Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Stach Szabłowski

Sanatorium efemeryczne

fot. Stach Szabłowski
Sanatorium efemeryczne
Sanatorium efemeryczne

Na dobre i złe, festiwal Konteksty w Sokołowsku jest niepodobny do niczego, co dzieje się na scenie artystycznej. Właściwie jest niepodobny do niczego, co dzieje się gdziekolwiek. Konteksty są jak podróż w przeszłość, do czasów kiedy sztuka nie zdążyła  jeszcze zmienić się w przemysł artystyczny. Wyjazd na ten festiwal jest także wyprawą pod czarodziejską górę, do innego świata, który jest trochę z rzeczywistości fin de siecle’owch uzdrowisk, trochę z PRL-owskich wczasów, a trochę z postmodernistycznej ekstrawagancji.

Wkraczamy w alternatywną czasoprzestrzeń.

*

Sokołowsko leży w Górach Suchych, w środkowych Sudetach. Tutaj kończy się droga; za zieloną granicą są już Czechy. Okoliczne góry przecinają cudowne turystyczne szlaki. W Sokołowsku było kiedyś sanatorium dla gruźlików. Gdyby jednak jakiś zbłąkany wędrowiec zboczył ze szlaku do miasteczka w czasie Kontekstów, mógłby pomyśleć, że trafił do miejsca, w którym leczy się raczej nerwy niż płuca.

Konteksty nazywają się festiwalem „sztuki efemerycznej”. Pod tym hasłem kryje się wiele rzeczy, ale przede wszystkim performans. Oglądana z zewnątrz, sztuka współczesna przypomina sektę. Jeżeli tak, to środowisko performerów jest sektą w sekcie. Wewnętrznym kręgiem wtajemniczenia, skupiającym najbardziej zajadłych radykałów, odszczepieńców i desperatów, którzy dla sztuki są gotowi – dosłownie – pociąć się do krwi. Schodząc z gór do Sokołowska, nasz hipotetyczny zbłąkany wędrowiec zobaczyłby ludzi, którzy wydają nieartykułowane dźwięki. Wykrzykują hasła. Sadzą w trawie parasolki. Brodzą i leżą w lodowatych strumieniach, błądzą po parkach w białych szatach topielic, kroczą na bosaka, drą mapy, obkładają się ciastem, rzucają w bliźnich warzywami i obejmują drzewa. Artyści przy pracy, sekta odprawiająca swoje rytuały.

Janusz Bałdyga "Widok w okno 2017"/ fot. Konteksty
Janusz Bałdyga "Widok w okno 2017"/ fot. Konteksty

Sztuka performens to wynalazek kontrkulturowej epoki przełomu lat 60. i 70. Rodziła się jako idealistyczna odpowiedź na komercjalizację produkcji artystycznej i urynkowienie awangardy, którą wykupiła burżuazja. Performerzy wierzyli, że performansu nie da się kupić. W tej wierze było oczywiście dużo naiwności, a jednak alternatywny duch wciąż kołacze się po performerskim ciele. Performerzy, zwłaszcza weterani dyscypliny, pielęgnują poczucie moralnej wyższości nad takimi skorumpowanymi materialistami jak na przykład malarze. Równie często pielęgnują resentymenty i poczucie niedoceniania – i niezupełnie bezpodstawnie, bo malarzom statystycznie wiedzie się lepiej niż performerom, którzy mogą występować na kartach podręczników historii sztuki i nie mieć jednocześnie czego włożyć do garnka. Nikt nie zrozumie performera tak dobrze jak inny performer, dlatego adepci tej dyscypliny stworzyli rodzaj międzynarodówki, która siecią festiwali performans oplotła świat.

Konteksty też mają mocny rys imprezy sekciarskiej. Wyjątkowość festiwalu polega jednak między innymi na tym, że stanowi jeden z nielicznych momentów w czasoprzestrzeni egzotycznego uniwersum performans, w którym ktoś totalnie z zewnątrz może do tej sekty wejść. Na Kontekstach nie ma dystansu, który oddziela widzów i artystów w instytucjach. Człowiek jest tu naprawdę blisko sztuki; performerzy i odbiorcy tworzą jedną wielką, choć niekoniecznie zgodną, komunę; trochę jak na awangardowych koloniach. Cyganeria nie żyje? Nieprawda, Konteksty ożywiają ducha bohemy. Świat sztuki ma obsesję na punkcie młodych artystów? Tak, ale nie w Sokołowsku – tu celebruje się właśnie artystów w słusznym wieku, to oni są pierwszoplanowymi bohaterami festiwalu. Zaplanowane wydarzenia festiwalowe odbywają się – albo i nie odbywają, mają miejsce o oznaczonych godzinach, albo kiedy indziej. Sztuka jest, jak nazywają to organizatorzy – efemeryczna.

*

Sokołowsko to jedno z tych miejsc, w które trudno uwierzyć, że istnieje naprawdę. Każdy, kto przyjeżdża tu po raz pierwszy, przybiera nieinteligentny wyraz twarz, otwierając usta ze zdumienia. Samych Kontekstów nie da się widzieć bez kontekstu Sokołowska; sceneria to jeden z najmocniejszych tytułów festiwalu do wyjątkowości.

W połowie XIX wieku, kiedy Sokołowsko nazywało się jeszcze Görbersdorf trafił tu doktor Hermann Brehmer, jeden z pionierów kultury uzdrowiskowej. Zwęszył w Sokołowsku zbawienny mikroklimat i założył sanatorium w środku niczego. Zakład Brehmera stał się prototypem uzdrowisk, które wkrótce miały pojawić się w różnych górskich zakątkach Europy. Słynne Mannowskie Davos tworzone było na wzór Sokołowska; tu inspiracji dla swoich późniejszych projektów leczniczo-sanatoryjnych w Zakopanem poszukiwał także doktor Tytus Chałubiński. Dom uzdrowiskowy Brehmera działał na wyobraźnię, bo też był to nie lada dom. Właściwie nie był to wcale dom, tylko potężne zamczysko w neogotyckim stylu. Efekt niesamowitości został osiągnięty. Wokół wyrosły wkrótce inne domy sanatoryjne i Sokołowsko zmieniło się w ekskluzywne uzdrowisko dla wyższych sfer.

Po 1945 roku, Sokołowsko, ta sudecka perła, została za jednym zamachem spolonizowana i zdemokratyzowana. PRL przygasił wielkopański blichtr uzdrowiska, wniósł za to do miejscowości nienachalny urok estetyki wczasów pracowniczych. Wśród kuracjuszy, którzy z powodu problemów natury płucnej chcąc, nie chcąc bawili w Sokołowsku był, między innymi, ojciec Krzysztofa Kieślowskiego. Reżyser spędził w tym zaczarowanym miejscu kawał dzieciństwa. W efekcie Sokołowsko jest dziś ważnym ośrodkiem kultu autora „Przypadku”. W miasteczku jest skwer Kieślowskiego, jedna tablica pamiątkowa przy skwerze, druga na kamienicy, w której kiedyś mieszkali Kieślowscy. No i jest jeszcze, a właściwie przede wszystkim, Hommage à Kieślowski – poświęcony mistrzowi festiwal filmowy urządzany od 2011 roku przez fundację In Situ – tę samą, która stoi za festiwalem Konteksty.

Zanim jednak w Sokołowsku zaczęły się jakiekolwiek festiwale, uzdrowisko balansowało na krawędzi upadku. Kurort zrobił się nie tylko poniemiecki, lecz również postkomunistyczny. Żywioły transformacji popychały go w kierunku przepaści. Jedne domy zdrojowe niszczały zaniedbane, inne dewastowała prywatyzacja. Monstrualne sanatorium Brehmera, po wojnie zwane „Grunwaldem”, kupił inwestor, który miał zakładać w nim prywatną uczelnię, ale nie zdołał nawet powstrzymać procesu powolnego obracania się opuszczonego kolosa w ruinę, nie mówiąc o urządzeniu w nim czegokolwiek. Na niewidzialną rękę, która wbije gwóźdź do trumny Sokołowska, zapowiadał się tajemniczy podpalacz, który w 2005 roku zaczął grasować w okolicy. Płonęły stodoły, domek koło cerkwi, dawne sanatorium Różanka. W nocy z 10 na 11 października zapłonął wreszcie Grunwald. Wśród gaszących był 21-letni członek ochotniczej straży porażanej, który, jak się później okazało podłożył ogień. Zdemaskowany, tłumaczył, że wzniecał pożary, ponieważ uwielbił je gasić.

Zgliszcza Grunwaldu, wyglądały jak symbol końca Sokołowska; tymczasem stały się znakiem nowego początku. Historia Feniksa wstającego z popiołów zdarzyła się dzięki Fundacji in Situ, założonej przez parę artystów, Bożenę Biskupską i Zygmunta Rytkę. Kiedy odkryli Sokołowsko, wpadli na pomysł przypominający obłąkańczy projekt bohatera Herzgowskiego „Fitzcarraldo”, który próbował wybudować operę w sercu amazońskiej dżungli. W wypadku Biskupskiej i Rytki chodziło o urządzenie w spalonym zamko-uzdrowisku w na wpół opuszczonej sudeckiej dolinie międzynarodowego ośrodka sztuki. Zaczęli od zainwestowania pieniędzy, które zarobili na sztuce w wykupienie różnych ruin, pogorzelisk i chaszczy. Dziś do In Situ należy spory kawał malutkiego Sokołowska. Własnością fundacji jest zabytkowy kinoteatr „Zdrowie”, w którym mały Kieślowski stawiał pierwsze kroki jako filmowy widz. Jest Willa „Różanka”, hybryda rodzinnej siedziby artystów, domu otwartego, pensjonatu, centrum logistycznego, galerii i muzeum. Jest pięknie zdziczały XIX-wieczny park, w którym dawni kuracjusze napełniali płuca leczniczym powietrzem. I, last but not least, jest Grunwald, sanatorium Brehmera, perła w koronie tych włości.

Na czele in Situ stanęła architektka i artystka Zuzanna Fogtt, córka Bożenny Biskupskiej – i fundacja zabrała się za odbudowę. Kiedy byłem po raz pierwszy w Sokołowsku, myślałem, że może i dało się przywrócić dawny blask Różance czy uruchomić ponownie zrujnowany kinoteatr, ale odbudowa Grunwaldu wydawała się utopią. A jednak, granit po grancie, dotacja po dotacji, rok, po roku, widmowe sanatorium wraca do życia. Dziś jest majestatyczną, romantyczną ruiną już tylko w połowie; sanatorium naprawdę zmienia multidyscyplinarne centrum sztuki.

*

Mniej więcej w połowie festiwalu leżałem sobie na kocu rozłożonym na chodniku, pod domem, w którym mieszkał Kieślowski. Mijali mnie przechodnie, z których niektórzy byli żywymi legendami sztuki performans, inni wannabes sztuki performans, a jeszcze inni miłośnikami sztuki performans. Ja też brałem właśnie udział w peformansie, bo choć zalegałem na chodniku niczym wyrzutek społeczeństwa, to bynajmniej nie próżnowałem. Obok mnie leżała niemiecka artystka działająca pod pseudonimem katharinajej; jej akcja, polegała na rozłożeniu się w środku uzdrowiska i zapraszaniu ludzi, by również zmienili perspektywę z wertykalnej na horyzontalną.

Patrzenie z perspektywy chodnika zapewnia interesujący punkt widzenia – również na Konteksty, które nie są imprezą wolną od paradoksów, napięć i sprzeczności.

Oto jeden z paradoksów. W ciągu dziesięciu lat, od kiedy Bożena Biskupska, Zygmunt Rytka i Zuzanna Fogtt zaczęli działać w Sokołowsku w świecie sztuki to miejsce stało się legendą. Kto tu nie był, ten o Sokołowsku przynajmniej słyszał, a kto był, ten wracał by opowiadać, że miejsce jest magiczne. Jednocześnie flagowy projekt fundacji in Situ, – czyli właśnie Konteksty od lat ma u krytyków sztuki raczej złą prasę. W tym roku narastające wokół imprezy napięcie nie ograniczyło się już do tekstów krytycznych, lecz było, nomen, omen, performowane na samym festiwalu.

*

Ależ szalała ta dawna awangarda! Na Kontekstach oprócz akcji i perfo jest zawsze kilka wystaw. W tym roku na jednej z nich pokazywano fotografie Zygmunta Rytki, dokumentujące życie artystyczne z lat 70., 80., i 90. Na zdjęciach bohaterowie tamtych dekad. Heretycy sztuki, buntownicy, radykałowie. Dzikie miny, dzikie imprezy, dzikie pomysły.

Rytka, sam wybitny artysta, i performer, dziś przykuty do inwalidzkiego wózka ciężką chorobą, był jednym z tych bohaterów. Bożena Biskupska także do nich należała; Jeszcze inni, jak Józef Robakowski, Przemysław Kwiek czy Ewa Zarzycka, przyjeżdżają na festiwal w roli uczestników praktycznie w każdej edycji. Nie da się ukryć; Konteksty są nasiąknięte nostalgią jak gąbka. Nieżyczliwi mówią, że to impreza w sam raz do sanatorium, bo jej gwiazdami są artystyczni emeryci.

Tak się składa, że świat sztuki przeżywa właśnie tak zwany zwrot performatywnych. Wystawy już nie wiszą, tylko się dzieją. Performans tak naprawdę wyszedł już dawno z podziemia, zmienia się w główny nurt. Guru tej dyscypliny, Marina Abramovič, rzeczywiście była kiedyś ekstremistką działającą na marginesach sztuki, ale teraz jest celebrytką, zapraszaną do gościnnych występów w teledyskach wykonawców r’n'b, i w reklamach ekskluzywnych ciuchów. Biennale w Wenecji wygrała choreografka Anne Imhof, która wypełniła niemiecki pawilon wystawowy monumentalną muzyką techno i charyzmatycznymi młodymi tancerzami, którzy wyglądali trochę jakby wyszli z serialu The Walking Dead, a trochę jakby właśnie wyszli z Berghain po ketaminowym maratonie.

Tymczasem Konteksty, choć tak oddane sztuce performans, we współczesny zwrot performatywny nie bardzo się wpisują. Nowości zdają się Sokołowsko omijać. Myślałem o tym przyglądając się jak ukraińska performerka Olha Chyhryk tapla się we własnoręcznie ulepionej mieszance ciasta i błota, plując jednocześnie na siebie osobiście przeżutymi wiśniami – wszystko w kontekście wojny w Donbasie. Chyhryk to młoda artystka, ale należąca do starej szkoły. W ogóle Sokołowsko przypomina momentami już nie tyle uzdrowisko, ile skansen tradycyjnej poetyki, folkloru i obyczaju performerskiego. Z artystycznego punktu festiwal jako skansen czy rezerwat pierwotnej kultury performerskiej to sprawa kontrowersyjna, ale z turystycznego punktu widzenia to jeszcze jeden powód, aby tu przejechać; i tak bajeczne Sokołowsko zostaje wzbogacone o element niepowtarzalnej ponowoczesnej egzotyki.

Kuratorka Kontekstów, Małgorzata Sady jest zakochana w sztuce lat 70., ale nie ślepo; sama widzi, że performans, dyscyplina kiedyś rewolucyjna, staje się gatunkiem jak inne, ze swoimi konwencjami i mistrzami, którzy stają niewolnikami własnego dorobku sprzed lat. Sady tłumaczyła mi, że w Kontekstach nie chodzi, zatem ani o performace, ani nawet „efemeryczność” lecz o szerszą ideę „sztuki, która dzieje się na żywo”. A tą mogą być i akcje, i projekcje i rozmowy, i spotkania, i wspólne wieczorne picie. Jeżeli jest się w Sokołowsku podczas Kontekstów, po prostu nie da się nie uczestniczyć w festiwalu. W uzdrowisku jest jedna kawiarnia i dwa malutkie sklepy spożywcze, które zamykają się wcześnie, a i tak jeszcze przed zamknięciem zostają ogołocone z towaru przez przyjezdnych. Sztuka dzieje się wszędzie: w odbudowanej części sanatorium i w jego ruinach, w kinoteatrze, na jego zapleczu, w parku, w korycie pobliskiej rzeczki, na wzgórzach, i w lesie, który zaczyna się tuż za granicami malutkiego uzdrowiska. Świat wydaje się bez reszty opanowany przez sztukę – nawet jeżeli tym światem jest odrealniony mikrokosmos zagubionego w Sudetach byłego kurortu. 

Po wieczór ciemność zagania gromadę festiwalowiczów, która cały dzień krążyła w zamkniętym kręgu sztuki, od performansu do instalacji, od projekcji od akcji, pod sanatorium Brehmera, jedyny ośrodek życia w uśpionym kurorcie. Gwiazdy imprezują wspólnie z szeregowymi widzami; rozmowy o sztuce nie milkną do rana. Właściwie to kolektywne wałęsanie się po Sokołowsku, oglądanie, komentowanie, bratanie się, kłócenie – to wszystko jest jednym wielkim performansem: sztuką wypuszczoną z instytucjonalnej klatki, która, jak chce Małgorzata sady, dzieje się na żywo.

Czy jednak dzieje się naprawdę? Świat się kręci, a człowiek tymczasem jest na końcu tego świata, w zaczarowanej górskiej dolinie, siedzi sobie w odbudowanym przez fundację in Situ vintage’owym kinoteatrze Zdrowie i ogląda – dajmy na to - archiwalne filmy Valie Export, legendarnej weteranki feministycznego art-aktywizmu. Albo stoi przed kinoteatrem i patrzy jak Janusz Bałdyga z Akademii Ruchu zmyka się w ramie zbitej z desek i toczy się w niej w dół sokołowskiej ulicy. Albo jeszcze gdzie indziej natyka się na Przemysława Kwieka (kiedyś z duetu KwieKulik), który maluje bzy kląc przy tym na czym świat stoi -  albo  wykonuje inny ze swoim codziennych appearance’ów (bo Kwiek już nie performuje, tylko, jak sam to określa, praktykuje ‘appearance’, czyli „pojawianie się”).

Wszystkim tym doświadczeniom towarzyszy uczucie odrywania się, wraz z całym festiwalem, od rzeczywistości.

Rzeczywistość tymczasem ma to do siebie, że można się od niej oderwać, ale nie da się przed nią uciec. Realne wciska się więc do Sokołowska przez szczeliny i pęknięcia w artystowskim monolicie programu Kontekstów – i objawia się pod różnymi postaciami. W tym roku jednym z awatarów rzeczywistości była znana i kontrowersyjna krytyczka młodego pokolenia Karolina Plinta, która uparła się, by Konteksty disować i wytykać im geriatryczny charakter. Plincie brakuje czasem wiedzy na temat starszych artystów, a jeszcze bardziej brakuje szacunku dla nich. Jej komentarze i facebookowe wpisy bywały po prostu prostackie. Z drugiej strony ekipa i przyjaciele Kontekstów okazywali się zupełnie bezradni w obliczu kogoś, kto jak Plinta jest odporny na słynną magię i unikalny mikroklimat Sokołowska. Trzeba pamiętać, że In Situ jest fundacją rodzinną; jej założyciele chcieliby żeby ludzie sztuki byli jedną wielką rodziną, jak z fotografii Zygmunta Rytki. Co jednak z kimś, kto jak Plinta, nie chce należeć do rodziny, ani nawet do kręgu przyjaciół – i chce pozostać krytycznie nastawionym, wręcz aroganckim widzem? Plintę w Sokołowsku próbowano najpierw ignorować, potem chciano ją zlinczować; jeszcze później próbowano nawet dyskusji w terapeutycznym kręgu z udziałem krytyczki. Nic nie pomogło; organizatorzy wydawali się bardziej zranieni niż urażeni, samym konceptem, że ktoś może oceniać festiwal według kryterium artystycznej jakości.

Sanatorium z vetem/ fot. Stach Szabłowski
Sanatorium z vetem/ fot. Stach Szabłowski

W Sokołowsku trwały Konteksty, a tymczasem za górami, za lasami, w dalekiej Polsce napięcie polityczne sięgało zenitu. Lipiec dobiegał końca, niezawisłość sędziowska wisiała na włosku, obywatele na ulicach żądali od prezydenta trzech wet, milczenie prezydenta brzmiało coraz bardziej gromko. Ewa Partum, pionierka sztuki feministycznej w Polsce, kolejna obecna na festiwalu żywa legenda, zasadziła na stoku wzgórza pod willą Różanką gęstwinę czarnych parasolek i powiesiła na ich tle transparent: „wy odbieracie nam wolność decyzji, my wam odbierzemy władzę”. Dla wielu ta wymowna przecież instalacja to było jednak za mało, aby zamanifestować zaangażowanie uczestników festiwalu. Sanatorium Behmera ma piękną wieżę widokową, całkiem niedawno odbudowaną z gruzów przez In Situ. Para młodych artystów, Irmina Rusicka i Kacper Lecnim, zaproponowali aby z tej wieży zwiesić transparent z hasłem „3 x Veto”. Organizatorzy nie wyglądali na zbyt chętnych do tak jednoznacznych politycznych deklaracji, ale młodych wsparła o niebo słynniejsza uczestniczka Kontekstów, Joanna Rajkowska i nie było już o czym gadać; transparent zawisł. Wspomniana Irmina Rusicka większy problem miała z wyeksponowaniem plakatu i pocztówki ze swoistym remake’em pracy Adama Rzepeckiego, performera, prowokatora, i skandalisty, współzałożyciela mitycznych formacji artystycznych lat 80. Łodzi Kaliskiej i Kultury Zrzuty. W 1983 roku Rzepecki zrealizował performance pod tytułem „Jak Buba Bobu, tak Boba Bubie”: stanął pod tablicą z napisem „Ministerstwo Kultury i Sztuki” i pokazał gest Kozakiewicza. Powtórzyła go Rusicka pod tablicą tego samego urzędu w roku 2017. W kontekście Kontekstów ten cytat wydawałby się niewinny, a wywołał spore zamieszanie. Pocztówki Rusickiej znikały w niewyjaśnionych okolicznościach, nie wiadomo było gdzie i kiedy zawisnąć ma bezczelny plakat, i organizatorzy stracili pewność czy w ogóle przyjęli go do programu festiwalu. Czy coś wspólnego z tym zamętem miał fakt, że Konteksty dostały ponad 200 000 złotych dotacji z ministerstwa, któremu Rusicka pokazywała właśnie wała? Pocztówki ostatecznie się znalazły, plakat zawisł, ale w międzyczasie dały się słyszeć oskarżenia o cenzurę; ziarno podejrzeń i wzajemnej nieufności zostało zasiane. 

Zanim festiwal się skończył, prezydent niespodziewanie zawetował dwie z trzech kontrowersyjnych ustaw. Dyndający na wieży baner zaczął wyglądać dwuznacznie. Czy stał się kroplą, która przelała czarę świadomości Andrzeja Dudy, który wykonał 2/3 kroku w słusznym kierunku? Czy wieszanie go w zagubionym na końcu świata Sokołowsku naprawdę miało sens? No i co z trzecim, nie postawionym przez prezydenta wetem? Te pytania pozostały bez odpowiedzi. Nie przyniósł ich również ostatni dzień festiwalu, który został pomyślany jako otwarta platforma dla młodych performerów. Zgłosiło się ich kilkadziesięcioro; niektórzy gdzieś się po drodze zgubili; ale i tak na stoku między willą „Różanką” a Grunwaldem od początku Kontekstów roiło się od namiotów, w których młodzi artyści mokli, marzli i czekali na swoją kolej. Prawdę mówiąc, zanim ta kolej nadeszła, wielu widzów, a nawet uczestników Kontekstów zdążyło z Sokołowska wyjechać. Niewykluczone, że pojedynek między młodością i dojrzałością na gruncie performans w Sokołowsku kiedyś się zdarzy; takiej konfrontacji domagają się zresztą krytycy festiwalu, wzywający do odmłodzenia imprezy, obalenia hegemonii „starych” mistrzów i mistrzyń. Młodzi z namiotów wyglądali na takich, którzy chętnie zjedliby swoje performatywne matki i awangardowych ojców. Tym razem jednak zabrakło im jeszcze na to artystycznych sił i ostatecznie skończyli w cieniu klasyków.

Ewa Partum "Feministyczne cytaty"/ fot. Konteksty
Ewa Partum "Feministyczne cytaty"/ fot. Konteksty

Wśród niezliczonych performensów, projekcji, wystaw, imprez, kwasów, politycznych gestów i ideologicznych sporów przy wieczornym piwie, łatwo było zapomnieć, że w Sokołowsku oprócz artystów i ich miłośników są jeszcze... mieszkańcy. Na szczęście pamiętał o ty Krzysztof Żwirblis; znany między innymi z cyklu „Muzeum Społeczne”. Jego kolejną edycję zrealizował właśnie na Kontekstach. W ten sposób odegrał rolę czarnego konia imprezy. „Muzeum społeczne” tworzone jest przez lokalną wspólnotę; ludzie sami decydują o tym, co się w nim znajdzie. W Sokołowsku powstała niezwykła wystawa, na której znalazły się i poniemieckie narty, i bajeczny motocykl Harley Davidson wyremontowany przez jednego z miejscowych entuzjastów, dzieła sztuki, fetysze, kurioza. Co ważniejsze za pośrednictwem tych przedmiotów, i nakręconego przez Żwirblisa filmu, mieliśmy wreszcie okazję poznać mieszkających w Sokołowsku ludzi – i ich historie. Niektórzy żyją tu tak długo, że pamiętają jeszcze małego Kieślowskiego; inni sprowadzili się w ostatnich latach; podążając często szlakiem pioniersko przetartym przez Bożennę Biskupską, Zygmunta Rytkę i Zuzannę Fogtt. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że sztuka życia praktykowana na co dzień przez mieszkających w uzdrowisku ludzi może śmiało konkurować nie tylko z młodym performansem, ale nawet z jego celebrowaną na Kontekstach niepodważalną klasyką. A może nawet potrafi tę konkurencję wygrać? Choć Sokołowsko jest tak magiczne, że wydaje się tylko na wpół realne, a opanowane przez awangardową nostalgię Konteksty na ile mogą, odrywają się od rzeczywistości, życie po raz kolejny przerosło sztukę, co oczywiście trzeba odnotować jako niezaprzeczalny sukces festiwalu.

Konteksty 2017

7 Międzynarodowy Festiwal Sztuki Efemerycznej

Fundacja in Situ, Sokołowsko, 21 – 25/07/2017

www.contexts.com.pl

Data publikacji: