Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
archiwum
Jerzy Szaniawski

Opowiadanie Profesora Tutki: O pszczołach i miodzie

ilus. Daniel Mróz (archiwum nr 876/1962)
Opowiadanie Profesora Tutki: O pszczołach i miodzie
Opowiadanie Profesora Tutki: O pszczołach i miodzie

Tym razem profesor Tutka wspomina idylliczną wycieczkę za miasto, lipę dającą podróżnym wytchnienie w upalny dzień, pięknego siwowłosego starca-pszczelarza i miód, ach, ten miód…

Przy stoliku kawiarnianym, wśród panów, siedział znajomy rejenta, człowiek młody, jak się okazało z rozmowy, zamiłowany amator-pszczelarz.

W związku z pszczołami sędzia opowiedział o przygodzie, jaka go niegdyś spotkała: jechał wozem konnym przez wieś i opadły go pszczoły. Pogryzły jego, woźnicę i konia; sędzia pięć dni leżał potem w łóżku, a lekarz powiedział, że gdyby jeszcze z dziesięć, piętnaście pszczół dobrało się do ciała sędziego, kto wie czyby nie umarł. Od tej pory sędzia nie lubi pszczół.

– Przepraszam pana sędziego, ale pszczoły nie gryzą – odezwał się delikatnie ów amator-pszczelarz – one żądlą.

Słowo „żądlą” powiedział łagodnie, niemal czule.

– Ach, żądlą, żądlą – zirytował się sędzia – wiem, że jak nie ma zębów, gryźć nie może, ale tak od wieków mówiono i każdy zrozumie. Wymyśliliście słowo „żądlą” i każecie tak nam mówić. Tak mnie wtedy cholery pogryzły, ledwie z życiem uszedłem, a mam mówić, że kochane żądliły. Życzyłem im, aby wszystkie wyzdychały.

Młody amator-pszczelarz posiedział jeszcze chwilę przy stoliku, ale zdawało się, że „cholery, które pogryzły” odczuł jako osobistą zniewagę. Pożegnał wkrótce panów.

– Obraził się – mruknął sędzia. – Pszczoła według niego nie zdycha, ale – umiera. Pies-przyjaciel zdycha, koń zdycha, niedawno straciłem ulubioną papużkę, mówiono, że zdechła, a pszczoła – „umiera”. Może jeszcze delikatniej: „przenosi się do innego świata”.

– Nie dziwię się panu sędziemu – odezwał się teraz Profesor Tutka. – Często po jakimś wypadku pozostaje nam niechęć czy uraz, i nosimy to w sobie przez całe życie. W związku z pszczołami przypomniała mi się wycieczka za miasto.

W gorący dzień lipcowy przechodziłem koło podmiejskiej zagrody i ujrzałem w pobliżu domu kilka wielkich drzew, może pozostałość jakiegoś parku. Kusiło mnie, aby usiąść w cieniu tych drzew. Z domu wyszedł gospodarz, piękny siwowłosy starzec, więc zapytałem, czy pozwoli mi trochę w swoim obejściu odpocząć. Powiedział – „Proszę bardzo”.

Ja usiadłem pod lipą, która stała śród innych drzew na niewielkim wzniesieniu, a gospodarz poszedł nieco dalej, na łączkę, gdzie barwiło się kilkanaście różnokolorowych uli. Podobał mi się ten starzec: dostojny, piękny; gdybym był malarzem i wykonywał jakiś fresk historyczny, tego starca wziąłbym za model jako króla Piasta.

Patrzyłem, jak pszczelarz krząta się koło ula i wsłuchiwałem się w brzęczenie pszczół, które zbierały nad głową moją miód z lipy. To brzęczenie poeta nazwałby muzyką. Muzyka może niebogata, monotonna, ale przyjemna. Jakiś kompozytor mógłby ją nawet przedrzeźniać i wzbogacić w swym utworze, rozpisanym na instrumenty smyczkowe.

Przyszli mi teraz na myśl poeci, którzy o pszczołach i miodzie wiele napisali. Gdyby to z najdawniejszych i nowszych druków ktoś zebrał i wypisał, nie wiem, czyby zdołał zmieścić w kilku grubych tomach.

Pomyślałem także o sławnym poecie belgijskim, który porzucił pisanie o wrażliwych wyczuwających nadchodzące nieszczęście księżniczkach, a zaczął badać życie pszczół. Dużo i pięknie o nich napisał, zarzucano mu jednak, że sprawy owadów łączył zbyt ściśle ze sprawami ludzkimi. A wielu dowodzi, że łączyć nie należy: człowiek myśli, rozumuje, może być i nieposłuszny, i przekorny, gdy owad poddaje się nieświadomie tylko różnym bodźcom, odruchom i jest ich niewolnikiem.

Rzeczywiście, można dać wiele przykładów na to, że świat pszczół jest inny od naszego i nie należy łączyć spraw owadów z naszą psychiką, z naszym rozumowaniem. Bo oto, co zaobserwowałem: pszczoły siadały na rękach i nawet na głowie starego pszczelarza, nie czyniąc mu krzywdy; a przecież człowiek ten, według naszych pojęć, to typowy kapitalista: zbiera owoce pracy pszczół i chociaż daje im domek i nawet podkarmia je, aby – jak mówi – „nie spadły”, ale czyni to dla zysku. Postępuje też dość sprytnie w tym dokarmianiu: zabiera miód, a daje pszczołom siedmiokroć tańszy cukier buraczany. Pomimo tego nie buntują się, nie strajkują i nie robią przykrości kapitaliście.

A tu znów jedzie na wózku nasz sędzia, mąż sprawiedliwy, który żadnej pszczoły nie skrzywdził, nie wyzyskał, a jak to słyszeliśmy, pszczoły napadły na sędziego i gdyby jeszcze dziesięć, piętnaście dostało się do jego ciała, sądownictwo byłoby w żałobie. A więc gdzie tu są nasze rozumowania, poglądy, poczucie sprawiedliwości, sumienie?

I tak, siedząc pod lipą, zastanawiałem się nad niejednym w związku z pszczołami.
Dlaczego te owady cieszą się taką sympatią ogółu – oczywiście z wyjątkiem pana sędziego, o którego przygodzie wówczas nie słyszałem. Niewątpliwie i dlatego, że są pożyteczne. A chociaż w ostatnich kilkudziesięciu latach wiele rzekomych szkodników śród zwierząt, ptactwa, owadów czy nawet bakterii zostało zrehabilitowanych i nie uznaje się ich za naszych wrogów, jednak stare sympatie i uprzedzenia do niektórych stworzeń nie znikają.

Czy tylko pożytek jest przyczyną tej sympatii? Myślę, że pszczoły kojarzą się w naszej wyobraźni z pogodą, ze słońcem, z kwiatami i słodyczą. Bo same one nawet takie słodkie nie są: bezwzględne i nawet okrutne dla trutniów; zupełnie inaczej niż śród nas, gdzie trutniom na ogół dobrze się powodzi. Są wprawdzie wszystkie pszczoły dobre dla matki, i znów nieco inaczej niż śród ludzi, gdzie niejedna córka dokucza matce, każe jej gotować, niańczyć dzieci, a sama idzie do kina. A więc jest to świat inny od naszego i słusznie przyrodnicy ostrzegają, aby nie kojarzyć go ze światem naszym.

Jednakże trudno się nam z tych kojarzeń wyzwolić; bo na przykład, jeżeli już mowa o pszczołach, gdy spojrzymy na plaster miodu, musimy podziwiać to budownictwo, chociaż pszczoła budowniczym w naszym znaczeniu nie jest. Nie używa ciężarka na sznurku, aby sobie pomóc w sprawach pionu, ani tzw. waserwagi, aby to był dobry poziom, nie zna liczb ani obliczeń, nie wie, co to – kubista, a tworzy sześciany. Słowem, buduje, i to nowocześnie, oszczędnie i celowo.

A w ogóle wciąż spotykamy się w życiu z łączeniem, kojarzeniem, porównywaniem zwierząt, ptaków, płazów czy owadów z nami.

Często na przykład dwaj panowie, siedząc nad piątym, szóstym kieliszkiem rozmarzą się wódką i obliczając swoje jakieś czterdzieści parę lat, jakie przeżyli, powiadają: „co tu gadać... jesteśmy już stare konie”. To znów, rozmawiając o bliźnich, ludzie mówią: „to nie orzeł”; a czasem po prostu: „świnia”. 

W kobietach dopatrują się również wielu podobieństw do stworzeń: mówią pieszczotliwie – „myszka”, „kociak”. Czasem wyrażają się grzecznie: „ćma nocna”. O młodziutkich dziewczętach dobrotliwie: „koza”. O domatorce, dbającej o dzieci – „kura domowa”, czasem używają dla charakterystyki innych wyrazów wziętych z zoologii: „osa”, „wydra”, „flądra”, „żmija”.

I tak, wciąż siedząc pod lipą, myślałem o tym i owym, zapadałem chwilami w zadumę, czasem jakby w medytacje panteisty nad zagadkami świata. Wreszcie podniosłem się, widząc, że piękny starzec idzie teraz ku mnie. Podziękowałem mu, że pozwolił mi odpocząć śród drzew i obserwować jego ciekawą pracę. Zapytałem, czy nie zechciałby odstąpić mi trochę świeżego miodu.

Odpowiedział, że miód sprzedaje w cenie masła: litr miodu – tyle, co kilogram masła.

Poprosiłem o pół litra, zapłaciłem jak za pół kilograma masła, słoik z miodem włożyłem do teczki i szedłem ku miastu, przepełniony urokami natury. Gdy byłem już w domu, słoik postawiłem na półce swej szafki, a że nie jestem wielkim amatorem miodu, więc wkrótce zapomniałem o tym nabytku.

Pewnego dnia z rana odwiedził mnie, będąc przejazdem w naszym mieście, kuzynek, młody student. Chciałem poczęstować go śniadaniem, szukałem czegoś do zjedzenia w szafce i zobaczyłem między innymi słoik miodu, nabyty podczas mej wycieczki. Kuzynek ów specjalizował się w przetwórstwie jarzyn i owoców. Jednym z przedmiotów, jakiego się uczył, było towaroznawstwo.

Kuzynek wziął pod światło słoik miodu, później na spodeczek nalał wody, potem ze słoika trochę miodu i zrobił jakąś prymitywną, domową analizę. Chciał młody pokazać, co umie. Dowiódł mi, że nie jest to miód czysty, ale ma dużą domieszkę cukru buraczanego.

„Ha... – pomyślałem – burak jest także rośliną wartościową... A czy słodycz wydobędzie z rośliny pszczoła, czy chemik-technolog i poda nam ją w postaci cukru, jaki widzimy później na swym stole, to właściwie już jest wszystko jedno. Wprawdzie poeci wolą mówić o kwiatach niż o buraku i wolą w swym wierszu pszczołę niż technologa, ale... nie samą poezją człowiek żyje”.

Tak myślałem, ale nieco później; bo pierwsze słowa skierowane pod adresem pięknego, dostojnego starca, po zapoznaniu się z wynikiem analizy, pierwsze słowa mej myśli były takie: „Ech, ty stary złodzieju”.

Data publikacji:

Jerzy Szaniawski

Urodzony w 1886 r. Dramatopisarz, prozaik i eseista, według Andrzeja Klominka najbardziej szanowany przez Mariana Eilego autor: „Każdy tekst nadsyłany przez Szaniawskiego dawał natychmiast do najbliższego numeru, nigdy nie pozwalał sobie na najmniejszą ingerencję, jakich innym nie oszczędzał, a o Szaniawskim i o jego twórczości mówił zawsze z wielkim uznaniem”. Do „Przekroju” trafił w 1949 r. wraz ze swoimi Opowiadaniami profesora Tutki. Przez długie lata pozwalał drukować swoje opowiadania tylko w „Przekroju”, a nawet dwa razy udzielił tygodnikowi wywiadu, co czynił niezwykle rzadko, prawie wcale. Zmarł w 1970 r.