczek, redaktorka zdradzała, jak założyć „amatorską, domową hodowlę sukien” bez potrzeby kupowania coraz to nowych. Mały kawałek materiału z szafy, stara suknia lub bluzka wieczorowa po babci, do tego dokupuje się fragment tkaniny, a następnie ze sobą łączy, „jest to już stosunkowo łatwe” – komentowała dziennikarka. 

Wdzianko na nowe czasy 

Z dzisiejszej perspektywy chyba najbardziej zaskakująca jest pozorna prostota tych pomysłów, które wymagały sporych umiejętności i musiały konsumować niewiele mniej czasu. Jak choćby w przypadku plażowej kamizelki powstającej z trzech koszulek, które się najpierw kupuje, z bólem serca pruje, a następnie szyje się z nich „takie trykotowe wdzianko”. Zgodnie z radami z tego samego numeru spod rąk czytelniczki wyjść miała jeszcze torebka na drobiazgi z fantazyjnie przyczepionym kijkiem, a z „plażowego prześcieradła” powstać spódnica przypinana na zatrzaski do stroju kąpielowego.

Rozkładówka modowa w „Przekroju”  (nr 1150/1966)
Rozkładówka modowa w „Przekroju” (nr 1150/1966)

Cały urok, ale również siła tej rubryki polegały na opisie tego, czego nie było, ale zdawało się jednocześnie dostępne na wyciągnięcie ręki – zauważa Justyna Jaworska. W swojej książce poświęconej cywilizacji „Przekroju” argumentuje, że moda była jednym z kluczowych elementów misji obyczajowej magazynu. Wychwytywał kluczowe elementy dla danego trendu, pomijał nieważne zmiany, dla których nie warto było pruć starej sukienki. Dydaktyczny i satyryczny zarazem głosił przede wszystkim praktyczność i demokrację, potrzebę „piękna na co dzień i dla wszystkich”, której znaczenie podkreślała Wanda Telakowska, założycielka Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Powojenna rewolucja klasowa, emancypacja kobiet, rozluźnienie norm higienicznych i seksualnych – to jedynie niektóre przemiany obyczajów komentowane przez „Przekrój”

Data publikacji: