pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
Opowiadanie opublikowane po raz pierwszy w 1997 r. przez „The New Yorker”. W tym samym roku jego ...
2020-09-18 09:00:00
Opowiadanie
Odwiedziny

Po dziewięciu latach milczenia przychodzi list. Albert zaprasza dawno niewidzianego przyjaciela, by pokazać mu swoje włości i żonę. Co przyniesie podróż na odludną północ Connecticut?

Czyta się 22 minuty

Choć przez dziewięć lat nie miałem od mojego przyjaciela żadnych wieści, nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdy pewnego razu znalaz­łem w skrzynce nakreślony ołówkiem krótki list, w którym informował mnie, że „pojął żonę”, i zapraszał do jakiejś mieściny, której nazwa nic mi nie mówiła. A konkretnie napisał tak: „Odwiedź mnie szesnastego i zostań na noc. Będziemy czekać z obiadem”. Ten zdawkowy, rozkazujący ton to był cały Albert. Narysował mapkę z czarnym kółkiem podpisanym „wieś” i białym kwadracikiem podpisanym „mój dom”. Oba punkty łączyła falista linia. Pod linią było napisane: „Około pięciu kilometrów”, a nad linią: „Droga ­nr 39”. Stanęły mi przed oczami te zapadłe miasteczka na północy stanu, składające się z kościoła baptystów, trzech barów oraz stacji benzynowej z jednym dystrybutorem, i bez trudu wyobraziłem sobie Alberta mieszkającego w ironicznym dystansie od świata ze swoimi książkami i natręctwami. Nie umiałem sobie tylko wyobrazić jego żony. Zawsze podobał się kobietom, ale nigdy nie podejrzewałem go o zapędy małżeńskie. I choć miałem już plany na ten weekend, zrezygnowałem z nich i wyruszyłem na północ.

Nadal uważałem Alberta za przyjaciela, może nawet najlepszego, choć przez ostatnie dziewięć lat nie miałem z nim w ogóle kontaktu. Po prostu kiedyś był moim najlepszym przyjacielem i nie przestałem o nim myśleć w ten sposób. Nawet w czasach największego rozkwitu naszej przyjaźni, na ostatnich dwóch latach studiów i przez następny rok, kiedy widywaliśmy się codziennie, był przyjacielem trudnym i wymagającym, po cichu gardzącym konwenansami; na przemian wybuchowym i milczącym; szczerym, ale ze skłonnością do drwiny; nietolerującym przeciętności, wreszcie – co było jego przekleństwem – wyczuwającym niezawodnie każdy najsub­telniejszy fałsz w geście, mowie czy spojrzeniu. Miał przystojną twarz o wyrazistych rysach typowych dla Nowej Anglii – żartował, że jego rodzina mieszka w Connecticut od czasu upadku cesarstwa rzymskiego – ale choć koleżanki ze studiów nie skąpiły mu zalotnych uśmiechów, on wolał flirtować z noszącymi skóry dziewczynami z miasta, z którymi nic go nie łączyło. Po studiach przez rok wynajmowaliśmy razem mieszkanie w uniwersyteckim miasteczku pełnym kawiarni i księgarenek, chwytając się różnych tymczasowych zajęć. Ja odwlekałem czekający mnie prędzej czy później żywot człowieka w garniturze i krawacie, a on kpił z mojego konwencjonalnego strachu przed konwencjonalnością, bronił przedsiębiorczości jako wyłącznego źródła oryginalności Ameryki, czytał Platona i Nowoczesne otwarcia szachowe albo pogrywał na flecie. Któregoś dnia wyjechał – ot tak, nagle – tłumacząc, że chce zacząć nowe życie. Przez następny rok dostawałem od niego pocztówki z małych miejscowości w różnych zakątkach kraju, ze zdjęciami prowincjonalnych ulic i staroświeckich dworców kolejowych. Jego wiadomości były krótkie: „Ciągle szukam” albo „Nie widziałeś mojej maszynki do golenia? Chyba zostawiłem ją na wannie”. Potem zamilkł na pół roku, by zaskoczyć mnie kartką z Eugene w stanie Oregon, na której opisał w najdrobniejszych szczegółach tajemniczy drewniany przedmiot znaleziony w górnej szufladzie komody w wynajętym pokoju. A później dziewięć lat ciszy. Ja w tym czasie znalazłem stałą pracę i prawie poślubiłem swoją dawną dziewczynę. Kupiłem dom przy cichej ulicy z mnóstwem werand i klonów. Często myślałem o moim starym druhu Albercie i zastanawiałem się, czy właśnie o takim życiu marzyłem za dawnych czasów, kiedy jeszcze roiłem sobie o różnych rzeczach.

Miasteczko nie dorastało nawet do moich skromnych wyobrażeń. Powoli minąłem zabitą deskami, sypiącą się ceglaną wytwórnię papieru, szeregi poblakłych i obłażących z farby bliźniaków z walącymi się gankami, na których siedzieli, popijając piwo, mężczyźni w czarnych koszulkach, salon tatuażu i leniwie płynący strumyk. Droga nr 39 wiła się wśród pól ambrozji i dzikiej marchwi, gdzieniegdzie ukazywał się smutny dom albo zagon spalonej słońcem kukurydzy. Minąłem też zbutwiałą stodołę z zapadniętym dachem. W połowie piątego kilometra ujrzałem przy drodze starą ruderę. W wysokiej trawie przed gankiem leżał rower, a otwarty na oścież garaż był wypełniony po brzegi starymi meblami. Po chwili wahania zaparkowałem samochód na nieutwardzonym podjeździe, zostawiłem silnik na chodzie i podszed­łem do drzwi frontowych. Dzwonka nie było. Zapukałem w zewnętrzne drzwi z siatki, łomoczące głośno o framugę, i otworzyła mi wysoka, bosa, bardzo blada kobieta o zaspanych oczach, ubrana w pogniecioną, długą, czarną spódnicę i flanelową kraciastą koszulę. Gdy zapytałem o Alberta, zmierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem, potrząsnęła dwukrotnie głową i zatrzasnęła drzwi. Wracając do samochodu, widziałem, jak przygląda mi się zza odgarniętej różowej firany. Przeszło mi przez myśl, że może to żona Alberta i że jest upośledzona umysłowo. A gdy cofałem, pomyślałem nawet, że powinienem czym prędzej zawrócić i zaniechać tej niemądrej wyprawy na pustkowie. W końcu nie widzieliśmy się dziewięć długich lat, a czas zmienia ludzi. Kiedy na liczniku stuknęło sześć kilometrów, wznosząca się droga skręciła i ujrzałem ciemnawą sylwetkę domu przytulonego do kępy zakurzonych drzew. Wjechałem na piaszczysty podjazd, zryty koleinami i zarastający zielskiem, i gdy z przeszywającym uczuciem zawodu oraz rozpaczy wciskałem hamulec – dałem się bowiem wywieść na jakieś zapadłe odludzie, węsząc wkoło niczym wariat albo przestępca – drzwi frontowe otworzyły się i wyszedł z nich Albert z jedną dłonią w kieszeni, a drugą uniesioną w powietrzu.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Wyglądał tak samo jak dawniej, prawie tak samo, trochę tylko ogorzał, jak gdyby przez te wszystkie lata przebywał na słońcu; twarz trochę mu się wydłużyła i stała się smuklejsza – przystojniak w dżinsach i ciemnej koszuli.

– Byłem ciekaw, czy przyjedziesz – powiedział, zbliżywszy się do auta, i nagle zaczął mi się uważnie przyglądać. – Wyglądasz tak, jak powinieneś – oznajmił w końcu.

Przetrawienie tych słów zajęło mi chwilę.

– To zależy, jak powinienem – odparłem i posłałem mu pytające spojrzenie, lecz on tylko się roześmiał.

– Czy tu nie jest pięknie? – potoczył ręką wkoło, a drugą sięgnął po moją torbę podróżną i zaczął ją nieść w stronę domu. – Dziesięć akrów, kupione za półdarmo. Pierwszego dnia przespacerowałem się po działce i co znalazłem? Winogrona. Miliony winogron. Starą, zawaloną pergolę z mnóstwem winorośli. Włochy w Nowym Jorku. Poczekaj, aż zobaczysz staw.

Weszliśmy w cień wysokiego sos­nowo-klonowego zagajnika rosnącego blisko domu. Wielkie krzaki sięgały do połowy okien. Zdałem sobie sprawę, że dom jest dobrze osłonięty, przypominał zaciszną, cienistą wyspę pośrodku morza traw.

– Chociaż muszę ci powiedzieć – odezwałem się, szukając wzrokiem jego żony – że jakoś nigdy nie przypuszczałem, że się ożenisz.

– Wtedy byłem inny – odparł. – Ostrożnie z tą poręczą.

Chwilę przedtem weszliśmy po schodkach na długą, mocno ocienioną werandę i chwyciłem się poluzowanej żelaznej poręczy, która wymagała dokręcenia. Z tarasowej balustrady zwisał zwój ogrodowego węża. Wokół lampy pod sufitem buczało kilka szerszeni. Na werandzie stały wklęśnięty szezlong, stary trzybiegowy rower i metalowy kosz na śmieci, w którym tkwiła zardzewiała łopata do śniegu. Na szerokiej huśtawce kołysała się pusta doniczka.

Albert otworzył siatkowe drzwi i nieco teatralnym gestem zaprosił mnie do środka.

– Ciasny, ale własny – spoglądał na mnie z jakimś podnieceniem, którego nie potrafiłem do końca wytłumaczyć, choć wydało mi się ono znajome. Wchodząc, zastanawiałem się, czy aby nie o tym marzyłem przed laty. W domu panował chłodny półmrok, głęboki cień rozjaśniony smugami słońca. Pod na wpół zaciągniętymi roletami widać było lgnące do szyby gałęzie krzewów. W salonie moją uwagę zwróciło bujane krzesło, dziwnie odchylone do tyłu, i kanapa z jedną poduszką. Na starej tapecie widniały jakieś wyblakłe scenki, które powtarzały się na całej długości ściany. Albert, jakby coraz bardziej podekscytowany, zaprowadził mnie po wytartych, skrzypiących schodach do mojego pokoju – było tam łóżko z różową falbaniastą narzutą, a na stoliku nocnym leżał śrubokręt z przezroczystą rączką – po czym od razu ściągnął mnie z powrotem na dół.

– Pewnie umierasz z głodu – powiedział głosem, w którym znów pobrzmiewała ta dziwna nuta podniecenia, i pokierował mnie przez otwarte drzwi do pogrążonej w mroku jadalni.

Na dużym, okrągłym stole jarzyły się biało trzy nakrycia. Zdawało mi się, że ktoś siedzi na jednym z krzeseł z zaokrąglonym oparciem. Dopiero gdy podszedłem bliżej i przeniknąłem wzrokiem popołudniową ciemność, spostrzegłem, że tym kimś jest ogromna żaba, wysoka na pół metra, z gardzielą opartą na krawędzi blatu.

– Moja żona – oznajmił Albert, spoglądając na mnie dziko, jakby chciał mi się rzucić do oczu. Miałem wrażenie, że jestem poddawany jakiejś szatańskiej próbie.

– Bardzo mi miło – odparłem szor­stko i usiadłem naprzeciwko niej. Stół rozpościerał się między nami niczym jezioro. W pierwszej chwili pomyślałem, że może to nie jest prawdziwa żaba, tylko jakaś pluszowa maskotka, ale nawet w ciemnym świetle dnia widziałem wyraźnie jej duże, wilgotne ślepia, słyszałem szybki oddech i czułem bagienną woń. Pomyślałem, że Albert próbuje ze mnie zakpić; sprawić, żebym odkrył przed nim swoją ohydną mieszczańską duszę. Jakikolwiek był cel tej gry, postanowiłem nie dawać mu satysfakcji.

Daniel Mróz, rysunek archiwum nr 633/1957 r.
Daniel Mróz, rysunek archiwum nr 633/1957 r.

– Częstuj się – przesunął w moją stronę deskę z okrągłym bochenkiem i kawałem sera. Sięgnąłem po leżący na stole duży nóż i zabrałem się do krojenia chleba. – Gdybyś mógł jeszcze ukroić plasterek sera Alicji – dodał, a ja bez mrugnięcia okiem spełniłem jego prośbę. Kiedy zniknął w kuchni, przez dłuższą chwilę siedziałem w półmroku i przyglądałem się Alicji, aż w końcu zakłopotany odwróciłem wzrok. Albert wrócił z kartonem soku pomarańczowego oraz brązową buteleczką piwa i postawił oba napoje przede mną. – Wybór należy do ciebie – oznajmił z delikatnym ukłonem. Potem wziął plasterek sera, który ukroiłem dla Alicji, położył na jej talerzu i podzielił na kawałki. Alicja spojrzała na niego – tak mi się przynajmniej wydawało, że spojrzała spod tych ciężkich, wilgotnych powiek – i wciągnęła ser. Potem oparła gardziel na krawędzi stołu i siedziała nieruchomo.

Albert usiadł i ukroił sobie kromkę. – Po obiedzie chciałbym cię oprowadzić. Pokazać ci staw i okolicę. – Patrząc na mnie, przechylał głowę w sposób, który – nagle zdałem sobie z tego sprawę – dobrze znałem. – A co u ciebie? Kopę lat.

– Ja ciągle jestem wesołym kawalerem – odparłem i natychmiast pożałowałem tej idiotycznej odpowiedzi. Poczułem wielką ochotę, by porozmawiać z Albertem na poważnie, jak za dawnych czasów, kiedy wpatrywaliśmy się w świt szarzejący za wysokimi oknami naszego mieszkania. Ale nie mogłem się przełamać, minęło zbyt wiele czasu, i choć w końcu zaprosił mnie do siebie i pokazał mi swoją żonę, to jednak czułem, że coś jest nie tak, że tak naprawdę niczego mi nie pokazał, nie otworzył się przede mną. Już dawniej, kiedy byliśmy przyjaciółmi, wydawał mi się w gruncie rzeczy skryty, miało się wrażenie, że nawet jego wyznania stanowią rodzaj kamuflażu. – Nie żebym trzymał się jakiegoś planu – dodałem. – Spotykam się z kobietami, ale nie mogę znaleźć tej właściwej. A zawsze myślałem, że jeśli któryś z nas się ożeni, to prędzej ja.

– Ja też tego nie planowałem. Po prostu przyjdzie taki moment, zobaczysz.

Spojrzał czule na Alicję, pochylił się nagle i dotknął jej głowy koniuszkami palców.

– Jak się… – zacząłem i urwałem w połowie. Miałem ochotę wybuchnąć dzikim śmiechem albo zawyć z wściekłości, czystej wściekłości, ale zapanowałem nad sobą i nadal robiłem dobrą minę do złej gry​. – Jak się poznaliście? Ty i Alicja. Jeśli mogę spytać.

– Jak oficjalnie! Jeśli możesz spytać! Nad stawem, jeśli mogę odpowiedzieć. Zobaczyłem ją któregoś dnia w trzcinie. Wcześniej nigdy jej tam nie widywałem, a potem była już zawsze. Pokażę ci to miejsce po obiedzie.

Zirytowała mnie ta jego drwina i przypomniałem sobie, że dawniej też mnie irytował; sprawiał, że wycofywałem się w głąb siebie, a to pod wpływem drobnego przytyku, a to ironicznego uśmieszku. „To dziwne – pomyślałem – że człowiek, który mnie drażnił i peszył, był zarazem kimś, kto uwalniał mnie z mojej skorupy, przy nim stawałem się lepszy, pozbywałem się wrażenia, że jakaś niewidzialna dłoń ściska mnie za gardło”. Chociaż kim był Albert, żeby mieć nade mną taką władzę? Ten człowiek, którego kiedyś znałem, a który teraz mieszkał na pustkowiu z jakąś żabą? Przez dłuższą chwilę jadłem w posępnym milczeniu, nie odrywając oczu od talerza, a gdy wreszcie podniosłem wzrok, napotkałem spojrzenie, które było serdeczne, wręcz tkliwe.

– Już dobrze – rzekł cicho tonem zrozumienia, jak gdyby wiedział, ile nerwów mnie to wszystko kosztuje: ta podróż, jego żona, jego życie. Byłem mu za to wdzięczny, tak jak dawniej, kiedy byliśmy sobie bliscy.

Po obiedzie uparł się, że pokaże mi posesję – swoje włości, jak się wyraził. Miałem nadzieję, że Alicja zostanie w domu i będę mógł porozmawiać z nim w cztery oczy, ale szybko stało się jasne, że chce, by nam towarzyszyła. Poruszała się skokami, za każdym razem pokonując odległość dwóch kroków, zawsze ciut przed nami albo ciut z tyłu. Przez nieskoszony trawnik na tyłach domu doszliśmy do ogródka warzywnego przeciętego zarośniętą ścieżką. Były tam pędy groszku i fasoli szparagowej na tyczkach, skupiska zielonych papryk, rządki marchewek i rzodkwi oznaczone nabitymi na patyk opakowaniami po nasionach, grube głowy kapusty i żółte plamy kabaczków – bogata i zadbana oaza, tak jakby serce tego domu biło tutaj, na zewnątrz, schowane z tyłu. Na końcu ogrodu rosło kilka drzew owocowych: grusza, wiśnia, śliwa. Dalej, za starym ogrodzeniem z drucianej siatki i rozwaloną drewnianą furtką, zaczynały się łąki.

Idąc niewyraźną ścieżką przez wysoką trawę, weszliśmy w gąszcz dębów oraz klonów i przekroczyliśmy strumień. Alicja dotrzymywała nam kroku. W promieniach słońca, na otwartym powietrzu, nie wydawała się już groteskowym zwierzakiem, potworną omyłką matki natury, upiorną żabą i matrymonialną fanaberią, lecz swoistym kompanem, towarzyszką Alberta, która spacerowała razem z nami i odpoczywała wtedy, kiedy my. Wiedziałem jednak, że jest czymś więcej. Gdy wyłaniała się z trawy albo z cienia rzucanego przez drzewo, doznawałem czegoś w rodzaju gwałtownego olśnienia i przez chwilę miałem wrażenie, że widzę Alicję w całej pełni jej istnienia i że ten malachitowy połysk skóry, to blade lśnienie gardzieli, ta ciepła wilgoć oczu są czymś równie naturalnym i tajemniczym jak lot ptaka. A chwilę potem znów zapadałem się w sobie; docierało do mnie, że ja i mój stary przyjaciel jesteśmy na spacerze z olbrzymią żabą, która jakimś cudem stała się jego żoną, i wybuchałem w duszy opętańczym śmiechem, by zaraz znaleźć ukojenie w widoku falistych łąk, cienistych zarośli, czarnej wrony, która wzleciała z drzewa i poruszając wolno skrzydłami, frunęła coraz wyżej w blady błękit nieba, po którym tu i ówdzie sunęły zwiewne pierzaste obłoki.

Staw ukazał się nam znienacka, gdy weszliśmy na niewielki pagórek. Błotnisty brzeg porastały gęste szuwary. Usiedliśmy na płaskich głazach i spoglądaliśmy ku zielonawobrązowej wodzie, po której pływało kilka brunatnych kaczek, i ku niewysokim wzgórzom za polami. Miejsce to miało w sobie jakieś smutne piękno, jakbyśmy dotarli na skraj świata.

– To tam zobaczyłem ją pierwszy raz. – Albert wskazał kępę trzciny. Alicja siedziała nieco z boku, w gęstej trawie nad brzegiem wody, z głową przy ziemi. Była nieruchoma jak skała, tylko jej boki unosiły się i zapadały z każdym oddechem. Wyobraziłem sobie, jak rośnie w głębi stawu, pod kożuchem z rzęsy i wodnych lilii, z dala od zielonawych promieni słonecznych, na pogrążonym w ciszy dnie świata.

Albert odchylił się do tyłu i podparł łokciami – dobrze pamiętałem tę pozę – i patrzył w stronę wody. Przez długą chwilę siedzieliśmy w ciszy, która wydała mi się krępująca, choć jemu najwyraźniej nie przeszkadzała. Nie chodziło nawet o to, że czułem się zakłopotany obecnością Alicji, po prostu nie wiedziałem, co takiego przyjechałem mu powiedzieć. Czy w ogóle chciałem rozmawiać? W końcu Albert przerwał milczenie:

– Opowiedz mi, jak żyjesz.

Byłem mu wdzięczny za to pytanie, bo właśnie o tym chciałem pomówić: o moim życiu. Opowiedziałem o niedoszłym ślubie, o przyjaźniach, którym brakowało iskry, o dziewczynach, którym brakowało tego czy tamtego, o dobrej pracy, która jednak nie do końca była tym, o czym kiedyś, wtedy, marzyłem; o moim poczuciu, że wszystko jest w porządku, ale mogłoby być lepiej – że jestem zawieszony gdzieś pomiędzy szczęściem a nieszczęściem i spoglądam raz w jedną, raz w drugą stronę. A kiedy to mówiłem, odnios­łem wrażenie, że szczęście widzę coraz mgliściej, podczas gdy nieszczęście, mimo że wciąż słabo widoczne, nabiera wyraźniejszych konturów.

– Niestety – powiedział Albert tonem kogoś, kto wie, o czym mówię, ale choć jego słowa, wypowiedziane z czułością, podziałały na mnie kojąco, to jednak miałem do niego żal, że nie powiedział nic więcej, że nie odkrył się przede mną.

– Dlaczego do mnie napisałeś po tylu latach? – zapytałem, co tak naprawdę miało znaczyć: „Dlaczego przez tyle lat nie pisałeś?”.

– Czekałem, aż będę miał się czym pochwalić. – Właśnie tak: aż będzie miał się czym pochwalić. Pomyślałem wtedy, że skoro po dziewięciu latach może się pochwalić jedynie walącym się domem i bagienną żabą, to może jednak moje życie wcale nie potoczyło się najgorzej.

Ruszyliśmy w dalszy spacer po jego włościach. Alicja i tym razem nie odstępowała nas ani na chwilę. Albert wskazywał różne rzeczy, a ja im się przyglądałem. Pokazał mi porośniętą winem pergolę, którą sam naprawił. Niedojrzałe zielone winogrona, twarde jak orzechy, zwisały kiściami z butwiejących desek.

– Spróbuj – zachęcił mnie, lecz okazały się cierpkie jak cytryny. Widząc mój grymas, roześmiał się.

– My takie lubimy – powiedział, zrywając garść i wsypując do ust.

Zerwał jeszcze kilka i poczęstował Alicję, która pożarła je raz-dwa. Pokazał mi gniazdo dzięcioła, pagórek porośnięty dzikimi liliami, starą szopę z zardzewiałą motyką i zardzewiałymi grabiami. W pewnej chwili z pobliskiego pola wzbił się, głośno łopocząc skrzydłami, duży ptak.

– Widziałeś?! – zawołał Albert, chwytając mnie za ramię. – Samica bażanta! Pilnuje swoich małych. O, tam są. – Sześć puszystych stworzeń podobnych do kaczek szło rzędem wśród wysokiej trawy, która prawie całkiem je zakrywała.

Przy kolacji Alicja siedziała na swoim miejscu z gardzielą opartą na krawędzi stołu, podczas gdy Albert krzątał się żwawo między kuchnią a jadalnią. Ucieszyłem się na widok tęgiej butelki czerwonego wina, które rozlał do dwóch szklanek z wizerunkami Kubusia Puchatka i Kłapouchego.

– Dostałem je w prezencie na stacji benzynowej – wyjaśnił.

Nagle zmarszczył brwi, przycisnął palce do skroni, a po chwili podniósł wzrok i uśmiechnął się promiennie.

– Mam. Im bardziej pada śnieg, bim-bom, tym bardziej prószy śnieg, bim-bom.

Nalał trochę wina do miseczki i po­dsunął Alicji.

Na kolację był odgrzewany kurczak z supermarketu, kabaczek z ogrodu i mnóstwo sałaty. Albert miał świetny humor, nucił fragmenty piosenek, zapalił ogarek świecy wetkniętej w zieloną butelkę po winie, co chwila napełniał nasze szklanki i miseczkę Alicji, poganiał mnie z piciem i zajadał się chrupiącą sałatą. Tanie wino paliło mi język, ale nie odmawiałem, licząc, że i mnie udzieli się jego szampański nastrój. Nawet Alicja wypijała wszystko do dna. W ciemniejącym pokoju płomień świecy palił się jakby coraz jaśniej; za krzewami w oknie widziałem smugi zachodzącego słońca. Strużka wosku spłynęła po świecy i zastygła w miejscu. Albert przyniósł deskę z chlebem i dokładkę sałaty. Wieczór trwał, a ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Alicja, która cały czas trzymała gardziel na brzegu stołu i chłeptała wino, patrzy na Alberta tymi swoimi wielkimi ślepiami, wilgotnymi i ciemnymi w blasku płomienia, jak gdyby próbowała przyciągnąć jego wzrok. Albert siedział rozparty na krześle, śmiał się i zamaszyście gestykulował, ale zdawało mi się, że zerka w jej stronę. Tak, wymieniali spojrzenia w gęstniejącym półmroku i były to spojrzenia zalotne. Wypity alkohol wypełnił mnie wszechogarniającym uczuciem ciepła, które rozlewało się teraz na całe pomieszczenie, na jedzenie, na szklanki z Puchatkiem i Kłapouchym, na wielkie żabie ślepia, na odbicie świecy w oknie, na spojrzenia Alberta i jego żony – bo przecież cokolwiek o niej mówić, była jego wybranką, upodobał ją sobie na tym pustkowiu i jakim prawem miałbym go w tych sprawach pouczać?

Albert zerwał się z miejsca, by po chwili wrócić z miską ogrodowych gruszek i wiśni i po raz kolejny napełnić mi szklankę. Oparłem się na krześle, czując to wszechogarniające ciepło, i wybiegałem już myślami ku długiej nocy pełnej leniwych rozmów, gdy nagle Albert oznajmił, że robi się późno i będą się z Alicją powoli kładli spać. Mam się czuć jak u siebie. Tylko żebym nie zapomniał zdmuchnąć świecy. „Dobranoc, miłych snów”. Nawet szum alkoholu nie był w stanie zagłuszyć mojego bezdennego rozczarowania. Albert odsunął jej krzesło i Alicja zeskoczyła na podłogę. Razem opuścili jadalnię i zniknęli w ciemnym salonie, gdzie Albert włączył bardzo słabą lampkę, dającą tyle światła, co świeca. Słyszałem skrzypienie schodów pod jego stopami oraz – tak mi się przynajmniej zdawało – głuche odgłosy Alicji gramolącej się na górę wraz z nim.

Słuchałem dochodzącego z góry rumoru i skrzypienia, słyszałem nagły szum wody w łazience, jakiś pisk – co to mogło być? – i odgłos zamykanych drzwi. Siedząc z winem, świecą i migocącymi talerzami w tej niespodziewanej ciszy, która zapadła przy stole i zdawała się teraz zataczać coraz szersze kręgi, czułem się porzucony. Rozumiałem jednak, że ten wieczór nie mógł się skończyć inaczej; widziałem przecież ich zalotne spojrzenia, czegóż innego się spodziewałem? Zresztą i dawniej Albert miał zwyczaj żegnać się znienacka. Zacząłem się zastanawiać, czy te długie rozmowy do bladego świtu w ogóle miały kiedyś miejsce, czy tylko je sobie wyśniłem. Potem wyobraziłem sobie Alicję wskakującą w białą pościel łóżka. Próbowałem sobie przedstawić uroki żabich pieszczot, lepkich uniesień, ale zaraz odepchnąłem od siebie te obrazy, bo miałem poczucie, że popełniam coś okrutnego i niegodziwego, jakieś wykroczenie.

Dopiłem resztkę wina i zdmuchnąłem świecę. Z ciemnego pomieszczenia, w którym się znajdowałem, widziałem widmowy kant kuchennej lodówki oraz czerwonawe ramię kanapy w salonie, ledwie oświetlone księżycowym blaskiem, przypominające martwy kwiat. Z drogi doleciał odgłos przejeżdżającego auta. Kiedy ucichł, zdałem sobie sprawę z obecności świerszczy – całych łąk i pól świerszczy – tego donośnego szmeru, który pamiętałem z podwórek i pustych działek dzieciństwa, długiego dźwięku kończącego się lata. A przecież teraz był dopiero jego środek, ledwie przed tygodniem spędziłem cały dzień na plaży. I tak oto siedziałem przy ciemnym stole w próchniejącym domu, wsłuchany w odgłos kończącego się lata. Wreszcie wziąłem pustą szklankę, wzniosłem milczący toast za Alberta i jego żonę i poszedłem do łóżka.

Nie mogłem jednak zasnąć. Może z powodu wina, a może rozwalonego materaca albo wczesnej godziny, w każdym razie wierciłem się w pościeli, przewracałem z boku na bok, a przygody minionego dnia ciemniały w mojej pamięci; widziałem tylko przyjaciela, który zwariował, starą ruderę i szpetne żabsko. Oraz siebie, słabego i śmiesznego, silącego się groteskowo na współczucie i zrozumienie. W pewnej chwili zacząłem śnić półsny, a może to był jeden długi sen przerywany wieloma półprzebudzeniami. Szedłem długim korytarzem w stronę zakazanych drzwi. Otworzyłem je z uczuciem radosnego żalu i zobaczyłem Alberta, który mierzył mnie surowym wzrokiem znad skrzyżowanych ramion. Zaczął na mnie krzyczeć, poczerwieniał na twarzy, wreszcie nachylił się i ugryzł mnie w dłoń. Poczułem łzy na policzkach. Za jego plecami ktoś wstał z krzesła i podszedł do nas. Okazało się, że to drugi Albert. – Masz – powiedział, podsuwając mi chusteczkę w zaciśniętej pięści, a kiedy po nią sięgnąłem, w powietrze wystrzeliła żaba, wściekle bijąc skrzydłami.

Obudziłem się zdenerwowany i wyczerpany w pokoju prześwietlonym słońcem. Przez zakurzone okno widać było gałęzie drzewa z dużymi trójdzielnymi liśćmi, przez które przezierało błękitne niebo. Dochodziła dziewiąta. Głowa bolała mnie w trzech różnych miejscach: za lewym okiem, w prawej skroni i tuż nad karkiem. Umyłem się szybko i ubrałem, po czym zszedłem po schodach w gęstniejący półmrok. Na spłowiałej tapecie dojrzałem dwie powtarzające się scenki: wyblakłego chłopca w niebieskim ubraniu leżącego na wyblakłym stogu siana oraz ubraną na biało dziewczynę czerpiącą wodę z wyblakłej studni.

W salonie nie było nikogo. Cały dom wyglądał na opuszczony. Na okrągłym stole w mroku jadalni zalegały naczynia z kolacji. Moim jedynym marzeniem była filiżanka kawy przed wyjazdem. W nieco mniej ponurej kuchni znalazłem stary słoik z neską i obtłuczony niebieski dzbanek z nadrukowanym pomarańczowym brontozaurem. Zza okna dobieg­ły mnie jakieś ostre dźwięki. Między liśćmi i gałęziami zobaczyłem Alberta w ogrodzie, stał z łopatą w ręku obrócony plecami do mnie. Na dworze było jasno i słonecznie. Na ziemi obok Alberta siedziała Alicja.

Zabrałem swoją cierpką, zwietrzałą kawę do jadalni i wypiłem ją przy stole, słuchając odgłosów łopaty wbijanej w gliniasty piasek. Przez uchylone drzwi do kuchni wpadał cienki prążek słońca zlewający się z ptasim gwizdem, z liśćmi w oknie, z brązowym cieniem, ze zgrzytem łopaty. Uświadomiłem sobie, że mógłbym najzwyczajniej spakować się i wymknąć niepostrzeżenie, unikając kłopotliwego pożegnania.

Dopiłem paskudną kawę i odnios­łem filiżankę do kuchni. Trzymając ją w dłoni, stanąłem przed uchylonymi drzwiami do ogrodu. Pod wpływem nagłego impulsu otwo­rzyłem je szerzej i wsunąłem się między nie a zewnętrzne drzwi z siatki.

Przez powyginaną siatkę widziałem Alberta z odległości mniej więcej trzech metrów. Miał podkasane rękawy i napierał stopą na ostrze łopaty. Wykopywał trawiastą ziemię na skraju ogrodu, odwracał ją i spulchniał, odrzucając splątane korzenie. Alicja przyglądała się temu z boku. Co jakiś czas, przesuwając się wzdłuż krańca ogrodu, spoglądał na nią, ich spojrzenia jakby się krzyżowały, po czym wracał do pracy. Stojąc w ciepłym cieniu rozchylonych drzwi, patrząc przez poprutą siatkę na rozedrgany w słońcu ogród, poczułem, że między Albertem a jego żoną pulsuje jakiś tajemniczy rytm, jakaś lekkość i błogość, migocząca w słońcu harmonia. Tak jakby oboje zrzucili skórę i wymieszali się w powietrzu albo rozpuścili w świetle – i kiedy uświadomiłem sobie istnienie tej ukrytej harmonii, czystej jak głos dalekiego dzwonu, tego eterycznego przenikania się i rozpływania w sobie, pomyślałem: „Oto, czego mi brak w życiu”. Miałem wrażenie, że jestem zbudowany z jakiejś twardej substancji, która nie rozpuszcza się w żadnym otoczeniu, podczas gdy Albert odkrył sekret powietrza. Ale ponieważ zaczynało mnie boleć gardło, a jasne światło raziło w oczy, odstawiłem filiżankę na blat – huknęła jak młotek – pchnąłem drzwi i wyszedłem na dwór.

Albert obrócił się w promieniach słońca.

– Jak się spało? – zapytał i powoli przeciągnął wierzchem dłoni po spoconym czole.

– Nie najgorzej. Ale będę musiał się zbierać. Mam jeszcze milion rzeczy do zrobienia. Wiesz, jak to jest.

– Jasne. – Oparł obie dłonie na trzonku łopaty i położył na nich brodę. – Wiem, jak to jest – dodał tonem idealnie w pół drogi między zrozumieniem a drwiną.

Zniósł moją torbę z pokoju i załadował do samochodu. Alicja poskakała trochę po jadalni i salonie, po czym usadowiła się w głębokim cieniu na werandzie. Zauważyłem, że wybrała miejsce niewidoczne z drogi. Albert pochylił się nad oknem od strony kierowcy i skrzyżował ramiona na drzwiach.

– Gdybyś kiedyś tędy przejeżdżał – powiedział, lecz kto by tędy przejeżdżał – zajrzyj do nas.

– Chętnie – odparłem.

Albert podniósł się, wyprostował łokieć, rozmasował sobie ramię.

– Trzymaj się. – Pomachał mi dłonią i odsunął się od auta.

Wycofałem samochód, a kiedy wjeżdżałem na drogę nr 39, miałem wrażenie, że dom chowa się między drzewami, znika w plamie cienia. Albert już zginął mi z oczu. Widziałem jedynie kępę wysokich drzew skupionych wokół czarnej bryły. Parę chwil później, tuż przed zakrętem, obejrzałem się ostatni raz. Zwlekałem chyba o sekundę za długo, bo droga zaczęła już opadać i dom przepadł gdzieś za nią. W jasnym słońcu dojrzałem tylko kilka przydrożnych drzew, bezchmurne niebo i niknące w oddali pola dzikiej marchwi.

Data publikacji:

Steven Millhauser

Pisarz amerykański. Za powieść „Martin Dressler” otrzymał Nagrodę Pulitzera (1997). Jego proza bywa porównywana do twórczości Edgara Allana Poego i Jorgego Luisa Borgesa. Urodził się w 1943 r.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!