pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Piekło jest w nas, a my je projektujemy na zewnątrz. Z religioznawcą Piotrem Grzonką rozmawia jego ...
2019-08-15 23:59:00

Piekło wychodzi z naszych umysłów

„Anioł prowadzący duszę do piekła”, XVI w., Hieronim Bosch; źródło: Wellcome Collection (CC BY 4.0)
Piekło wychodzi z naszych umysłów
Piekło wychodzi z naszych umysłów

Piekło jest w nas, a my je projektujemy na zewnątrz. Było tak zawsze i jest do dzisiaj. Z wojnami akurat chwilowo nie jest najgorzej, za to masowo niszczymy naszą psychikę w samobójczym stylu. Cały system edukacji to absurd, bo zabija ciekawość pseudowiedzą i trenuje ludzi do wyzbycia się instynktu poszukiwania prawdy oraz piękna, który stanowi naszą jedyną zaletę. Co z kolei petryfikuje jeszcze bardziej absurdalny system społeczno-polityczny, nagradzający głupców za ich głupotę. Ale nie znamy lepszego systemu – tacy jesteśmy głupi – przyznaje religioznawca Piotr Grzonka w rozmowie z Aleksandrą Kozłowską (swoją żoną).

Czyta się 12 minut

Sytuacja jest niecodzienna. Po raz pierwszy w życiu umawiam się na wywiad z… własnym mężem. Co więcej, tematem naszej rozmowy będzie piekło. Trochę się więc boję, że na pytanie: „Co dla ciebie osobiście jest piekłem?” Piotrek brutalnie odpowie: „Życie z tobą” i nawet nie doda figlarnie: „diablico”. Wprawdzie ostatnio bardzo się staram hamować złość na widok znów niepozmywanych naczyń, ale nie zawsze tak było. Wściekłe awantury z pewnością pozostały mężowi w pamięci. Gdy wieczorem siadamy zatem do wywiadu, atmosfera panuje raczej gorąca. Tym bardziej że pogoda jakby dostosowuje się do tematu, serwując nam grzmoty i błyskawice. Na szczęście rozmowa rozwija się w kierunku znacznie bardziej uniwersalnym niż nasze okresowe domowe piekiełko (oraz – dodajmy dla równowagi – niebko). Pojawia się nawet szansa na szczęśliwe zakończenie. Nie tylko dla nas. Dla całej ludzkości.

Aleksandra Kozłowska: Skąd wzięło się piekło? Przerażające miejsce kary za grzechy, co gorsza kary bez końca. Bez szans na amnestię.

Piotr Grzonka: Mówiąc w uproszczeniu, piekło pojawiło się wraz z moralistami. I wierzeniami, których podstawowym elementem jest kwestia dobrego lub złego postępowania oraz wraz ze zinstytucjonalizowaną religią, która tym się zajmuje. Jak chrześcijaństwo, islam, buddyzm.

A więc religie pierwotne nie znają piekła?

W typowym społeczeństwie pierwotnym ludzie w ogóle nie boją się śmierci. Nie myślą o niej. Raczej też nie zaprzątają sobie zbytnio głowy tym, co będzie po życiu. To, co jest teraz, uważają za wystarczająco niezwykłe. Mają wyobrażenia zaświatów, czasem bardzo rozbudowane, ale bez podziału na niebo i piekło (choć wyjątki się zdarzają). Nie ma więc obawy, że trafisz do piekła. Może za to występować obawa, że nigdzie nie trafisz, że będziesz się błąkać. Los błąkającego się, np. po wygnaniu z rodu czy wioski, był kiedyś najgorszą perspektywą.

W ogóle nie ma czegoś takiego jak naturalny lęk przed śmiercią. Człowiek jest niesłychanie plastyczną istotą. Ma oczywiście wrodzony instynkt strachu uruchamiany automatycznie. Ale to, czego się obawia i jakie ma lęki, jest już uwarunkowane kulturowo.

Wizja świata w historii ludzkości zmienia się w zależności od tego, w jakim stopniu człowiek poddany jest siłom natury. W społeczeństwach pierwotnych susza, powódź czy niedobór zwierzyny to bezpośrednie zagrożenia egzystencjalne. Ich przyczyny są poza zasięgiem rozumu, co oznacza, że znajdują się w rzeczywistości mitycznej. Ta rzeczywistość nie jest jeszcze oddzielona metafizyczną barierą od rzeczywistości „codziennej”, naturalnej. Nie jest czymś, w co można „wierzyć” lub nie. Pierwotna „wiara” to raczej pierwotna wiedza, suma „głębokiej” wiedzy o świecie jako całości.

Grzmi i błyskają pioruny, bo bóg burzy się gniewa?

Otóż to. I nikt tego nie kwestionuje. Po prostu nie ma umysłowej możliwości negowania własnej kultury – człowiek przednowoczesny jest w niej całkowicie zanurzony. Tym bardziej że nie zna innych wierzeń poza własnymi.

Rewolucja neolityczna a przede wszystkim wynalezienie rolnictwa w pewnym stopniu zmniejszyło uzależnianie człowieka od przyrody, przynajmniej na co dzień. Powstała cywilizacja miejska i to był prawdziwy game changer. Miasta generowały handel, migracje, wojny, a w efekcie wpływy międzykulturowe. Minęło kilka tysięcy lat i przeciętny człowiek żyjący, powiedzmy, w obrębie cywilizacji minojsko-mykeńskiej już doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że świat jest wielki, wiedział o różnych zamorskich krajach, odległych ludach, a nawet o obcych bogach. Z czasem pojawiła się więc możliwość wątpienia, poszukiwań.

Ludzie pierwotni nie znali piekła, ale wierzyli w zaświaty.

Piekło a zaświaty to dwie różne sprawy. Zaświaty istnieją praktycznie we wszystkich kulturach, natomiast piekło jako miejsce wiecznego potępienia jest wyjątkiem w historii ludzkości. Ale rzeczywiście wyewoluowało z zaświatów.

W religioznawstwie pojęcie „zaświat” stosuje się głównie do krainy zmarłych, krainy pośmiertnej. Może to być świat niebios, ale znacznie częściej jest to kraina podziemna, ewentualnie zamorska. Wariantów istnieje więcej, niż można sobie wyobrazić i są one ulotne, zmienne. W tym samym plemieniu np. u Nagów w Birmie jeden człowiek mówi, że po śmierci wszyscy zamieniają się w motyle, drugi twierdzi, że idą do krainy „tam za górą, wzdłuż strumienia i w lewo”, trzeci, że do świata podziemnego. Różne wersje współistnieją i sobie nie przeczą. To świat symboliczny, świat wyobraźni. Człowiek pierwotny żyje zresztą w rzeczywistości, która sama z siebie jest cudowna, boska. Wszędzie wokół widać boskie siły: słońce, ogromne niebo wypełnione gwiazdami, błyskawice, tęcza itd. Człowiek żyje otoczony duchami oraz siłami, które go przerastają. W dodatku przez dziesiątki tysięcy lat ludzie na całym świecie mieli do czynienia z substancjami psychodelicznymi, co było jednym z motorów napędowych rozwoju ludzkiej kultury. To wciąż niedoceniony element naszej historii.

Zaświaty były więc dla nich czymś oczywistym i obiektywnym. Każdy widzi na co dzień, jak słońce wędruje po niebie, a wieczorem zapada się pod ziemię, żeby następnie wyłonić się po drugiej stronie. Prosty wniosek: słońce wędruje przez świat podziemny, w którym dzień nastaje wtedy, gdy u nas noc i odwrotnie. Zapewne wszystko jest tam na odwrót, np. zmarli są żywi, a żywi umarli. Motyw „odwrotności” zaświatów był bardzo rozpowszechniony.

Jak ewoluowały zaświaty?

Wierzenia religijne ewoluują wraz ze społeczeństwem. Religia to produkt społeczny. Trzeba zawsze odróżniać religię od duchowości. Duchowość jest indywidualna, a religia społeczna. Zaświaty zaczynają się dzielić na część lepszą i gorszą z reguły wtedy, gdy społeczeństwo też się tak dzieli.

Na bogatych i biednych?

Też. Kapłani nie stronią od wynagrodzenia. Zasadniczo chodzi o władzę, pozycję. Kluczowa ewolucja dokonała się z grubsza 5 tys. lat temu w wielkich cywilizacjach rolniczo-miejskich – w Mezopotamii, Lewancie, Egipcie. Ludzie podlegali jednej, skoncentrowanej władzy, warunkom ekonomicznym, hierachii społecznej podzielonej na klasy czy kasty. Są więc chłopi – mniej lub bardziej wolni – stanowiący większość oraz warstwy uprzywilejowane: rzemieślnicy, urzędnicy, kapłani. I król, który jest boski, więc jego los pośmiertny też jest boski. Jak faraon – będzie podróżował wraz z Ra, bogiem-Słońcem w zaświatowej barce. Rozwój astronomii sprzyjał solaryzacji zaświatów.

A co czekało resztę społeczeństwa?

Wyższe warstwy oczywiście też chcą uczestniczyć w pośmiertnej chwale. Wystarczy im ułamek blasku i życia bogów. Ale im bardziej zaświaty dla uprzywilejowanych stawały się przyjaźniejsze, tym gorsze dla całej reszty. Upowszechnia się wizja smutnego, ciemnego świata, w którym nie ma nic tylko „proch i pył” lub błąkające się cienie bez ducha. To również efekt tego, że ludzie zaczęli wątpić w samą możliwość życia po śmierci. Co mogło nastąpić tylko w miastach. Na wsi nowe idee raczej nie przebijały się przez pancerz ludowej, rolniczej religii kosmicznej, w której wszyscy w jakimś stopniu uczestniczą w cyklicznym umieraniu i odradzaniu się przyrody. Wątpliwości dotykają samych królów – przecież Epos o Gilgameszu, najstarsza literatura świata z końca III tysiąclecia p.n.e., traktuje właśnie o pół-boskim królu poszukującym aż po krańce świata sposobu na życie wieczne!

Ale degradacja zaświatów stworzyła problem. Jaki jest pożytek z religii, przy tak smutnej perspektywie dla wszystkich lub prawie wszystkich? Ta sprzeczność okaże się twórcza. Doprowadzi m.in. do etycznej waloryzacji krainy zmarłych.

Widać ją wyraźnie w starożytnym Egipcie, którego religia szczególnie mocno koncentrowała się wokół losów pośmiertnych ludzkiej duszy. Czy raczej dusz – kilku różnych. Znaczenia nabierają wszystkie uczynki za życia, jakie Anubis po śmierci zważy na szali. Komu przeważą złe czyny – zostanie pożarty, spotka go prawdziwa śmierć, czyli taka, po której nie ma już nic. Wszystko jest szczegółowo określone, topografia zaświatów bardzo skomplikowana, ale najważniejsze, że skrystalizowało się przesłanie: bądź dobry, czyli spełniaj prawa i normy społeczne, a po śmierci otrzymasz nagrodę. Jeśli postąpisz inaczej – karę.

Jesteśmy więc o krok od piekła.

Tak.

Sama długo wierzyłam w piekło i bałam się go. Przeżywałam każde dziecinne przewinienie: kłótnie z bratem, nieposłuszeństwo wobec rodziców, potem każdą spowiedź. Bałam się czy na pewno nie zapomniałam wymienić jakiegoś grzechu, a jeśli tak, to czy nie pójdę do piekła…

Strach jest najsilniejszą emocją. Nic nie kontroluje tak, jak strach przed karą. Doczesną lub pośmiertną. Jest więc narzędziem, którym posługuje się kultura, by ludzie w wielkich zbiorowiskach tworzyli spójną całość. W szczególności wizja piekła, jaka zakorzeniła się w Europie w średniowieczu, to w istocie element aparatu władzy. Oczywiście nie jest tak, że ktoś to sobie obmyślił, a następnie wprowadził. Piekło powstało i funkcjonowało zgodnie z ewolucyjnym, historycznym zapotrzebowaniem.

Kiedy po raz pierwszy ludzie zaczęli myśleć o piekle jako miejscu wiecznej kary?

Chyba dopiero w pierwszym tysiącleciu p.n.e., ale nie w powszechnych wierzeniach, raczej punktowo. Idea pośmiertnej kary w postaci wiecznego cierpienia jest bardzo nienaturalna, żeby nie powiedzieć patologiczna. Upowszechniło ją dopiero pismo, dzięki któremu dowolny pogląd czy informację można „zamrozić”. Wszyscy znają mity o wiecznej karze odbywanej przez Syzyfa czy Tantala. Ale to byli pojedynczy herosi w literackich mitach. Lud się tym nie przejmował. Piekło w naszym rozumieniu rozpowszechniło się dopiero w średniowieczu, i to raczej późnym!

W pierwszym tysiącleciu p.n.e. w Starym Świecie ogromnie wzrosła skala kontaktów międzykulturowych. W czasach pierwszego imperium perskiego wiele prądów wyszło właśnie od Persów. Ich religia, odnowiona przez Zaratusztrę, opierała się na dualizmie sił dobra i zła, światła i ciemności, toczących ze sobą walkę o wszystko. Również w człowieku. Awesta, święta księga, opowiada o raju oraz piekle. Od plemion irańskich właśnie – Scytów lub Sarmatów – mamy polskie słowo „raj”.Te idee promieniowały na szeroki obszar przez bardzo długi czas.

Z kolei dwie wielkie kultury, z których wyrosła cywilizacja europejska – grecka i judejska, nie znały takiego podziału. Po śmierci szło się do tradycyjnej pastersko-miejskiej krainy zmarłych, Hadesu lub Szeolu, gdzie nie ma życia, ale nie ma też kary. W Iliadzie wielcy wojownicy wiedzieli, że zginą i nie bali się tego. Chcieli tylko, by przetrwało ich imię, pamięć o ich bohaterstwie. O żadnym raju nie myśleli.

Później to zaczęło się zmieniać. Odżyła koncepcja, że można jednak zachować prawdziwe życie na wieczność, ba, można trafić do krainy wielkiej szczęśliwości. To przede wszystkim renesans idei z kręgu religii Wielkiej Bogini – metareligii, która w basenie Morza Śródziemnego i okolicach trwała w tle, poprzez wszystkie zawieruchy, od głębokiego paleolitu. Wśród szybko się rozwijających, żyjących coraz lepiej Greków z pierwszej połowy pierwszego tysiąclecia p.n.e. powróciła ona w wielkim stylu. Miasta zaczęły organizować cykliczne misteria, jak te eleuzyńskie w Atenach, poświęcone Demeter oraz Persefonie. Udział w nich dawał dostęp do życia po śmierci. Wtajemniczeni mieli obowiązek zachowania ścisłej tajemnicy na temat obrzędów, ale uczestniczyć w nich mógł każdy obywatel.

Podobną możliwość dawała nowa religia – chrześcijaństwo. Uwierzenie w Jezusa było szansą na wieczną szczęśliwość.

Ale nie było jeszcze mowy o piekle, prawie w ogóle o jakichkolwiek zaświatach. Religia żydowska była skoncentrowana na Bogu i jego wszechmocy oraz powinnościach człowieka. A wczesne chrześcijaństwo, tzw. judeochrześcijaństwo, jeszcze bardziej. Jezus nie nauczał o raju czy piekle, w ogóle się tym nie zajmował. Mówił o tym, co należy robić za życia, tu i teraz, jak traktować bliźniego. Bóg wszechmocny wynagrodzi ci, oczywiście, ale nie o to chodzi! To było novum, wspaniała nauka prawdziwej etyki.

Ciężką ironią losu jest to, że ludzkość sama sobie sprawiła piekło. Na ziemi, nie w zaświatach. Wojny, zniszczenie środowiska, globalne ocieplenie.

Ironią, tak, ale nie losu. Piekło jest w nas, a my je projektujemy na zewnątrz. Było tak zawsze i jest do dzisiaj. Z wojnami akurat chwilowo nie jest najgorzej, na ludzką miarę. Za to masowo niszczymy naszą psychikę w samobójczym stylu. Cały system edukacji jest absurdalny, zabija ciekawość pseudowiedzą i trenuje ludzi do wyzbycia się instynktu poszukiwania prawdy oraz piękna, który stanowi naszą jedyną zaletę. Co z kolei petryfikuje jeszcze bardziej absurdalny system społeczno-polityczny, nagradzający głupców za ich głupotę. Ale nie znamy lepszego systemu – tacy jesteśmy głupi.

Inny przykład: produkujemy ogromne ilości filmów przedstawiających zadawanie cierpień. Połowa seriali opowiada o dewiantach i psychopatach. Seryjny morderca-okrutnik wyrósł już chyba na głównego bohatera masowej kultury. Teoretycznie antybohatera, ale w praktyce to „anty” nic nie znaczy. Nikt nie jest na to odporny. Ale jesteśmy ślepi, w dodatku bezbronni. Cierpienie jest oczywiście częścią życia i „nieoglądanie” go nie przynosi pożytku – mówi o tym historia młodego Buddy. Ale co innego prawdziwe cierpienie oraz jego doświadczanie, a co innego katowanie mózgu pornografią bólu zadawanego bezinteresownie przez jednego człowieka drugiemu. W tej skali i ekspresji to zupełnie nowy eksperyment na ludzkości.

W „prawdziwe” piekło w dawnym stylu nikt już nie wierzy, nikt się go nie boi. Ludzie lękają się tego, że po śmierci nic nie ma. Trzymają się kurczowo tradycyjnych wierzeń na zasadzie: jeśli przestanę wierzyć, to nie mam przyszłości, przestanę istnieć, kropka. Stąd dominacja starszych ludzi w kościołach. Byłaby dziwaczna, gdyby nie była powszechna.

A ty widzisz gdzieś promyk nadziei?

Promyk? Widzę blask! Zabawne, bo wśród znajomych uchodzę za pesymistę. Zresztą, rozum mówi mi to samo, co nadzieja. Podobnie jak starożytni stoicy czy epikurejczycy uważam ludzki lęk przed śmiercią za pozbawiony sensu. Wyrosły z niewiedzy oraz z fundamentalnych złudzeń, z jakimi, chcąc nie chcąc, musimy żyć – istnienia „ja”, obiektywności czasu itd.

Żyjemy w naprawdę niezwykłych czasach. Jako pierwsi ludzie mamy dostęp do wiedzy, prawdziwej, sprawdzalnej wiedzy, sięgającej tak daleko, że zaczynają się otwierać zupełnie nowe perspektywy na sprawy ostateczne. Wie coś na ten temat może promil ludzkości. Ogólne przeświadczenie jest takie, że nauka wyrugowała ducha i sens życia, a nade wszystko dowiodła, że życie po śmierci nie istnieje. Można było, od biedy, wyciągać takie wnioski z nauki w XVII czy jeszcze XIX w. Dzisiaj to już tylko mylenie pojęć, ofiarą którego są też, niestety, sami przedstawiciele nauki i religii. Nie mówiąc o epigonach dosłownego odczytywania świętych ksiąg, tych, co to upierają się, że świat powstał 6 tys. lat temu albo myślą, że Pan Bóg pochwala zabijanie niewiernych.

Najważniejszą zasadą fizyki jest to, że nic nie ginie. Żaden bit informacji nie może przestać istnieć, byłoby to wewnętrznie sprzeczne, a przecież wszystko jest informacją: ja, ty, nasze dzieci, nasze koty, cały świat. Współczesna nauka – fizyka, matematyka, ale też kognitywistyka czy neurologia – wskazuje w jednym kierunku: wszystko, co myślimy, co uważamy za rzeczywiste, jest zupełnie nieadekwatne.

Nasza perspektywa jest żałośnie ograniczona?

Właśnie! Tymczasem rzeczywistość, której część stanowimy, jest nieskończenie wielka, bogata, złożona i ukryta przed nami. Jako ludzkość dopiero zaczynamy cokolwiek naprawdę rozumieć, ale już wiemy, że wszystkie nasze pewniki to uwarunkowane ewolucją złudzenia. Nauka dogoniła i przegoniła filozofię. Budda głosił już 2,5 tys. lat temu, że samo istnienie „ja” jest złudzeniem, w dodatku źródłem wszelkiego cierpienia. Na zupełnie innym gruncie Einstein doszedł do wniosku, iż „upływ czasu jest złudzeniem, choć trzeba przyznać, że niezwykle uporczywym”. To pigułki wiedzy prosto z największych umysłów wśród ludzi. A traktowane są jak bon moty. Myślenie jest trudne.

Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, stanowimy tylko pewien etap w historii trwania. Pogląd, iż stoimy na szczycie ewolucji, jest dzisiaj owszem szczytem, ale ignorancji. Głoszą go istoty, które „się pocą”. Ludzie i ludzkość jako całość wciąż zachowują się wobec przyszłości w najlepszym razie niczym czteroletnie dziecko pytane o to, kim chce zostać, gdy dorośnie. Jesteśmy wciąż bardzo dziecinni jako cywilizacja. A pędzimy na złamanie karku. Boimy się mnóstwa rzeczy, gdy tymczasem powinniśmy bać się tylko nas samych.

Ludzkość przetrwa, tylko jeśli przekroczy swoje człowieczeństwo, jeśli uniezależni się od ciała, a przede wszystkim od kokonu prymitywnego umysłu. Inna opcja dla Ziemi to restart ewolucji – może kolejny jej „szczyt” będzie miał nieco lepszą proporcję inteligencji do agresji.


Piotr Grzonka:

religioznawca, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor pracy Oko zaświatów. Struktury symboliczne mitologii infernalnych wydanej przez krakowskie wydawnictwo naukowe Nomos. Przez ostatnie lata pracował w jednym z dużych banków i doświadczenie to może nie było dla niego piekłem, ale z pewnością było duchowym czyśćcem.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!