Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” – poznaj nasze czułe struny!

Ta jesień jest pełna czułości! A już na pewno jest jej pełen jesienny „Przekrój”. W nowym numerze piszemy o tym, jak czułością zmieniać świat, a także o: mądrej edukacji, hologramach, grzybach (też tych, wiadomo których), dojrzałości i Inkach. Zastanawiamy się, czym jest prawda i jak opisać piękno. 196 stron do czytania przez trzy miesiące!

Kup numer na jesień

Jesienny „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Czy czas już schodzić do podziemia? Czego można się nauczyć od korzeni roślin? Dlaczego drzewa ...
2021-03-05 00:00:00
sztuka

Niebo z korzeni
Czyli mogiła króla stworzenia

„Rhizopolis” Joanny Rajkowskiej, 2021 r., fot. Anna Zagrodzka. Zdjęcia dzięki uprzejmości Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki.
Niebo z korzeni
Niebo z korzeni

Stało się. Katastrofa, którą przeczuwaliśmy, którą tak pracowicie produkowaliśmy, w końcu nastąpiła. I schodzimy pod ziemię, do Rhizopolis, mrocznej sfery, w której zamiast nieba nad naszymi głowami plączą się korzenie drzew.

Czyta się 11 minut

Tak zaczyna się scenariusz do filmu Joanny Rajkowskiej. Ten film nigdy nie został nakręcony. On już się dzieje, na żywo, w Zachęcie, w której artystka zbudowała scenografię Rhizopolis. W rolach głównych występujemy my sami, którzy wchodzimy do tego podziemnego uniwersum.

*

Trzeba chwili, żeby oczy przyzwyczaiły się do mroku panującego w Rhizopolis. Pod nogami nie ma już wypolerowanej posadzki Zachęty; chodzimy po miękkim, żywym gruncie. Powietrze przesycone jest zapachem ziemi, drzew i żywicy. Tuż nad głową kłębi się gęstwina korzeni. To trochę tak, jakby znaleźć się po ciemnej stronie Księżyca; jesteśmy w lesie, a dokładniej mówiąc po drugiej stronie lasu, w jego podziemnym negatywie.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

W tej gęstej, pachnącej ciemności ukryte jest przejście. Nie prowadzi jednak z powrotem na powierzchnię rzeczywistości, z której przybyliśmy, lecz do sali kinowej. Na ekranie wyświetlany jest film o podziemnym mieście korzeni. Widzimy w nim ludzi, którzy wkraczają w tę cichą sferę, wędrują po niej najpierw na wpół po omacku, potem już pewniej, kiedy oczy przyzwyczają się do mroku. Za chwilę znajdą ukryte przejście i dołączą do nas, usiądą przed ekranem, aby oglądać kolejne osoby wchodzące do Rhizopolis.

A więc jesteśmy w ukrytej kamerze! Wychodząc z kina, wracamy przez Rhizopolis, teraz już oswojone i rozpoznane. To miejsce jest sugestywne, ale pozostaje przecież wystawą, instalacją, scenograficzną rzeźbą, którą Joanna Rajkowska zbudowała, żeby wciągnąć nas do swojego nienakręconego filmu. Nie byliśmy pod ziemią, tylko na pierwszym piętrze Zachęty. Świat nie stanął na głowie; jeszcze krok i znów jesteśmy na zewnątrz, w rzeczywistości, w której korzenie drzew znajdują się pod powierzchnią świata, a nie w miejscu nieba. Tak mówi rozum, bo w nozdrzach jeszcze przez chwilę pozostaje wspomnienie zapachu podziemnej sfery, a w ciele czuje się echo dreszczu, który przeszedł je, kiedy pierwszy raz wkraczało do Rhizopolis. Może właśnie ten dreszcz jest przesłaniem wystawy, którą w zamyśle artystki ma się poczuć najpierw przez skórę, nad głową, pod stopami, w kręgosłupie – zanim się ją przemyśli, przetłumaczy na pojęcia i zmieni w ekofeministyczny dyskurs.

*

Prolog do Rhizopolis odbył się cztery lata temu w Lublinie, na festiwalu sztuki Otwarte Miasto – w przestrzeni publicznej. Rajkowska zbudowała wówczas na ulicy Cyruliczej barykadę uplecioną z wyrwanych z ziemi korzeni ściętych drzew. Instalacja nazywała się Ja do waszego nieba nie wejdę.

– Tamta praca była krzykiem desperacji – mówi mi Joanna, kiedy rozmawiamy na zapleczu Rhizopolis.

W roku 2017, w którym artystka brała udział w Otwartym Mieście, w Puszczy Białowieskiej trwała osławiona wycinka, którą po dramatycznych protestach ekologów powstrzymać miał dopiero wyrok europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Nie był to pierwszy ani ostatni wyrąb, ale symboliczna moc dantejskich scen z puszczy, jakby żywcem wziętych z Drwali Annie Proulx. Wtedy właśnie trwająca w Polsce krucjata przeciw drzewom i naturze znalazła się wreszcie w centrum publicznej uwagi.

– Dlaczego drzewa się nie mszczą? – pytała retorycznie Rajkowska. – Dlaczego się nie bronią? Powinny budować barykady!

Drzewa nie budują barykad, a centrum społecznej uwagi przesuwa się szybko z miejsca na miejsce, tym bardziej że fronty walki człowieka z przyrodą są niezliczone. Jednego dnia ratujemy puszczę, drugiego dziki, jeszcze innego zajęci jesteśmy koronawirusem.

Rajkowska, artystka, która przed laty zbudowała sztuczną palmę w środku Warszawy, została jednak w świecie drzew na dłużej.

Barykadę w Lublinie wzniosła z karp; tak nazywa się pnie ściętych drzew wykopane razem z systemem korzeniowym. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem po wycince karpy zostawia się w glebie – i dobrze, bo tak jest lepiej dla ekosystemu. Od tej reguły są jednak wyjątki; jeżeli teren, który był kiedyś lasem, przeznaczony jest pod budowę, karczuje się go – czyli wykopuje karpy z ziemi. Część idzie na przemiał i służy za opał. Inne wywozi się na swoiste cmentarzyska karp, gdzie wyrwane z gleby korzenie piętrzą się w hałdach niczym ruiny niezbudowanego ręką ludzką miasta – upiorne wiatrołomy.

Karpy, których Rajkowska po raz pierwszy użyła w Lublinie, poprowadziły ją w kierunku ryzosfery: ekosystemów znajdujących się pod powierzchnią ziemi.

– Drzewa to nie drewno na pniu, a ustanowiony, bardzo złożony ktoś, organizm o historii życia znacznie dłuższej niż nasza. Trudno nam jest to zrozumieć z powodu naszej skromnej długości życia, tej fizycznej granicy wytrzymałości naszych ciał, tego, jak ona jest opłakanie krucha w porównaniu z długością życia drzew – mówi Urszula Zajączkowska, botaniczka, która pracowała z Joanną Rajkowską przy Rhizopolis jako konsultantka naukowa.

Jeszcze trudniej zrozumieć nam ryzosferę, ukryty pod ziemią, niewidzialny obszar, w którym drzewa są równie obecne, co na powierzchni.

– Korzenie są supłami niedbającymi o ład, dzikim rozczapierzeniem roślin – mówi Zajączkowska. – Z jednej strony mają wielkie zadanie, bo przez własną geometrię ściskają jak w garści kawał ziemi, więc nie pozwalają roślinie się wywrócić, a z drugiej zakończone są żywymi, ultradelikatnymi końcówkami, uwodnionymi komórkami czującymi otoczenie jak żadna inna część rośliny. To tak, jakbyśmy zdarli z dłoni skórę i wsadzili ją pod ziemię.

Ekosystem ryzosfery to konstelacja mikrokosmosów istniejących między korzeniami drzew, obszar zadziwiających biochemicznych procesów, uniwersum zamieszkałe przez niezliczone gatunki stworzeń, owadów, grzybów, roślin, bakterii.

Rhizopolis nie powstało jednak jako lekcja dendrologii; tę każdy musi przerobić samodzielnie, co nawiasem mówiąc, warto zrobić, by poznać się bliżej z istotami, w których cieniu żyjemy. Tymczasem jesteśmy na wystawie, która nie jest wywodem botanicznym, lecz sytuacją zaprojektowaną do produkowania odczuć, doświadczeń i metafor.

– Ja nie mam żadnych kompetencji naukowych i nie chcę udawać, że je mam – mówi Rajkowska. – Ta wystawa nie przekazuje obiektywnej wiedzy na temat tego, co się dzieje pod ziemią. To jest kompletna fikcja. I na poziomie fikcji chciałam się zatrzymać, dlatego nazywam tę wystawę scenariuszem nienakręconego filmu. Szczegółów tego scenariusza nie znamy, z wyjątkiem założenia, że nastąpił jakiegoś rodzaju koniec, katastrofa i schodzimy pod ziemię, ponieważ na powierzchni nie da się już żyć. Pod ziemią następuje zaś odwrócenie porządku, który panuje na powierzchni. Zmiana hierarchii, na której szczycie ustawiona jest człowiek roszczący sobie pretensje do monopolu na posiadanie duszy, na zbawienie, na dostęp do absolutu, a także do kontrolowania wszystkiego i nieograniczonej sprawczości. W Rhizopolis jest odwrotnie: poczucie sprawczości jest wyeliminowane, nie jesteśmy już na szczycie piramidy stworzenia, lecz przeciwnie, na samym dole, w ciemności, pod korzeniami.

*

Rhizopolis jest więc powrotem do korzeni; ta metafora przybiera tu dosłowną postać. Co jednak oznacza taki powrót dla ponowoczesnego człowieka, który jedną nogą stoi w wysoko przetworzonym, postnaturalnym pejzażu doby antropocenu, a drugą w rzeczywistości wirtualnej? Z miejsca, w którym istota ludzka tkwi w tym karkołomnym rozkroku, do korzeni jest bardzo daleko, choć znajdują się bardzo blisko, tuż pod naszymi stopami.

Wielkim projektem ludzkiej cywilizacji było wyemancypowanie się z przyrody: dziś to przedsięwzięcie bliskie jest finału i wiele wskazuje, że jego sukces może się okazać równoznaczny z ostateczną porażką, z katastrofą, końcem ludzkości. Przerośnięte korzeniami drzew podziemia są przeciwieństwem tak zorganizowanego świata. To obszar, w którym życie organiczne i nieorganiczna materia, mikroelementy i mikroorganizmy, minerały, zwierzęta i rośliny tworzą jeden system współzależności. W tym świetle ryzosfera jawi się jako metafora tego, co z takim wysiłkiem staramy się utracić: powiązania z innymi bytami zamieszkującymi planetę, zakorzenienie w ziemi, w jej materii i energii.

Inna metafora, która nawiedza mnie w Rhizopolis, jest taka, że Rajkowska zaprasza nas do wielkiej zbiorowej mogiły.

Właściwie to oczywiste: jesteśmy „sześć stóp pod spodem”, oglądamy korzenie drzew od spodu, wracamy do ziemi. Jeżeli Rhizopolis jest nekropolią, to kim jesteśmy my, którzy do tej pieczary stępujemy? (Żywymi) trupami? Trop zombiczny mógłby prowadzić do jednej z wersji scenariusza, dla którego ramę stworzyła Rajkowska, budując swoją instalację: w paradygmacie cywilizacji uparcie piłującej gałąź, na której siedzi, jest coś z bezmyślnego i zarazem fatalistycznego uporu żywych trupów, upiorów które nie zdają sobie sprawy, że już dawno po nich.

A może jest jeszcze inaczej i mieszkańcy Rhizopolis to nie zombie, lecz raczej duchy wiodące w podziemnym, podkorzennym Elizjum życie po życiu, trwające po katastrofie i po końcu takiej cywilizacji, jaką znaliśmy?

Rajkowska, która zostawia odbiorczyniom i odbiorcom domyślenie potencjalnych fabuł mogących rozegrać się w Rhizopolis, nie stawia weta takiej interpretacji.

– Dokonuje się we mnie rodzaj romantycznego zwrotu – mówi artystka. – Od wielu lat interesuje mnie obszar rozciągający się między tym, co ludzkie i nieludzkie. Chrześcijaństwo wycięło w pień cały ten orszak bytów, które tradycyjna wyobraźnia umieszczała między człowiekiem a lasem, wodą, ziemią i niebem. Ludowe imaginarium nadawało im postać południc, topielic, wodników; słowiańska demonologia jest niesamowicie bogata. Widzę w niej wielką wartość. I nie ma znaczenia, że my sobie te istoty, te wszystkie południce i topielice, wymyślamy. One łączyły nas z siłami natury, przybierając wyobrażoną postać osób, których należało się strzec, ale z którymi przede wszystkim należało się liczyć, układać się z nimi, wypracowywać jakiś modus vivendi.

Jak więc należy czytać wystawę Rajkowskiej? Futurystycznie – jako postkatastroficzne science fiction z ekologicznym przesłaniem? Czy raczej w kategoriach przestrzeni mitologicznej, w której ożywają pierwotne, animistyczne wyobrażenia, w których siły natury przybierały postać osobową, a drzewa i ziemia nie były rezerwuarem surowców, lecz bytami posiadającymi duszę? Rzecz w tym, że w Rhizopolis sprzeczność między futurystyką a pierwotnym imaginarium zostaje przekroczona. W świetle pełzającej katastrofy ekologicznej może się bowiem okazać, że przyszłość będzie pierwotna – albo nie będzie jej wcale.

Religia toczy z nowoczesnością liczne spory, ale są sprawy, co do których te dwie dziedziny się zgadzają. Należą do nich: idea obsadzania człowieka w roli „króla stworzenia”, a także projekt „czynienia sobie Ziemi poddaną”. Podobną spółkę religia z nowoczesnością zawiązały na rzecz sterylizacji zbiorowej wyobraźni z animistycznych fantazmatów. Człowiek, który dyskutuje z rzeką, traktuje Ziemię jako matkę i wsłuchuje się w to, co mają mu do powiedzenia drzewa, kiepsko nadaje się na producenta ścieków, menedżera rabunkowej gospodarki czy operatora kombajnu do przemysłowej wycinki dziewiczych puszcz. Niewykluczone jednak, że animizm, wczoraj uchodzący za anachronizm i poznawczy błąd „niedojrzałych” do nowoczesności „pogańskich” ludów pierwotnych, stanie się postawą awangardową i futurystyczną jutro, kiedy ludzie będą mieli do wyboru katastrofę albo potraktowanie świata podmiotowo i dogadanie się z nim. W tym kontekście ziemia, pod której powierzchnię zaprasza nas Rajkowska, może być zarówno postrzegana jako miejsce spoczynku żywych istot, jak i źródło życia, potężny rezerwuar pierwotnych, chtonicznych sił.

Jednak pretensje do czerpania z zasobów tej chtonicznej energii zgłaszają przecież nie tylko ekolożki, posthumaniści i inne osoby, które chciałyby skończyć nowoczesną wojnę z naturą i zawrzeć nowy, partnerski pakt z Ziemią oraz jej nieludzkimi mieszkańcami. Kult drzew ma konkurenta w postaci kultu przodków; ziemia jest nie tylko ekosystemem i kolebką życia, lecz również „tą ziemią”, nasiąkniętym krwią bohaterów terytorium państwa, narodowej wspólnoty. Wędrując po Rhizopolis, zastanawiam się, gdzie ono się właściwie znajduje na politycznej mapie świata? Czy to miejsce jest wszędzie i nigdzie jednocześnie, w uniwersalnej przestrzeni, bez państwowych granic, które nie istnieją przecież dla katastrofy klimatycznej? Czy też jesteśmy w podziemiach Polski, kraju „dobrej zmiany”, w którym ziemię szanuje się jako polityczny symbol, ale już nie koniecznie jako żywy organizm?

– Przyszedł taki czas, że kobiety demonstrujące w Polsce w obronie swoich praw noszą pochodnie, odpalają race i krzyczą: „wypierdalać” – mówi Joanna. – To są przecież akcesoria i język odebrane prawicy, kibolom, nacjonalistom. I bardzo dobrze. Osobiście mogę nie przepadać za powiewaniem narodową flagą, ale jeżeli my nie przejmiemy tych sztandarów, to będą je nieść faszyści. Na planie politycznym Rhizopolis jest więc przestrzenią przejmowania mitów, w tym również tych dotyczących „tej ziemi”. Bo mity nie są na wyłączność prawicy czy nacjonalistów. Ja też jestem rośliną, która wyrasta z „tej ziemi”, położonej na skraju Europy. To jest bardzo dziwne miejsce; udajemy, również przed sobą, że jesteśmy krajem zachodnim, podczas gdy jesteśmy pograniczem. I ja bardzo tę pograniczną kondycję lubię, dobrze się tu czuję. Wyjechałam z Polski, mieszkałam w Londynie, wróciłam – i pomimo wszystkich strasznych rzeczy, które się tu dzieją i z którymi się nie zgadzam, głęboko i soczyście przeżywam bycie tutaj.

*

Mogłoby się wydawać, że koronawirus zawiesił kryzys klimatyczny – oczywiście tylko w naszej świadomości, bo w rzeczywistości pełzająca katastrofa robi swoje: pełznie dalej.

Jesienią myślenie o pandemii zostało z kolei wyparte przez Strajk Kobiet i bunt przeciw patriarchatowi. Ciekawa rzecz, że w Rhizopolis te wątki, gdzie indziej często ze sobą konkurujące, zdają się zaplatać w jeden dyskurs, niczym splątane nad naszymi głowami korzenie. Rajkowska tworzy przestrzeń symboliczną, choć nie używa symboli, nie opowiada żadnej historii; tworzy jedynie pewne miejsce, a wypełnienie tej scenografii opowieścią należy już do nas.

– Symbole to konstrukty – mówi Joanna. – A ja pracuję zawsze intuicyjnie, chcę działać na poziomie trzewi. Operuję na przedpolu obszaru symbolicznego, tam, gdzie nastraja się wyobraźnia. Cieszę się, kiedy widzę ludzi, którzy na moje projekty reagują w sposób somatyczny: o nic więcej mi nie chodzi. Nie wiem, co będą myśleć. Ale wiem, że kiedy poddają się fizycznemu działaniu tych obiektów, dochodzi do jakiegoś przestrojenia, tak jak przestraja się instrumenty na inną gamę. I może miejsce, w którym się znajdujemy, paradoksalnie sprzyja takiej operacji? Tu, na krańcach Europy, moglibyśmy zacząć jakiś ferment, odwrót od oświeceniowego paradygmatu, który stworzył tyle nieszczęść, tę antropogeniczną katastrofę, w której uczestniczymy.

Zauważam, że odwrót od oświecenia jest z jednej strony konieczny, bo dalsza kolonizacja świata w duchu nowoczesnym nie ma przyszłości; to prosta droga do zguby. Ale jest to też odwrót ryzykowny, szczególnie w Polsce, w której dziedzictwo oświecenia przyswojone zostało powierzchownie, a nowoczesność pozostaje projektem nieukończonym. Na terytorium opuszczone przez siły nowoczesnego rozumu wkroczyć mogą żywioły zabobonu, religianckiego konserwatyzmu, reakcyjnego irracjonalizmu, co oznaczałoby nie powrót do korzeni, lecz przeprowadzkę z deszczu pod rynnę.

– Ja nie chcę poddawać się dychotomii: albo rozum, albo siły ciemności – odpowiada Joanna. – To nie jest takie proste. Musimy przekroczyć tę opozycję. W takiej perspektywie widzę moje wysiłki: są poszukiwaniem przestrzeni, która pozwoli nam opuścić tę binarność i pożeglować w rejony umożliwiające nam praktykowanie współzależności z całą resztą bytów i elementów ekosfery, od której zależymy w sposób fundamentalny.

 „Rhizopolis” Joanny Rajkowskiej, 2021 r., fot. Anna Zagrodzka. Zdjęcia dzięki uprzejmości Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki.
„Rhizopolis” Joanny Rajkowskiej, 2021 r., fot. Anna Zagrodzka. Zdjęcia dzięki uprzejmości Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki.

Joanna Rajkowska
Rhizopolis
Zachęta, Warszawa, do 6.06.2021
www.zacheta.art.pl

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!