Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Mroczne opowiadanie kryminalne prosto ze Skandynawii! Tłumaczyła Justyna Czechowska, napisał
2017-06-20 00:00:00
Opowiadanie

Pukanie

ilustracja: Marek Raczkowski
Pukanie
Pukanie

Molly mieszkała przy nudnej ulicy w cichym bloku. Jej życie było podobne: nudne i ciche. Do momentu, gdy zaczęło się to pukanie.

„Wybierz właściwego mężczyznę”, mawiała przyjaciółka Judith, ale Molly nie potrafiła wybrać. Tak wielu ich tam było. Każdy mężczyzna miał przynajmniej jedną cechę, która Molly się podobała: promienny uśmiech albo dobre oczy, szerokie ramiona albo piękny zapach. I silne stopy. Tańczyć – to muszą umieć. Przez blisko dwadzieścia lat, od poniedziałku do piątku, Judith i Molly pracowały razem w dziale finansowym firmy Forsgrena. Gdy nadchodził weekend, szły do Savoya, miejskiego hotelu, albo do Silver Saloon. I tam je zapraszano do tańca. Tańczyły ze studentami i stolarzami, deweloperami i kierownikami administracyjnymi. Ze wszystkimi.

Ale Judith umarła na skutek zatoru płucnego, a Molly przeszła na emeryturę i przestała tańczyć. Wyprowadziła się do mniejszego mieszkania na obrzeżach miasta. Mężczyzn w jej życiu już nie było.

Mieszkała teraz przy nudnej ulicy w cichym bloku.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Jej życie było podobne: nudne i ciche.

Do momentu, gdy zaczęło się to pukanie.

***

Budzisz się na cienkim materacu. Wciągasz ciepłe powietrze i mrużysz oczy, ale nic nie widzisz. Tylko ciemność. Przewracasz się na bok, twoje ramię zatrzymuje się na miękkiej ścianie.

Powoli wstajesz, tyłem głowy uderzasz o równie miękki sufit.

Próbujesz krzyknąć, ale twój głos wsysają ściany. Żadnego echa. Jeszcze zanim wymacasz wytłumione ściany, już wiesz, że pomieszczenie jest dźwiękoszczelne. Podłoga, ściany, sufit – wszystkie powierzchnie są miękkie i głuche. Cela z wyściełanymi ścianami? Nie, wyłożona pianką.

Poruszasz się na czworakach. Potrącasz wiaderko, które cicho brzęczy, potem plastikową miskę wypełnioną chłodną wodą. Wtedy pomieszczenie się kończy, po mniej niż trzech metrach. Po przeciwnej stronie palcami wyczuwasz nacięcie w gumowej otulinie, może to być szerokie okienko. Nad nim znajduje się wentylator. Wiatrak szumi, kieruje w twoją stronę świeższe powietrze, ale w celi i tak jest potwornie gorąco. I ciasno. Po chwili wracasz na materac.

Znów siadasz. Pamiętasz swoje imię: Sara. Teraz to wszystko, co ci zostało.

A ostatnie wspomnienie przed tym pomieszczeniem? Był wieczór, zimno i ciemno. Szłaś szybkim krokiem po żwirowej ścieżce w jakimś lesie. Uciekałaś od Sebastiana, kiedy usłyszałaś silnik i zobaczyłaś za sobą światła. Jakieś auto zbliżało się między drzewami, zwolniło. Ty też przystanęłaś, ale trzymałaś się z daleka. Ktoś opuścił szybę.

– Excuse me! – jakiś mężczyzna wysunął głowę. – Have you seen this girl?

Mężczyzna wyglądał na Szweda, ale zapytał po angielsku, nieśmiało i przyjaźnie. Wydawał się zwyczajny. Zrobiłaś krok do przodu. Nie przepadałaś za nieznajomymi autami, ale widziałaś, że nieznajomy pokazuje ci duże zdjęcie uśmiechniętej dziewczynki.

– No… – odparłaś, robiąc kolejny krok do przodu. To wtedy spostrzegłaś, że zdjęcie nie jest wyjęte z rodzinnego albumu, że to tylko reklama wycięta z gazety. Zaczęłaś się cofać. Wtedy mężczyzna schował zdjęcie, coś błysnęło w jego dłoni. Puszka ze sprejem. Skierował ją w twoją stronę, nacisnął – prysnął na ciebie zimną chmurą gazu.

Chmura była jak silne uderzenie w twarz. Zabrakło ci powietrza, oczy łzawiły, zatoczyłaś się. Drzwi auta się otworzyły. Usłyszałaś szelest kroków, poczułaś twarde ramiona, które cię przewróciły. Wilgotna szmatka przyciśnięta do twoich ust i nosa…

Potem tylko ciemność.

Teraz to pamiętasz. Nie ma twojej kurtki. Nie ma butów ani skarpetek. Bluzka i spodnie to wszystko, co posiadasz. W ciasnocie celi nagle ogarnia cię panika. Wypełnia cię zimny strach. Mocno uderzasz w piankę na ścianie, próbujesz się przez nią przebić.

Nagle kawałek gumy odpada, na ścianie za materacem. Odginasz go, macasz po ciemku, czujesz drewno. Chropowate drewno, nieheblowana deska.

Próbujesz ją podważyć, ale jest gruba. Palcem dotykasz wielkiej śruby, jest mocno przytwierdzona. Twoja szczupła ręka nieoczekiwanie odnajduje jednak wyjście. Ktoś, kto zbudował celę, popełnił błąd. Zostawił wąską szczelinę między dwoma narożnymi deskami. Dłoni udaje się przecisnąć przez otwór, na zewnątrz, na powietrze. Jest wolna!

Ucieczka ręki budzi w tobie zapał. Twoje palce dosięgają podłogi. Wycyklinowanego parkietu. Uświadamiasz sobie, że cela znajduje się w innym pomieszczeniu. Mężczyzna zabrał cię do jakiegoś domu albo mieszkania.

Jesteś zamknięta, ale rękę masz na zewnątrz. Więc ją zaciskasz i kłykciami zaczynasz wystukiwać sygnał alarmowy – prosty rytm, który dziadek bębnił o blat stołu, gdy byłaś mała. Wystukujesz sygnał o podłogę, najmocniej, jak się da, nie wiedząc, czy ktokolwiek cię słyszy.

Ale ktoś musi usłyszeć. Ktoś musi przyjść.

***

Pukania.

Molly budzi się od pukania, od tych głuchych dźwięków w mroku sypialni. Otwiera oczy, przewraca się na niepościelonym łóżku.

Pukanie nie ustaje. Dochodzi z sufitu. Molly słucha nieporuszona, dalej leży w skotłowanej pościeli. Spogląda na pety wetknięte w popielniczkę na stoliku nocnym. Na pusty otwór pudełka po papierosach. I na butelkę po likierze, z wiśniową plamą na dnie.

„Po każdym przyjęciu trzeba pozmywać – mawiała Judith, gdy szły potańczyć – ale zajmiemy się tym jutro!”.

W głowie Molly stuka, w rytm popukiwań. Poprzedni wieczór nie był ani trochę imprezowy: debata w telewizji i ostatni papieros w fotelu, do tego kieliszeczek likieru. Potem większy kieliszek likieru, angielski serial kryminalny przed północą i dwa ostatnie papierosy. Potem łóżko, definitywnie ostatni papieros, kiedy już leżała otępiała, myśląc jak zwykle o Judith i mężczyznach. To wtedy musiała opróżnić butelkę.

Na wieczorkach tanecznych piły głównie drinki: bellini, kir royal, metropolis… Oczywiście faceci płacili, potem prosili do tańca.

Teraz jest po imprezie. Molly została sama z górą naczyń do zmywania.

Przez wiele lat naprawdę piła tylko jeden jedyny kieliszeczek likieru i paliła jednego jedynego papierosa wieczorem, nigdy w łóżku. Przez kilka lat Molly mieszkała ze strażakiem Ulfem. Zabronił jej palenia w łóżku.

Molly tęskni za nim. Tęskni za wszystkimi mężczyznami. I za Judith. Wzdycha. Siada, wciąż wsłuchując się w pukanie. Tęskni za porannym papierosem i za porannym kieliszeczkiem, o ile jest już rano. Teraz, trzy lata po odejściu na emeryturę, dni coraz bardziej zlewają się w jedno.

Pukanie w sufit nie ustępuje. Jest denerwujące jak kapiący kran. Molly podnosi zesztywniałe ciało z łóżka. Pora na śniadanie. Przystaje jednak w przejściu, nasłuchuje. Pukanie ucichło.

***

Już nie pukasz, za bardzo bolą cię kłykcie. Wsuwasz rękę z powrotem, siadasz na materacu. Oddychasz, czekasz. Czas płynie.

Nagle coś łomocze w drewnianej ścianie celi. Potem słychać dźwięk klucza. Ktoś na zewnątrz otwiera kłódkę.

Wstrzymujesz oddech, wciskasz się w ścianę. Do celi wpada promień światła. Otwiera się okienko, ktoś włącza silną lampę i oświetla mrok celi. Strumień światła błądzi, w końcu pada na ciebie. Ciemna postać zasłania okienko.

– Stand up – mówi męski głos.

Wstajesz, mrużysz oczy w świetle lampy. Rozpoznajesz głos z auta – głos Szweda mówiącego słabym angielskim – ale teraz jest bardziej stanowczy. Mężczyzna wkłada dłoń do celi i mówi dalej:

– Take this.

Podaje ci niewielki przedmiot. Widzisz, że to rozwarte nożyczki. Zwykłe nożyczki z plastikowymi uchwytami. Co masz zrobić?

– Look – mówi mężczyzna, kierując lampę na bok.

W świetle widzisz na ścianie rząd zdjęć. Dziesięć wydruków z polaroidu, które przypięto do pokrywającej ściany pianki. Seria wizerunków bladej, chudej dziewczyny, patrzącej prosto w obiektyw wystraszonym wzrokiem.

Dziewczyna na żadnym zdjęciu się nie uśmiecha, w dłoni trzyma nożyczki. Te same nożyczki, które dostałaś od mężczyzny.

Widzisz, co robi dziewczyna: przed obiektywem rozcina własne ubranie. Na kolejnych zdjęciach widać, że odcięła rękaw, potem nogawkę spodni. Na ostatniej fotografii kuli się naga w celi, a jej policzki błyszczą od łez.

Mężczyzna znów nakierowuje lampę na ciebie.

– Do it! Cut. Like her.

Potrząsasz głową.

Mężczyzna wyciąga jeszcze coś przed lampę: to gaz w spreju. Podnosi go na wysokość twojej twarzy, palec trzyma na przycisku.

Rozumiesz, teraz jesteś posłuszna. Wkładasz nożyczki pod rękaw bluzki, odcinasz dziesięciocentymetrowy kawałek, podnosisz go do lampy.

– No, more – odzywa się mężczyzna. – Cut more!

Ciężko oddycha, jest podniecony. Boisz się, nigdy się tak nie bałaś. Nożyczki drżą ci w dłoni, ale udaje ci się rozciąć rękaw. Mijasz łokieć, teraz widać całe ramię. W świetle lampy wygląda na szczupłe i blade. Odcinasz spory kawał materiału.

Mężczyzna wzdycha z zadowoleniem. Oślepia cię błysk, słyszysz dźwięk aparatu fotograficznego. Potem podnosi butelkę ze sprejem i naciska. Do celi wdziera się wilgotna chmura. Zamykasz oczy, ale to nie gaz łzawiący – to perfumy o zapachu róż.

Mężczyzna wyciąga rękę, bierze od ciebie materiał. Lampa gaśnie, okienko się zamyka.

Opadasz na materac. Różany zapach jest obrzydliwy. Wszystko tu jest obrzydliwe.

Ale mężczyzna zostawił nożyczki. Przesuwasz się w stronę otworu w podłodze. Wysuwasz nożyczki przez otwór i zaczynasz pukać. W kółko ten sam sygnał. To odwraca uwagę od strachu. Nie chcesz myśleć o zdjęciach, które mężczyzna ci pokazał, ale i tak krążą po twojej głowie. Inna dziewczyna, tutaj w drewnianej celi, jej też kazano rozcinać ubranie. Dziewczyny już tu nie ma, zastąpiłaś ją. Gdzie się podziała?

Nie myśl o tym. Pukaj dalej.

***

Molly słyszy, że pukanie nad sypialnią znów się zaczęło. Teraz jest głośniejsze. Wyraźniejsze.

Podnosi ciężką głowę w stronę sufitu. Dzień się kończy, a ona jeszcze nie pościeliła łóżka. To dlatego stoi w sypialni. Przygotuje sobie spanie, potem uczci to papierosem i pierwszym kieliszkiem likieru przed telewizorem.

W suficie coś puka i puka, długie sekwencje… Czy to jakiś zirytowany sąsiad? Ale Molly nikomu nie przeszkadza. To ona jest zirytowana – zimą ktoś nad nią przebudowywał całe mieszkanie. Tak przynajmniej to brzmiało. Na górze wiercono i piłowano przez kilka tygodni. Miała nawet tam pójść z upomnieniem, ale Molly nie jest osobą, która skarży się na sąsiadów.

Czasem słyszy, jak spuszczają wodę w toalecie, ale prawie nigdy ich nie widuje. Po prawej mieszka samotny student, po lewej – jakaś młoda para. Nigdy z nimi nie rozmawiała. Jeśli słyszy czyjeś kroki na klatce schodowej, nie otwiera drzwi, tylko czeka. Tak się przecież robi.

Molly zatrzymuje się w sypialni. Pukanie dochodzi z rogu sufitu. W końcu zaczyna słyszeć sekwencję. Czasem popukiwania są szybkie, czasem powolniejsze. Im bardziej się przysłuchuje, tym bardziej pukanie brzmi jak sygnał. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie…

SOS. Wzywanie o pomoc? Molly spogląda na sufit.

Zastanawia się. Zakłada płaszcz i buty, wychodzi na ulicę. Zapala papierosa. Na zewnątrz można palić bez wyrzutów sumienia, to wręcz zdrowe.

Jest ponury dzień, ale Molly nie patrzy w niebo, tylko na swój duży blok. Jest zbudowany z żółtej cegły, ma kształt litery L. Idzie po chodniku, na pierwszym piętrze odnajduje okno swojej sypialni i patrzy na okno powyżej. Jest całkiem czarne, przykryte roletą.

Molly gasi papierosa i zmierza do wejścia. Mimochodem zerka na okno kuchenne obok tego z roletą. Stoi w nim łysy mężczyzna. W dłoni trzyma kubek, ma okulary w grubych, czarnych oprawkach. Gapi się na ulicę.

Mężczyzna podnosi kubek do ust i mruga, jakby coś wpadło mu do oka. Potem zniża spojrzenie na chodnik, ale Molly zdążyła już zacząć iść. Nie podobają jej się jego nerwowe oczy.

Wraca do mieszkania, trzęsie się, wyjmuje likier. Ale wiśnie wydają jej się kwaśne, alkohol nie uspokaja. Nie, nie wytrzyma tego, musi porozmawiać z kimś o pukaniu.

Rodzice Molly nie żyją, jej jedyny brat jest w Tajlandii. Nie ma do kogo zadzwonić – ale i tak dzwoni. Wybiera numer alarmowy policji.

– SOS, co się stało?

– Wydaje mi się… – zaczyna Molly – że jestem świadkiem przestępstwa… Porwanie.

Przełączają ją dalej, w końcu dociera do kogoś, kto tytułuje się inspektorem kryminalnym, Sanny Månsson, która w milczeniu wysłuchuje relacji Molly na temat pukania. Z sufitu, z mieszkania powyżej.

– Pukania? – pyta policjantka. – Które pani przeszkadzają?

– Tak… Nade mną mieszka jakiś mężczyzna, widziałam go w oknie. I… sądzę, że trzyma kogoś w zamknięciu. Kogoś, kto wzywa pomoc, pukając w podłogę… Wydaje mi się, że to brzmi jak takie es-o-es.

– Wzywanie o pomoc? Od jak dawna to pani słyszy?

– Od jakichś trzech dni – odpowiada Molly. Nie jest pewna, od jak dawna dociera do niej to pukanie. Nie wie, za dużo piła i spała.

– Słyszała pani inne dźwięki? Głośne rozmowy albo krzyki?

– Nie, żadnych kłótni… jest spokojnie.

– A kto nad panią mieszka? Kim jest mężczyzna?

– Tego nie wiem… Nie wiem, jak się nazywa. Nikogo tu nie znam.

– Dobrze. Dziękuję – mówi policjantka. – Spiszę pani dane, numer telefonu i godziny, kiedy słyszała pani odgłosy.

– Ale… nic z tym nie zrobicie?

– Zrobimy, ale to nic pilnego. Będziemy mieć to na uwadze.

– A jeśli ktoś jest tam zamknięty? – niepokoi się Molly. – Jeśli kogoś porwano?

– Nie mam tu żadnych zgłoszeń o zaginionych osobach – mówi policjantka. – Ale zanotuję propozycję śledztwa. Jeśli coś się wydarzy, proszę zadzwonić na moją komórkę.

Molly dyktuje swoje dane, dostaje numer telefonu komórkowego policjantki, po czym odkłada słuchawkę. Oddycha i nasłuchuje, ale nie słyszy pukania. Zostaje w kuchni, żeby zapalić i dotrzymać towarzystwa butelce z likierem.

***

Już od dawna pukasz nożyczkami o podłogę, wydaje ci się, że kilka dni. Nic się nie wydarzyło, nikt nie przyszedł. To dlaczego nadal to robisz?

Mężczyzna jeszcze cię nie nakrył. Jeszcze. Zanim otworzy okienko drewnianej celi, zapala lampę, więc za każdym razem zdążasz przestać pukać.

Opróżnił twoje wiadro toaletowe, spryskał wnętrze perfumami, a potem skierował na ciebie lampę, żeby popatrzeć. To właśnie robi, patrzy w milczeniu. A za każdym razem, gdy świeci lampa, widzisz zdjęcia na ścianie. Widzisz coraz więcej w tej dziewczynie – jak bardzo jest chuda, jaka samotna i wystraszona. Z każdym zdjęciem coraz bardziej się kuli.

Mężczyzna chce, żebyś patrzyła na zdjęcia. Zdaje się, że sprawia mu to przyjemność.

Robisz to samo co dziewczyna, kulisz się i tniesz ubranie. Ciemność nie jest tak przerażająca jak mężczyzna, ale jest.

A najgorsza jest samotność. Za wieloma osobami tęsknisz: za dziadkiem, za rodzeństwem, za przyjaciółmi.

Nie tęsknisz za parą, która zabrała cię do Szwecji – ludźmi, którzy mówili o sobie Grace i Sebastian. Grace załatwiła podróż autokarem, obiecała, że będziesz pracować jako pomoc domowa. Pokazała zdjęcie czekającej na ciebie rodziny z dwójką jasnowłosych dzieci. Ich tata miał być szefem szwedzkiego studia nagrań: „Chcesz przecież zostać piosenkarką, prawda Saro?” – powtarzała Grace.

Ale w Szwecji nie ma żadnej rodziny z ojcem pracującym przy nagraniach. Jest tylko ciasne mieszkanie z pięcioma innymi dziewczynami. I Sebastianem. Powiedział, że musisz zwrócić koszty podróży, zabrał ci paszport i wywiózł na wielki parking za dworcem kolejowym. Ciemny, zamarznięty plac wylany asfaltem. Późno wieczorem przyjechali tam mężczyźni. Sebastian z nimi rozmawiał, śmiał się, gdy ty cała się trzęsłaś.

Podjechało pierwsze auto, prowadził je biały, szwedzki mężczyzna. Otworzył ci drzwi, uśmiechnął się. Zobaczyłaś, że w środku jest mnóstwo śmieci – na tylnym siedzeniu było pełno butelek, opakowań po tytoniu i pisemek pornograficznych. A mężczyzna cuchnął uryną, masował sobie krocze i uśmiechał się do ciebie.

Odwróciłaś się i uciekłaś. Między rzędami aut, pochylona. Sebastian krzyczał, biegł za tobą, ale parking był ciemnym labiryntem – niezauważona wypełzłaś na tory.

Biegłaś na oślep, wydostałaś się z miasta na leśną drogę. Wydawało ci się, że jesteś wolna, dopóki nie pojawił się mężczyzna w białym aucie. Czy był jednym z tych, którzy krążyli po parkingu? Możliwe.

Nie tęsknisz za Sebastianem, ale ten mężczyzna jest dużo gorszy. Dla Sebastiana i Grace byłaś inwestycją. Ten mężczyzna traktuje cię jak zabawkę. Ma zamiar trochę się tobą pobawić, aż mu się znudzi. Aż potniesz do końca ubranie. A co wtedy?

***

Słońce wzeszło nad miastem. Molly jest sama, zmęczona i zesztywniała. Papierosy się skończyły, butelka z likierem jest prawie pusta. Niebawem musi wyjść po zakupy.

Leży w łóżku z lokalną gazetą na brzuchu. Od czasu do czasu nasłuchuje, ale nie słychać żadnego pukania. Molly uświadamia sobie, że nie słyszała nic od wczorajszego rana.

Przegląda gazetę, aż nagle trafia na wiadomość o makabrycznym odkryciu. Krótka notatka, którą czyta kilka razy:

ZWŁOKI KOBIETY ZNALEZIONE W JEZIORZE

Policja informuje, że w zaroślach na brzegu południowej części jeziora Råsjön znaleziono ciało. Należało do młodej kobiety, jej tożsamość jest jak dotąd nieznana. Nieznana jest także przyczyna śmierci, prawdopodobnie zmarła przez utonięcie lub uduszenie. W chwili gdy ją znaleziono, kobieta była ubrana jedynie w bieliznę, nie miała obuwia ani innych rzeczy osobistych. Niejasne jest, czy kobieta spadła, czy zepchnięto ją z jakiejś łodzi, czy też może sama weszła do wody, zostawiwszy ubrania z dowodem tożsamości gdzieś na brzegu. Ciało badają obecnie lekarze medycyny sądowej.

Gazeta drży w dłoniach Molly. Tęskni za papierosem. Råsjön leży zaledwie kilka kilometrów od jej ulicy. Autem to mniej niż dziesięć minut, po żwirowej ścieżce przez świerkowy las.

Molly wyciąga butelkę, nalewa alkohol do szklanki i wypija jednym haustem. Zamyka oczy i nalewa sobie resztę. Pije, zamyka oczy, stara się myśleć. W końcu dzwoni do Sanny Månsson, policjantki śledczej.

– Tu Molly Aronsson… Zabił ją.

– Kogo?

– Dziewczynę, którą trzyma w zamknięciu. Mój sąsiad… zabił ją i wrzucił do jeziora. W zarośla. Właśnie przeczytałam o jej ciele w gazecie. To ta dziewczyna, którą znaleźli w samych majtkach. Napisali, że…

– Pani Molly – przerywa jej policjantka. – To niemożliwe.

– Ale…

– To ciało jest stare, pani Molly. Znaleziono je wczoraj, ale leżało tam od ponad miesiąca.

– Miesiąca?

– Tak twierdzi lekarz sądowy. A pani przecież słyszała to pukanie niedawno.

– Wczoraj. Wczoraj słyszałam… – Molly zastanawia się chwilę, potem mówi dalej. – Ale nie mieliście zgłoszenia zaginięcia. Tak pani mówiła wczoraj. Więc jak dziewczyna może leżeć nieżywa przez kilka tygodni, jeśli nikt nie zaginął?

– Nikt nie zgłosił zaginięcia – odpowiada Sanna. – Ale to nie oznacza, że ktoś nie zaginął. Ciało w jeziorze mogło należeć do dziewczyny z zagranicy albo uciekinierki… Nie zawsze wiemy o zaginięciu. A jeśli człowiek się znajdzie, to nigdzie się tego nie odnotowuje.

Molly słucha z uwagą. Wszystko rozumie. Zamyka oczy.

– O mnie też nikt nie wie.

Policjantka milczy przez chwilę, potem pyta:

– Pani Molly, czy pani jest samotna? Dzwoni pani do mnie już drugi raz… Nie ma pani przyjaciół?

Molly patrzy na butelkę z likierem, odkłada słuchawkę.

***

Twojej bluzki już nie ma. Jest pocięta. Jedyne, co jeszcze masz, to bawełniane spodnie, ale te też zaczęłaś już ciąć. Mężczyzna cię zmusił. Ostatnim razem, kiedy otworzył okienko i zapalił lampę, musiałaś odciąć prawą nogawkę. Kazał ci pociąć wszystko nad kolanem, potem uniósł aparat.

– Smile.

Nie uśmiechnęłaś się, ale i tak pstryknął. Ósme zdjęcie. Potem rozpylił więcej perfum i rzucił ci coś pod nogi. Banana.

Zamknął okienko, a ty ponownie opadłaś w ciemności. Sucha i pusta, żadnych łez.

Zjadłaś banana, ze skórką, wypiłaś resztkę wody z miski.

Przestałaś pukać, to nie ma sensu. Ale zaczęłaś ostrzyć nożyczki o wystającą główkę śruby.

Zaostrzyłaś je, żeby móc uciec od mężczyzny w inny sposób. Przyłożysz ostrze do szyi i głęboko wbijesz.

Nie chcesz umrzeć tu w tej ciemności. Chcesz po raz ostatni zobaczyć światło. Nie lampę mężczyzny – światło dzienne.

Zapamiętale ostrzysz nożyczki o śrubę. Nie umrzesz, nie tutaj.

***

Molly wchodzi po schodach swojego bloku. Wcześniej wyszła kupić papierosy. I więcej likieru. Tego wieczoru nie jest całkiem trzeźwa, ale zawzięta.

Na drugim piętrze znajduje się troje zamkniętych drzwi – brązowych antywłamaniowych drzwi, opatrzonych wizytówkami: TRELKOV, LARSON i HIRÈN.

Molly przystaje. Patrzy na każde drzwi, niepewna, które należą do mężczyzny z okna. Jej mieszkanie znajduje się pośrodku, zatem pukania powinny dochodzić z lokalu dokładnie nad nią.

Ale widzi, że tu na górze drzwi rozmieszczone są inaczej. Czy to oznacza, że pokoje też wyglądają inaczej? Blok jest duży, ma kilka skrzydeł. Który sąsiad mieszka nad Molly?

Nie wie. Ale musi coś zrobić.

Dzwoni do drzwi po prawej: LARSON.

Ktoś je cicho odblokowuje i otwiera. Molly spina się. Spodziewa się, że zobaczy niskiego, łysego mężczyznę w okularach – ale ten, który otwiera, jest wysoki i ma siwe włosy. Jest w jej wieku, patrzy na nią pytająco.

Napięta cisza. Musi coś powiedzieć.

– Dobry wieczór… Nazywam się Molly Aronsson.

Wyciąga rękę. Mężczyzna ściska ją, jego dłoń jest ciepła i wilgotna.

– Witam… Torvald Larson.

– Przeszkadzam? – pyta Molly.

Siwy mężczyzna waha się, potem zaprzecza ruchem głowy. Za jego plecami Molly dostrzega niewielki przedpokój z lustrem na ścianie, kilka dyplomów z wojska z nazwiskiem Larsona i dwoje zamkniętych drzwi.

– Chciałam się tylko…. przywitać – mówi dalej. – Mieszkam pod panem. Jestem tu nowa. I… pomyślałam, że dobrze byłoby poznać sąsiadów.

Sąsiad słucha, ale nie reaguje.

– Tak – odzywa się w końcu. – Z pewnością.

– Więc… chciałam się tylko przywitać – mówi Molly. – Mieszka pan z rodziną?

Larson unika jej wzroku.

– Nie – odpowiada krótko. – Mieszkam sam.

– Ja też – uśmiecha się Molly. – A więc musimy się spotkać.

Larson patrzy na nią, nie jest przekonany. Zapada cisza.

– No tak – mówi Larson. – To do widzenia.

Molly kuli ramiona – ale wtedy otwierają się drzwi za jej plecami. To drzwi po lewej, oznaczone nazwiskiem TRELKOV.

Wychodzi z nich jakiś młody człowiek około trzydziestki, ma na sobie białą czapkę i niebieski strój joggingowy z napisem POWER na klatce piersiowej. Ma szerokie ramiona, ale wąską talię – ciało, do którego Molly chętnie by się przytuliła na parkiecie.

– Cześć, Peter! – odzywa się Larson za plecami Molly. – Idziesz pobiegać?

– No – odpowiada młodzieniec. – Zrobię sobie kółeczko.

Rzuca szybkie spojrzenie na Molly. Larson skinieniem wskazuje na Molly:

– To jest… sąsiadka z dołu.

Molly uśmiecha się nerwowo do biegacza, wyciąga rękę.

– Molly Aronsson. Jesteśmy sąsiadami.

– Peter – mężczyzna nie odwzajemnia uśmiechu. – Peter Trelkov.

Jego dłoń jest sucha, uścisk mocny. Trelkov nie mówi nic więcej, tylko zbiega po schodach. Na dole trzaska bramą.

– No – mówi Larson – to do widzenia. – Zamyka za sobą drzwi.

Molly stoi w miejscu. Larson i Trelkov. Teraz wie, że mężczyzna mieszkający między nimi, którego widziała w oknie, nazywa się Hirèn. Hirèn pije kawę i często mruga oczami. Larson jest byłym wojskowym. Trelkov lubi biegać. Teraz wie trochę więcej o sąsiadach.

Ale wciąż nie ma pojęcia, skąd dochodzi pukanie.

***

Teraz nożyczki są już naostrzone, straciłaś czucie w palcach. Ledwo utrzymujesz narzędzie w dłoni. Leżysz na materacu, wsłuchujesz się w szum wiatraka. Słabo działa, w celi jest duszno, a jednak czasem marzniesz. Kręci ci się w głowie. W ciemności widzisz rzeczy: płynącą wodę, iskrzące się oczy i węże pełzające po ścianach.

Mężczyzna dał ci jabłko i tabliczkę czekolady, ale nie przyniósł wody. A miska jest już pusta.

Próbowałaś z nim rozmawiać, dać mu do zrozumienia, że chce ci się pić – ale on nie odpowiada. Jedyne, co ci daje, to krótkie rozkazy.

Jesteś teraz szczurem w klatce, wygłodzonym i śmierdzącym. Często dotykasz odbitek przypiętych do ściany. Nie widzisz jej, ale cały czas myślisz o dziewczynie, którą zamknięto tu przed tobą. Wiesz, że mężczyzna obok tych zdjęć z dziewczyną przyczepi twoje. To jego trofea.

***

Molly leży w łóżku i pali, siedzi w kuchni i pije, stoi przy oknie i się gapi.

Cały czas ma w głowie film z mężczyzną. Widzi, jak wyrzuca ciało martwej dziewczyny w zarośla nad jeziorem Råsjön, jak worek śmieci. W kółko ten sam film, ale czasem mężczyzna wygląda jak siwowłosy Larson, czasem jak Hirèn w średnim wieku, a czasem jak najmłodszy Trelkov. Czasem jego twarz robi się błyszcząca i blada jak białko jajka.

Molly pali i pije, znów pali. Nie może robić nic innego. Ani oglądać telewizji, ani iść na spacer. Źle się czuje.

Dzień przechodzi w wieczór, wieczór staje się nocą, która zamienia się w poranek i znów w wieczór. Molly krąży po pokojach. Pije i pali, chodzi po mieszkaniu. Wszędzie potyka się o meble, zderza ze ścianami, traci równowagę.

Teraz znów słyszy pukanie. Zatyka uszy, ale i tak słychać. Czyżby cały czas pukania były tylko w jej głowie?

Nie, to ta dziewczyna. Molly to wie. Dziewczyna czeka, aż Molly coś zrobi.

Siada, obok niej stoi w połowie napełniony kieliszek. Opróżnia go i powoli wstaje. Znów się zatacza. Wychodzi z mieszkania. Wspina się po schodach na drugie piętro.

Znów te same drzwi. Trelkov, Hirèn. Larson. Tym razem Molly nie wybiera – dzwoni do wszystkich jednocześnie. Długie sygnały.

– Otwierać! – krzyczy.

I robią to. Otwierają. Młody Peter Trelkov wygląda pierwszy, potem stary Torvald Larson. Pytające spojrzenia, zmarszczone brwi.

– Co się dzieje?

Molly nie odpowiada, podchodzi do środkowych drzwi, należących do Hirèna, i dzwoni. Potem kopie je.

– Otwierać, mówię!

W końcu Hirèn otwiera. Wygląda przez szparę, ma zaspany wzrok i niezapiętą koszulę. Stoją tam wszyscy trzej, jej sąsiedzi. Molly zatacza się, robi krok do tyłu i krzyczy do wszystkich trzech:

– Trzyma pan u siebie dziewczynę! W zamknięciu!

Krzyk odbija się echem po klatce schodowej. Patrzy na każdego z nich po kolei.

– Wiem to! Masz ją tam w środku! – wrzeszczy do Larsona.

– Ale nie uda ci się! – krzyczy do Hirèna.

– Zawiadomiłam policję! – ostrzega Trelkova.

Potem Molly czka żenująco głośno, szybko zamyka usta. Widzi, jak mężczyźni patrzą po sobie. Hirèn spogląda na Trelkova, który przytakuje i gapi się na Larsona.

– Stoicie tak – mówi Molly coraz ciszej. – Ale wy, wy też nie macie o niczym pojęcia.

Drzwi mężczyzn zaczynają się zamykać. Pierwszy wycofuje się Trelkov, potem Hirèn. W końcu stary Larson. Ale zanim za sobą zamknie, rzuca Molly zmęczone spojrzenie:

– Powinna pani odpocząć. I przestać pić.

Zasuwają się trzy zamki. Przed Molly troje zamkniętych drzwi.

Odwraca się i schodzi do siebie. Tak właśnie robią sąsiedzi w blokach, idą do siebie i zamykają drzwi. Za drzwiami może się wydarzyć wszystko, ale dobry sąsiad się nie wtrąca. Zajmuje się swoimi sprawami, zostawia ludzi w spokoju.

Molly wzdycha w ciszy własnego domu. Żadnego pukania. Przynosi papierosy i likier, gasi światło w kuchni i idzie do sypialni. Zajmie się teraz swoimi sprawami.

Bierze porządny łyk likieru, potem jeszcze dwa. Siada na łóżku.

Nie słychać pukania. Zapala papierosa, pije dalej. Powoli opada na łóżko. Nadchodzi sen.

Molly pali z zamkniętymi oczami, tańczy. Czuje się tak, jakby była na tańcach. Jest wolna. Wokół niej kręcą się mężczyźni, uśmiechają się do niej, słyszy perlisty śmiech Judith.

Molly uśmiecha się do Judith. Tańczą dokoła, aż Molly upada…

W mrok, gdzie przyjmuje ją łóżko.

***

Nie pukasz już w podłogę, już nie ostrzysz nożyczek. Na nic nie masz siły. Jest za gorąco, jesteś wycieńczona.

Leżysz na materacu i cicho sobie śpiewasz: „Cat am fost de singur tu nu ai stiut, Tiai ferit mereu privirea, de la inceput…”. Rumuńską piosenkę o byciu wyrzutkiem.

Okienko jest zamknięte, wszystko czarne. Mężczyzna trzyma się z dala od celi od kilku godzin, może dni. W ciemności nie da się mierzyć czasu, nie wiesz, jak długo już tam jesteś. Tydzień? Dwa?

Nie masz już bluzki, spodnie są pocięte, kawałek po kawałku, za każdym razem mężczyzna cię sfotografował. Czy to już dziewięć zdjęć? A może dziesięć?

Niedługo wróci.

Przyjdzie, wiesz o tym. Niedługo będzie koniec.

***

Noc.

Mężczyzna siedzi w kuchni z kubkiem zimnej kawy. Nie chce mu się spać. Dookoła niego w bloku panuje cisza. Stara się sobie wmówić, że sam jest panem tej twierdzy z cegły. Chce zapomnieć o sąsiadce, która przyszła wieczorem. Skąd wiedziała? Skąd wiedziała? Wrzeszczała na klatce schodowej, ale on pozostał niewzruszony. Kobieta była przecież kompletnie zalana, widzieli to także jego sąsiedzi. Niemożliwe, żeby zaalarmowała policję.

Jest wpół do drugiej, kawa wypita. Już pora. Mężczyzna wejdzie zaraz do pokoju i zajmie się dziewczyną.

Nie cieszy go to. Wie, że wszystko trochę potrwa i będzie męczące. Ale trzeba to zrobić. W tym momencie wstydzi się swojej słabości do południowoeuropejskich dziewcząt, tych, które go zwodziły, żeby co wieczór jeździł autem po centrum. Ich faceci krótko je trzymają, ale od czasu do czasu jakiejś udaje się wymknąć. To wtedy je śledził i łapał. Na razie dwie sztuki.

Tę drugą trzyma w pokoju od ponad tygodnia. Dostała tylko wiaderko wody i trochę jedzenia. Jest osłabiona, nie będzie się bronić.

Około wpół do trzeciej, gdy cały blok śpi, w wielkim pudle wyniesie nieżywe ciało i windą zjedzie do garażu. Jego auto jest zaparkowane tuż przy wejściu. Wsadzi ciało do bagażnika obok łomu i łopaty, a potem uda się za miasto. Tym razem pojedzie daleko, do lasu, i głęboko zakopie ciało. Nie dopadnie go panika, nie wyrzuci go do najbliższego jeziora jak poprzednio.

Mężczyzna kiwa głową, musi mieć kontrolę.

Zdejmuje pasek. Skóra jest miękka, łatwo da się zaciągnąć, mocno. Wstaje i idzie do pokoju gościnnego, zapala lampę. Przystaje i podziwia swoje dzieło: wielką drewnianą celę. Zbudował ją z płyt paździerzowych i desek, które posklejał i skręcił. Jest wentylowana i wygłuszona, nie da się z niej uciec. Mężczyzna nie jest geniuszem stolarki, ale czuje dumę ze swojej roboty.

Na wierzchu stoją spreje i aparat. Na krótkiej ścianie znajduje się jedyny otwór – szerokie okienko z porządną kłódką. Mężczyzna wyjmuje klucz.

Nagle z ulicy słyszy syreny, sztywnieje. Policja? Cholera… Nie, syreny cichną.

Mężczyzna otwiera kłódkę. Zdejmuje z haka halogenowy reflektor, otwiera okienko i zapala lampę.

Dziewczyna leży jak zwykle na materacu. Wolno podnosi głowę.

– Stand up! – mówi do niej. Patrzy na jej szyję, robi z paska pętlę.

Dziewczyna spuszcza wzrok w świetle lampy. Nie słucha go. Czy jeszcze się nie nauczyła? Mężczyzna szuka po omacku gazu łzawiącego – wtedy ktoś dzwoni do drzwi.

Zatrzymuje się, odwraca. Teraz słyszy pukanie, głośne i intensywne. Wychodzi do przedpokoju. Pukanie nie ustaje, przechodzi w głuche walenie. Brzmi jak uderzenia młotkiem. Albo siekierą.

Czy to znów ta sąsiadka? Wali w drzwi? Nie, na klatce schodowej słychać więcej głosów. Silnych głosów.

– Chwila! – woła i otwiera.

Za drzwiami stoją dwie osoby, mężczyzna i kobieta ubrani w żółte kamizelki odblaskowe i białe hełmy. Strażacy. Dyszą. Są spoceni, wyglądają na zdenerwowanych. Mężczyzna trzyma siekierę, kobieta jakieś radio.

– Musicie wyjść! – mówi.

Mężczyzna czuje w nozdrzach dym, mruga oczami.

– Co się dzieje?

– Na parterze się pali – odpowiada strażak. – Chyba ktoś nie zgasił papierosa i zasnął… Musimy opróżnić blok!

– Wychodzić! – ponagla kobieta. – Natychmiast, wszyscy!

– Mieszkam sam – odpowiada pospiesznie mężczyzna. – Nikogo więcej tu nie ma.

Wtedy słychać przytłumione wołanie. Za jego plecami, przez drzwi do pokoju gościnnego. Krzyk dziewczyny.

„Okienko – myśli mężczyzna – zapomniałem zamknąć okienko”.

Z pokoju dobiega głuche uderzenie o podłogę. Dziewczyna wypełzła na zewnątrz.

Strażacy patrzą w głąb mieszkania, potem na niego.

– Proszę wyjść – mówi kobieta. – Proszę wyjść na ulicę.

Mężczyzna potrząsa głową.

– Poczekajcie…

Ale oni go już nie słuchają. Omijają go, wchodzą do przedpokoju. Prosto w jego królestwo, jego rewir. Mężczyzna odwraca się za nimi, bezradny jak w jakimś koszmarze.

Strażacy otwierają drzwi do pokoju, dziewczyna próbuje się podnieść. Wychudzona, brudna, ma na sobie tylko majtki, a w dłoni trzyma nożyczki.

***

Przechodzisz obok swoich wybawców, poruszasz się w stronę światła. W stronę lampy u sufitu. Jesteś w zwykłym przedpokoju o jasnych ścianach i z czerwono-białym dywanem. Na jego środku stoi jakiś mężczyzna. Szwed, wszystko jedno kto, ale nieruchomy. Tylko jego oczy rozglądają się dokoła.

Unosisz zaostrzone nożyczki, mężczyzna robi unik. Nie atakujesz, chcesz tylko wyjść. Człapiesz w stronę otwartych drzwi. Na klatkę schodową i schodami w dół.

Na zimno, na świeże powietrze. Tyle świateł tam miga: niebieskie odblaski wozów strażackich, koguty policyjne i gromada gapiów.

Widzisz, że obok wejścia do klatki stoją nosze. Karetka powoli podjeżdża tyłem.

Na noszach leży stara kobieta, nieruchoma, z bandażami na rękach. Nos i usta ma zasłonięte maską tlenową, ale jej oczy są otwarte.

Spotykają twój wzrok, błyszczą od łez.

Tłumaczyła Justyna Czechowska

 

Data publikacji:

Johan Theorin

Szwedzki pisarz i dziennikarz. Jest autorem cyklu kryminałów, których akcja rozgrywa się na bałtyckiej wyspie Olandii, gdzie spędzał wakacje jako dziecko. Boi się nocować w starych, ciemnych domach na wsi.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!