Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Artyści i krytycy mówią o dziełach, które noszą w pamięci, i o ich twórcach. O inspiracjach, ...
2017-12-08 00:00:00
To lubię!

Spiralna Kolumna Meret Oppenheim w Bernie

Spiralna Kolumna Meret Oppenheim w Bernie

Artyści i krytycy mówią o dziełach, które noszą w pamięci, i o ich twórcach. O inspiracjach, wstrząsach artystycznych i zachwyceniach. Wrażeniach, które utkwiły pod powieką i zostaną tam na zawsze.

W jakiś dla mnie samej niewytłumaczalny sposób jestem związana emocjonalnie ze Szwajcarią. Może dlatego, że we wczesnych latach 90., jako studentka, jeździłam tam często i oglądałam kolekcje we wszystkich zakątkach tego niewielkiego kraju. Przeżyłam tam pierwsze olśnienia młodej artystki. Podziwiałam (zimno) prace minimalistów i (ze wzruszeniem) – surrealistów i dadaistów. Rysowałam namiętnie horyzont, doliny i wzgórza czarną farbą drukarską, wcierając ją mocno w gruby papier. Krakowska Akademia Sztuk Pięknych, mimo mojej niesłabnącej fascynacji profesorem Nowosielskim, była potwornie nudnym miejscem. Szwajcaria nie była nudna wcale. Była dla mnie oknem na świat.

Kiedy w 2008 roku dostałam zaproszenie fundacji Pro Helvetia na trzymiesięczną rezydencję w Bernie, wzięłam swoją starą toyotę zwaną Krokodylem, wsadziłam psa Butelkę na tylne siedzenie i z przyjemnością tam pojechałam. Wiedziałam, gdzie jadę. Żałowałam tylko, że będzie za zimno, żeby popływać w szmaragdowej rzece Aare. Było przedwiośnie 2009 roku.

Dom, w którym mieszkałam, był usytuowany tuż przy Waisenhausplatz. Następnego ranka po przyjeździe postanowiłam zwiedzić najbliższą okolicę. Wyszłam z budynku i zobaczyłam tam jedno z najprzedziwniejszych dzieł – Spiralną Kolumnę (Spiralsaule) Meret Oppenheim – i… zadrżałam. Było w niej wszystko, co dla mnie drogie.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

zdjęcie: Maksym Kozlenko (CC BY-SA 4.0)
zdjęcie: Maksym Kozlenko (CC BY-SA 4.0)

Po pierwsze, kolumna była nagą kobietą.

Po drugie, była faktycznie spiralna.

Po trzecie, stała na dworze.

Po czwarte, nagromadziła w zwojach ziemię i była guzowato, nieregularnie obrośnięta zielskiem.

Po piąte, otulona była soplami zamarzniętej wody, które wyglądały jak najprawdziwsza suknia, wertykalna mroźna suknia.

Po szóste, nie była minimalistyczna. Dla mnie minimalizm to klimaks modernizmu, który jest kwintesencją porządkujących działań ludzkości, takich jak faszyzm, prowadzący do eksterminacji uporządkowanych inaczej. Spiralna Kolumna miała w sobie nieludzki, cudowny porządek wyższej konieczności.

Po siódme, była oprotestowana przez berneńczyków pragnących jej likwidacji. Pewnie dlatego, że nie można jej było, zgodnie z jej naturą, wyczyścić.

Po ósme, kolumna była dziełem Meret Oppen­heim, mojej surrealistycznej heroiny.

Profesor Nowosielski pozostał dla mnie, po dziś dzień, gwarantem wiary w inne (niż odwoływanie się do dość żałosnej wersji polskiego modernizmu) osadzenie w tradycji. Dzięki niemu zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest mi bliski surrealizm i jak można używać ciała, kobiecego ciała, jako źródła wiedzy, źródła doświadczenia i możliwości bez­ustannej transgresji. Jak ciało kobiety jest połączone ze Wszechświatem, którego natura była dla profesora eschatologiczna, dla mnie zaś – jedynie fizyczna. Fizyczność ta jednak, do bólu obecna w Spiralsaule, jest wspaniała.

Po dziewiąte fakt, że Meret Oppenheim mieszkała właśnie tam, w Bernie, nadawał tej pracy jakiejś mocy. Jakby ta kolumna wyrosła z tych ciemnych murów o kolorze feldgrau [kolor mundurów armii niemieckiej – przyp. red.], jak ze smutkiem i śmiechem opisał je Philippe Pirotte, ówczesny dyrektor Kunsthalle Bern. Z tej dziwnej nieruchomości, nawarstwienia, nadgnicia, które wymagało jakiejś transformacji w życie. Bardziej niż ukrycia. To gnicie tam było! Życie też.

Po dziesiąte, kolumna była scenografią. Taką scenografią świadkującą, którą lubię najbardziej – to znaczy każdego dnia wyglądała nieco inaczej (bo była inna!). Widziałam to bardzo wyraźnie, bo każdego dnia odwiedzałam ją razem z Butelką.

Na zdjęciach Spiralsaule z 1983 r.,kiedy nastąpiło jej otwarcie, wygląda ona dość ubogo, technicznie i wyczekująco. Półeczki układające się w spiralę nie utrzymują jeszcze kęp, guzów i porostów. Są gołe i trochę śmieszne. Trochę tak, jak świeżo zbudowany dom, który czeka, aż miliony oddechów, z wewnątrz i z zewnątrz, sprawią, że ściany zaczną rozmawiać z otoczeniem.

Tłum zgromadzony naokoło i zadzierający głowy do góry patrzy na coś, czego jeszcze nie ma. Praca nad kolumną już trwa, ale jeszcze jej nie widać: drobinki ziemi, setki nasion, najpierw skazanych na czekanie, potem powoli kiełkujących i obumierających, kompostujących kolumnę, woda nasączająca kamień. Wszystko już się dzieje, nic jednak dla ludzkiego oka się nie wydarza.

W 2009 roku kolumna była już dojrzała. Grudy, wykwity i kępy całkowicie opanowały skręty spirali. Półeczki zarosły tak, jak miały zarosnąć. Mała galeryjka na szczycie kolumny, jak memento dla dokonań ludzkości (które przecież w końcu wszystkie zarosną) jeszcze pozbawiona była wegetacji. Ale zazdrosne gatunki roślin i grzybów już, już pięły się w górę.

Ta kolumnada ma ogromne znaczenie, nie tylko wizualne. Oprócz tego, że nadaje całości kontrapunkt, że ludzki porządek wieńczy guzowate twory poniżej, stanowi rodzaj sygnatury. Jest to sygnatura wiary w to, że może jednak te dwa porządki, ludzki i nie ludzki, mogą (poddane tym samym prawom) jakoś koegzystować.
 

Data publikacji:

Joanna Rajkowska

Rocznik 1968. Mieszka i pracuje w Nowogrodzie. Jest autorką projektów publicznych, obiektów, filmów, instalacji oraz efemerycznych akcji i sytuacji realizowanych w przestrzeni miejskiej. Jej najbardziej znany projekt to „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” z 2002 r., którym opiekuje się Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ten projekt, czyli palma na warszawskim rondzie de Gaulle’a, stał się jednym z symboli stolicy.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!