pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
Fragment obsypanej nagrodami powieści „Ich nannte ihn Krawatte”.
2020-09-18 09:00:00

Nauczyciel muzyki

ilustracja: Mieczysław Wasilewski
Nauczyciel muzyki
Nauczyciel muzyki

Uczył gry na fortepianie, ale najważniejsza lekcja, jakiej udzielił swojemu uczniowi, wcale nie dotyczyła muzyki. Więcej miała wspólnego ze słuchaniem śmiechu, łez i tego, jak skrada się śmierć. Fragment obsypanej nagrodami powieści Ich nannte ihn Krawatte.

Czyta się 4 minuty

Nazywałem go po prostu nauczycielem. Kiedy miałem dziesięć lat, rodzice wbili sobie do głowy, że powinienem się uczyć grać na pianinie. Mieli nadzieję, że drzemie we mnie ukryty talent. Wciśniętego w koszulę i spodnie, w śmiesznym, żałośnie śmiesznym krawacie na szyi – już wtedy nosiłem takie rzeczy – posłali mnie na górę, do nauczyciela, pełni nadziei, że wrócę jako geniusz. Mówię, że na górę, bo dom nauczyciela stał trochę na uboczu, na wzgórzu, trzeba było się wspiąć niewybrukowaną drogą, przez gęsty las. Nauczyciel mieszkał tam, ponad miastem i jego oparami, z chorą na płuca żoną. „Czystsze powietrze – mówili ludzie na dole – dobrze jej zrobi”. To był duży dom. Kiedy przekraczałeś jego próg, miałeś wrażenie, jakby cię wdychał. Światło w zależności od pory dnia wpadało to przez jedno, to przez inne okno. O każdej godzinie dom nauczyciela był skąpany w świetle.

Ale było tam coś jeszcze. Lekko kwaskowata woń. Jak w szpitalu. Dobrze ją pamiętam. Nauczyciel się zaśmiał: „Tak pachnie, kiedy ktoś umiera”. Wskazał w stronę uchylonych drzwi. „Moja żona – dudniący śmiech – jest bliska śmierci”. Przeszyło mnie do szpiku kości. „Czas jest cenny – śmiał się dalej. – Chodź, zobaczmy, co potrafisz”. Zacząłem bez entuzjazmu brzdąkać w górę i w dół gamy. Nauczyciel, surowo wpatrując się w moje ręce, powiedział: „Co to ma być? Grasz, jakby w ogóle nie było w tobie życia. Trup ma więcej uczucia!”. Znowu się zaśmiał. Pomyślałem: Co za bezduszny człowiek. Ma serce z kamienia. Jak to możliwe, że się śmieje, gdy tam jego żona umiera. Mówi o uczuciach, a sam nie ma ich za grosz. Pomyślałem to z naturalną, niemal oczywistą, niezachwianą pogardą.

***

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Pewnego razu ktoś zadzwonił do drzwi i nauczyciel poszedł otworzyć, a ja, siedząc przy fortepianie, zatłukłem muchę. Właśnie rozkładałem ją na części pierwsze, zaczynając od nóżek, kiedy wrócił i wydał za moimi plecami bolesny okrzyk – sądziłem, że się ciężko zranił. Zepchnął mnie ze stołka. Zamknął klapę fortepianu. Wrzasnął: „Co ty sobie myślisz, smarkaczu, żeby zabijać w moim domu niewinne stworzenie?!”. Stanąłem przed nim sztywny jak kołek. Przestraszony jego rozdartą twarzą. Czułem, że kiełkuje we mnie złość na tego człowieka, który nie przestając krzyczeć, biegał tam i z powrotem i robił mi wyrzuty z powodu takiego głupstwa. Musiał zaczerpnąć tchu, a ja wykorzystałem moment ciszy. Ustami drżącymi ze złości powiedziałem: „To przecież pan się śmieje, kiedy za ścianą kaszle pańska żona”. Złowroga cisza. Zastygł bez ruchu. Spojrzał na mnie. W końcu. Minęła, zdawało się, cała wieczność. Uwolnił się. Wreszcie. Z nieskończenie, jak mi się wydawało, długiego odrętwienia. Zrobił krok w moją stronę. Znów się zatrzymał. Odezwał się cicho, bardzo cicho: „Właśnie dlatego nigdy nie zostaniesz pianistą. Niczego nie słyszysz. Nie masz uszu. Słyszysz tylko to, co jest na powierzchni, ale nie to, co leży głębiej. Pakuj się. Lekcja skończona. Powiedz rodzicom, że jesteś najmniej uzdolnionym uczniem, jakiego kiedykolwiek miałem. To strata czasu próbować cię nauczyć, czym jest muzyka. Kto w śmiechu nie słyszy niczego innego jak tylko śmiech, ten jest głuchy, mówię, głuchszy jeszcze niż głuchy. Ja się śmieję dla niej. Słyszysz? – roześmiał się. – Śmieję się, bo wiem, że ona kocha mój śmiech. Wkładam w niego smutek. Słyszysz? – znowu się zaśmiał. – Chcę, żeby wiedziała, że jestem smutny, bo odchodzi. Wkładam w mój śmiech wdzięczność. Słyszysz? – nie przestawał się śmiać. – Wkładam weń wszystko, co do niej czuję. Ona wie. Ona słyszy. Mój śmiech ma jej towarzyszyć”. Śmiejąc się, osunął się na podłogę. Podszedłem do niego, zapominając o złości. I wtedy zobaczyłem, że płacze, łzy zalewały mu policzki, śmiał się i płakał jednocześnie.

***

Nauczyciel ostatecznie miał rację. Nigdy nie zostałem pianistą. Przez rok byłem jednak jeszcze jego uczniem. Większość czasu spędziłem, przysłuchując się, jak gra – Mozarta, Bacha, Schumana, Chopina. Potem miałem opisywać, co słyszę. Kształciłem, jak mówił, czułe ucho. Jego ulubionym słowem było kanjou [jap. „uczucie” – przyp. tłum.]. Używał go niemal w każdym zdaniu.

Krótko przed śmiercią jego żony – było słychać, że jest w złym stanie – poprosiłem, żeby zagrał mi jakiegoś walca, ale kiedy właśnie miał zaczynać, przez uchylone drzwi dobiegł straszliwy, rozdzierający kaszel, wręcz nieludzki. Nauczyciel, z opuszczonymi ramionami, położył palce na klawiaturze i pomału zaczął grać w rytmie kaszlu. Nie chciał go zagłuszyć. Grał razem z nim. Grał tak, jak kaszlała jego żona.

Nie mam nagrania. Niestety. Chociaż… Nie wiem, czy w ogóle dałoby się to nagrać. Kiedy skończył, powiedział: „Jeśli możesz się tu czegoś nauczyć, to tylko tego, że nie wolno ci się wstydzić. Nigdy w życiu nie wstydź się być człowiekiem, który ma uczucia. Wszystko jedno, co to za uczucie, czuj je mocno i głęboko. Czuj jeszcze mocniej, jeszcze głębiej. Czuj sam dla siebie. Czuj dla innych. A potem: pozwól temu odejść”.

Żonę nauczyciela zobaczyłem dopiero na uroczystości pogrzebowej. W białym kimonie, z głową skierowaną na północ, leżała w trumnie wysłanej pachnącymi liliami. Stał przed nią. Nie śmiał się ani nie płakał. W ostatnim rzędzie ktoś szepnął: „Co za bezduszny człowiek. Ma serce z kamienia”. Ja jednak wiedziałem lepiej: z jego niewzruszonej twarzy, poruszanej tylko przez oddech, odczytałem, że wsłuchuje się w ciszę w swoim wnętrzu i łączy tam z ciszą żony, która odeszła. Miałem wrażenie, że nasłuchuje jej powoli oddalających się kroków.

Tłumaczyła Barbara Bruks


Tytuł dodany przez redakcję „Przekroju”.

Data publikacji:

Milena Michiko Flašar

Urodziła się w 1980 r. Jej matka jest Japonką, ojciec – Austriakiem o czeskich korzeniach. Powieść „Ich nannte ihn Krawatte” sprzedała się w ponad 100 tys. egzemplarzy, została wyróżniona wieloma nagrodami, przetłumaczona na 10 języków i wystawiona na deskach Maxim Gorki Theater w Berlinie.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!