Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Czytanie owocuje!

W letnim „Przekroju” nadzieja i ciekawość, szczęśliwe trafy i wielkie odkrycia. Ukraińska literatura i sztuka, a także antywojenny Bertrand Russell pod rękę z Josephem Hellerem. Uważne słuchanie i świadome śnienie. Dzikie pływanie i zbieranie jagód. Dbanie o rozwój, zdrowie i dobrostan. Prasłowianie, Aborygeni i uciekające ze Słońca fotony.

Kup letni „Przekrój”

Aż 220 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj z bezpłatną przesyłką. Sprawdź!

Przekrój
Radość sprawiała, że stawał się całkiem beztroski. Irytacji pozwalał niekiedy wybuchać, bo ...
1986-11-16
archiwum

Porachunki z sobą

rysunek z archiwum nr 2162/1986 r.
Porachunki z sobą
Porachunki z sobą

Radość sprawiała, że stawał się całkiem beztroski. Irytacji pozwalał niekiedy wybuchać, bo bywało to dla niego pożyteczne. Starał się kierować rozsądkiem, ale nie zawsze rozum oświetlał mu drogę. Przede wszystkim zaś pamiętał o zasadzie „nie warto być samolubem” i gotów był oddać głodnemu rekinowi własną nogę (co prawda tylko we śnie). Czuły esej Jana Stoberskiego o akceptacji siebie.

Czyta się 9 minut

Niejednokrotnie stwierdzałem z zadowoleniem: – Nikt nie wie, że w mózgu mym rodzą się czasem myśli tak mało ciekawe i banalne, że wolę nie dzielić się nimi z nikim. Dzięki temu nie muszę się ich wstydzić. Staram się też zapomnieć jak najspieszniej o tych moich nieudanych tworach duchowych, żeby nie uważać swej głowy za coś, co powinno by się znaleźć w koszu na śmieci.

Nieraz znów karciłem siebie. O niektórych swoich dawnych, smutnych przeżyciach nie zawsze potrafię myśleć jako o czymś zabawnym, nie zawsze zaśmiewam się z tego, że to i owo wydarzenie mogło mnie w swoim czasie martwić, czy nawet doprowadzać niemal do rozpaczy. A znów przeróżnych dóbr materialnych nie lekceważę jeszcze do tego stopnia, bym zaczął wreszcie myśleć nie o tym, co by warto mi posiadać, co by jeszcze warto dokupić, lecz raczej o tym, czego powinien bym się wyzbyć, co komu podarować, żebym nie umierał kiedyś jako śmieszny właściciel wielu zbytecznych drobiazgów, jako miłośnik rupieci.

Istotą naprawdę dobrą bywałem przeważnie we śnie. Pewnej nocy śniłem, na przykład, że ofiarowywałem zgłodniałemu rekinowi swą prawą nogę jako pożywny pokarm, nie zważając na ból i strach. Odetchnąłem jednak z ulgą, gdy ludojad wzgardził jakby mym podarkiem, nie tknął nawet zębiskami mej kończyny. A po przebudzeniu przyrzekłem sobie: – Będę odtąd znacznie mniej jadał! Mogę przecież w każdej chwili stracić życie, niechże więc nie będą sapali ze zmęczenia ci, którzy będą nieśli trumnę z mymi zwłokami! Czyż nie powinienem ująć im trudu? Trzeba o tym zawczasu pomyśleć!

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Z kolei cieszyłem się na myśl, że ci z moich znajomych, którzy znaleźli się w potrzebie, nie wzbraniali się pożyczyć ode mnie trochę grosza, trapiłbym się wszak niemało, gdyby ten i ów rzekł do mnie: – Nie życzę sobie, żebyś stał się mym dobrodziejem. Nie dostarczę ci podobnej przyjemności!

Kiedy bywałem czasem wobec swych przyjaciół łagodny i bardzo ustępliwy, wydawałem się sam sobie jakimś mądrze tolerancyjnym staruchem, a kiedy się na nich z kolei denerwowałem, miałem wrażenie, żem bardzo odmłodniał. Nie zawsze też próbowałem powściągnąć swe napady irytacji, bywały one bowiem często dla mnie nader pożyteczne. Bo przecież śmiałem się zwykle wesoło w chwili, kiedy przypominałem sobie, jakim to dzikim zwierzem, jaskiniowcem czy półwariatem stawałem się w momencie gniewu, jakie to robiłem głupawe plany, żeby srogo ukarać tych, którzy mnie rozzłościli. A kiedy byłem wesół, stawałem się całkowicie beztroski. Nie przerażała mnie wówczas, a nawet bawiła myśl o tym, że co dnia, co minuta posuwam się niby to wolnymi, a w istocie prędkimi krokami w stronę cmentarnego dołu, który kiedyś z pomocą grabarzy sobą wypełnię. Usiłowałem też radować się zuchwale faktem, że i ja znajdę się nareszcie w tajemniczym królestwie kostuchy. Jestem tam przecież już od dawna jakby zaproszony, skorzystam więc na pewno z owego zaproszenia.

Pewnej chwili pomyślałem nawet (niby to ze szczerym smutkiem): Ostatnio zdrowie moje znacznie się poprawiło, nieprędko więc chyba, niestety, znajdę się na tamtym świecie, a ja tak bardzo lubię zwiedzać różne nieznane okolice! – Następnie postanowiłem: – Gdy po iluś tam latach będę zapewne zwiędłym, pokurczonym starowiną, rzadko będę pokazywał się ludziom na oczy, żeby nie budzić w nikim litości. Będę wychodził tylko do piekarni czy apteki! I tak zresztą unikam spacerowania po ulicach, aby patrzeć badawczo na przechodniów i żeby oni patrzyli na mnie, bo niewiele pożytku z takiego wybałuszania na siebie ślepi, z takich prób pospiesznego oszacowywania się. Niełatwo jest czytać z ludzkich oczu i twarzy i orzec, co kto jest wart. Ludzie już od wieków spoglądają na siebie nawzajem z ciekawością, ale przeważnie nie są w stanie zaspokoić jej do syta.

Bywało wielokrotnie, że starałem się kierować rozsądkiem, ale nie orientowałem się, jak mam w danej chwili postąpić, żeby nie czynić sobie później wyrzutów, że to i owo mogłem był zrobić inaczej, z większą korzyścią dla siebie czy dla innych, gdyż rozsądek mój nie zdawał się dawać mi wyraźnych wskazówek, i wtedy doznawałem swoistej dziwacznej przyjemności, wyzywając się od niedołęgów myślowych, wykazując wszak tym samym, że stać mnie na sprawiedliwość wobec siebie.

Pewnego dnia głowiłem się przez kilka minut, czy mam pójść do Kufelka? I w końcu, by nie łajać siebie za to, że zbyt długo zwlekam z postanowieniem, co powinienem uczynić, podrałowałem do Kufelka, wynudziłem się tam setnie, a potem beształem siebie: – Niepotrzebnie zachciało mi się popisywać szybkością podejmowania decyzji dlatego, bym nie lekceważył sam siebie jako istoty ciężko myślącej. Stchórzyłem sam przed sobą, przed własną opinią o sobie!

Bywałem na ogół tolerancyjny wobec swych znajomych i zazwyczaj mi się to opłacało. Ponieważ Lalnik wierzył, a nawet był pewien, że wzbudza we mnie respekt swymi przeróżnymi przechwałkami i że nie wątpię w prawdziwość jego gadaniny, miewał z tej przyczyny przepyszne samopoczucie, uśmiechał się z zadowoleniem, no a mnie bawiła ta jego wiara. Obydwoje więc mieliśmy korzyść z jego puszenia się. Lalnik był przekonany, że potrafi być interesujący, gdy mówi o swej pracy biurowej, że naprawdę warto mi go wówczas posłuchać. Nie wyjaśniałem mu, że się myli, nie chciałem psuć mu humoru.

Nie zaperzył się jednak ani trochę, kiedy go zagadnąłem:

– Czemu starasz się tak gorliwie uwolnić się jak najszybciej od chorób, które czasem gnębią twoje ciało, a godzisz się jakby zupełnie na niektóre swoje duchowe schorzenia, na rozmaite wady, jak gdybyś nie uważał ich za szkodliwe dla siebie czy niemiłe dla drugich albo jakby były one dla ciebie czymś, z czym można żyć całkiem nawet przyjemnie?

Odparł jedynie:

– Nie ubiegam się o to, żeby być kimś lepszym od innych ludzi, od samolubów, leniów czy blagierów, jakich całe miliony żyje na tym świecie i jacy nie znikną chyba z niego nigdy. Możemy tylko marzyć o tym, żeby ziemię zamieszkiwały kiedyś za tysiące lat wyłącznie istoty mądre i dobre. Ja tam pozostanę, zdaje się, aż do śmierci taki sam, jaki jestem dziś.

– A jeżelibym ja – odpowiedziałem na to z zapałem – był nadal taki sam, jakim bywałem dotychczas, to niechbym za to kiedyś odpokutował. I gdybym tak zaraził się od kogoś świerzbem, niechby tknął mnie równocześnie i paraliż, bym nie mógł się nawet podrapać.

Roześmiałem się z kolei zadowolony, że tak bardzo potrafię się pokajać, że jestem dla siebie tak bezlitosny przez maleńką chwilę.

Ponieważ wierzyłem w dobroczynny wpływ chorób, skłaniających chorego do zastanawiania się nad swym życiem, nad sobą, nie współczułem zbytnio Lalnikowi, kiedy skarżył mi się: – Już od tygodnia nudzę się w łóżku, bo zapalenie płuc jeszcze mi nie przeszło! – Lecz kiedy wkrótce wyzdrowiał, okazało się, że choroba nie zmieniła go nic a nic. Niewiele więc zadziałały owe medytacje, jakie, przypuszczałem, musiały go nękać podczas choroby. Chociażby go też zawożono co pewien czas do szpitala na coraz to inny oddział, byłby zapewne dalej takim samym nieużytym sknerą i niewdzięcznikiem, jakim bywał dotąd.

Za najbardziej szpetną przywarę Lalnika uważałem jego brak wdzięczności wobec tych, którzy nieraz objawili mu swą życzliwość w najrozmai­tszy sposób. Ja tam bałem się tego, by nie zadręczała mnie kiedyś myśl, że nie zrewanżowałem się bodaj słabo niektórym przyjaciołom za ich dobroć dla mnie. Któregoś też wieczoru usiłowałem przypomnieć sobie, czy odpłaciłem się jakby należało tym wszystkim, którzy pomagali mi, gdy tego potrzebowałem, gdy byłem w biedzie. Trapiła mnie też myśl, że ten i ów mój dobrodziej już zmarł, że nic nie mogę dla niego uczynić, a także, że nie wiem, gdzie obecnie mieszka Pylik czy Tynfuła, i że może nieprędko się tego dowiem.

Pewnej znowu chwili rozważałem całkiem serio: – Ponieważ Mydlakowi wyświadczyłem już niejedną przysługę, nie powinien obruszać się na mnie zbytnio, gdybym zademonstrował mu kiedyś, że potrafię być nicponiem, gdyby przyszła mi na to chętka, że nie muszę być wciąż nudnie usłużny, że powinien by mi nawet darować, gdybym zrobił mu jakieś drobniutkie świństwo. Tak samo ten, kto przez długi czas bywał szczodry, może chyba stać się na dzień czy dwa sknerą!

Wnet jednak oprzytomniałem i przeraziłem się swych wywodów. Za wielu żyło dotąd na świecie rozmaitego rodzaju świntuchów, hultajów – nie stanę więc w ich mnogich szeregach ani na chwilę! Nie będę dawał upustu swym gorszym instynktom nawet w duchu. Nie chcę być bydlakiem nawet w wyobraźni, ani przez parę sekund! Nie będę w głupawy sposób urozmaicał swego dość monotonnego życia! Lalnik będzie tracił panowanie nad sobą i wybuchał gniewem wiele razy dziennie z byle powodu, toteż patrząc nań w pewnej chwili, kiedy oddychał z trudem z nadmiernej irytacji, pomyślałem: – Ja chyba dopiero wówczas, kiedy nabawię się jakiejś nieuleczalnej choroby, gdy zaczną mnie nękać bóle niełatwe do zniesienia, zacznę wściekać się z najbłahszego nawet powodu, żeby dzięki temu jak najszybciej nabawić się zawału serca, który uwolniłby mnie od mych mąk. A na razie nie będę wzorował się na Lalniku choćby dlatego, że kiedy się irytuję, nie potrafię powstrzymać się od wypowiadania choćby w myśli najbardziej oklepanych przekleństw, a przecież nie znoszę wszelkich zbyt wytartych słów!

Oburzałem się na siebie prawie zawsze w momencie, kiedy jakieś niewielkie strapienie zmąciło mój duchowy spokój, kiedy zacząłem się uważać za pokrzywdzonego przez los. Perswadowałem sobie wtedy: Troski nie omijają nikogo, a więc i mnie. Mógłbym więc wystrzec się od nich jedynie wówczas, gdybym nie przyszedł na ten świat, gdyby udało mi się od tego wymigać! Jestem też zabawny, skoro frasuję się mimo to, że ani nie leżę obecnie w szpitalu, ani nie tkwię w więziennej celi! A jeżeli ode mnie głównie zależy przecież, czy zdołam zachować pogodę ducha, czy nie? Byłbym głupcem, gdybym nie skorzystał z takiej możności wyboru i nie cieszył się życiem bodaj trochę, gdybym dopuścił do tego, żeby melancholia rozpanoszyła się w mym wnętrzu i hasała tam do woli, gdybym czekał cierpliwie, potulnie i bezradnie, aż mnie ona wreszcie kiedyś tam opuści!

Ganiłem siebie także niekiedy za to, że od dawna już przestałem kosztować owych radości, które przed laty wiele razy umilały mi życie. Kiedy bowiem, będąc dzieckiem, znajdowałem się sam w mieszkaniu, a pragnąłem poczuć się raźniej na duchu, starałem się uwierzyć w to, że wszystkie przedmioty, jakie widziałem dookoła siebie, a więc stół, szafy czy krzesła, to moi bliscy przyjaciele, że czują dla mnie sympatię, że bardzo się smucą, kiedy mnie nie widzą. Przepraszałem też nieraz łóżko czy firanki za to, że dość długo bawiłem poza domem, na podwórku czy na ulicy i przyrzekałem im: – Podobne moje przewinienia nie będą zbyt częste!

Dziwiłem się także czasem sam sobie, myśląc: jeżeli tak bawi mnie wyobrażanie sobie, że jestem jeszcze właściwie dzieckiem, jeżeli dobrze się czuję wtedy, gdy uda mi się wmówić w siebie, że liczę sobie niewiele lat, czemuż tak rzadko staram się zapomnieć o tym, że jestem już starym drabem?

Nie zapomniałem jednak o tym, że jako młodzieniaszek zapisałem sobie w pamiętniku: – Warto nie być samolubem! Przekonałem się o tym właśnie. Ponieważ załatwiłem nieraz Jurkowi to, o co mnie prosił, wyrażał się o mnie pochlebnie przed Haliną, która mnie mało znała, toteż dzięki temu pewnie Halina odnosiła się do mnie serdecznie, a bardzo zależało mi na jej sympatii!


Tekst pochodzi z nr 2162/1986 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!