pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Chcielibyśmy – na tyle ile to możliwe – umilić Państwu ten trudny czas, dlatego w dniach 20 marca – 20 czerwca udostępniamy wersję cyfrową wiosennego numeru bezpłatnie dla zalogowanych użytkowników. Zapraszamy do czytania i słuchania audio z bieżącego numeru! Przeczytaj wiosenny numer

W związku z zamknięciem wielu punktów sprzedaży prasy, zapraszamy do kupienia papierowej wersji numeru wiosennego w cenie okładkowej, bez dodatkowych kosztów przesyłki. Kup wiosenny numer

Przekrój
Wiesz, co jest przerażające? Że wielu ludzi, którzy mają dziś katastroficzne lęki, tak naprawdę ...
2020-05-04 00:00:00
Destroix

Skrycie tęsknimy za apokalipsą – rozmowa z Piotrem Augustyniakiem

Skrycie tęsknimy za apokalipsą – rozmowa z Piotrem Augustyniakiem

Wiesz, co jest przerażające? Że wielu ludzi, którzy mają dziś katastroficzne lęki, tak naprawdę skrycie tęskni za końcem wszystkiego. Wyczuwają w wielkiej katastrofie coś wzniosłego i niosącego ulgę. A wiesz, dlaczego tak czują? Bo żyją w jednowymiarowym, hermetycznym, do bólu przewidywalnym świecie i mają go potąd. Z Piotrem Augustyniakiem, filozofem i dramaturgiem, rozmawia Maciej Stroiński

Czyta się 18 minut

Maciej Stroiński: Ty – filozof, profesor, poważny myśliciel, a lądujesz w teatrze. Szkoda Cię na takie bagno! Jak to się w ogóle stało i kto Ci to zrobił?

Piotr Augustyniak: Jak wszystkiemu w tym kraju, winny jest oczywiście Donald Tusk. Bo ja się u niego, czyli w założonym przez niego „Przeglądzie Politycznym”, pod skrzydłami znakomitego redaktora Wojciecha Dudy, wprawiałem w fachu eseisty. Eseje szły regularnie w stałej rubryce „Fenomenologia ducha polskiego”. Potem ten cykl ukazał się w Znaku jako książka pt. Homo polacus. Książkę przeczytało parę mądrych osób ze świata kultury, poznało mnie z kilkoma innymi mądrymi osobami, a wśród nich był nowohucki szaman, Bartosz Szydłowski, dyrektor Teatru Łaźnia Nowa. Szybko złapaliśmy dobry kontakt i Bartek wciągnął mnie do „Słowaka”, gdzie właśnie razem z Krzysztofem Głuchowskim obejmował kierownictwo. Tak to z grubsza wyglądało od strony zewnętrznych okoliczności. Od wewnątrz było tak, że już od dłuższego czasu męczyło mnie funkcjonowanie wyłącznie w życiu akademickim. Akademia jest w potwornym kryzysie przerostu biurokracji, formalizacji, parametryzacji itp. Filozofia radzi sobie z tym chyba najgorzej, bo ona jest sobą tylko wtedy, gdy może wydarzać się w rozmowie, w debacie, w improwizacji. Dla swej żywotności potrzebuje uwodzić i zapładniać dusze. Wdawać się w debatę publiczną. Zaglądać „pod strzechy”. To zabawne, że dla mnie tą strzechą okazała się wystawna „bombonierka” przy placu Świętego Ducha. Ale jak wiesz, Kraków to inny stan umysłu. Tu nic nie dzieje się normalnie.

A z tym bagnem to jednak przesadzasz. Znasz to środowisko lepiej niż ja i swoje wiesz. W wielu kwestiach w pełni się zgadzamy. Ale trzeba zachować proporcje. Dla mnie w teatrze i w ludziach, którzy do niego przychodzą, jest wciąż unikatowy potencjał. Doświadczyłem tu wiele razy czegoś w rodzaju, by sparafrazować klasykę, „ducha unoszącego się nad bagnami”, o których mówisz. Nad większością innych bagienek i mokradeł polskiego życia społeczno-kulturalnego jest moim zdaniem mniej tych „oparów ducha”.

Chodziło mi tylko o to, że teatr „to nie jest kraj dla mądrych ludzi”, ale jeśli ktoś się trafi, to tym lepiej dla teatru. Szczytem intelektualnym teatru polskiego jest oczywiście Twoja Sztuka Myślenia, cykl spotkań w Teatrze im. Słowackiego. Pierwszą zaproszoną była Agata Bielik-Robson, do której jeszcze wrócimy, ale tymczasem bardzo mi się spodobała internetowa Sztuka Myślenia z Dariuszem Czają i Tomkiem Stawiszyńskim, naszym do niedawna kolegą z redakcji. Wyciągnąłem z tej rozmowy wniosek, który mi pasuje: że z apokaliptyką w sprawie koronawirusa mocno przesadzamy i „nic nowego pod słońcem”. Dobrze zrozumiałem? I co sam uważasz?

Pierwszy był jednak Andrzej Leder. On i Agata Bielik-Robson to moi ulubieni polscy intelektualiści, uwielbiam z nimi rozmawiać. Cóż, jeśli na tych spotkaniach polski teatr momentami intelektualnie szczytuje, to znaczy, że udało się nam (cykl prowadzę razem z Bartoszem) namierzyć ten newralgiczny punkt G, w którym sztuka i myślenie (teatr i filozofia) stykają się ze sobą i wprawiają się we wzajemną wibrację… Korzysta na tym zresztą nie tylko teatr, ale też myślenie. Bo ono potrzebuje teatru. Najlepiej wiedział o tym chyba Platon. Jego filozofia to wysublimowany, intelektualny teatr, którego gwiazdą jest najwybitniejszy performer starożytności, czyli Sokrates. No, ale zostawmy to, bo pytałeś o ten nieszczęsny „wirus w koronie”.

Gdy się to wszystko zaczynało, wspomniany już Andrzej Leder powiedział mi, że to będzie wielka próba dla naszego rozumu. Chodzi o to, że koronawirus może zainfekować nie tylko nasze płuca, ale że przede wszystkim atakuje nasze głowy, czyli społeczną świadomość i resztki społecznej racjonalności. Bo koronawirus jest trochę jak widmo, które zawsze działa tak, że się je wyolbrzymia. Z tą apokalipsą to jest klasyczna samospełniająca się przepowiednia. Jesteśmy zmęczeni światem, który stworzyliśmy, bo on się nam po prostu nie udał z tymi wszystkimi nierównościami, przymusem konsumpcji, wyścigiem szczurów, polityczną paranoją itd. Nie wiemy, co z tym wszystkim zrobić, i dlatego skrycie tęsknimy za apokalipsą, która to wszystko zakończy (zwróć uwagę, że kultura popularna fantazjuje o niej bez przerwy). A więc jak się pojawia realne zagrożenie w formie azjatyckiego bakcyla, to się go chwytamy jako tego wyczekiwanego jeźdźca apokalipsy. Reagując tak na niego, sami robimy sobie tę „małą apokalipsę”, czyli przymusowe wakacje w domu, które rozpieprzą gospodarkę, zlikwidują pozostałości liberalnej demokracji, zwirtualizują do końca nasze społeczne relacje. Nowy wspaniały świat się nam szykuje…

Gdybyś miał o epidemii zrobić jeden ze swych słynnych „wywiadów pośmiertnych”, to z kim byś „rozmawiał” i czy byłby to Wodziński? Cezary Wodziński. Wspominam go oczywiście dlatego, że to on nas połączył, jakaś dyskusja na Fejsie przy pierwszej rocznicy jego śmierci. W 2003 roku miałem u prof. Wodzińskiego zwykły kursowy wykład z filozofii pt. „Filozofia”. Wodziński wszedł do ciasnej sali z piecem kaflowym, zapytał, czy to jest Uniwersytet Jagielloński, i już wiedziałem, że go polubię. On mi nie tylko „zrobił dzień”, ale również „zrobił życie”, bo nikt nie ostrzegał, że oto staje przed nami jakiś wybitny człowiek oraz jakiś „inny”. Po prostu uznałem, że tak normalnie uczy się myślenia, więc chłonąłem jak truciznę. Miałem 19 lat.

To pytanie porusza we mnie bardzo osobistą strunę… Nie wiem, czy miałbym siłę pytać go, jak mówisz, „pośmiertnie” o to, co się teraz dzieje. Może to kwestia pewnej delikatności. Wodziński wyprawił się na Wyspy Szczęśliwe, rozmawia tam sobie z Sokratesem i Zaratustrą. Tańczy z Zorbą, biesiaduje z Odyseuszem. Może lepiej, żeby tu teraz nie wracał. Ale bardziej przyziemnie powiedziałbym tak: mam wrażenie, że jego śmierć, poprzedzona długą chorobą, była w jakimś stopniu wycofaniem się ze świata, jaki teraz nastaje. Nie, to nie było w żadnym razie samobójstwo, ale jakieś tragiczne odpadanie od świata, który konsekwentnie wypiął się na to wszystko, co Wodziński filozof uważał za istotne. Większość jego uczniów poszła w to, co faceci koło czterdziestki lubią najbardziej, czyli w tzw. myślenie polityczne (dodajmy: pełne politycznych ambicji). A ono dla Wodzińskiego było co najwyżej punktem wyjścia do pytań naprawdę ważnych. Dlatego ani w „Kronosie”, ani w „Krytyce Politycznej” już wtedy, w ostatnich latach jego życia, nie było dla niego miejsca. I nie byłoby go również dzisiaj. Wodziński był człowiekiem zatraconym w filozoficznym transie. Ten trans był jego siłą, której obaj doświadczyliśmy, ale też jego bezbronnością wobec politycznej i medialnej machinacji, która nas otacza. Pewnie doradziłby nam dzisiaj, żebyśmy koronawirusa „zajebali śmiechem”. No i co by to dało? Czy ktoś by się nad tym zastanowił? Myślę, że zbyto by go milczeniem albo uraczono hejtem. Wylądowałby pewnie w jednej szufladce z płaskoziemcami i antyszczepionkowcami. Komu by się chciało wsłuchiwać w to, co ma na myśli?

Kiedyś zrobiłeś z nim wywiad „przedśmiertny”, bardzo dobre Między anegdotą a doświadczeniem (polecam, kto jeszcze nie czytał). A mogę dopytać jeszcze o Cezarego Wodzińskiego? O to, co Ci zrobił w życiu? Bo chyba rewolucję…

Tę rozmowę robiliśmy w kilka osób. Każdy z nas, zadając pytania, rozprawiał się przy okazji z jakąś własną niezałatwioną sprawą, a poza tym ta rozmowa była w dużym stopniu korespondencyjna. Obie te okoliczności oraz niewiarygodny talent Czarka do „czarowania słowem” sprawiły, że rzeczywiście powstało coś fajnego. Zwłaszcza ten brak pośpiechu był istotny. Czuję to samo w naszej rozmowie, którą prowadzimy mailowo: jest czas, żeby zebrać myśli, ponosić chwilę pytanie w tyle głowy, gotując obiad albo idąc na spacer z psem.

Zaskoczę cię. W sumie to myślę, że on mi nic nie zrobił. Był bardzo mało inwazyjny zarówno jako nauczyciel, jak i przyjaciel. Nie narzucał, co myśleć, nie dawał konkretnych wskazówek, jak postąpić, co wybrać. Rysował za to odrębne i nieoczywiste, często zaskakujące i przewrotne obrazy rzeczywistości, które cholernie inspirowały. Gdy go poznałem, byłem dość zdezorientowanym i udręczonym młodym chłopakiem. To, co mnie tak udręczyło, to była moja religijność, której postanowiłem podporządkować życie, a która po kilku latach okazała się jakąś okropnie opresyjną i przemocową matnią. To było tych kilka lat, które spędziłem w zakonie. Przy Wodzińskim i dzięki niemu odzyskałem wewnętrzną wolność i apetyt na życie. No i zyskałem pasję filozofowania. A to wszystko dzięki przestrzeni, którą w sobie stworzył i się nią ze mną hojnie podzielił.

Dla mnie epidemia to jest próba wiary i ogólnie hartu ducha: teatry zamknęli (i nie wiadomo, kiedy otworzą), uniwersytet zamknęli – i myśl, co chcesz. Zapraszamy do spotkania z pustką. Na wszelki wypadek w ogóle nie sprawdzam newsów. Może wypieram problem, a może nie panikuję. Dla mnie bad news is no news, bo te mamy na okrągło. Teraz znacząco zawieszam głos, bo wbrew pozorom – to było pytanie.

„Próba wiary”, „spotkanie z pustką”, czyli mamy coś jakby mistyczną „noc ciemną” św. Jana od Krzyża. Choć osobiście wolę mistykę Mistrza Eckharta, takie postawienie sprawy jest bardzo obiecujące. O wiele bardziej niż straszenie apokalipsą i końcem świata, czego wszędzie jest pełno.

Mistyka to wbrew pozorom nie jest ezoteryczne zajęcie dla religijnie nawiedzonych dewotów. To jest sposób na przedarcie się do czegoś, co jest absolutnie podstawowe, tak bardzo, że już samo nie ma żadnej podstawy. Jak to mówił Eckhart, jest „bez dlaczego”. Jest otchłanne, niesamowite, a więc zarazem fascynujące i przerażające, no bo przecież „bez dlaczego” to też „bez sensu”, a tego nie lubimy. Słowo „Bóg” tu wymięka. Już raczej „Boskość” albo „Bycie”, albo „Życie”, ale może najlepiej po prostu „Nic”, w którym jesteśmy zawieszeni i z którego w sposób zupełnie niepojęty wyrastamy, i w którym, jak mawiał Eckhart, „rozkwitamy”. Widzisz, te teatry napieprzające premierę za premierą, te uniwersytety produkujące setki konferencji i artykułów, których nikt nie czyta, to jest część wielkiej machiny cywilizacyjnej, która próbuje nam to „Nic”, tę boską, cudowną bezzasadność wszelkiego istnienia, na dobre odciąć i przesłonić. A o ile bardziej wszystkie te bad newsy, hitpromocje i megawydarzenia, którymi buduje się nasz świat.

Teraz nam to wszystko się zawiesiło. Reset systemu jest niezbędny. Ale obawiam się, że po resecie nastąpi restart. System znów odpali, zassie nas i wszystko wróci do normy, czyli do świata, który – jak pisał Różewicz – „wypadł z normy”.

Nie zamierzam bagatelizować zagrożenia koronawirusem ani kwestionować medycznego sensu obostrzeń, którym jesteśmy poddani. Trudno jednak nie dostrzec, że to wszystko ma też wymiar – jeśli tak mogę powiedzieć – metamedyczny, czyli po prostu metafizyczny. Skazani na odosobnienie i pustkę, konfrontujemy się z własną pustką i sztucznością świata, w którym do niedawna żyliśmy. To jest dla wielu z nas traumatyczne, rodzi apokaliptyczne lęki. Można powiedzieć z tej metafizycznej perspektywy, że to szansa na to, żeby wrócić do tego Życia, które mamy wyparte i odcięte. Ale moim zdaniem na większą skalę nic (!) z tego nie będzie. Jestem pesymistą. Koronawirus jest widmem obnażającym beznadzieję i bezwyjściowość naszego cywilizacyjnego położenia.

Skoro zeszliśmy na tematy sakro, to wiem z dobrych źródeł, to znaczy od Ciebie, że Twoja następna książka już nie będzie o Wyspiańskim, bo o nim już dwie stworzyłeś, tylko teraz obierasz temat ostateczny: Jezusa Chrystusa. Czy mógłbyś nam zdradzić, co to się szykuje i czy może byś rozważył też wersję sceniczną? W polskim teatrze jedna Duda-Gracz podejmuje temat Boga w sposób nieprześmiewczy, prosimy o więcej.

Gdybym miał doprecyzować, to: Jezus – tak, Chrystus – nie. Piszę książkę o innej możliwości odczytania postaci Jezusa niż poprzez figurę „zbawiciela”. Takich prób było już trochę, zwłaszcza w literaturze, ale wciąż za mało, a w języku polskim wręcz jak na lekarstwo. Biorę na warsztat tak zwane autentyczne słowa Jezusa. Które to są, nie ma pełnej zgody. Ale są takie, co do których jest dość powszechna. Ja wprawiam te słowa w opętańczy, interpretacyjny trans. Nie chodzi więc o historycznego Jezusa i „co on naprawdę chciał powiedzieć”, ale co mówią te słowa, które najprawdopodobniej wypowiedział, jakich wymiarów istnienia dotykają, do jakiego doświadczenia mogą być drogą… To będzie najmocniejsza moja książka, mocno antychrześcijańska i jeszcze bardziej niekatolicka, ale też w kontrze do współczesnej kultury masowej. I bardzo „za”, jeśli chodzi o tak zwane doświadczenie duchowe (nie lubię takich wyświechtanych zwrotów, ale wiesz, o co chodzi). Mam zamiar uzupełnić to krótkimi anegdotami autobiograficznymi, bo nie chcę, żeby ta książka była zawieszona w oderwanej, filozoficznej spekulacji. Chciałbym, żeby stykała się z doświadczeniem „zwykłych ludzi”.

Myślę, że jest wiele takich osób, które mają ochotę i potrzebę myśleć o Jezusie, ale w zupełnie innym trybie, niż pozwala na to kościelny mainstream. Jezus to jest prawdziwy temat tabu w naszym kraju. Możesz być „za” lub „przeciw” (wierzyć albo nie wierzyć), ale być „ani-ani”, czyli myśleć alternatywnie – tego nie wolno… Chcę właśnie czegoś takiego spróbować i wbrew stronie kościelnej (która „wie” wszystko na ten temat) i wbrew lewicowo-liberalnej (która „wie” jedno: że to temat, dla którego nie ma miejsca w debacie społeczno-kulturalnej). Myślę, że jak coś ma w polskich głowach drgnąć, to trzeba naruszyć to tabu i pomyśleć o Jezusie alternatywnie.

A o polityce też byłbyś skłonny pomyśleć alternatywnie? Kiedyś zaprosiłeś do Sztuki Myślenia Karolinę Wigurę i to była boska rozmowa. Wigura ma potąd walki pana z chamem oraz chama z panem, do której się sprowadza nasz polski duopol. To jak polemika Wisły z Cracovią: „psy” kontra „Żydzi” – mniej więcej. Mnie bliższa jest polityka mesjańska św. Pawła: nie ma Żyda ni Greka, nie ma kobiety ani mężczyzny. Nie ma Wisły ni Cracovii! Ważna dla mnie sprawa, bo w krytyce teatralnej również tworzą się obozy i jest to głęboko słabe.

Zadajesz takie fundamentalne pytania, że musimy się chyba przerzucić na wywiad rzekę. Spróbuję skrótowo i lakonicznie. Przede wszystkim Karolina Wigura i św. Paweł to nie jest najlepsze zestawienie. Paweł był rewolucjonistą, nie ma co do tego wątpliwości. Ten przekaz „nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma kobiety ani mężczyzny” to był dynamit, który Paweł, zaczynając zupełnie od zera, podłożył pod świat rzymskiego imperium. To jednak zupełnie inna energia niż symetryzm à la „Kultura Liberalna”, szukająca raczej dialogu i spojrzenia z dystansu i dobrze radząca sobie na warszawskich salonach.

To oczywiście nie znaczy, że św. Paweł we wszystkim „miał rację”. Trzeba by zacząć od tego, co znaczy przymiotnik „mesjański”. Ja rozumiem go tak, że to wejście w zupełnie inny nurt czasu – tu i teraz. Jest czas naszej codzienności, „przed” i „po”, przyczyny i skutku. I w tym czasie rozgrywa się też nasz dramat polityczny, a raczej polityczna tragifarsa. Czas mesjański, który wolę nazywać po grecku kairosem, to coś, co rozrywa ten pierwszy, wdziera się jako doświadczenie pełni, moment olśnienia albo wydarzenia. Trochę tak jak nasze spotkanie z Wodzińskim. Lądujesz w przestrzeni poza lękiem codziennym i troską. Jak w opowieści o „przemienieniu Jezusa”. I masz ochotę, jak uczniowie, postawić tam namiot. Zostać. Ale Jezus oczywiście wie, że to niemożliwe, bo jest to w jakimś sensie zupełnie nieludzkie. Nie na ludzką miarę. Hmm… Sęk w tym, że bez dotyku „mesjańskiego” wydarzenia jesteśmy tylko myślącymi zwierzętami, które walczą o swoje, kłamią, udają, zamartwiają się o przyszłość itp. Czy jednak możliwy jest świat, w którym to znika? Czy możliwa jest polityka bez podziałów, polityka przyjaźni i zrozumienia, gdzie wszyscy są braćmi i siostrami? Obawiam się, że to tylko mrzonka. A losy popawłowego chrześcijaństwa pokazują, że kończy się to politycznym paktem, wejściem do obozu władzy i ustanowieniem nowych podziałów.

Myślę jednak, że moglibyśmy się obaj zgodzić, że w dzisiejszej polityce brakuje szaleńców, podżegaczy, maniaków i wizjonerów. Tych prawdziwych, to znaczy rodem ani z Facebooka, ani z Tweetera, ale z Wydarzenia. A może to rola raczej dla artystów i myślicieli? U nas kimś takim był bez wątpienia Wyspiański…

To, dla odmiany, temat mniejszego kalibru, o który się pytam wszystkich, bo to mój konik ostatnio. Wszystkich piszących pytam, jak piszą: jeśli na kompie, to jakim fontem, jeśli ręcznie, to piórem, długopisem? Wodziński mówił w Waszym wywiadzie rzece, że uwielbia Handwerk i wszystkie swoje książki najpierw tworzy ręcznie.

Ja jednak zdecydowanie na kompie. I wtedy najczęściej oklepaną Calibri Light. Dobrze mi się myśli, klepiąc w klawiaturę. Szybkie maszynowe pisanie wprawia mnie – znów użyję tego słowa – w trans. Tak to już jest u mnie, że pisanie to forma transgresji. Zadziwia mnie to doświadczenie i nie mam go nigdy dość: tego ruchu myślenia, w którym to już nie ja decyduję, nie ja myślę, ale wydarza mi się myślenie. Do tego potrzebne jest mi pisanie na klawiaturze. Są jednak wyjątki. Noszę zawsze przy sobie reporterski czarny moleskine i pióro z czarnym atramentem. Nie jest to jakiś regularny dziennik. Od czasu do czasu jakaś błyskotliwa myśl, plan wykładu albo pytania do Sztuki Myślenia. Wtedy najczęściej w punktach i majuskułą. Ale bywa też tak, że przenoszę się tu z pisaniem książki. Na przykład teraz jest tak z Jezusem. Gdy już napisałem w zarysie większą część tej bardziej filozoficznej, teoretycznej analizy, postanowiłem ją uwiarygodnić i ożywić przywołaniem własnych doświadczeń (wspominałem już o tym). I wtedy zacząłem pisać odręcznie – a raczej skrobać, bardzo nieczytelnie. W takim trybie łatwiej mi wrócić do wydarzeń z przeszłości. Może jest tak przez moją zaburzoną lateralizację. Większość rzeczy robię lewą, ale część prawą ręką. Na klawiaturze dominuje u mnie prawa, ale odręcznie piszę wyłącznie lewą. I ta lewa ręka pozwala mi dotykać w sobie spraw najtrudniejszych, najbardziej skrytych, zgęszczonych i zawikłanych. I formułować najdalej idące intuicje, których nie potrafię do końca uzasadnić.

Nasz stan wyjątkowy rodzi pewne pytania praktycznej natury, np. po co komu aktor, reżyser, krytyk teatralny, kiedy teatry nie grają? A jak jest z myślicielami? „Cóż po filozofie w czasie marnym?”, że zapytam za Wodzińskim, który pytał za kimś innym. Gdybyś miał się przebranżowić, to na jaką branżę? Byłbyś skłonny albo zdolny robić coś innego? Ja siebie widzę w sklepie papierniczym (hobby) albo przy produkcji kremów (nowe hobby). Pytam poważnie!

Piekę chleb na zakwasie, bez drożdży. Mógłbym kupić większy piec i sprzedawać na Targu Pietruszkowym. Jak podrosną moi synowie, to może byśmy otworzyli tawernę z kuchnią śródziemnomorską. To jest jedno z ich marzeń. Ale wiesz, może jednak dajmy sobie jeszcze chwilę czasu… To tylko chwilowy break. Naprawdę. Może jestem naiwny, ale myślę, że od tego, na ile wytrwamy i nie damy się wypchnąć, zależy to, jakie będą teatry i uniwersytety za pół roku czy za rok. Bo pan minister od kultury to by się bardzo ucieszył, jakbyśmy poszli w te kremiki i pieczywko. À propos, jakie kremy robisz?„Cóż po myślicielu w czasie marnym?”… Dziwnie to brzmi, język dziwny. Bardziej po ludzku to by było tak: „Po co filozof w czasie pandemii?”. Może zbyt pewnie czuję się we własnej filozoficznej skórze, ale jakoś to pytanie mnie nie nachodzi. Przeciwnie, właśnie teraz jako filozof czuję się „potrzebny” i jak „ryba w wodzie”. Wspomniałeś o Tomku Stawiszyńskim. Zobacz, jak ludzie potrzebują dziś tego bezproduktywnego „filozoficznego pieprzenia”, które on od lat uobecnia w mediach. Potrzebujemy więcej, znacznie więcej.

Na razie obczajam, jak się robi cold cream, czyli najstarszy krem świata, ceratum refrigerans: emulsję oleju, wosku i wody, wymyśloną podobno przez Galena w II w. n.e. Tylko u mnie na osiedlu w żabce nie mają olejku z żożoby i esencji różanej, taki niefart. Empatyzuję z laskami u Lorki, które w Domu Bernardy Alba mają ten sam problem: brak esencji z róży. Skoro my o kremach i pieczeniu chleba, to pytanie o kobietę: Agata Bielik-Robson. Moja guru, a Twoja kto? Poruszacie się po podobnej szarej strefie: świeckiej teologii.

Agata Bielik-Robson to absolutny intelektualny fenomen! Ma coś takiego, co jest naprawdę unikatowe. Absolutna erudycja (ta kobieta przeczytała wszystko!) i zarazem absolutna oryginalność: ona wszystko rozumie „po swojemu”. Nie sprawozdaje, nie obiektywizuje, ale włącza na własnych zasadach w swoją niepowtarzalną, niepodrabialną obsesyjną podróż, a raczej pogoń za tajemniczym X. „Życiem”? „Mesjaszem”? Nie mam odwagi tego jednoznacznie nazwać, chwilami jestem wobec jej myślenia bezradny. Nawiążę do kremów. Obserwuję tę podróż trochę jak ktoś, kto uczy się je produkować, patrzy na kogoś, kto jest mistrzem w robieniu perfum. Niby niedaleko, jest wiele punktów styku, a jednak nie do końca da się siebie nawzajem pojąć. Wiem, że nasze książki i poglądy rozmawiają ze sobą, tak jak nasze teksty o Hamlecie, które pisaliśmy do programu jednego przedstawienia. To jest superuczucie. A jednak jest w tym pokrewieństwie pewna zasadnicza różnica. Najbardziej lakonicznie: Agata jest zadomowiona i utożsamiona z myśleniem żydowskim. Ja wybrałem i zadomowiłem się w Grecji. A trzeba pamiętać, że wybór żydowskiej filozofii jest u Agaty zasadniczo antygrecki. Sęk w tym, że Grecja jest inna, niż można by wywnioskować z jej wypowiedzi. Zawsze, gdy o tym rozmawiamy, próbuję to pokazywać. I są to świetne rozmowy, bardzo inspirujące. Aha, i jeszcze chciałbym powiedzieć, że popieram Agatę w jej ocenie polskiej rzeczywistości. Tu stanowimy jeden front.

A na koniec miałbym prośbę: czy mógłbyś powiedzieć coś optymistycznego? Może być cokolwiek!

Naprawdę wyszedłem aż na takiego ponuraka? Może za mało czytasz Marcina Króla albo Zbigniewa Mikołejki. Tam jest dopiero aura zbliżającej się katastrofy. A może problem polega na tym, że trzymamy się tej wyświechtanej alternatywy pesymizm–optymizm. Zaproponowałbym inne rozróżnienie.

Z jednej strony jest gęstniejący apokaliptyczny mrok, jak u Tarra w Koniu turyńskim. Świat się kończy, a my jak zahipnotyzowani i obezwładnieni, bez żadnej otuchy, osuwamy się w czeluść. Wiesz, co jest przerażające? Że wielu ludzi, którzy mają dziś katastroficzne lęki, tak naprawdę skrycie, po części nieświadomie, tęskni za czymś takim. Wyczuwają w katastrofie końca świata coś wzniosłego i niosącego ulgę. Jak u Kawafisa w Czekając na barbarzyńców. A wiesz, dlaczego tak czują? Bo żyją w jednowymiarowym, hermetycznym, jakoś tam poukładanym, do bólu przewidywalnym świecie i – choć często nie potrafią tego głośno powiedzieć – mają go dość.

A wiesz, co jest z drugiej strony? Wcale nie beztroski optymizm. Tam jest Paterson Jarmuscha. Maniak, obsesjonat, oryginał, który pozostaje w styku z tym niesamowitym nurtem tworzącym nasz świat u podstaw. Nazwij to, jak chcesz: „Życiem”, „Istnieniem”, „Boskością”, wystrzegaj się tylko słowa „Bóg”. Paterson nie czeka na barbarzyńców, nie tęskni za katastrofą i apokalipsą. Koniec świata go nie nawiedza, bo ma w każdym momencie życia styk z jego Początkiem. Żyje w tym innym, wydarzeniowym czasie, o którym już mówiłem. I wiesz, przyznam ci się do czegoś. Ja też mam, no, dobrze: miewam, ten styk. Początek styka się ze mną tu i teraz, jak mógłbym więc być zwolennikiem i zwiastunem rozpadu i kresu?

I tym optymistycznym akcentem… Dzięki.

zdjęcie: Anna Kaczmarz
zdjęcie: Anna Kaczmarz

Piotr Augustyniak:

Filozof, eseista, dramaturg, autor m.in. książek Wyspiański. Burzenie polskiego kościoła (2019), Trans. Filozofia Cezarego Wodzińskiego (2017). Członek redakcji „Przeglądu Politycznego” oraz zespołu redakcyjnego „Liberté!”, publikował również w „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”, „Respublice”, „Kronosie”. Jako dramaturg debiutował w Hamlecie w reż. Bartosza Szydłowskiego. Profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego prowadzi cykl spotkań teatralno-filozoficznych Sztuka Myślenia.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!