Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Andrzej Bursa

Prawo do życia

Prawo do życia

Dwie budy oddalone od siebie o 15 metrów. Do każdej budy przytwierdzony łańcuch. Na łańcuchach psy. Psy barłożą się w zleżałej słomie, wygryzają pchły i patrzą na siebie z ukosa. Właściciel mówi, że gdyby je spuścić, pożarłyby się nawzajem. Taka już natura w nich siedzi.

Z długowłosym, żółtookim wyżłem byłem od pierwszego dnia za pan brat. Od razu pozwolił drapać się za uchem, a już na drugi dzień mogłem zabierać mu bezkarnie sprzed nosa miskę z kośćmi. Burek, krępy pokurcz o głowie wilka, patrzył na te eksperymenty nieufnie, powarkując i szczerząc drobne, drapieżne zęby.

Najbardziej bolał mnie los wyżła, jak świat światem przeznaczonego do biegania po polach, a nie do nudnego sterczenia przy budzie. Dowiedziałem się wprawdzie, że sam jest sobie winien, gdyż jest łajdak i kłusownik, który młodemu zajączkowi, a nawet i sarence nie przepuści, ale mimo to nie dawało mi to spokoju. Ot, koniec końców uzyskawszy pozwolenie od legalnego właściciela, poszliśmy na spacer. Biegałem z psem na sznurku przez mroczne, zielone ścieżki i piaszczyste dróżki przecinające rozmaitymi kierunkami Puszczę Notecką. Pies łapał wiatr, obwąchiwał krzaki, doznawał tysiąca rozkoszy – przecież nie wszystko było w porządku. Był związany konopnym sznurkiem z nieruchawą, dwunogą istotą, której najszybszy nawet bieg ani się może równać z myśliwskim galopem jego miękkich i niezawodnych łap.

ilustracja: Andrzej Bursa, materiały promocyjne
ilustracja: Andrzej Bursa, materiały promocyjne

Pełen skrupułów wobec właściciela i zwierzostanu Wielkopolski odwiązałem sznurek… Krótki, radosny skowyt – smyrnęła biała kita ogona i poooszedł pies w gęstwinę…

Zawołałem szybko: „Tofi!... Tofi!... Tofi!”...

„Szukaj wiatru w polu”, dodałem smętnie w duszy.

Ale oto zachrzęścił maliniak, zakołysały się młode sosenki i hop… jest mój Tofi na gościńcu. Język cieniutki i szeroki jak płat szynki wywalił na brodę, oczy błyszczą podnieceniem i wdzięcznością.

Odtąd chodziliśmy codziennie. Upatrzyłem polankę nad jeziorem, która cała mieściła się pod cieniem padającym od rosnącego na jej kraju dębu. Spodnie, koszula – won, odpinam Tofiemu obrożę i do wody… Płynę wzdłuż brzegu prawidłowo, powoli, a obok wystaje z wody kosmaty łeb. Oddala się i przybliża, zwalnia i przyspiesza… o, nie darmo dała matka natura błony między palcami. Znudziło mu się moje nieudolne pływanie, przysuwa się bliżej i już drapią mnie pazury po gołych plecach…

Mówię: „Idź, durniu, bo ja nie umiem tak pływać jak ty! Utopisz mnie i długo będziesz szukał takiego głupiego, co by chciał z tobą chodzić na spacer”…

A ten ci mnie chlast – językiem po twarzy. Wracamy wieczorem.

O młode pokolenie zajęcy i saren byłem spokojny, bo miałem Tofiego cały czas w zasięgu wzroku, a nie przypuszczam, żeby te sekundy, kiedy znikał w gąszczu, użytkował na mordowanie leśnych niemowląt. Raz pogonił za rogaczem, ale odwołałem go, tak że kozioł miał tylko o jeden strach więcej w swoim płochliwym, sarnim życiu. Przed domem brałem Tofiego na sznurek, a potem przywiązywałem po staremu do łańcucha. Burek patrzył na te spacery zawistnym okiem i zaczął starać się pozyskać moją łaskę. Krygował się, kręcił ogonem, mruczał przyjaźnie. Nie zwracałem na to uwagi… Warczałeś, bracie, gryźć chciałeś – cierpże teraz na łańcuchu… Aż wreszcie gdy zobaczyłem, że płaszczy się przede mną do ostatnich granic, bez słowa wziąłem bratka za obrożę, na sznurek i w las.

Spacer z Burkiem był inny niż z Tofim. Różnica rasy wyszła jak na dłoni. Mniej było upajania się przyrodą, a więcej rzetelnej przyjaźni. Burek nie odstępował mnie ani na pięć kroków, warczał na widok spotkanego przypadkowo człowieka, bez wahania rzucał się na mój rozkaz na wiewiórkę (mogłem sobie na ten eksperyment [pozwolić], bo w zadrzewionym gęsto terenie pies i tak wiewiórki nie złapie), starał się biedak odgadywać moje myśli swoją zakutą łepetyną.

Wreszcie postanowiłem wziąć obydwu wrogów na spacer. Właściciel wyśmiał mój zamiar. „Panie, pożrą się, aż futro będzie furczało”. Nawet poinformował mnie, jak się w razie czego obchodzić z ogrodową sikawką.

Puściłem oba psy na podwórze. Burek najeżył się, obnażył zęby, milczkiem ruszył w stronę wyżła. Tofi wzburzył miękkie, aksamitne wargi, niski pomruk zabulgotał mu w gardzieli…

– O nie, przyjaciele, tak u mnie nie ma…

Ująłem jedną ręką za jedną obrożę, drugą za drugą i do lasu. Spacer odbył się całkiem zwyczajnie. Tofi szalał po zaroślach, babrał się w kałużach, wykonywał szalone skoki i zwroty. Burek roztropnie dreptał koło mnie, czasem nadstawił uszy na jakiś szelest, czasem warknął na zwariowanego kompana.

Sierść jakoś nie furczała.

 

Są po świecie domy odrapane i stłoczone, wilgotne mieszkania cuchnące pomyjami i wychodkiem, mroczne suteryny i obskurne pokoiki od podwórza. Mieszkają w nich ludzie jeden na drugim, zaglądają sobie w garnki i złorzeczą sobie nawzajem. Różni mędrkowie uważają, że to już taka natura w człowieku siedzi, że musi się żreć.

Nieprawda! Dajcie wszystkim las, niebo prześwitujące przez gałęzie i kąpiel w jeziorze. Nie będą się żreć. Słowo honoru! Nie będą!

ilustracja: Andrzej Bursa, materiały promocyjne
ilustracja: Andrzej Bursa, materiały promocyjne

22 sierpnia nakładem wydawnictwa Znak ukaże się książka Dzieła (prawie) wszystkie Andrzeja Bursy.

Data publikacji: