Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Zapraszamy do lektury opowieści-labiryntu, której autorem jest znany argentyński pisarz
2018-09-14 00:00:00
Opowiadanie

Ogród o rozwidlających się ścieżkach

ilustracja: Marek Raczkowski
Ogród o rozwidlających się ścieżkach
Ogród o rozwidlających się ścieżkach

Na stronie 252 „Historii wojny europejskiej” Liddella Harta czytamy, iż ofensywa trzynastu brytyjskich dywizji (wspartych ogniem tysiąca czterystu dział) na linię Serre-Montauban, która miała się rozpocząć 24 lipca 1916, została przesunięta na ranek 29. Opóźnienie to – niewiele, oczywiście, znaczące – zostało spowodowane, notuje kapitan Liddell Hart, przez ulewne deszcze. Deklaracja poniższa, podyktowana, sprawdzona i podpisana przez doktora Ju Tsun, dawnego profesora języka angielskiego w „Hochschule” w niemieckiej kolonii Tsingtao, rzuca na tę sprawę niespodziewane światło. Początkowych kartek brak:

„...zawiesiłem słuchawkę. Po chwili poznałem głos, który odpowiedział mi po niemiecku. Był to głos kapitana Ryszarda Maddena. Obecność Maddena w gabinecie Wiktora Runeberga oznaczała koniec moich niepokojów, a także – ale to wydawało się drugorzędne, albo przynajmniej powinno było wydawać się drugorzędne – mojego życia. Obecność ta znaczyła, że Runeberg został aresztowany albo zabity. Zanim dzisiejsze słońce zniknie na horyzoncie, spotka mnie podobny los. Madden był nieubłagany. Lub raczej, musiał być nieubłagany. Był Irlandczykiem na służbie angielskiej, oskarżanym nieraz o obojętność lub może o zdradę – jakżeby więc nie skorzystał i nie był losowi wdzięczny za możliwość odkrycia, pojmania, i – być może – rozstrzelania dwu agentów Cesarstwa Niemieckiego? Wróciłem do mego pokoju; zamknąłem bezsensownie drzwi na klucz i wyciągnąłem się na żelaznym łóżku. Za oknem widziałem, jak zwykle, dachy Londynu – i zamglone słońce o szóstej po południu. Wydało mi się nieprawdopodobne, aby ten dzień bez symbolów i złowróżbnych znaków był dniem mej nieuchronnej śmierci. Tak więc – mimo śmierci mego ojca, mimo dzieciństwa, jakie spędziłem w symetrycznym ogrodzie w Hai Feng – i ja także miałem teraz umrzeć? Pomyślałem później, że wszystko nam się w końcu musi zdarzyć, nieuchronnie i współcześnie. Mijają wieki, ale wszystko, co się staje, dzieje się tylko w teraźniejszości; niezliczeni ludzie na lądach, morzach i w powietrzu, wszystko, co przynosi czas, rozgrywa się naprawdę także we mnie...

Wspomnienie końskiej twarzy Maddena, prawie nie do zniesienia, przerwało moje dywagacje. Pełen nienawiści i przerażenia (dziś nie chcę już mówić o przerażeniu, choć czeka mnie niechybnie szubienica – wyprowadziłem w pole Ryszarda Maddena) myślałem, że ten hałaśliwy i szczęśliwy zapewne wojownik nie podejrzewa nawet, iż jestem w posiadaniu tajemnicy: nazwy miejsca, gdzie zgromadzono nad rzeką Ancre brytyjski park artyleryjski. Ptak przeciął szare niebo i wyobraziłem sobie machinalnie samolot, później całą gromadę samolotów (we francuskim niebie), która by zniszczyła artyleryjski park pionowymi wybuchami bomb. Gdyby tylko moje usta, zanim zostaną roztrzaskane przez kulę, mogły przekrzyczeć zgiełk wojny i przekazać wiadomość do Niemiec... Mój ludzki głos był jednak bardzo nikły. Jakżeby mógł dobiec do uszu Szefa? Do uszu chorego i podłego człowieka, który o Runebergu i o mnie wiedział tylko tyle, że jesteśmy gdzieś w Staffordshire i który nadaremnie oczekiwał od nas wiadomości, przeglądając nieustannie dzienniki w swym surowym berlińskim biurze.

Powiedziałem cicho: Muszę uciekać. Podniosłem się bezszelestnie, w niepotrzebnie całkowitej ciszy, jak gdyby Madden czyhał tuż na mnie za drzwiami. Coś – może tylko chęć namacalnego przekonania się, że moje środki są już żadne – kazało mi przetrząsnąć kieszenie. Znalazłem tam tylko to, co spodziewałem się znaleźć: amerykański zegarek, niklową dewizkę z kwadratową monetą, pęk kompromitujących i niepotrzebnych już kluczy do biurka Runeberga, paszport, list, który postanowiłem natychmiast zniszczyć (i którego nie zniszczyłem), koronę, dwa szylingi i kilka pensów, mój czerwono-niebieski ołówek, chusteczkę i nabity jedną kulą rewolwer. Wziąłem go do ręki i zważyłem absurdalnie w dłoni, aby dodać sobie odwagi. Pomyślałem niejasno, że strzał z rewolweru można dosłyszeć nawet z bardzo daleka. W dziesięć minut plan był gotowy. Książka telefoniczna podała mi nazwisko jedynej osoby, która mogła przekazać wiadomość: zamieszkiwała na przedmieściu Fenton, odległym o niecałe pół godziny koleją.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Jestem tchórzem. Mówię to dzisiaj, dzisiaj, kiedy wykonałem plan, którego nikt nie uzna za ryzykowny. Wiem, że wykonanie tego planu było straszliwe. Nie zrobiłem tego dla Niemiec, o nie. Mało obchodzi mnie barbarzyński kraj, który zmusił mnie do poniżającego rzemiosła szpiega. Poza tym znam Anglika – człowieka skromnego – który jest dla mnie co najmniej tym, czym był niegdyś Goethe. Nie rozmawiałem z nim dłużej niż godzinę, ale, w czasie tej godziny, był dla mnie Goethem... Zrobiłem to, ponieważ czułem, że Szef pogardza ludźmi mojej rasy – niezliczonymi przodkami, którzy łączą się we mnie. Chciałem mu udowodnić, że pogardzany może ocalić jego armie. A także – musiałem umknąć przed kapitanem... Ręce Maddena mogły zastukać, głos zawołać mnie lada chwila u drzwi. Ubrałem się cicho, powiedziałem sobie do widzenia w lustrze, zszedłem, obejrzałem bacznie ulicę i opuściłem hotel.

Dworzec był niedaleko, ale uznałem, że lepiej będzie pojechać dorożką. Myślałem, że trudniej mnie będzie tak rozpoznać; w rzeczywistości czułem się w wyludnionej ulicy nieskończenie widocznym i bezbronnym. Przypominam sobie, że kazałem dorożkarzowi zatrzymać się nieco przed głównym wejściem. Wysiadłem z celową i prawie bolesną powolnością: jechałem do osiedla Ashgrove, kupiłem jednak bilet do odleglejszej stacji. Pociąg odchodził za kilka minut, o ósmej pięćdziesiąt. Pośpieszyłem się; następny odjeżdżał o dziewiątej trzydzieści. Na peronie nie było prawie nikogo. Przebiegłem przez wagony, przypominam sobie paru chłopów, kobietę w żałobie, młodego człowieka, który czytał z zapałem „Annales” Tacyta, rannego i szczęśliwego żołnierza. Pociąg ruszył wreszcie. Mężczyzna, którego poznałem, biegł na próżno za wagonami aż do końca peronu. Był to kapitan Ryszard Madden. Przerażony, drżący skuliłem się w przeciwległym rogu ławki, z dala od groźnej szyby.

Przerażenie zmieniło się po chwili w radość – prawie obrzydliwą. Mówiłem sobie, że rozpoczął się między nami pojedynek i że wygrałem pierwszą rundę, odpierając – choćby na czterdzieści minut, choćby przez szczęśliwy traf – atak mego przeciwnika. Wywnioskowałem stąd, że to skromne zwycięstwo zapowiadało zwycięstwo ostateczne. Z tego zaś wyciągnąłem znów wniosek, że zwycięstwo moje nie było wcale takie skromne, bowiem bez drogocennej różnicy czterdziestu minut byłbym już martwy, albo w więzieniu. Stąd zaś wywnioskowałem (równie niewłaściwie), że moja radość tchórza oznaczała, iż stać mnie na szczęś­liwe doprowadzenie do końca całej sprawy. W swej słabości odnalazłem siły, które mnie już nie opuściły. Przewiduję, że człowiek pogodzi się z coraz to okropniejszymi przedsięwzięciami; wkrótce na świecie zostaną tylko wojownicy i bandyci; przekazuję im tę oto radę: ten, kto porywa się na rzeczy przerażające, winien sobie zawsze wyobrazić, że już ich dokonał, musi wyznaczyć sobie przyszłość równie nieodwołalną, co przeszłość.

Tak też postąpiłem, podczas gdy moje oczy, oczy człowieka już martwego, obserwowały pilnie upływający dzień – może ostatni – i ogarniającą wszystko noc. Pociąg biegł łagodnie między sosnami. Zatrzymał się jakby w pustym polu. Nikt nie zawołał nazwy stacji. Ashgrove? – spytałem dzieci na peronie. Ashgrove – usłyszałem w odpowiedzi. Wysiadłem. Lampa oświetlała peron, ale twarze dzieci pozostawały w cieniu. Jedno zapytało: Idzie pan do doktora Stephena Alberta? Zanim odpowiedziałem, inne dodało: Doktór mieszka daleko, ale nie zabłądzi pan, jeśli pójdzie pan drogą w lewo i na każdym skrzyżowaniu będzie pan zawsze skręcał w lewo. Rzuciłem im monetę (ostatnią), zszedłem w dół po kilku kamiennych schodkach i skierowałem się na pustą drogę. Schodziła łagodnie w dół, błądząc wśród łąk. Gałęzie łączyły się nade mną, niski i pyzaty księżyc zdawał mi się towarzyszyć. Przez chwilę sądziłem, że Ryszard Madden przeniknął mój rozpaczliwy plan. Zrozumiałem szybko, że to niemożliwe. Rada dziecka, abym zawsze skręcał w lewo, przypomniała mi, że był to zwykły sposób dochodzenia do centralnego pola pewnych labiryntów.

Znam się nieco na labiryntach: nie na darmo jestem prawnukiem sławnego Ts’ui Pena, gubernatora Junanu. Porzucił on doczesną władzę, aby pisać powieść, która stałaby się bardziej popularna niż „Hung Lu Meng” i aby zbudować labirynt, w którym zgubiliby się wszyscy ludzie na świecie. Poświęcił trzynaście lat na te sprzeczne zamysły. Zginął wreszcie z ręki cudzoziemca. Powieść okazała się bezsensowna i nikt nie odnalazł labiryntu. Medytowałem pod angielskimi drzewami nad tym zagubionym labiryntem: wyobrażałem go sobie na wierzchołku tajemnej góry, gdzie nie postała dotąd stopa: pod wodą albo zgubionego wśród ryżowych pól; wyobrażałem sobie, że jest nieskończony, złożony nie z ośmiobocznych altanek i skręcających ścieżek, ale z rzek, prowincji i królestw... Myślałem o labiryncie labiryntów, arabeskowym, rozszerzającym się labiryncie, któryby obejmował przeszłość i przyszłość i w pewien sposób ogarniał także gwiazdy. Pogrążywszy się w te jałowe rozważania, zapomniałem o swym własnym losie ściganego człowieka. Poczułem, na nieokreś­loną chwilę, że pojmuję świat abstrakcyjnie i bezcieleśnie. Niejasny, ale pełen ukrytego życia krajobraz, księżyc, wspomnienia popołudnia wpłynęły na stan mego ducha, podobnie jak spadek terenu, który zapobiegał zmęczeniu. Wieczór był kojący i nieskończony. Ścieżka schodziła i rozwidlała się wśród zamglonych już łąk. Piskliwa i jakby sylabiczna muzyka zbliżała się i oddalała wśród podmuchów wiatru, osłabiona odległością i listowiem. Myślałem, że człowiek może być wrogiem innych ludzi, ale nigdy ziemi: świetlików, ogrodów, potoków, zachodów.

Tymczasem doszedłem do wielkiej zardzewiałej bramy. Patrząc przez kraty rozpoznałem aleję i jakby willę. Zrozumiałem nagle dwie rzeczy, pierwszą banalną, a drugą prawie nie do wiary: muzyka pochodziła z willi i muzyka ta była chińska. Dlatego właśnie pogodziłem się z nią od razu, nie zwracając uwagi. Nie pamiętam już, czy w bramie był dzwonek czy kołatka, czy też dałem o sobie znać, klaszcząc w dłonie. Piskliwa muzyka rozbrzmiewała dalej.

Ale z głębokiego cienia domu wynurzył się lampion, na który padał czasem kratkowany cień gałęzi, papierowy lampion w kształcie bębna i o barwie księżyca. Niósł go mężczyzna wysokiego wzrostu. Nie widziałem twarzy, bowiem oślepiało mnie światło. Otworzył bramę i powiedział wolno w mym ojczystym języku:

– Widzę, że czcigodny gość pr­ag­nie złagodzić moją samotność. Pra­g­nie pan zapewne zobaczyć ogród?

– Ogród? – odparłem, zbity z tropu.

– Ogród o rozwidlających się ścieżkach.

Coś nieposkromionego poruszyło się w mej świadomości i odparłem z niezrozumiałą pewnością:

– Ogród mego przodka Ts’ui Pen.

– Pańskiego przodka? Pańskiego dostojnego przodka? Proszę wejść.

Wilgotna ścieżka prowadziła nas zygzakami, jak ścieżki mojego dzieciństwa. Weszliśmy do biblioteki, pełnej wschodnich i europejskich książek. Poznałem kilka oprawnych w żółty jedwab tomów „Zgubionej Encyklopedii”, którą redagował Trzeci Cesarz Świetlistej Dynastii i której nigdy nie oddano do druku. Płyta gramofonowa kręciła się obok brązowego feniksa. Przypominam sobie także wielki dzban w stylu „różowym” i inny, wcześniejszy o kilka wieków, w kolorze błękitnym, który nasi rzemieślnicy skopiowali z dzieł perskich garncarzy...

Stephen Albert uśmiechał się, patrząc na mnie uważnie. Był (jak już wspomniałem) bardzo wysoki, rysy miał delikatne, oczy szare, brodę szpakowatą. Było w nim coś z księdza i coś z marynarza; opowiedział mi później, że był misjonarzem w Tientsinie, „zanim zaczął się starać zostać sinologiem”.

Usiedliśmy; ja na długim i niskim tapczanie; on plecami do okna i do wielkiego okrągłego zegara. Wyliczyłem, że ścigający mnie Madden nie może przybyć tu wcześniej niż za godzinę. Moja nieodwołalna decyzja mogła poczekać.

– Przedziwny był zaiste los Ts’ui Pena – rzekł Stephen Albert. – Był gubernatorem swej ojczystej prowincji, biegłym w astronomii, astrologii i nieznużonym w interpretowaniu kanonicznych ksiąg, był znakomitym szachistą, sławnym poetą i kaligrafem. A jednak porzucił wszystko, aby ułożyć powieść i labirynt. Porzucił rozkosze ucisku i sprawiedliwości, uczt, łoża pełnego kobiet i nawet erudycji, aby zamknąć się na trzynaście lat w Pałacu Przejrzystej Samotności. Po śmierci spadkobiercy odnaleźli tylko chaotyczne manuskrypty. Rodzina – wie pan zapewne doskonale – chciała rzucić je w ogień; ale wykonawca testamentu – buddyjski czy taoistyczny mnich – nalegał, aby je opublikować.

– Ludzie plemienia Ts’ui Pena – odparłem – przeklinają mnicha do dziś. Publikacja książki była nonsensem. Jest to niejasny, pełen sprzeczności brulion. Badałem go niegdyś: w trzecim rozdziale bohater umiera, w czwartym jest znów żywy. Jeśli zaś idzie o drugie przedsięwzięcie Ts’ui Pena, o labirynt...

– Oto labirynt – rzekł Albert, wskazując wielkie lakowane biurko.

– Labirynt z kości słoniowej! – zawołałem. – Malutki labirynt…

– Labirynt symboli – poprawił. – Niewidoczny labirynt czasu. Mnie właśnie, angielskiemu barbarzyńcy, dane zostało odkrycie tej przejrzystej tajemnicy. Po przeszło stu latach nie można dokładnie odtworzyć szczegółów, ale nie trudno odgadnąć, jak się to odbyło. Ts’ui Pen powiedział prawdopodobnie pewnego dnia: Odchodzę, aby napisać książkę. Zaś innego: Odchodzę, aby zbudować labirynt. Wszyscy wyobrazili sobie, że Ts’ui Pen postawił sobie dwa zadania; nikomu nie przyszło na myśl, że książka i labirynt stanowią jedno. Pałac Przejrzystej Samotności wznosił się zapewne w gąszczach dzikiego ogrodu; nasunęło to ludziom myśl, że labirynt miał być materialny. Ts’ui Pen umarł; nikt nie znalazł w jego rozległych włościach labiryntu; pomieszanie, jakie znać w jego powieści, kazało mi przypuścić, że labiryntem jest książka. Rozwiązanie zagadki umożliwiły mi dwie okoliczności. Po pierwsze, zastanawiająca legenda, według której Ts’ui Pen postanowił zbudować labirynt absolutnie nieskończony; po drugie zaś – fragment listu, który udało mi się odnaleźć.

Albert wstał. Przez chwilę stał tyłem do mnie; otworzył szufladkę starego pozłacanego sekretarzyka. Wrócił z kartką papieru niegdyś purpurowego, dziś różowego, cienkiego i oprawionego w ramki. Sława kaligrafa, jaką się cieszył Ts’ui Pen, była w pełni usprawiedliwiona. Przeczytałem ze czcią kilka niezrozumiałych słów, które nakreślił niegdyś starannym pędzelkiem członek mej rodziny: Pozostawiam rozlicznym przyszłościom (nie wszystkim) mój ogród o rozwidlających się ścieżkach. Zwróciłem w milczeniu kartkę. Albert ciągnął:

– Zanim jeszcze odkryłem ten list, zastanawiałem się, jak książka może być nieskończona. Nie umiałem założyć innej możliwości, niż dzieła cyklicznego i okrężnego, dzieła, którego ostatnia stronica byłaby identyczna z pierwszą, tak, że powieść mogłaby trwać nieskończenie. Wspomniałem także ową noc, która znajduje się w baśniach z „1001 Nocy”, kiedy to Szeherezada (dzięki zadziwiającej pomyłce kopisty) zaczyna słowo po słowie opowiadać historię 1001 Nocy, tak, że mogłaby dojść znowu do nocy, w której rozpoczęła na nowo swe opowieści, i tak bez końca. Wyobraziłem sobie również dzieło dziedziczne, przekazywane przez ojca synowi, w którym każdy nowy potomek dodawałby rozdział lub poprawił z nabożnym staraniem stronice swych przodków. Domysły te zmyliły mnie jednak; żaden nie odpowiadał, nawet w przybliżeniu, sprzecznym rozdziałom Ts’ui Pena. Wówczas właśnie, w całkowitej niepewności, otrzymałem z Oxfordu manuskrypt, który pan oglądał. Oczywiście zatrzymałem się na zdaniu: Pozostawiam rozlicznym przyszłościom (nie wszystkim) mój ogród o rozwidlających się ścieżkach. Zrozumiałem prawie natychmiast; ogród o rozwidlających się ścieżkach to oczywiście chaotyczna powieść; słowa rozlicznym przyszłościom (nie wszystkim) nasunęły mi myśl o rozwidleniu w czasie, nie w przestrzeni.

Nowa pełna lektura dzieła potwierdziła tę teorię. We wszystkich zmyśleniach, ilekroć staje przed autorem kilka możliwych rozwiązań, obiera on jedno i usuwa inne; w zmyśleniach Ts’ui Pena, właściwie nie do rozwiązania, pański przodek obierał wszystkie – jednocześnie. Stwarzał w ten sposób rozliczne przyszłości, rozliczne czasy, które również mnożą się i rozwidlają. Stąd płyną sprzeczności powieści. Bohater powieści, Fang, na przykład, znalazł się w posiadaniu pewnej tajemnicy; nieznajomy stuka do drzwi; Fang postanawia go zabić. Oczywiście istnieje kilka możliwych rozwiązań: Fang może zabić intruza, intruz może zabić Fanga, obaj mogą ocaleć, obaj mogą zginąć i tak dalej. W dziele Ts’ui Pena następują wszystkie rozwiązania; każde staje się punktem wyjścia dla nowych rozwidleń. Czasem ścieżki owego labiryntu zbiegają się; na przykład: pan przychodzi do mnie, ale w jednej z pańskich przeszłości jest pan moim wrogiem, a w innej – przyjacielem. Jeśli potrafi się pan pogodzić z moją wymową, której niestety nic nie zdoła udoskonalić, przeczytamy wspólnie kilka stron.

Twarz Alberta była w jaskrawym półkolu lampy twarzą starca, miała jednak w sobie coś niezłomnego i wiecznego. Przeczytał z powolną dokładnością dwie redakcje tego samego epicznego rozdziału. W pierwszej armia idzie do boju przez pustynne góry; wstręt przed kamieniami i cieniem sprawia, że żołnierze nie dbają o życie i odnoszą zwycięstwo. W drugiej ta sama armia, idąc do boju, przechodzi przez pałace, w których odbywa się uczta; olśniewająca bitwa wydaje się żołnierzom dalszym ciągiem uczty i odnoszą zwycięstwo. Słuchałem z należną czcią owych starych zmyśleń, mniej może godnych podziwu, niż to, że były one dziełem mego własnego przodka i że oto rozjaśniał mi je poddany dalekiego imperium w czasie rozpaczliwej przygody na zachodniej wyspie. Przypominam sobie ostatnie słowa, powtarzające się w obu redakcjach jak tajemny rozkaz: Tak walczyli bohaterowie, gwałtowną szpadą i spokojnym, wspaniałym sercem, pogodziwszy się z zabójstwem i śmiercią.

Od tej chwili poczułem wokół mnie i w ciemnościach mego ciała jakby niewidoczne, niedotykalne rojenie się niezliczonych możliwości. Nie rojenie się sprzecznych armii, równoległych i ostatecznie pogodzonych, ale bardziej wewnętrzny i trudniejszy do uchwycenia ruch, którego owe armie były w pewien sposób symbolem. Stephen Albert ciągnął:

– Nie sądzę, aby pański czcigodny przodek bawił się niepotrzebnie w mnożenie wariantów swej księgi. Nie uważam za prawdopodobne, aby poświęcił trzynaście lat na niemożliwe do ukończenia eksperymenty stylistyczne i konstrukcyjne. W pańskim kraju powieść jest gatunkiem podrzędnym; za czasów Ts’ui Pena była gatunkiem godnym pogardy. Ts’ui Pen był genialnym powieściopisarzem, ale był także twórcą, który nie uważał się wyłącznie za powieściopisarza. Świadectwo współczesnych mówi – i jego życie całkowicie to potwierdza – o mistycznych, metafizycznych zamiłowaniach Ts’ui Pena. Spór filozoficzny zajmuje znaczną część jego powieści. Wiem, że nie byłoby problemu, który by go bardziej niepokoił i nad którymby uparciej pracował, niż niezgłębiony problem czasu. Otóż jest to jedyne zagadnienie, którego nie ma na stronicach „Ogrodu”. Ts’ui Pen nie użył nawet ani razu słowa czas. Jak mógłby pan wytłumaczyć to celowe opuszczenie?

Zaproponowałem kilka możliwych rozwiązań; wszystkie jednak okazały się niedoskonałe. Dyskutowaliśmy chwilę; wreszcie Stephen Albert rzekł:

– Jakie jest jedyne zakazane słowo w zagadce, której tematem jest gra w szachy?

Zastanowiłem się chwilę i odparłem:

– Słowo: szach.

– Oczywiście – odparł Albert. – Ogród o rozwidlających się ścieżkach jest ogromną zagadką czy parabolą, której tematem jest czas; oto ukryta przyczyna, dla której Ts’ui Pen zakazał sobie wymieniania jego nazwy. Pomijać zawsze pewne słowo, odwoływać się do nieścisłych przenośni i oczywistych omówień, to może najlepszy sposób, aby je wskazać. Ts’ui Pen, równie pracowity, co przemyślny, wybrał właśnie ową okrężną metodę. Porównałem setki manuskryptów, poprawiłem omyłki, jakie popełnili niedbali kopiści, odtworzyłem plan chaotycznego „Ogrodu”, odkryłem – lub 

przynajmniej zdaje mi się, że odkryłem – jego właściwy porządek, wreszcie przełożyłem dzieło w całości: I stwierdziłem, że Ts’ui Pen nie użył ani razu słowa czas. Wyjaśnienie jest jasne. Ogród o rozwidlających się ścieżkach jest obrazem – niepełnym, lecz bynajmniej nie fałszywym – wszechświata takiego, jak go pojmował Ts’ui Pen. W przeciwieństwie do Newtona i Schopenhauera pański przodek nie wierzył w czas jednolity i absolutny. Wierzył, że istnieją nieskończone serie czasów, rosnąca i przerażająca sieć czasów, rozbieżnych, zbieżnych i równoległych. Owa tkanina czasów, które łączą się, rozwidlają, przecinają lub nawet przez wieki o sobie nie wiedzą, obejmuje wszystkie możliwości istnienia. Tak więc w większości czasów my dwaj w ogóle nie istniejemy; w niektórych pan istnieje, a ja nie; w innych znów istnieję ja, pana zaś nie ma; w innych wreszcie – istniejemy obydwaj. W obecnym, który został mi przyznany przez łaskawość losu, przyszedł pan mnie odwiedzić; w jeszcze innym, przechodząc przez ogród, zastał mnie pan nieżywego; w jeszcze innym wypowiadam te słowa, ale jestem tylko widmem, złudzeniem.

– We wszystkich – wyszeptałem, i przebiegł mnie dreszcz – pragnę uczcić pańską pracę nad odtworzeniem ogrodu Ts’ui Pena i gorąco za nią panu dziękuję.

– Nie we wszystkich – odparł cicho Albert. – Czas rozwidla się nieustannie ku niezliczonym przyszłoś­ciom. W jednej z nich jestem pańskim wrogiem.

Ogarnęło mnie znów owo nieznośne uczucie, o którym już wspomniałem. Wydało mi się, że wilgotny ogród, który otaczał dom, roi się w nieskończoność od tłumów niewidocznych istot. Istotami tymi byłem ja i Albert, my dwaj, tajemniczy, zakłopotani i wielokształtni w innych wymiarach czasu. Podniosłem oczy i przywidzenie rozwiało się rychło. W żółtym i czarnym ogrodzie znajdował się jeden tylko człowiek; ale człowiek ten był silny jak posąg, szedł szybko po ścieżce i był kapitanem Ryszardem Maddenem.

– Przyszłość już istnieje – odparłem – ale pozostałem pańskim przyjacielem. Czy mógłbym jeszcze spojrzeć na list?

Albert wstał. Nachylił się nad sekretarzykiem; na chwilę odwrócił się do mnie plecami. Przygotowałem uprzednio rewolwer. Wystrzeliłem z niezmierną starannością; Albert zwalił się na ziemię bez skargi, w okamgnieniu. Przysięgam, że skonał na miejscu: jakby poraził go grom.

To, co nastąpiło później, było nierzeczywiste i nic nie znaczące. Do pokoju wpadł Madden i aresztował mnie. Zostałem skazany na śmierć przez powieszenie. Zwyciężyłem jednak – niegodnie: przekazałem Berlinowi sekretną nazwę miasta, które należało zaatakować. Zbombardowano je wczoraj; przeczytałem o tym w tych samych dziennikach, które nieco wcześniej rozgłosiły całej Anglii zagadkową wiadomość: uczony sinolog Stephen Albert został zamordowany przez człowieka, nazwiskiem Ju Tsun. Szef rozwiązał zagadkę. Wie, że moim zadaniem było wskazanie (poprzez zgiełk wojny) miasta, które nazywa się Albert i że nie znalazłem innej możliwości, niż zamordowanie człowieka o takim nazwisku. Nie wie jednak nic – i nikt nie może wiedzieć – o moim nieskończonym zmęczeniu i wstydzie”.

Na tym kończy się relacja Ju Tsuna.


Tłumaczyła Aniela Gorzkowska

Tekst pochodzi z archiwum, nr 558-559/1955 r. (pisownia oryginalna)

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Tak w 1955 r. przedstawiała Borgesa redakcja „Przekroju”

Jorge Luis Borges – lat 56, narodowość argentyńska, zawód – dziennikarz i literat. Autor kilku niewielkich książek, złożonych z krótkich opowiadań. Borges tworzy prawie wyłącznie opowiadania fantastyczne: w jednym np. zakłada, że świat jest olbrzymią biblioteką, w innym opowiada losy człowieka, który w rzeczywistości był tylko snem innego człowieka itp. Kanwę opowiadań Borgesa stanowią na ogół żartobliwie traktowane fantazje filozoficzne. Borges łączył czasem elementy fantastyczne z chwytami noweli kryminalnej, jak w drukowanym tu obok opowiadaniu o szpiegu z czasów pierwszej wojny światowej.

A tak o Ogrodzie pisze się dzisiaj:

Gorączka wojenna, profesorowie-szpiedzy, zbrodnia, zagadki i kryptografia, ogrody-labirynty, idea powieści jako labiryntu, idea czasu jako labiryntu, orientalna magia, badacz chińskiej literatury, który wygląda jak nieśmiertelny, ucieczka, strach i heroizm, aura zagęszczającej się niesamowitości i wielkie fabularne zaskoczenie – tylko jeden pisarz potrafił zmieścić to wszystko w jednym krótkim opowiadaniu.

Genialny Ogród o rozwidlających się ścieżkach pochodzi z okresu, który sam Jorge Luis Borges – podobnie jak jego czytelnicy – uważa za najważniejszy w swojej twórczości. Pomysł opowieści-labiryntu, dezorientującej pozornym brakiem logiki, nakreślony w tym tekście do dziś fascynuje; został on też częściowo zrealizowany w dwóch opowiadaniach autorów inspirujących się argentyńskim pisarzem (Hrabia Monte Christo Itala Calvina i Zagubiony w labiryncie śmiechu Johna Bartha). Niemniej w żadnej z tych realizacji nie osiągnięto tak zawrotnego poziomu metafizycznego jak w wizji Borgesa.

(Ci, którzy przeczytali to opowiadanie, wiedzą jednak, że w innych odgałęzieniach czasu sprawy wyglądają zupełnie inaczej – w jednym z wariantów to Ty napisałaś/napisałeś Ogród o rozwidlających się ścieżkach).

Tomasz Wiśniewski
 

Data publikacji:

Jorge Luis Borges

Jeden z najwybitniejszych pisarzy argentyńskich. W szkole podstawowej jąkał się i nosił okulary, czym narażał się na drwiny kolegów. Dziś jest nieskończonym źródłem inspiracji dla nieskończonej ilości pisarzy i filozofów. Żył w latach 1889–1986.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!