Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Zbiór zapisków o pewnym dzikim, skromnym ogrodzie oraz o ogrodniku, który dogląda go i strzeże. ...
2018-03-19 00:00:00

Nowe miejsce

zdjęcie: Samuel Zeller / Unsplash
Nowe miejsce
Nowe miejsce

Zbiór zapisków o pewnym dzikim, skromnym ogrodzie oraz o ogrodniku, który dogląda go i strzeże.

W samym środku ogrodu stoi dom, w którym mieszkam. Dobrze pamiętam dzień, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Szukałem domu poza miastem. Wędrowałem od osady do osady, zerkałem to tu, to tam, pukałem do drzwi, zagadywałem właścicieli sklepów i spotykałem sekretarzy kooperatyw rolniczych. Kłaniałem się starcom i gawędziłem z ich dziećmi. Miałem już kilka upatrzonych lokalizacji, ale w tym domu zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Mały i skromny, niegdyś zwykło się takie nazywać „domami Agencji Żydowskiej”. Od frontu wyliniały trawniczek, wokół wyschnięte badyle i osty, parę drzew ozdobnych, kilka owocowych, niektóre bliskie śmierci z pragnienia.

Dom stał na zboczu. Zszedłem i rozejrzałem się. I oto niespodzianka: otwierała się stamtąd ku zachodowi rozległa, głęboka panorama. Z przodu dwa spłachetki pola uprawnego, na obrzeżach kilka tyczkowatych cyprysów, a ponad nimi dwa porośnięte lasem wzgórza, gęsto upstrzone, jak na obrazach impresjonistów, plamkami zieleni w rozmaitych odcieniach: jasna zieleń dębów tabor, ciemna zieleń dębów skalnych, tu i ówdzie błyszcząca zieleń szarańczynu oraz zieleń terebintów, nieco bledsza u pistacji palestyńskiej i wyrazistsza u pistacji kleistej. A ponad tym wszystkim, spowity w letnią mgłę Doliny, piętrzył się od krańca do krańca horyzontu znajomy, sinawy grzbiet: góra Karmel. Jakiej Doliny? Nie chcę nikogo obrażać, ale gdy po hebrajsku mówi się o „dolinie” z rodzajnikiem określonym, chodzić może tylko o jedną, moją dolinę. Dolinę Jezreel.

Odwróciłem się i popatrzyłem na dom z tej perspektywy. Ponieważ teren opadał, tylną część budynku wsparto na cienkich betonowych słupach, wskutek czego między nią a gruntem została pusta przestrzeń. Ktoś umieścił tam niewielką drucianą klatkę na kury. Zerknąłem do środka i ujrzałem cztery małe, okryte piórami truchła, wyschnięte jak ich blaszane poidło. Człowiek, który stąd się wyprowadził, porzucił swoje kury w zamkniętej klatce, żeby umarły z braku wody i pożywienia... A jednak dom napełniał mnie szczęściem, jakby chodziło o pierwszą miłość. Nawet zło, z którym się właśnie zetknąłem, nie mogło popsuć tego wrażenia.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Następnie dokonałem przeglądu drzew i krzewów, które rosły wokoło: stara grusza, usychająca cytryna, orzesznik dający cień, dwa dęby, trzy terebinty, ponadto drzewo różańcowe i jakaranda mimozolistna. Rosły tu również wielka, groźna opuncja oraz młody krzew marihuany, jego zieleń wyróżniała się na żółtobrązowym tle. Byłem zdumiony: któż go tak troskliwie dogląda i podlewa? Przed domem stał figowiec. Właśnie zaowocował. Ale kiedy podszedłem do niego, zauważyłem niewielkie kopczyki świeżych trocin wokół pnia – zapowiedź nieszczęścia. Dokładniejsze oględziny ujawniły wyloty korytarzy drążonych przez larwy chrząszcza z gatunku Batocera. Znak, że w drzewie zalęgła się śmierć, która w przyszłości powali je na ziemię.

Wszystko, co ujrzałem, zapowiadało, że ogród będzie wymagał wiele pracy, a na początek wiele namysłu. Ja tymczasem, chociaż zawsze lubiłem przyrodę, miałem nikłe doświadczenie, jeśli idzie o ogrodnictwo. Doświadczenie obserwatora: u mojego dziadka w moszawie Nahalal i u mojej matki, jego córki, w Jerozolimie.

Mój dziadek znał się na roślinach i sadzeniu, sam zasadził winnicę, ogród i sad owocowy. Lubiłem patrzeć, jak przycinał i podpierał pędy winogron. Fascynowało mnie, jak poruszał rękami. Byłem małym dzieckiem i nie potrafiłem tego ująć w słowa, ale czułem, że ruchy tego specjalisty są najpiękniejszymi ruchami, jakie skrywać może ludzkie ciało. Także i dzisiaj więcej radości daje mi obserwowanie pracy stolarza, ślusarza, kowala, kamieniarza, piekarza niż patrzenie na zawody sportowe albo na balet.

Dziadek dorastał w rodzinie chasydzkiej na Ukrainie, kiedy przyszło mu do głowy zmienić religię i zamiast służyć Bogu – pracować na roli. Ale studiów religijnych nie zapomniał: pierwszymi drzewami, które posadził na swojej posesji, zaraz obok winnicy, były oliwka, granat i figowiec. Nieprzypadkowo. To one właśnie wymienione są w Torze wśród siedmiu roślin, przez które błogosławiony jest Kraj Izraela. W pobliżu domu mieszkalnego dziadek zasadził pomarańczę i grejpfruta, jeszcze dwa drzewka granatowe oraz drzewo, które, aż trudno uwierzyć, dawało pomarańcze, cytryny, klementynki i inne cytrusy, być może, już nie pamiętam, grejpfruty, a może, jak chce rodzinna legenda, awokado albo pomidory. Tak czy owak, tamto drzewo wciąż mnie zdumiewa i ekscytuje, a bardziej niż ono samo odpowiedź, której udzieliła mi mama, gdy zapytałem, jak dziadkowi udało się je stworzyć. „Jest czarodziejem” – odparła. Wiele lat później stało się dla mnie jasne, że był to zwyczajny szczep dzikiej pomarańczy, ale wrażenie, jakie zrobiła na mnie tamta odpowiedź, wryło się we mnie i dotąd nie osłabło.

Mama uprawiała własny ogródek w Jerozolimie, w dzielnicy Kiriat Mosze, gdzie mieszkaliśmy. Miałem cztery lata, kiedyśmy się tam sprowadzili. Prace właśnie zakończono, ale nie było drzew ani kwiatów i osiedle wyglądało jak plac budowy. Przed naszym blokiem znajdował się pas ziemi poszatkowany na mniejsze kawałki z myślą, żeby urządzić tam ogródki. Za blokiem teren był skalisty. Matka poszła w ślady ojców. Natychmiast zaczęła osuszać mokradła i zazieleniać pustynię. Na działeczce przed domem zasadziła dalie, chryzantemy, frezje, przyjemne małe krzewy zwane letnimi cyprysami (jako rośliny ozdobne były wtedy bardzo popularne, dziś w ogóle ich nie widać) oraz trzykrotkę, nazywaną „Żydem wiecznym tułaczem”, która prędko się rozkrzewiła, zasłaniając kamienny murek wzdłuż chodnika.

Zraszaczy w owych czasach jeszcze nie było, toteż moja matka sama kopała dołki, drążyła kanały nawadniające i podlewała swój ogródek za pomocą węża i lejka. Istniał też zwyczaj związany z takim podlewaniem, który dziś całkiem zanikł: przechodnie podchodzili i pytali, czy mogą napić się wody. Jedni trzymali wylot węża przy ustach, inni napełniali dłoń i dopiero z niej pili. Ci pierwsi, powiadała moja matka z pogardą moszawniczki, „piją jak mieszczuchy”, ci drudzy „wiedzą, jak pić”. Każde dziecko w naszej dzielnicy razem z kluczem do domu nosiło w kieszeni drugi klucz, kwadratowy, którym otwierało się i zamykało kran w ogrodzie. Dzięki temu mogliśmy napić się wody i zaspokoić pragnienie, wracając w południe ze szkoły do domu. Jedni właściciele ogródków przyjmowali nas z radością, inni grozili nam i odganiali krzykiem.

Na drugim spłachetku, tym za domem, matka też urządziła ogródek, ale zupełnie innego rodzaju. Było tam raptem kilka metrów kwadratowych kamieni, ale mama była przyzwyczajona do ciężkiej pracy, chciała i potrafiła siać i sadzić. Wzięła taczki, nawiozła ziemi z pobliskiego pola (dziś stoją tam bloki mieszkalne oraz jesziwa Merkaz HaRaw) i użyźniła kompostem oraz tym, co naprodukowały krowy (mieszkały w małych farmach na Giwat Szaul i pasły się w naszej okolicy). Potem zasadziła śliwę i drzewko granatowe, a w szczelinach między skałami poutykała bulwy i nasiona cyklamenów. Nasz sąsiad, nauczyciel i przyrodnik Amoc Cohen, posadził na sąsiednim poletku winorośl i zrobił ogrodzenie z krzaków opuncji. I tak ogródki powoli nabierały kształtu.

Znów popatrzyłem na dom, który właśnie znalazłem, i na teren wokół. Zrobiło mi się przykro, że nie ma już mamy, dziadka ani sąsiada, więc nie mogą mną pokierować i udzielić mi rad. Tymczasem kilka dni po tym, jak wreszcie dom kupiłem, zjawił się z wizytą pewien staruszek ze wsi. Był niczym naczynie wypełnione błogosławieństwem. Nazywał się Josef Zeira i jak większość założycieli osady wywodził się z Rumunii. Stąd jego przydomek: Puiu, pisklę po rumuńsku.

Kilka lat później Puiu odszedł do wieczności. Dobrze go pamiętam i bardzo mi go brakuje. Był to inteligentny i zabawny człowiek, sentymentalny cynik, zdolny rysownik i wielki znawca drzew owocowych. Podczas naszych kolejnych spotkań wykładał mi rozdział albo dwa z dziejów „Wielkiej Rumunii” (tak nazywał swoją ukochaną ojczyznę), uczył pić rumuńską śliwowicę i grać w tryktraka, a tu dokonywał prawdziwych cudów.

Tym razem przyniósł ze sobą piłę i pokazał, jak obciąć martwe gałęzie na drzewku cytrynowym. „Ściąć wszystko! Proszę się nie bać! Odroś­nie. Gdybyśmy tylko mogli sami sobie poobcinać martwe kawałki ciała i duszy...”. Zrobiłem, jak przykazał, i nawet wykopałem wokół kanał nawadniający. „Powinien mieć taką średnicę co drzewo”.

„Tak szeroko?” – spytałem.

„Zdumiał mnie pan! – odpowiedział. – Przecież pan pochodzi z rodziny rolników. Nie mówili panu, że tam, w ziemi, jest jeszcze jedno drzewo? Korzenie to jego gałęzie. Ono też rośnie, tylko na odwrót”.

Tak więc poobcinałem gałęzie, nawodniłem i cytryna ozdrowiała. Pomarszczone liście rozprostowały się i wygładziły, zaraz wyrosły nowe. Potem cytryna zakwitła i odpłaciła mi dobrem za dobro: mnóstwem małych cytrynek. Były brzydkie, ale smaczniejsze od tych, które jadłem przez całe życie.

Potem poobcinałem i wyrwałem wszystkie osty i badyle. Podlałem i skosiłem trawnik, przywracając go tym samym do życia. Zasadziłem żywopłot z bugenwilli, który oddzielił mnie od ulicy. Tymczasem skończyło się lato, przeleciała jesień i nadeszła zima, pierwsza moja zima w nowym miejscu. Spadł deszcz, a wtedy wszystkie nasiona wypuściły świeże łodyżki: koper, dziki bób, ślaz, astry, tymianek oraz inne zielska, które nasi przodkowie, gdy nie wiedzieli dokładnie, o jaką roślinę chodzi, określali zbiorczo mianem chwastów i pokrzyw.

Poczułem się jak Jazon otoczony wrogami, którzy wyrośli z zasianych w ziemi smoczych zębów. Pojąłem, że czeka mnie długa i ciężka wojna, a mój wróg jest silny, twardy i nieprędko się ugnie. Ale minęło parę tygodni i oto koło domu wyrosło także kilka cyklamenów, nagle wystrzelił samotny narcyz, a w sąsiednim ogrodzie czekała zapierająca dech niespodzianka: kwitły tam setki czerwonych anemonów. Cały ogród był w ich kolorze. Okno wychodzące w moim domu na północną stronę stało się ramką dla uroczego obrazka.

Kiedy minęła pora kwitnienia, poprosiłem o zgodę i zebrałem nasiona anemonów. Nasiona cyklamenów przyniosłem z pobliskiego cmentarza, cebule cebulicy hiacyntowej, maków, chabrów bławatków i łubinu – z ogrodu przyjaciela. Nasiona powoju nazbierałem z pobocza autostrady numer 6, gdzie kiedyś go posadzono i gdzie zakwitał. Sadzonki szałwii, białego cząbru, lebiodki syryjskiej kupiłem w sklepie ogrodniczym. Stamtąd przyniosłem też czystki – biały i fioletowy. Specjaliści nazywają je wprawdzie inaczej: czystek kreteński i czystek szałwiolistny, ale my, profani, mówimy po swojemu.

Takie były początki. Od tej pory dodałem wiele innych dzikich roś­lin, niektóre w postaci nasion, inne sadzonek. Z czasem pojąłem coś niecoś z cyklów ich wzrostu, ale do prawdziwego ogrodnictwa nie doszedłem. Może zacząłem zbyt późno, może jestem zbyt zajęty innymi rzeczami? Dlatego moja książka nie jest ani instrukcją obsługi, ani podręcznikiem botaniki czy ogrodnictwa. Jest tylko zbiorem zapisków o pewnym dzikim, skromnym ogrodzie oraz o ogrodniku, który dogląda go i strzeże. W dosyć zaawansowanym wieku znalazł sobie nowe hobby, a może nawet nową miłość?

 

Tłumaczył Piotr Paziński
 

Data publikacji:

Meir Szalew

Urodził się w 1948 r. Jest lewicowym dziennikarzem, autorem powieści, świeckich komentarzy do Biblii i książeczek dla dzieci. Jego dziadkowie, pionierzy drugiej alii, zakładali osady rolnicze w Dolinie Jezreel. W Polsce ukazało się kilka książek Szalewa, m.in. wybitna powieść „Rosyjski romans”.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!