Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
„Opowiadanie Borgesa, tego dziwnego a urzekającego pisarza południowoamerykańskiego. Tematem »Ruin« ...
2019-09-13 10:00:00
Opowiadanie
Ruiny
Ruiny

„Opowiadanie Borgesa, tego dziwnego a urzekającego pisarza południowoamerykańskiego. Tematem »Ruin« jest tajemniczy świat snu…” – tak 60 lat temu redakcja „Przekroju” zachęcała do lektury poniższego tekstu. Dzisiejsi redaktorzy chętnie dodaliby coś o teorii umysłu, ale może niech Borges nadal dziwi i urzeka bez dzielenia włosa na czworo.

Czyta się 9 minut

Nikt nie widział, jak wylądował w jednogłośnej nocy, nikt nie spostrzegł bambusowej łódki, osiadającej na świętym mule wybrzeża, ale w niewiele dni później wszyscy już wiedzieli, że milczący mężczyzna przybywa z Południa.

Że ojczyzną jego jest jedna z wiosek, które znajdują się powyżej, na gwałtownym zboczu góry, tam, gdzie mowa nasza nie jest zepsuta greką i gdzie trąd trafia się rzadko. To jednak jest pewne, że szary mężczyzna ucałował muł, wstąpił na wybrzeże, nie odgarniając (prawdopodobnie nie czując) pijawek, które rozdzierały mu ciało, i powlókł się, krwawiąc i powstrzymując mdłości, aż do okrężnego muru, nad którym wznosi się koń czy tygrys z kamienia, tygrys, który był dawniej koloru ognia, dzisiaj zaś – popiołu. Mur ten jest świątynią, pochłoniętą przez prastare pożary i znieważoną przez uparty las, świątynią, w której bóg nie otrzymuje już ofiar od ludzi. Cudzoziemiec położył się pod piedestałem.

Obudziło go wysokie słońce. Spostrzegł bez zdziwienia, że zabliźniły mu się rany, zamknął blade oczy i zasnął, nie ze słabości ciała, lecz z dawno powziętego rozmysłu. Wiedział, że tylko tu może się wypełnić niezwyciężona decyzja; wiedział też, że nieustanne drzewa nie potrafiły zadusić tam, w dole, innej świątyni, poświęconej również bóstwom spalonym i martwym; wiedział, że jego naglącym obowiązkiem jest sen. O północy obudził go niepocieszony krzyk ptaka. Ślady bosych stóp, figi i dzban świeżej wody przestrzegły go, że okoliczni mieszkańcy podpatrzyli z szacunkiem jego sen i prosili go o opiekę bądź też obawiali się zaklęć. Poczuł chłód lęku, poszukał w zniszczonym murze niszy grobowej i nakrył się nieznanymi liśćmi.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Zamiar, który go prowadził, nie był niemożliwy, aczkolwiek był nadnaturalny. Chciał wyśnić człowieka: chciał wyśnić go w starannej doskonałości i narzucić światu. Ten magiczny zamysł wyczerpał do dna całą jego duszę; jeśli ktokolwiek zapytałby go o imię lub szczegół dawnego życia, nie umiałby odpowiedzieć. Zniszczona, niezamieszkana świątynia odpowiadała mężczyźnie, ponieważ nigdzie nie znalazłby mniej rzeczywistości; bliskość chłopów sprzyjała mu także, ci bowiem wzięli na siebie zaspokojenie jego skromnych potrzeb. Ryż i owoce, jakie mu składali, były dostatecznym pożywieniem dla ciała, zajętego jedynie spaniem i snem.

Początkowo sny cudzoziemca były chaotyczne; później przybrały dialektyczną naturę. Mężczyzna śnił samego siebie w centrum wielkiego amfiteatru, podobnego do spalonej świątyni; chmary milczących uczniów zapełniały stopnie; twarze najdalszych zwieszały się o wieki odległości, na gwiezdnych wyżynach; były jednak niezwykle dokładne. Śniący dyktował im wykłady anatomii, kosmografii, magii: postacie słuchały łapczywie i starały się rozumnie odpowiadać, jakby domyślały się znaczenia egzaminu, który miał jedną z nich wynieść ponad jałowe przywidzenie i wcielić w rzeczywisty świat. We śnie i na jawie mężczyzna rozważał odpowiedzi widm, nie pozwalając oszukać się kłamcom i wykrywając w niespokojnych milczeniach uczniów rosnące zrozumienie. Szukał duszy, która byłaby godna współuczestniczyć we wszechświecie.

Po dziewięciu czy dziesięciu nocach zrozumiał z goryczą, że nie mógł spodziewać się niczego po uczniach, którzy godzili się biernie na jego doktrynę, ale raczej po tych, którzy ośmielali się czasem rozumnie przeciwstawić. Pierwsi, aczkolwiek godni miłości i szacunku, nie mogli wznieść się i stać jednostkami; drudzy istnieli nieco więcej. Pewnego popołudnia (popołudnia były teraz także dziedziną snu, mężczyzna czuwał już tylko kilka godzin o poranku) odesłał na zawsze tłumną szkołę złudzenia i został z jednym tylko uczniem. Był to uczeń milkliwy, uparty, czasem nieuważny, z cienkimi rysami, które powtarzały rysy śniącego. Niedługo dziwił się nagłemu usunięciu współuczniów; postępy, jakie po kilku lekcjach uczynił, zadziwiły nauczyciela. Nadeszła jednak katastrofa. Pewnego dnia mężczyzna wychynął ze snu jak z oślizgłej pustyni, spojrzał na daremne światło popołudnia, które wziął przez chwilę za poranek, i zrozumiał, że nie śniło mu się nic. Przez cały ten dzień i przez całą noc dręczyła cudzoziemca nieznośna rozwaga bezsenności. Chciał zbadać las, chciał się zmęczyć; zaledwie cykuta przysporzyła mu paru chwil bezkształtnego snu, przeciętego smugami najprostszych wizji, nieużytecznych. Chciał zgromadzić swych uczniów; zaledwie wypowiedział kilka słów powitania, młodzieńcy rozpierzchli się i zniknęli. Mężczyzna czuwał prawie nieustannie i stare oczy paliły łzy gniewu.

Zrozumiał, że nie ma nic trudniejszego dla człowieka, niż ukształtować śliską i samotną materię snu, choćby nawet człowiek ten przeniknął wszystkie tajemnice niższego i wyższego porządku; że łatwiej upleść sznur z piasku i wybijać monety z wiatru, który nie ma oblicza. Zrozumiał też, że początkowe niepowodzenie było nieuchronne. Przysiągł, że zapomni o ogromnej halucynacji, która zmyliła go w pracy, i poszukał nowego sposobu. Zanim go sprawdził, poświęcił miesiąc na odnowienie sił, zmarnowanych w szaleństwie. Nie wzywał już marzeń i prawie natychmiast udało mu się spędzać roztropną część doby we śnie. Kilkakrotnie nawiedziły go nieznane postacie, nie zwrócił jednak na nie uwagi. Zanim wziął się znów do pracy, poczekał, aż krąg księżyca stanie się doskonały. Po czym, pewnego popołudnia, oczyścił ciało w wodach rzeki; złożył hołd bóstwom planet, wypowiedział dozwolone zgłoski potężnego imienia i zasnął. Prawie natychmiast zjawiło mu się we śnie bijące serce.

Śnił o sercu gorącym, tajemniczym, silnym, dużym jak zaciśnięta pięść; sercu barwy granatu, ukrytym w półmroku ludzkiego ciała, pozbawionego jeszcze twarzy i płci; śnił o nim z drobiazgową miłością przez czternaście trzeźwych nocy. Każdej nocy widział je coraz dokładniej. Nie dotykał go; oglądał tylko, potwierdzał czasem, czasem poprawiał wzrokiem. Widział je, żył w nim, z wielkiej odległości i z różnej perspektywy. Czternastego dnia musnął palcem tętnicę płucną, potem zaś całe serce, od zewnątrz i wewnątrz. Badanie uznał za korzystne. Celowo nie śnił przez jedną noc; po czym podjął znów serce, wypowiedział nazwę planety i rozpoczął badanie innego organu. Zanim minął rok, doszedł do szkieletu, do powiek. Najtrudniejsze były może niezliczone włosy. Wyśnił wreszcie całego człowieka, całego młodzieńca, ten jednak nie poruszył się, nie mówił ani nie otwierał oczu. Noc po nocy cudzoziemiec śnił śpiącego człowieka.

W gnostycznych kosmogoniach demiurgowie lepią czerwonego Adama, który nie potrafi stanąć na nogach; równie niezręczny, surowy i elementarny, co ów Adam z prochu, był Adam ze snu, którego stworzyły noce czarodzieja. Pewnego popołudnia mężczyzna zniszczył prawie całe swe dzieło; po czym pokutował. (Lepiej by dla niego było, gdyby zniszczył młodzieńca do końca). Kiedy wyczerpał zaklęcia, zwrócone do duchów ziemi i wody, padł do nóg rzeźby, która była może tygrysem, a może rumakiem, i błagał nieznanego o pomoc. O zmierzchu przyśnił mu się posąg. Był żywy, drżący: nie był straszliwym bękartem konia i tygrysa, ale tymi dwoma gwałtownymi stworzeniami jednocześ­nie, a także bykiem, różą i zawieją. Wielokształtny bóg objawił, że jego ziemskim imieniem jest Ogień, że w tej okrężnej świątyni (oraz w innych podobnych) składano mu niegdyś ofiary i oddawano hołd, a także, że cudownie ożywi śnione przez cudzoziemca widmo, tak aby wszelkie stworzenie, z wyjątkiem samego Ognia i śniącego, wierzyło, że młodzieniec jest człowiekiem z krwi i kości. Polecił wyuczyć go ceremoniału i posłać w dół rzeki do drugiej świątyni, by i tam głos człowieczy czcił Ogień pod piramidami zniszczonych budowli. I wówczas we śnie śniącego mężczyzny obudził się ten, który był śniony.

Czarodziej wypełnił polecenie. Wyznaczył sobie termin (który w końcu sięgnął dwu lat), aby nauczyć syna kultu Ognia i tajemnic wszechświata. Cierpiał głęboko, że będzie musiał się z nim rozstać. Pod pozorem pedagogicznej konieczności odwlekał z dnia na dzień godziny przeznaczone na sen. Czasem niepokoiło go przeczucie, że wszystko to raz już się zdarzyło… Dni jego były na ogół szczęśliwe; zamykając oczy, myślał: „Teraz idę do syna”. Albo rzadziej: „Syn, którego spłodziłem, czeka na mnie; przestanie istnieć, jeśli o nim zapomnę”.

Przyzwyczaił go stopniowo do rzeczywistości. Pewnego razu kazał mu zatknąć sztandar na odległym wierzchołku. Nazajutrz chorągiew łopotała na wietrze. Poddał go także innym próbom, coraz ryzykowniejszym. Zrozumiał nie bez goryczy, że jego dziecko gotowe było do urodzenia – i może niecierpliwiło się nawet. Tej nocy ucałował więc po raz pierwszy syna i posłał go do świątyni, której ruiny bielały w dole rzeki za wieloma milami moczarów i splątanego lasu. Przedtem zaś (aby nie dowiedział się nigdy, że jest tylko złudzeniem, aby był pewien, że jest człowiekiem jak wszyscy) tchnął weń niepamięć o latach nauki.

Zwycięstwo i pokój, jaki ogarnął czarodzieja, był przyćmiony obrzydzeniem. O porannym i wieczornym zmierzchu padał na twarz przed posągiem z kamienia, wyobrażając sobie może, że jego syn wypełnia podobne obrządki, w innych okrężnych ruinach, tam, w dole rzeki; nocą nie śnił albo też śnił jak inni ludzie. Dźwięki i kształty wszechświata dochodziły doń jak z oddalenia: to nieobecny syn karmił się niknieniem ojca. Dzieło jego życia było zakończone; czarodziej żył jakby w zachwyceniu. Gdy minął czas, obliczany przez niektórych na lata, przez innych zaś na wieki, obudziło go o północy dwóch wioślarzy: nie mógł dojrzeć ich twarzy, ale słyszał, jak opowiadali mu o świątyni na Północy i o czarodzieju, który mógł chodzić po ogniu i nigdy się nie sparzyć. Cudzoziemiec wspomniał wtedy nagle słowa boga. Przypomniał sobie, że ze wszystkich żywiołów świata tylko Ogień wiedział, że jego syn był złudzeniem. Wspomnienie to, początkowo kojące, zaczęło go później dręczyć. Obawiał się, że młodzieniec pocznie zastanawiać się nad tym niezwykłym przywilejem i że odkryje w końcu swój prawdziwy los – los widma i udania. Cóż za odkrycie, cóż za upokorzenie: nie być człowiekiem, narodzić się we śnie innego człowieka! Każdy ojciec przejmuje się losem dziecka, które spłodził (na które pozwolił) w chwili zapomnienia albo w chwili szczęścia; nic dziwnego, że czarodziej obawiał się o przyszłość syna, którego wymyślił w tysiącu i jednej tajemniczych nocy, cząsteczka po cząsteczce, drgnienie po drgnieniu.

Kres rozważań nadszedł nagle; zapowiedziały go jednak wielorakie znaki. Najpierw (po długiej suszy) daleki obłok nad wzgórzem, lekki jak ptak; potem, ku Południowi, różowe niebo barwy lamparciego dziąsła; potem wielkie dymy, rdzawiące metal nocy; wreszcie paniczna ucieczka zwierząt. Powtórzyło się bowiem to, co stało się przed wiekami: ruiny świątyni boga ognia zostały zniszczone przez ogień. W pustym od ptaków poranku czarodziej ujrzał, jak ruszają ku murom wszechstronne płomienie pożaru. Przez chwilę pomyślał, by ukryć się w wodach; wkrótce jednak zrozumiał, że śmierć nagrodzi teraz jego starość i rozgrzeszy z wszelkich prac. Postąpił ku językom ognia. Te jednak nie wgryzły się w ciało czarodzieja, głaskały je tylko i ogarniały, nie grzejąc ani paląc. Z ulgą, pokorą i zgrozą zrozumiał, że on także był tylko złudzeniem i że śnił go teraz właś­nie kto inny.

Tłumaczył A. Kaczanowski

 

Tekst pochodzi z numeru 645/1957 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Data publikacji:

Jorge Luis Borges

Jeden z najwybitniejszych pisarzy argentyńskich. W szkole podstawowej jąkał się i nosił okulary, czym narażał się na drwiny kolegów. Dziś jest nieskończonym źródłem inspiracji dla nieskończonej ilości pisarzy i filozofów. Żył w latach 1889–1986.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!