Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Gawkowski

Ogród w czasach kryzysu
czyli relacja z biennale sztuki współczesnej Manifesta

Manifesta 12, Palermo, Ogród Botaniczny, zdjęcie: CAVE Studio
Ogród w czasach kryzysu
Ogród w czasach kryzysu

Czy ogród botaniczny może być polityczny? Czy wystawa sztuki może być jednocześnie wystawą roślin? Czy o tak zwanym kryzysie migracyjnym można myśleć w sposób pozytywny? 12. edycja Manifesta odpowiada na wszystkie te pytania twierdząco i z wielkim wdziękiem.

Manifesta, biennale sztuki współczesnej odbywające się co dwa lata w innym miejscu Europy w tym roku zawitało na Sycylię. Palermo – miasto cieszące się złą sławą mafijnej metropolii, a historycznie konglomerat narodów, kultur, kuchni i gatunków roślin – stało się miejscem do dyskusji o różnorodności i pokojowej koegzystencji w czasach kryzysu.

Tegoroczne Manifesta podzielono tematycznie na trzy części i zaprezentowano prace 50 artystów w 20 bajecznych lokalizacjach: barokowych rezydencjach, oratorium, kościele i miejskim archiwum. Pierwsza z części wychodzi od sycylijskiej flory, by opowiedzieć o historycznych i współczesnych migracjach roślin i ludzi. Druga przywołuje historie związane z inwigilacją i śledzącą nas technologią – na czele z amerykańskim systemem gigantycznych anten wojskowych MUOS, przeciwko którym od niemal dekady protestują mieszkańcy sycylijskiego miasteczka Niscemi. Trzecia dotyczy samego Palermo, skupia się na lokalnych historiach i za pomocą działań w przestrzeni publicznej animuje miasto.

Manifesta 12, Palermo, Ogród Botaniczny, zdjęcie: Delfino Sisto Legnani, dzięki uprzejmości OMA
Manifesta 12, Palermo, Ogród Botaniczny, zdjęcie: Delfino Sisto Legnani, dzięki uprzejmości OMA

Morze Śródziemne przez wieki nosiło na swoich falach podróżników, wiedzę i smaki. Wody, które były obietnicą tego, co nowe, a także spotkania kultur, dziś kojarzą się raczej z cmentarzem pochłaniającym niemal codziennie poszukujących lepszego życia. Rozgrywające się na falach Morza Śródziemnego tragedie bada za pomocą najnowszych technologii grupa Forensic Oceanography. Jej działalność z pogranicza śledczego aktywizmu (jak widzą siebie sami) i sztuki (jak chciałyby ich widzieć instytucje) prezentuje jedna z wystaw, ulokowana w eklektycznym pałacu dekorowanym arabskimi ornamentami. Materiały na ekranach przybliżają losy łodzi pełnej migrantów, porzuconej przez międzynarodowe służby. Przykłady ukazują konkretne śmiertelne skutki polityki migracyjnej UE i kryminalizacji działalności NGOsów pomagającym dryfującym.

Kryzys migracyjny odcisnął swoje piętno na całych południowych Włoszech, ale Sycylia i jej stolica Palermo nie miały lekko i przed ruchami migracyjnymi. Problemy, z którymi zmaga się miasto, widać choćby po jego chaotycznym planie urbanistycznym i biegnących po nim bliznach: zrujnowanych, porzuconych czy nieukończonych budynkach. Zniszczone dotkliwie w czasie wojny nigdy nie zostało należycie odbudowane. Na skutek ciemnych interesów i korupcji zamiast zrekonstruować wołające o pomoc centrum postawiono raczej na agresywną urbanizację terenów podmiejskich. Kolejnym ciosem było trzęsienie ziemi w 1968 r., za którym poszły następne dekady spekulacji i złych inwestycji. Na jednej z map w samym tylko centrum zaznaczono tysiąc budynków widm – od pałaców przez bloki mieszkalne po zakłady przemysłowe. To znaki, które pozostawiły po sobie lata rządów złowrogiego trójkąta mafia–kościół–arystokracja, tak chętnie przedstawianego we włoskim kinie klasy B.

Niestety, to nie tylko lokalna specyfika. Historia o tym, jak na skutek kumoterstwa i korupcji nabijano sobie pieniędzmi portfele, budując betonowe osiedla na przedmieściach, a porzucone historyczne budynki pozostawiano, by straszyły, niszczejąc coraz bardziej, to historia znana w wielu, także polskich, miastach. Gdy czytam, że w miejscu, gdzie dziś parkują samochody, do 1959 r. stała zabytkowa Willa Deleia, mam ochotę zapalić świeczkę dla wszystkich niesłusznie zburzonych budynków na świecie, poległych w nierównej walce z ideologią lub kapitałem. Również dla pałacu w Świerklańcu i stołecznego Pałacu Kronenberga. Dla brutalistycznego dworca w Katowicach, dla warszawskiej Emilki i dla bestialsko wypatroszonego Smyka.  

Jedną z najbardziej widocznych blizn na historycznym ciele Palermo, a także miejscem-palimpsestem, z którego wyczytać można jego historię, jest położony centralnie plac – Piazza Magione. Nalot dywanowy z 1943 r. zrównał stojące tu budynki z ziemią. I choć po wojnie XII-wieczna bazylika powróciła na mapę miasta, jej sąsiedztwo nie miało tyle szczęścia. Fundusze na odbudowę powędrowały gdzie indziej, a zwały gruzów – tak jak w wielu innych miejscach w centrum – przez lata pozostały nieruszone. I choć dziś na placu są i restauracje, i boisko, to dla wielu mieszkańców pozostaje on symbolem niefortunnej powojennej historii.

Piazza Magione, zdjęcie: CAVE Studio
Piazza Magione, zdjęcie: CAVE Studio

O nalotach bombowych, które zmieniły na zawsze krajobraz Palermo, Warszawy i setek innych miast, opowiada niezwykły projekt Cristiny Lucas Unending Lightning – prosta, mocna i poprzedzona wielkimi badaniami praca. Patrzymy na wyświetlaną na ekranie mapę świata, a zmieniająca się data informuje nas o upływie czasu. Dni mijają, a na ekranie pojawiają się kolejne ciągi liter – to nazwy miejsc, w których podczas nalotu bombowego zginęli cywile. Obok – informacja o liczbie ofiar i fotografie z działań wojennych. Stopniowo nazwy kolejnych miast pojawiają się coraz gęściej. Projekt wybrzmiewa niezwykle mocno za sprawą historii Palermo, a także miejsca, gdzie jest eksponowany. Casa del Mutilato to wojskowy gmach w stylu faszystowskiego modernizmu wybudowany pod koniec lat 30. Kiedy wchodzę do środka, na ekranie jest akurat koniec lat 60. 38, 36, 15, 3, 56 – liczby ofiar wyświetlają się szybko, w regularnym, hipnotycznym tempie. Trwa wojna na wyczerpanie, wojna w Wietnamie, wyzwolenie Bangladeszu, chorwacka wiosna, wojna domowa w Jemenie Północnym. Wychodzę, gdy na ekranie zaczyna się konflikt arabsko-izraelski oraz wojna między Tanzanią a Ugandą. Marzy mi się, by takie ekrany stanęły w każdym mieście.

W upalne popołudnie na Piazza Magione urzęduje Leone Contini – artysta i antropolog kulinarny, który zbiera nasiona, obserwuje zwyczaje w kuchni i bada transkulturowe podróże przepisów. Kilka lat temu lepił pierogi w Bytomiu, podczas rezydencji w Centrum Sztuki Współczesnej Kronika. W ramach projektu Foreign Farmers Contini spotykał się z lokalnymi rolnikami i prowadził ogród z pojawiającymi się na Sycylii egzotycznymi gatunkami roślin. Określenia „egzotyczne” czy „obce” nabierają nowego znaczenia dzisiaj, gdy rośliny są udomowione, ale zmiany klimatyczne sprawiają, że z ich uprawą jest jak z grą w ruletkę i nigdy nie wiadomo, jakie w tym roku będą rezultaty. Gdy go spotykam, Contini razem z kuratorem z Indii Sumeshem Sharą stoją nad dwoma garnkami, które powoli zapełniają kawałkami tykwy. Pierwszy zajmuje się tykwą cienką i wijącą się jak wąż. Ta lądująca w drugim to jej kuzynka z Indii, kształtem przypominająca raczej niewielką beczkę. Jak tłumaczy mi Włoch, tykwa to niezwykle fascynujące warzywo, bo pojawiła się w jadłospisach kultur oddalonych w czasie i przestrzeni. Udomowiono ją niezależnie od siebie w Ameryce Środkowej i w Azji 10 tys. lat temu, a przed 4 tys. lat w Afryce. Włoch dodaje pomidory, czosnek, bazylię, a do garnka Sumesha trafia mnóstwo kardamonu, cynamon, chili. To danie z pogranicza Indii i Bangladeszu, które długowieczna babka Sumesha je codziennie od lat. Pomaga jej ono zachować piękną skórę i to pomimo zamiłowania do alkoholu i tytoniu. Każda (tykwa) inna, wszystkie równe – można by powiedzieć o gotowaniu, które staje się kulinarną celebracją różnorodności.

Te bezpretensjonalne działania to mocna stron Manifesta. Przy okazji wystawy nie próbuje się nic lukrować, otwarcie mówi się o problemach Palermo, o przestępczości i trudnej historii, jednocześnie akcentując jego dobre strony. A różnorodność, która ma tu swoją długą tradycję, celebruje się w sposób przystępny i bezpretensjonalny, za pomocą roślin, jedzenia i sztuki.

W dniu otwarcia biennale przez miasto przeszła nietypowa parada. Włoska artystka Marinella Sanatore zwróciła się z propozycją do różnych formalnych i nieformalnych grup na co dzień działających w Palermo: orkiestry, strażaków, amatorskich i profesjonalnych grup tanecznych, chłopaków uprawiających parkour. Razem z widzami stworzyli wielki, wizualnie oszałamiający przemarsz Palermo Procession, który co rusz zatrzymywał się, by podziwiać kolejne występy. Rodzaj pochodu, zatytułowany Festival of the Earth przygotował także Nigeryjczyk Jelili Atiku. W tym pochodzie, mniej lokalnym, a bardziej surrealistycznym, przemaszerowała grupa pomalowanych na zielono performerów. Jak w całej swej twórczości, tak i tutaj Atiku przywołuje archetypiczne figury podróżnika i szamana, by mówić o współczesnej migracji i różnorodności. „Bądźmy razem, łączmy się jak rośliny i uczmy się od nich!” – woła do publiczności zgromadzonej w Teatro Garibaldi. Teatr, wybudowany w 1861 r., przechodził od tego czasu z rąk do rąk, był kilkakrotnie porzucany, otwierany i zamykany ponownie. Od 2012 r. przez dwa lata teatr okupowała grupa 60 artystów i performerów.

„Spójrzcie tylko na rośliny w ogrodzie botanicznym – kontynuuje artysta – pochodzą z całego świata, są tak blisko siebie! Żyją połączone, a ich korzenie splatają się ze sobą”.

Lokalna roślinność, o której wspomina performer, stała się metaforą przewodnią całego tegorocznego Manifesta zorganizowanego pod hasłem „Planetarny Ogród”. Kuratorzy przywołują obraz Widok Palermo namalowany przez Francesca Lojacono w 1875 r. będący zapisem lokalnej różnorodności. Po bacznym przyjrzeniu się prozaiczny widok drogi wiodącej ku brzegowi morza zdradza wielokulturowe bogactwo: obok charakterystycznego dla śródziemnomorskiego krajobrazu drzewa oliwnego wyrasta gość z Azji – niepozorne, młode jeszcze drzewo cytrynowe. Wątły nieśplik japoński o kulistej, zielonej koronie spogląda na afrykańską palmę, dostojny eukaliptus rodem z Australii i rząd agaw z Ameryki Środkowej.

 Francesco Lojacono, Widok Palermo, 1875 r.
Francesco Lojacono, Widok Palermo, 1875 r.

Choć architektura Palermo cieszy oko na każdym kroku, jedną z atrakcyjniejszych lokalizacji wystaw jest ogród botaniczny. Założony w 1789 r. dziś mieści 12 tys. gatunków roślin z całego świata. I choć metafora ogrodu brzmi dość banalnie, prezentowane w nim prace wykorzystują cały jej potencjał – w znaczeniu politycznym, społecznym i estetycznym. Jedną ze szklarni Lungiswa Gqunta zamieniła w instalację artystyczną Lituation. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się leżącą na ziemi korą, okazuje się mnóstwem kawałków potłuczonych butelek. Z drzew zamiast owoców spadają... koktajle Mołotowa. W tej niezwykłej kompozycji Gqunta zrywa z idyllicznymi wyobrażeniami na temat ogrodu, przypominając, że był i jest on także miejscem opresji – niezależnie od tego, czy mówimy o historii niewolnictwa, czy sytuacji dzisiejszych, słabo opłaconych pracowników fizycznych. Wrażenie robi również prezentowany w ogrodzie ekoerotyczny film Pteridophilia autorstwa Zheng Bo. Na umieszczonym w zagajniku ekranie młodzi chłopcy obcują z roślinami, a ich delikatnym ruchom towarzyszą dźwięki bambusów, które ocierają się o siebie ponad głowami widzów. Wiele mówi się o dbaniu o naturę, o potrzebie jej ochrony, a tę miłość traktuje z przesadną aż dosłownością. Jednak w Manifesta nie chodzi jedynie o bycie eko i szacunek dla Matki Ziemi, ale raczej o to, jak być dziś razem pomimo dzielących nas różnic. W tym temacie lekcji udzielić może samo Palermo, którego jedna piąta mieszkańców urodziła się poza Włochami. Być może najważniejszą lekcją nomadycznego biennale jest przypomnienie, że migracja, podróż i wymiana to mimo wszystko kategorie pozytywne. Nawet jeśli dziś zbyt często wiążą się ze strachem, ryzykiem czy śmiercią.

Manifesta 12, Palermo, Ogród Botaniczny, zdjęcie: CAVE Studio
Manifesta 12, Palermo, Ogród Botaniczny, zdjęcie: CAVE Studio

O tym, jak pomagać, celebrując różnorodność, zamiast odcinać się od niej drutem kolczastym, naucza w swojej praktyce kolektyw Peng!. W spocie Fluchthelfer.in. Become an Escape Agent biały volkswagen mknie po serpentynie między górami. Elegancka para w średnim wieku wraca z wakacji. Czy to reklama? Tak, ale nie samochodu. Austriacy wiozą pasażera – uchodźcę. Pomagają mu przekroczyć kolejne granice. Zamknięte dla niego i jemu podobnych, ale nieistniejące, gdy przekracza się je na austriackich blachach. Peng! namawia do wykorzystywania codziennej sytuacji powrotu z wakacji do nieposłuszeństwa obywatelskiego i pomocy potrzebującym. Wykorzystując reklamową estetykę, starają się dotrzeć ze swoimi działaniami do jak najszerszej grupy osób. W tytule przywołują słowo fluchthelfer – używane niegdyś w kontekście osób pomagających opuścić NRD i przekroczyć żelazną kurtynę. Łączmy się jak rośliny – zdają się powtarzać filmowcy za nigeryjskim performerem – i pomagajmy z pomocą dostępnych każdemu narzędzi.

Data publikacji: