Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
archiwum
Notatki

PONIEDZIAŁEK. Koncert muzyki elektronicznej. „W czasie pierwszych kilku dni spędzonych w Tokio cierpiałem na bezsenność – wyznaje w komentarzu w programie Stockhausen. – Nieprzerwany pochód wizji dźwiękowych spędzał mi sen z oczu”. I zamiast, jak inni ludzie, zażyć proszki nasenne, Stockhausen zaczął tworzyć Telemusik – muzykę, jak skromnie powiada, nie swoją, lecz całej ziemi, wszystkich krajów i ras.

Drogi panie Stockhausen – (chciałoby się powiedzieć) – stworzył pan szereg świetnych, pomysłowych rzeczy i – na omawianym koncercie – także pański utwór był najciekawszy. Z drugiej strony jednak, dziełko elektroniczne – powinien pan to wiedzieć – może nas zaabsorbować tylko pod jednym warunkiem: gdy będzie krótkie. Jeżeli ciągnie się tak jak wszystkie utwory tego popołudnia, to jest nie do przyjęcia!

Do przyjęcia była tylko znakomita śpiewaczka angielska, Josephine Nendinck, w utworze Miltona Babbitta Philomel na mezzosopran i dwuśladową taśmę magnetofonową. Piekielnie trudne do wykonania!

WTOREK. Już czwarty dzień – a wszyscy mówią: dopiero czwarty! Po południu: Bułgarzy. Orkiestra kameralna z Sofii pod dyrekcją Kazandżijewa. Zaczęło się nie najgorzej, utworem Denisowa Crescendo i diminuendo na klawesyn i 12 instrumentów strunowych, skończyło też nieźle: Divertimentem Bartoka na orkiestrę smyczkową.

Wieczorem – niewiele lepiej, Wielka Orkiestra Radiowa z Katowic, pod batutą Amerykanina, Mario di Bonaventury upamiętniła się głównie tym, że Ayako Kato – solistka utworu Hirroachi Minami Banko miała śliczne kimono i dobrze śpiewała.

Tekst utworu zaczerpnięty został ze zbioru VII-wiecznego poety japońskiego; piękny lecz ponury jak życie. W wierszu pierwszym, poeta opłakuje śmierć swej żony, w drugim – śmierć przedwcześnie zmarłych dzieci, w ostatnim – wyraża ból swej własnej godziny śmierci.

ŚRODA. Festiwal osiąga półmetek i nagle niezawodny Warsztat Muzyczny wnosi nieco ożywienia. Miło mi donieść, że najciekawszy okazał się Leoncjusz Ciuciura, którego koncerty wizualne reprodukowaliśmy kiedyś w Przekroju. Tym razem – jego utwór Spirale I per uno – napisany był na dowolny głos i instrumentarium perkusyjne, do tekstów Tadeusza Różewicza. Punktem wyjścia stały się słowa poety:

„...teraz tworzy się rzecz bez początku i końca

nie ma tych umownych znaków zostały

zapomniane...”

Mini-spektakl Ciuciury, to egzystencjalistyczny monolog samotnego człowieka (Jerzy Artysz), a jego istotą jest stan niezakończenia, wiecznego trwania. Ciekawe, ale wydaje mi się, że pointa, która pada w ostatnich słowach monologu, rzecz ujmuje trafnie: „To wszystko jest składanie, które się złożyć nie może...”.

Oj, jest w tym coś!

CZWARTEK. Teatr Wielki. Pełna gala; dostaję zaproszenie tylko dzięki osobistej interwencji dyrektora Krenza, ponieważ zwykła lista zapraszanych (na której też mnie nie ma) została zmniejszona do jednej szóstej... Z drugiej strony, jak tu nie iść jeśli wystawia się balety do librett przekrojowych autorów: Tytanię i osła Turskiego, do libretta Osieckiej i Pancernik Potiomkin Łuciuka do libretta Afanasjewa. Wystawia Opera Bałtycka. Dobrze! Ale nie za bardzo.

W pierwszym balecie (to nie kumoterstwo) broni się tylko libretto. Interesujące, poetyckie, ukazujące szekspirowskich – tylko z imion – bohaterów w bardzo gorzkiej poincie. W drugim – jest lepiej; pokazać pamiętną masakrę na słynnych odesskich schodach w formie baletu nie jest zapewne przedsięwzięciem łatwym, a była jednak i sugestywna, i groźna i – z taktem. Szkoda, że nie tańczyła Boniuszko, bardzo dobrze, że dyrygował Katlewicz. Szkoda, że nie wyszła się kłaniać Osiecka, dobrze, że wyszedł Afanasjew.

PIĄTEK. Koncert Markowskiego z Orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej. Sala ożywia się, gdy Szostek-Radkowa śpiewa pięknie 5 pieśni Bairda, do tekstów Haliny Poświatowskiej, po czym – zamiera na długo.

W nocy – pokaz filmów muzycznych. Nie poszedłem, nie chodzę po nocach do kina. Przyznaję jednak, że interesował mnie trzeci z wyświetlanych filmów, mianowicie dokonana przez Maurice Kagela adaptacja jedynego dotąd w świecie, utworu... dla samego dyrygenta, napisanego przez niejakiego Dietera Schnabelsa. Rozumiecie? Koniec z orkiestrami i dźwiękiem, dyrygent może być samowystarczalny. Wychodzi po prostu na estradę, macha rękami i ten jego balet rąk, czy balet całej sylwetki stanowi już całość utworu. Oryginalne! Tyle, że męczące. I dla dyrygenta i – co gorsze! – dla publiczności.

SOBOTA. Człowiek czuje się raźniej, bo to już blisko końca. A przy tym tylko jeden koncert i to – w doskonałym wykonaniu. Państwowa Orkiestra Symfoniczna ZSRR, pod dyrekcją Świetłowa z młodym pianistą Mikołajem Pietrowem. Repertuar raczej tradycyjny (X Symfonia Szostakowicza to już dobrze u nas znana klasyka współczesności), ale interpretacyjnie – najwyższa klasa!

NIEDZIELA. Wieczorny koncert pod dyrekcją Rowickiego. Lothar Faber, zmienia trzy oboje w koncercie na obój i orkiestrę Bruno Maderny, Stefania Woytowicz nadaje swoją interpretacją wspaniałą rangę Canti per soprano ed orchestra Edwarda Bogusławskiego, a V Symfonia Szabelskiego jest ukoronowaniem całej imprezy. Utwór potężny, na chór, organy i wielką orkiestrę, rzeczywiście piękny, nowoczesny i jednocześnie wcale komunikatywny. Szabelski ma 72 lata, ale – niewiarygodne jaki to młody człowiek!

NO, TAK, lecz co z tymi młodymi wiekiem? Jeśli Warszawska Jesień była przeglądem tego co dziś w muzyce światowej najciekawsze (a była, bo zmiany programowe nie zmieniły obrazu całości), to wynika z tego, że w muzyce dzieje się niedobrze. Te same eksperymenty powielane po tysiąc razy, te same rozwiązania, a przede wszystkim: nudziarstwo!... I do wielu panów kompozytorów reprezentowanych utworami na Warszawskiej Jesieni, chciałoby się krzyknąć sparafrazowanymi słowami wyszukanymi przez Ciuriurę: „To wasze komponowanie jest – po większej części – składaniem, które się złożyć nie może!...” Panowie, podajcie rękę wykonawcom, podajcie rękę publiczności, a przede wszystkim – nie silcie się na największe zadęcie, jeśli was czasem stać tylko na trochę mniejsze. Prosi was o to bardzo serdecznie, szczerze zaniepokojony o własne uszy i samopoczucie. 

Data publikacji: