pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Shorty powstają, a potem zaraz wsiąkają w zamknięty branżowy obieg bądź rozpierzchają się po ...
2019-04-01 23:59:00

Short Waves 2019: Krótko, na wiele tematów

zdjęcie: materiały prasowe
Short Waves 2019: Krótko, na wiele tematów
Short Waves 2019: Krótko, na wiele tematów

Pytanie wisi w powietrzu: po co w ogóle oglądać filmy krótkometrażowe? Niemal na wyciągnięcie ręki wisi też odpowiedź. Bo krótki metraż to dziś metraż standardowy, bo forma „shorta” skrojona jest w sam raz na dzisiejsze czasy informacyjnego pędu, hasłowych komunikatów, krótkiego czasu koncentracji, SMS-ów, wpisów na Twitterze, filmików ze Snapchatu czy innego Instagrama. Po co? Bo spędzając życie na YouTubie i tak konsumujemy przede wszystkim krótkometrażowe formy, od teledysków i zwiastunów przez vlogi i wideoeseje po – nawet – reklamy.

Czyta się 6 minut

Proste? Proste. Ale to chyba nie ta odpowiedź. Bo skoro żyjemy krótkimi formami, skoro mamy je nie tylko w komputerze, ale i w telefonie, skoro myślimy za ich pomocą i poprzez nie się komunikujemy, to festiwal kina krótkometrażowego byłby po prostu festiwalem codzienności – czyli żadnym festiwalem. Łaciński festivus znaczy przecież nie tylko „radosny” i „wesoły”, ale również – jak podpowiada słownik – „świąteczny”. Inaczej: wyjątkowy, niecodzienny.

Inna sprawa, że poznański Short Waves Festival z codziennością flirtuje. Jedną z atrakcji imprezy jest przecież tzw. Random Home Cinema, cykl pokazów organizowanych w prywatnych mieszkaniach, w prozaicznej scenografii cudzego życia. Dostajesz adres, wchodzisz, a tu czyjeś przytulne wnętrze, w którym możesz obejrzeć sobie jakieś shorty w towarzystwie innych, zupełnie obcych ci ludzi – w tym właścicieli owego mieszkania. Czyli rzecz raczej niecodzienna: radosna, wesoła i świąteczna.

Kiedyś, wpisując w wyszukiwarkę Google hasło „short waves”, trafiało się głównie na porady fryzjerskie, jak uczesać włosy w krótką, falowaną fryzurę, ewentualnie na informacje o krótkofalówkach. Dziś się to zmieniło, festiwal urósł, dojrzał, sto lat temu sam przy nim pracowałem i dziś go nie poznaję, nawet dyrektor jest inny (po dekadzie Szymona Stemplewskiego zastąpiła Emilia Mazik). Pokazów i wydarzeń dużo, sale pełne, radość i święto. A jednak krótkie kino wciąż chyba pozostaje mniej kochanym dzieckiem X muzy. Jakieś filmy powstają, dostają jakieś nagrody, są nawet głównymi bohaterami jakichś imprez, ale poza tym raczej się ich nie ogląda, szeroka publika trzyma się kurczowo kina pełnometrażowego, a w dziedzinie krótkich form uparcie preferuje YouTube’a.

Nieprzypadkowo podczas tegorocznej edycji Short Waves odbyła się dyskusja o tym, czemu nikt o kinie krótkometrażowym nie pisze, czyli w gruncie rzeczy dyskusja o tym, czemu nikt kina krótkometrażowego (poza festiwalami) nie ogląda. Nie ujmując nic szanownym dyskutantom, zaryzykuję banalną tezę: bo nie ma go w dystrybucji. Shorty powstają, a potem zaraz wsiąkają w zamknięty branżowy obieg bądź rozpierzchają się po Internecie. Weź ich potem szukaj, weź zorientuj się w tym gąszczu. Sytuacja jest bez wyjścia: zostają nam festiwale.

Na szczęście Short Waves to dobry festiwal, z dobrą odpowiedzią na otwierające ten tekst pytanie.

Żeby jednak nie było: brak tu jakichś jednoznacznych granic czy obostrzeń gatunkowych. Jeśli Short Waves promuje jakąś definicję „kina krótkometrażowego”, to jest to definicja możliwie najszersza. Dokument, fabuła, animacja, wideo-art, coś-czego-jeszcze-nie-nazwano? Każde z nich jest tu mile widziane. Awangarda idzie pod rękę z zestawem filmów o kotkach, są oddzielne sekcje poświęcone filmom tanecznym (Dances with Camera) i filmom „problematyzującym przestrzeń miejską” (Urban View). Jest światowo (konkurs międzynarodowy) i swojsko (konkurs polski), jest miło, ale i prowokacyjnie. A przede wszystkim – gęsto. Podczas „zwykłego” (czytaj: pełnometrażowego) festiwalu da się obejrzeć może z 50 filmów. W samych tylko blokach konkursowych ostatniej edycji Short Waves pokazano zaś 57 tytułów. A były jeszcze zestawy tematyczne, panorama filmów z Azji, pokazy specjalne, nie mówiąc nawet o wydarzeniach poza- i okołofilmowych. Weź to wszystko obejrzyj, weź to wszystko podsumuj.

Jednym z najbardziej płynnych gatunkowo, nieoczywistych i świeżych tytułów w tegorocznym programie był austriacki Operation Jane Walk, zwycięzca konkursu Urban View. Reżyserski duet Robin Klengel/Leonhard Müllner wykorzystał formułę tzw. Let’s Play. Na YouTubie roi się od podobnych filmików, dokumentujących czyjś proces „przechodzenia” gry wideo. Operation Jane Walk nie jest jednak zwyczajowym poradnikiem czy popisem umiejętności. Klengel i Müllner zabierają nas na wycieczkę po wirtualnym Nowym Jorku z sieciowej strzelanki Tom Clancy’s The Division. Wykorzystują jednak grę wbrew jej samej, ignorując imperatywy „zabijania” czy „wykonywania misji”. Sceneria postapokaliptycznego miasta, odtwarzająca wiernie nowojorską geografię i architekturę – zamiast placem krwawych zabaw – staje się tu zarazem obiektem turystycznym i pretekstem do wykładu z polityki architektury. Efekt jednocześnie bawi i prowokuje do myślenia. A przy okazji sugeruje, jak olbrzymi potencjał tkwi w podobnym „przechwytywaniu” rozmaitych użytkowych krótkich form.

Takiej właśnie rekontekstualizacji dokonuje Francuzka Stéphanie Lagarde w Déploiements, zwycięskim filmie konkursu międzynarodowego. Zestawiając komputerową wizualizację protestów w przestrzeni miejskiej z dokumentacją szkolenia wojskowych pilotów, autorka obnaża techniki państwowej kontroli. Strategie pacyfikowania tłumu i militarny spektakl narodowego święta to dwie strony tego samego medalu – sugeruje Lagarde w nieoczywisty, awangardowy sposób. 

W sekcji Dances with Camera triumfował z kolei holenderski film Sisters w reżyserii Daphne Lucker. Współpracująca z festiwalem Kaja Klimek określiła go jako połączenie teledysków Sii z tureckim Mustangiem – i coś w tym jest. Reżyserka opowiada bowiem o siostrach wychowujących się w cieniu traumy, ale przepisuje ich relacje na język ciał. Spektakl tańca współczesnego spotyka się tu z klaustrofobicznym niby-horrorem, a agresywne spazmy przechodzą gładko w gesty siostrzanej czułości. Tak jak Operation Jane WalkDéploiements były filmami przypominającymi bardziej esej niż cokolwiek klasycznie fabularnego, tak Sisters ma w sobie coś z poezji. Historia czy narracyjny ciąg przyczynowo-skutkowy są tu jedynie zasugerowane. Ważniejsze są nastrój, rytm, abstrakcyjne relacje ciał, przestrzeni i kątów kamery – ot, filmowe „między słowami”.

Bardziej typową propozycją był zwycięzca konkursu polskiego – Gość Sebastiana Webera. Pochodzącemu ze Szwajcarii reżyserowi udało się jednak przełamać sztampowość punktu wyjścia. Na pierwszy rzut oka film powiela bowiem „szkolny” schemat: oto student filmówki dostaje zadanie domowe „film dokumentalny”, chwyta więc kamerę i jedzie na prowincję nakręcić jakiegoś ekscentryka. Weber sportretował prostolinijnego polskiego rolnika gdzieś na głębokiej wsi, ale przemógł protekcjonalność takiej formy. Dał bardzo wrażliwy, niejednoznaczny obraz mężczyzny, który mieszka w przestrzeni z miejskiego punktu widzenia równie obcej, co Księżyc. Udało się jednak nawiązać kontakt. Autor subtelnie uchwycił zarówno egzystencjalny smutek, jak i ciepło prostych, niewykalkulowanych odruchów empatii. 

Podobną życzliwą melancholią emanowały Siostry Michała Hytrosia – rzut oka za mury klasztoru Benedyktynek w podkrakowskich Staniątkach. Ale w konkursie polskim nie brakowało też bardziej ezoterycznych filmowych doznań. Animowana miniaturka Betiny Bożek O Jezu! przyniosła orgię przelewających się bez-kształtów i „zjazdowego” nastroju, podsumowanych absurdalną puentą. Jestem synem górnika Michała Soi i Róży Dudy okazało się z kolei transowym tripem w głąb zatopionej kopalni, tyleż hipnotyzującym, co wystawiającym na próbę klasyczne widzowskie przyzwyczajenia.

I po to właśnie warto oglądać shorty.

Short Waves Festival dał w tym roku (daje zresztą od dawna) okazję, by posmakować innego trybu opowiadania, innych filmowych możliwości – i to w kompaktowej formie. Skrótowość pozwala przecież inaczej rozkładać akcenty. Promuje wrażeniowość, poetyckość, odwagę eksperymentowania. Uwalnia twórcę od priorytetów „opowiadania historii”, nawet kiedy faktycznie opowiada on jakąś historię. Widzowi z kolei pomaga porzucić widzowskie przyzwyczajenia. A przy tym wszystkim – pozostaje strawna. Krótki film w najgorszym przypadku ukradnie nam przecież kilkanaście minut, z rzadka pół godziny. Ktoś, kto nie wytrzymałby jakiegoś pełnometrażowego tanecznego eseju o filozofii współczesnej urbanistyki (czy czegoś w tym stylu), może być skłonny poświęcić kwadrans na shorta. A jak już poświęci kwadrans, to może zdecyduje się zostać na całe sześć festiwalowych dni.

 

11. edycja Short Waves Festival odbyła się w Poznaniu w dniach 19–24 marca 2019 r.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!