pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
O mitach i przywarach show-biznesu, o tym, że każdy nastolatek ma prawo zaprosić na studniówkę, ...
2020-12-17 00:00:00
film

Niech żyje bal!
Rozmowa z Jo Ellen Pellman i Jamesem Cordenem

Fotos z filmu "Bal”; źródło: Netflix
Niech żyje bal!
Niech żyje bal!

Osiemnastoletnia Emma chce wybrać się na bal maturalny z osobą bliską swojemu sercu, ale spotyka się z kategoryczną odmową ze strony rady rodziców i nauczycieli. Powód? Uczennica zamierza przyjść na zabawę ze swoją partnerką, a to w konserwatywnym stanie Indiana jest nie do pomyślenia.

Czyta się 9 minut

Tymczasem głos w sprawie dyskryminowanej ze względu na orientację seksualną nastolatki postanawia zabrać grupa nieco przebrzmiałych gwiazd Broadwayu. Nie jest to jednak bezinteresowne zaangażowanie, a zagranie pod publiczkę, które ma pomóc im w odzyskaniu dawnej reputacji i sławy. Z jednej strony jest to świadectwo dramatycznego położenia osób homoseksualnych mieszkających w prowincjonalnych amerykańskich miasteczkach. Z drugiej – satyra na cyniczny, motywowany egoizmem aktywizm świata show-biznesu. Tak pokrótce przedstawia się fabuła musicalu Bal, którego filmową adaptację w gwiazdorskiej obsadzie można oglądać od piątku na Netflixie.

A zaczęło się od powieści Boba Martina i Chada Beguelina o tym samym tytule, która została przeniesiona na deski teatru w Atlancie, a następnie zagościła na Broadwayu. Spektakl zdobył siedem nominacji do prestiżowych nagród Tony Awards, w tym w kategorii najlepszego musicalu. Wtedy to tematem zainteresował się Ryan Murphy, sześciokrotny zdobywca Emmy, twórca takich seriali jak Bez skazy, Glee, American Horror Story, American Crime Story, Hollywood czy Ratched. Jak sam twierdzi, odnalazł w tym spektaklu wiele osobistych kontekstów. „Też pochodzę z Indiany, jestem gejem, można więc powiedzieć, że jest to w pewnym sensie opowieść o moim życiu” – powtarza Murphy w wywiadach. Tak narodził się pomysł na filmową adaptację Balu. Murphy w pierwszej kolejności sporządził spis osób, z którymi chciałby pracować nad tym projektem. Numerem jeden była Meryl Streep, kolejni na liście życzeń byli Nicole Kidman, Kerry Washington, Keegan-Michael Key, a także brytyjski komik, aktor i prezenter telewizyjny James Corden. Wszyscy zgodzili się bez wahania na tę współpracę, a tymczasem do gwiazdorskiej obsady dołączyła debiutantka Jo Ellen Pellman, która miała wcielić się w rolę Emmy. Dla niej też – podobnie jak dla Murphy’ego – sprawa ta miała wymiar głęboko osobisty.

Mateusz Demski: To może zacznijmy od grupy broadwayowskich artystów, którzy postanawiają wypromować się na sprawie dyskryminowanej licealistki. Mamy więc do czynienia z ludźmi, którzy udają nieprawdopodobne przejęcie krzywdą i cierpieniem świata, a których tak naprawdę interesuje głównie „ja”. Hochsztaplerka, egoizm, cynizm. Zgadzasz się z takim obrazem?

James Corden: Hmmm… Powiem tak: na pewno znajdziesz w tym filmie sporo prawdy o artystach, choć nie powiedziałbym, że jest to reguła. Gwiazdy show-biznesu są różne, tak samo jak różni są ludzie wokół nas. Nasz film skupia się na bardzo konkretnym typie osobowości. Dee Dee grana przez Meryl jest tu chyba ekstremalnym przykładem – to postać, która wchodzi na skrajny poziom cynizmu, ale też narcyzmu i absolutnego samouwielbienia. Jest artystką z imponującym dorobkiem i doświadczeniem scenicznym, która nie wyobraża sobie siebie nigdzie indziej, jak tylko na szczycie. Myślę, że wielu ludziom ze świata show-biznesu, których spotkałem na swojej zawodowej drodze, nieobce jest to uczucie. Nieco innym przypadkiem jest natomiast mój bohater. Barry ma wrażenie, że nigdy nie otrzymał szansy, na jaką zasługuje; że nigdy nie złapał wiatru w żagle, co też jest zapewne dość powszechne. Każde z nich ma przy tym świadomość, że czas ucieka. Że być może są na ostatniej prostej swojej popularności, dlatego też decydują się na tę wyrachowaną eskapadę do Indiany. Pamiętajmy jednak, że to wszystko zostało wzięte w potężny nawias. Już w pierwszych minutach filmu pokazujemy narcyzm naszych bohaterów w jego najbardziej karykaturalnej, przerysowanej formie. Co zresztą wspaniale było zagrać! (śmiech).

A Ty potrafisz się przyznać do takiego narcystycznego pierwiastka?

Nie chciałbym, żeby ten narcyzm był we mnie jakoś szczególnie widoczny, ale obawiam się, że gdybym całkowicie się go wyzbył, to pewnie dzisiaj byśmy nie rozmawiali (śmiech).

No właśnie! Nie bez powodu o to pytam, bo przecież można odnieść wrażenie, że w Balu grasz poniekąd samego siebie. Tobie status celebryty nigdy nie uderzył do głowy?

Może to głupio zabrzmi, ale nie czuję się zbyt wielkim celebrytą w związku z tym wszystkim, czym aktualnie się zajmuję. Spójrzmy prawdzie w oczy: jestem gospodarzem talk-show, które jest emitowane 37 minut po północy na antenie CBS, co niewiele ma wspólnego z telewizyjnym prime timem. Poza tym żyję w Los Angeles, gdzie otaczają mnie ludzie po stokroć bardziej sławni i rozpoznawalni. Opowiem ci taką anegdotę. Jestem na plaży z moją żoną i nagle widzę przed nami fotografa ukrytego za skałami. Kwadrans później on cały czas tam stoi. Muszę przyznać, że poczułem się z tym dość nieswojo, mieszkaliśmy w LA od niespełna pół roku i nigdy wcześniej nie mieliśmy takich sytuacji. Więc podchodzę do niego i mówię: „słuchaj stary, to już chyba lekka przesada, masz wystarczająco dużo zdjęć, a ja chciałbym teraz spędzić trochę czasu z moją małżonką”. Facet spojrzał na mnie i widać było, że… nie ma zielonego pojęcia, o czym mówię! Wtedy się odwróciłem, a on powiedział: „zobacz, tam za tobą w knajpie na lunchu siedzi DiCaprio!”. Wróciłem do żony i uspokoiłem ją, że załatwiłem sprawę (śmiech).

My tak ciągle o wielkim świecie, ale Wasz film ma przecież drugi biegun. Akcja z Broadwayu szybko przenosi się do prowincjonalnego miasteczka w stanie Indiana. Tam znowu mamy inne problemy: homofobia, ogólna nietolerancja. Słyszałem, że Ty – Joe Ellen – wychowałaś się w podobnym miejscu, co Twoja bohaterka.

Jo Ellen Pellman: Urodziłam się w Cincinnati w Ohio, które leży właściwie o rzut kamieniem od Indiany, gdzie mieszka duża część mojej rodziny. Znam więc te strony jak własną kieszeń, tam spędziłam całe swoje życie i muszę ze smutkiem przyznać, że to, co widzimy na ekranie, oddaje postawę wielu mieszkańców Midwestu. Historia Emmy była zresztą oparta na prawdziwych wydarzeniach, co świadczy, że homofobia i niezrozumienie są stale obecne na amerykańskiej prowincji. Ja też jestem queer, pochodzę z małego miasta, ale miałam to wyjątkowe szczęście, że jako nastolatka trafiłam do bardzo tolerancyjnego i otwartego liceum, gdzie nie było żadnego problemu z tym, by dwie dziewczyny przyszły razem na studniówkę. Ale jednocześnie wiem, że w innej szkole, która była oddalona zaledwie o kilkanaście minut spacerem, byłoby to nie do przyjęcia. To dziwne, bardzo dziwne uczucie. Teraz, kiedy wróciłam do rodzinnego domu po tak długim pobycie w Nowym Jorku i Los Angeles, jeszcze bardziej dostrzegam te podziały. I widzę, że Ameryka to czasami dwa zupełnie różne światy.

Przypadek Waszych bohaterów pokazuje, że o porozumienie tych dwóch światów trzeba jednak walczyć. Bal to opowieść o ludziach, którzy chcą, by w końcu pozwolono im być tym, kim chcą.

J.E.P.: Tak, i mam taką nadzieję, że ten film będzie w stanie zachęcić do zdrowej dyskusji i przyczynić się do zmiany kursu wśród części widowni. Nie jest to ani demonizacja, ani potępienie mieszkańców Midwestu, ale uniwersalna historia o tym, że wystarczy otworzyć serce i wsłuchać się w potrzeby drugiego człowieka, żeby zrozumieć, że tak naprawdę niczym się od siebie nie różnimy. Że sami tworzymy niepotrzebne podziały i spory. W tej kwestii jest nadal bardzo dużo do zrobienia. Myślę, że inna ważna rzecz, to przesłanie skierowane do wszystkich osób LGBT, które potrzebują wsparcia i nie mogą znaleźć zrozumienia w oczach bliskich. Emma z początku też czuje się obco i samotnie, a jednak wokół niej pojawiają się w końcu ludzie, którzy nie potrafią być obojętni wobec jej losu. Którzy są gotowi stanąć po jej stronie, wziąć ją pod swoje skrzydła i pokochać taką, jaka jest.

J.C.: Podpisuję się pod wszystkim, co zostało powiedziane, zwłaszcza jeśli chodzi o optymizm wpisany w ten film. Uważam, że przesłanie, które z niego płynie, mówi o tym, że na świecie jest wiele radości, akceptacji i miłości, które czekają na każdego z nas. Jak już mówiłem, nasz film wkłada rzeczywistość w pewien nawias, ale wierzę, że emocje, które w nim zawarliśmy, są prawdziwe. Kiedy przygotowywałem się do roli Barry’ego, a więc geja, który całe dorosłe życie musi zmagać się z odrzuceniem przez rodziców, konsultowałem każdą kwestię, każdą scenę z Ryanem. Wiele czasu spędziliśmy na bezpośrednich i szczerych rozmowach. Był moim przewodnikiem po tym, czego musiał doświadczyć mój bohater.

Nie zapominajmy jednak, że Bal to również kolorowe, niepoprawnie optymistyczne, pełne świateł, cekinów, a także roztańczonych i rozśpiewanych scen show! Wyobrażam sobie, że praca nad tym projektem dawała ogromną frajdę.

J.E.P.: Z całą pewnością! To był czas wspaniałej zabawy, inspirujących spotkań, ale od razu muszę powiedzieć, że i ciężkiej fizycznej harówki. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć Ryan zorganizował nam swoisty bootcamp w studiu Paramount Pictures, gdzie przez sześć tygodni, uczyliśmy się tańczyć i śpiewać w stylu broadwayowskim. Z Ryanem naprawdę nie było żartów i dyskusji. Mnie np. w udziale przypadły dodatkowo sceny, w których musiałam pływać i grać na gitarze. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale nie było żadnej taryfy ulgowej – trzeba było codziennie biegać na basen i wykręcać palce na gryfie (śmiech).

J.C.: Masz absolutną rację. To nie były zwykłe próby, tylko prawdziwy obóz szkoleniowy, który miał na celu nieźle nas przeczołgać. Niewiele snu, ograniczony przydział żywnościowy, a treningów tyle, ile tylko człowiek mógł znieść. No koszmar! (śmiech). A mówiąc całkiem serio – myślę, że to był bardzo ważny czas, który pozwolił nam poznać się lepiej i zbliżyć ekipę do siebie. Razem z naszą „broadwayowską trupą”, czyli z Meryl, Nicole i Andrew, całymi dniami ćwiczyliśmy poszczególne układy na starych kredensach, krzesłach, kartonach i plastikowych skrzynkach. Przyszedł taki dzień, że musieliśmy odegrać scenę na schodach, ale schodów na sali prób nie było, więc trzeba było je sobie wyobrazić i zaznaczyć kawałkiem taśmy na podłodze. Mieliśmy z tego naprawdę niezły ubaw, pękaliśmy tam wszyscy ze śmiechu. Ryan wiedział dobrze, co robi. Na ekranie występowaliśmy już jako grupa przyjaciół, która autentycznie coś razem przeżyła.

A niekwestionowaną liderką Waszej aktorskiej drużyny okazuje się Meryl Streep. W tym roku mija dokładnie 55 lat, odkąd zadebiutowała na Broadwayu. Ja po obejrzeniu Balu, utwierdziłem się w przekonaniu, że ta kobieta jest po prostu nie do zdarcia.

J.E.P.: Meryl to wulkan energii twórczej i życiowej, a przede wszystkim osoba, która nigdy nie odpuszcza. Nie zapomnę dnia, kiedy w szkolnej auli nagrywaliśmy scenę pierwszego spotkania Emmy z broadwayowską trupą. Weszliśmy wówczas na plan dość rozluźnieni, ponieważ każde z nas nagrało już swoje partie wokalne indywidualnie w studiu muzycznym. Kompletnie nie musieliśmy się więc przejmować tym, jak śpiewamy. Ale nie Meryl. Ona wpadła jak huragan, zatańczyła z jakąś niesamowitą werwą i jednocześnie w całości zaśpiewała piosenkę It’s not about me, która jest piekielnie wymagająca technicznie. No nie mogę wyjść z podziwu i nadal nie znam odpowiedzi na pytanie, jak ona to robi. To jest aktorstwo, które opiera się na pełnym zaangażowaniu, ciągłym przesuwaniu granic i wkładaniu w każdą scenę siebie.

J.C.: Miałem szczęście i zaszczyt pracować z Meryl już wcześniej, przy okazji Tajemnic lasu Roba Marshalla. I powiem ci szczerze, że przez tych kilka lat absolutnie nic się nie zmieniło. Zawsze jest wszędzie jej pełno, to najlepsza towarzyszka przygód na planie, jaką tylko można sobie wyobrazić. Wejście na orbitę Meryl, kiedy ta na jednym praktycznie wdechu śpiewa, tańczy, sypie anegdotami, to doznanie jedyne w swoim rodzaju. W sumie mam wrażenie, że siła Balu polega w dużej mierze na unikatowym zderzeniu różnych aktorskich osobowości i doświadczeń. To było ciekawe przeżycie mieć po jednej stronie Meryl Streep, aktorkę z nieprawdopodobnym, rekordowym w dziejach kina dorobkiem, a po drugiej Jo Ellen, która dopiero stawia pierwsze kroki w tym świecie. Choć jestem przekonany, że jeszcze o niej usłyszymy. Już sobie to wyobrażam! Po latach chwalę się ludziom: „słuchajcie, grałem w pierwszym filmie Joe Ellen Pellman”, a oni na to „nie żartuj, mów, jaka ona jest!”. I ja wtedy: „nie wiem, już ze mną nie rozmawia, teraz ma już na koncie 11 Oscarów i zmieniła numer” (śmiech).

Fotos z filmu "Bal”; źródło: Netflix
Fotos z filmu "Bal”; źródło: Netflix

Jeśli lubisz naszych twórców i chciałbyś mieć wpływ na poziom dziennikarstwa społeczno-kulturalnego, wesprzyj Fundację PRZEKRÓJ.

* Pola wymagane

Data publikacji:

Mateusz Demski

Krytyk filmowy. Publikuje m.in. na łamach „Czasu Kultury”, tygodnika „Przegląd”, czasopisma „Ekrany”, „Dziennika. Gazety Prawnej”, a także w portalach Interia.pl, Wirtualna Polska, Popmoderna. W wolnych chwilach poszerza kolekcję gadżetów z „Gwiezdnych wojen”.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!