Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Czytanie owocuje!

W letnim „Przekroju” nadzieja i ciekawość, szczęśliwe trafy i wielkie odkrycia. Ukraińska literatura i sztuka, a także antywojenny Bertrand Russell pod rękę z Josephem Hellerem. Uważne słuchanie i świadome śnienie. Dzikie pływanie i zbieranie jagód. Dbanie o rozwój, zdrowie i dobrostan. Prasłowianie, Aborygeni i uciekające ze Słońca fotony.

Kup letni „Przekrój”

Aż 220 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj z bezpłatną przesyłką. Sprawdź!

Przekrój
Nina nie rozumie rytuału, któremu co rok poddaje ją matka. Ale gdy dorasta do niebieskiego czepka, ...
2022-06-17 09:00:00
Opowiadanie

Niebieski gumowy czepek

zdjęcie: Jeffrey Hamilton/Unsplash
Niebieski gumowy czepek
Niebieski gumowy czepek

Nina nie rozumie rytuału, któremu co rok poddaje ją matka. Ale gdy dorasta do niebieskiego czepka, trafia na basen, gdzie doświadcza dziwnej kąpieli…

Czyta się 9 minut

Co roku, odkąd Nina cokolwiek pamięta, kilka dni po Bożym Narodzeniu, kiedy prawie jeszcze były ferie, choć faktycznie już nie, wieczorem mama wyciągała z antresoli niebieski gumowy czepek i naciągała go Ninie na głowę. Najpierw głowa Niny wchodziła w czepek cała, po brodę, potem czepek zakrywał już tylko nos, wreszcie jedynie zsuwał się na oczy. W dotyku czepek był gładziutki, jak skóra delfina, którego Nina pogłaskała po spektaklu w sewastopolskim delfinarium, kiedy w lecie mama za radą babci woziła ją nad morze, a w uszach, zakrytych czepkiem, szumiały dalekie, niewidoczne fale.

Za oknami padał śnieg, ale topniał, zdawało się, jeszcze w powietrzu, i krople wo­dy spływały po brudnej szybie, zostawiając przezroczyste smużki. Mama postawiła pod antresolą stołek i Nina jak zwykle wzięła z jej rąk pudełko z papierowymi talerzykami, które trzymano na wypadek pikniku, chociaż na piknik za życia Niny nigdy się nie wybrali, pudełko z plastikowymi lokówkami, pudełka na noworoczne ozdoby, puste, bo ozdoby wisiały teraz na choince. Potem mama zeszła ze stołka. W rękach miała pudełko z niebieskim gumowym czepkiem, który czemuś na antresoli był upychany jak najgłębiej.

Nina okręciła warkocz wokół głowy i włożyła czepek. Czepek naciągnął się na warkocze, a jego brzeg mocno oblepił czoło nad brwiami i dalej przyległ wzdłuż linii włosów. W uszach zaszumiało. Mama pociągnęła troszkę czepek, ale guma trzymała mocno.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Czepek chce do wody – powiedziała mama i znowu weszła na stołek. Nina podała jej puste pudełko po czepku, potem chwilowo puste pudełka od ozdób, dalej plastikowe lokówki, a na sam koniec pudełko z kartonowymi naczyniami.

– Wskakuj w kostium kąpielowy – powiedziała mama do Niny. Nie zdejmując niebieskiego czepka, Nina znalazła w szafie kąpielówki i włożyła je, a na wierzch ciep­łe rajstopy i włochate wełniane spodnie, jeszcze koszulkę i sweter. Głowa w czepku trzeszczała, kiedy przeciskała się przez kołnierz.

Mama czekała na Ninę już w kożuchu i butach, więc Nina też zaczęła się ubierać. Babcia Niny stała w drzwiach, skrzyżowawszy ręce na piersiach.

– Po moim trupie! – powiedziała zdecydowanie.

– Obiecałam mu – odparła mama. – Tylko jeden raz, w ten dzień. Tak się umówiliśmy.

Babcia postała jeszcze trochę, a potem dumnie poszła sobie do stołowego – tak robiła za każdym razem, kiedy wiedziała, że coś „po jej trupie” i tak ma się zdarzyć, a wybór, czy stawać się trupem, czy jednak nie, pozostawiano tylko jej.

 

Nina i mama szły dość długo podwórzami zasypanymi mokrym śniegiem, a potem jeszcze dłużej jechały pustym żółtym autobusem. Na przystanku „Olimpijski” w końcu wysiadły i znalazły się przed olimpijskim basenem. Olimpijski cały był zbudowany jakby z wyblakłobłękitnych nieprzezroczystych okien, szerokie schody prowadziły do szklanych drzwi, a nad nimi wyginał się potężny delfin. Mama włożyła Ninie w rękę coś okrągłego i popchnęła ją leciutko w plecy. Nina pokonała schody i chwyciła za wielkie szklane drzwi. Wydawały się bardzo ciężkie, ale otworzyły się nad podziw lekko. Nina weszła.

Każdy krok odbijał się w nieskończonym pustym hallu z niebieskimi ścianami, niebieskimi kaflami na podłodze i błękitnym sufitem tak wysokim, że światło z kilku lamp ledwie docierało na dół, pozostawiając Ninę w półmroku. Dziewczynka popatrzyła na to okrągłe, które dała jej mama. To był Numerek 311.

– Dawaj go. – Ktoś cicho, choć zdecydowanie powiedział do Niny.

W końcu hallu znajdowała się drewniana lada szatni, a za nią stała wielka i krąg­ła Ciocia Iwanna w niebieskim fartuchu. Nina podeszła i podała jej Numerek 311. Ciocia Iwanna poszła z nim gdzieś w głąb garderoby, wieszaki dla kurtek w zmroku korytarza wydawały się ciągnąć bez końca, być może sam korytarz był tylko wierzchołkiem góry lodowej, a właśnie w garderobie ukrywała się zasadnicza przestrzeń. Stamtąd Ciocia Iwanna przyniosła biały tobołek, w którym mieściły się stary ręcznik, brązowe zdeptane klapki i kawałek mydła.

– Czepek jest? – spytała Ciocia Iwanna.

Nina bez słowa zdjęła ciepły kaptur. Pod nim ukazał się gumowy czepek.

– W prawo, w górę, w prawo. Rozebrać się. Ubrać się w kąpielówki. W lewo. Prysznic. W prawo, w prawo, w dół.

Nina zrozumiała, że Ciocia Iwanna więcej nic jej nie powie, i poszła w prawo, potem w górę po schodach, a potem znowu w prawo do przebieralni. Zdjęła kożuch, ściągnęła przez głowę w czepku sweter i T-shirt, pozbyła się butów, wełnianych spodni i rajstop, została w samym czepku i kąpielówkach. Wtedy włożyła brązowe klapki i ruszyła w lewo przez przezroczystą polietylenową zasłonę. Tam znajdowały się prysznice – nieskończenie długa sala z niskim sufitem, cała wyłożona drobnymi białymi kafelkami. Nina powoli szła między dwoma rzędami wystających ze ścian pryszniców, aż jeden z nich wypluł rozproszony strumień gorącej wody – kiedy woda dotknęła białych kafli na podłodze, pojawił się tam obłoczek pary. Nina weszła w ten obłoczek i stała pod wodą. Gorące strumienie kłuły skórę i głośno uderzały o niebieski gumowy czepek. Woda przestała płynąć tak samo niespodziewanie, jak zaczęła, i wtedy Nina przeszła do samego końca pryszniców, a tam w prawo, znów w prawo – i znalazła się na długim balkonie, podobnym do trybuny stadionu, tyko w dole zamiast boiska był ogromny, podzielony na wąskie tory szarobłękitny basen, z którego także unosiła się para.

Wykafelkowanymi schodami Nina zeszła do basenu, przyglądając się gigantycznym rybom i ośmiornicom, namalowanym to tu, to tam gdzieś wysoko, bliżej niewidocznego sufitu. Powierzchnia wody była nieruchoma jak lodowisko, które zamarzło idealnie równo i z prawie przezroczystej wody.

Mężczyznę skrywała trybuna, pod nią stało jego składane czerwone krzesełko, telewizorek, litrowy słoik i grzałka podłączana do gniazdka pod stoliczkiem, na którym leżał pęk kluczy i wielki gwizdek. Głębiej w niszy pod siedzeniami dla widzów stał zaścielony narzutą tapczan, koło tapczanu szafka, podobna do szpitalnej, a na niej jakiś całkiem domowy bałagan – okulary do czytania, nierównomiernie pożółkłe od wilgoci grube czasopismo i filiżanka do herbaty. Nad tym wszystkim wisiała biała zasłonka, mogło być tam okno, ale okna, rzecz jasna, nie było. Mężczyzna miał na sobie czerwone kąpielówki, na które wylewał się średnich rozmiarów brzuch z głębokim pępkiem, owłosione nogi, łysinę i kędziory zarazem – i cały był jakiś bardzo biały i żylasty. Ninie czemuś się zdawało, że on tutaj, na basenie, mieszka. Podeszła do niego i zatrzymała się, dla pewności też wypinając brzuch, na ile mogła.

Mężczyzna długo patrzył na Ninę, oglądał ją z dołu do góry. Jego spojrzenie śliz­gało się po niej i, zdawało się, wracało do własnego ciała. Jakby porównywał palce nóg, proporcje stopy, łydki, kolana, uda, brzuchy, które zwisały na kąpielówki. Przed niebieskim kąpielowym czepkiem jego wzrok zatrzymał się na oczach Niny. Dziewczynka już wiedziała, że nie da się jednocześnie patrzyć komuś w dwoje oczu, a więc mężczyzna patrzył jej w oczy – czy może na oczy – po kolei, bardzo długo w lewe i następnie tak samo długo w prawe. Potem wziął gwizdek i głośno krótko zagwizdał. Dźwięk przeleciał nad nieruchomą wodą i poszybował gdzieś w górę, do rozmaitych ryb i niewidocznego sufitu.

Daniel Mróz – rysunek z archiwum, nr 1212/1968 r.
Daniel Mróz – rysunek z archiwum, nr 1212/1968 r.

– Kąp się – rozkazał mężczyzna.

– Nie umiem – powiedziała Nina i w zasadzie to była nieprawda, bo kąpać się umiała bardzo dobrze, ale zupełnie nie potrafiła pływać w takim wielkim olimpijskim basenie.

Wtedy mężczyzna lekko chwycił ją pod pachy, odbił się silnymi owłosionymi nogami od kafli i razem wzlecieli gdzieś w górę do ryb i innych ośmiornic, pod sam sufit, a stamtąd spadli w przyjemną i znowu nieruchomą wodę tak głęboko, że światło tu już niemal nie docierało. Pod wodą Nina otworzyła oczy i zobaczyła, jak w mętnobłękitnej wodzie wiją się roje srebrzystych bąbelków, a mężczyzna w czerwonych kąpielówkach patrzy na nią i się uśmiecha. Otworzyła usta i wyskoczyła z nich największa srebrzysta bańka, a zamiast niej wpłynęła tam chlorowana woda. Wtedy mężczyzna wypchnął Ninę z wody – akurat kiedy próbowała zrobić wdech – i trzymając ją tuż nad powierzchnią, popłynął tak szybko, że Ninie zdawało się, że ona leci nad basenem, ślizgając się brzuchem po gładkiej wodzie, a mężczyzna pod wodą porusza się w ślad za nią jak jej odbicie, tylko bez niebieskiego gumowego czepka. I tak Nina frunęła, mężczyzna płynął, a basen nie kończył się i nie kończył, Nina odwróciła się twarzą do góry i rozłożyła ręce – woda, łaskocząc, ślizgała się po jej pośladkach i chudych łopatkach, gdzieś w górze świeciły pojedyncze lampy, a między nimi trafiały się ryby, meduzy, ptaki i planety. Ten lot trwał i trwał, i nawet jeśli na chwilę zwalniał, kiedy mężczyzna na sekundę kładł Ninę na wodę, przyjemną i sprężystą, i zawracał, nurkując przy ścianie, to natychmiast wznawiał się, tylko w drugą stronę.

A potem rozległ się głośny, natrętny dzwonek, który ogłaszał koniec dnia pracy i ten nieprzyjemny dźwięk natychmiast wypełnił nieogarnioną przestrzeń basenu do samego sufitu; mężczyzna przestał płynąć, a Nina zaczęła tonąć. Silne ręce chwyciły ją i posadziły na słupku numer 9 przy końcu pływackiego toru. Dzwonek wciąż dzwonił i dzwonił, mężczyzna wypłynął na powierzchnię i zawołał do Niny tak głośno, żeby przekrzyczeć dźwięk tego całego końca: „Kocham cię, ale ty jesteś Switłany, jesteś tylko jej. Kocham cię, ale taka jest umowa!”.

Potem mężczyzna znowu zanurkował i znikł pod wodą, a mokra Nina wróciła tą samą drogą, którą przyszła. Znowu prysznic wypluł na nią gorącą wodę i po prysznicu zdjęła kąpielówki, wykręciła je, włożyła do kieszeni kurtki, a sama wytarła się ręcznikiem i na gołe ciało wciągnęła rajstopy, T-shirt i wszystko inne. Mama czekała na nią w dalekim kącie korytarza. Nina położyła na ladę szatni przed Ciocią Iwanną torbę z ręcznikiem, klapkami i mydłem, z którego nawet nie skorzystała, a Ciocia Iwanna spytała ją:

– Żurawlowa, znaczy. A ile już masz lat, Żurawlowa?

– Sześć – powiedziała Nina.

– Tylko sześć – Ciocia Iwanna wzruszyła ramionami – a zdaje się, że tyle wody upłynęło…

Nina pomyślała, że Cioci tej naprawdę coś się wydaje, dlatego że woda w olimpijskim basenie była akurat bardzo spokojna, nieruchoma – i wcale nigdzie nie płynęła.

Kiedy Nina z mamą wychodziły przez szklane drzwi, Ciocia Iwanna krzyknęła za nimi:

– Żurawlowa! Numerek!

Dźwięk rozciągnął się jak gumowy czepek, który mama ściągnęła Ninie z głowy i teraz trzymała zaciśnięty w pięści: nuuuumeeeeeeerek! I chociaż Nina zdążyła już pomyśleć, że w ten oto sposób: „Żurawlowa” jak nie do dziecka zwracają się do niej, jednak odpowiedziała mama, niby machinalnie:

– Nie trzeba – stwierdziła, nie oglądając się. – Zostawiamy go.

Niebieski gumowy czepek mama wyrzuciła do kosza na śmieci na przystanku „Olimpijski”, gdzie tęsknie czekał na nie wieczorny żółty autobus. Nina chciała o wiele rzeczy zapytać, ale nie zapytała o nic, a potem żałowała tego przez całe życie.

Dziewięć miesięcy później w pierwszej klasie przed swoimi urodzinami Nina długo o czymś myślała i zamówiła sobie u babci jako prezent Numerek 311 i niebieski gumowy czepek, ale dostała grę Tetris, syrenkę Barbie, wielki piórnik pełen flamastrów i różnych maleńkich linijek oraz książkę o Ichtianderze.

Tłumaczył Bohdan Zadura

Opowiadanie pochodzi ze zbioru Kateryny Babkiny Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek, wyd. Warsztaty Kultury, Lublin 2021.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!