Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Joanna Dobkowska

Najpiękniejsza. Dziwne przypadki Liny Cavalieri

Najpiękniejsza. Dziwne przypadki Liny Cavalieri

Była jego ideałem, muzą, natchnieniem przez kilkadziesiąt lat. Mimo że nigdy się nie spotkali, nawet nie podali sobie ręki, nie popatrzyli w oczy… Piero Fornasetti rysował obsesyjnie Linę Cavalieri aż do śmierci. Stworzył ich wspólną legendę. Cavalieri hipnotyzuje spojrzeniem z tysięcy talerzy, tapet, poduszek. Tylko… czy to naprawdę ona? 

Cieszący się sławą jednego z najpopularniejszych projektantów XX w. Piero Fornasetti (1913–1988) był przede wszystkim grafikiem, malarzem, ilustratorem. Projektantem bywał tylko przy okazji, a i wtedy wolał mówić o sobie „dekorator”. Nie interesowały go bowiem kształt czy funkcja przedmiotu, w każdym razie niespecjalnie. Liczyła się powierzchnia. Tworzył motywy zdobnicze, forma stanowiła przede wszystkim miejsce na dekorację. Stąd im prostsza, tym lepsza. Dlatego też nie miał nic przeciwko, by powtarzać ją w wielu projektach. Mimo to został doceniony za fascynującą oryginalność swoich dzieł. Na popularność musiał jednak poczekać aż do lat 80. XX w. Tworzył bowiem pod prąd, w epoce, gdy większość projektantów podzielała idee modernizmu. Tymczasem Fornasetti kochał włoską tradycję artystyczną, szczególnie klasycyzującą architekturę, lubił klimaty teatralne, a jeszcze bardziej – surrealistyczne. Nie przejmował się, gdy zarzucano mu zmanierowanie, ekscentryczność, gonienie za powierzchownymi efektami, wtórność (bo chętnie wykorzystywał motywy historyczne), mieszczańskość i coś, co obrażało same założenia modernizmu, czyli bezsensowną, niefunkcjonalną dekoracyjność. Nie zważał na krytykę, nie zwracał uwagi na mody i trendy. Szedł własną drogą, zapatrzony w swoją muzę, pogrążony w fantastycznym świecie, w którym królowała Lina Cavalieri, diwa operowa z przełomu XIX i XX stulecia. Podobno odnalazł ów ideał piękna na fotografii w starej gazecie, natychmiast uległ jej urokowi. Ta wersja historii rozeszła się po całym świecie, a puścił ją w obieg prawdopodobnie sam Fornasetti, budując w ten sposób romantyczną legendę. Można mieć jednak wątpliwości: czy twarz, którą widzimy teraz na kubkach, wazonach czy poduszkach, to na pewno prawdziwa Lina?

Lina (a właściwie – Natalina) Cavalieri urodziła się w 1874 r. w ubogiej rodzinie włoskiej. Obdarzona wielką urodą i pięknym sopranem wybrała popularną – wśród pochodzących z niższych klas społecznych piękności owych czasów – drogę kariery. Została artystką rewiową i wielką damą półświatka za jednym zamachem. Jak na takową przystało, szybko zdobyła bogatego protektora. Był nim egzotyczny książę z krańców Europy Aleksander Bariatinski, trofeum szczególnie cenione w środowisku. Lina utrzymywała potem, że książę został jej pierwszym mężem. Dla podkręcenia atmosfery, Cavalieri wymyśliła też alternatywną wersję swego dzieciństwa. Wszem wobec opowiadała historię o małej buntowniczce, która po śmierci rodziców trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne i nie mogąc znieść panującego tam rygoru, uciekła do trupy teatralnej.

Początki jej kariery miały jednak wyglądać zupełnie inaczej. Nastolatka z ubogiej rodziny została wysłana do pracy jako szwaczka, nie miała jednak do igły ani zamiłowania, ani talentu. Zaczęła więc sprzedawać kwiaty i śpiewać dla zarobku na ulicach Rzymu. Proponowano jej występy w rzymskich kawiarniach, i szybko okazało się, że bardzo podoba się publiczności. Złapała zatem byka za rogi i wyruszyła do Paryża z zamiarem zdobycia angażu w którejś z tamtejszych, słynnych na całą Europę, rewii. Udało się i jej kariera nabrała rozpędu. Wtedy też Lina zaczęła szkolić głos, by móc występować w operze. Była to wielka –jak na śpiewaczkę rewiową – śmiałość, ale odwaga opłaciła się. Po początkowych niepowodzeniach Cavalieri odniosła wielki sukces. Zaśpiewała nawet w duecie ze słynnym Enrica Carusa, w operze Umberta Giordano FedoraManon Lescaut Pucciniego.

W 1906 r. zadebiutowała na deskach prestiżowej Metropolitan Opera w Nowym Jorku i występowała tam przez dwa sezony. Jak przystało na jedną z najsławniejszych artystek belle époque kochanków miała wielu, a mężów kilku (konkretnie: pięciu). Otworzyła też salon piękności w Nowym Jorku, a potem w Paryżu, rozkręciła firmę kosmetyczną, grała w niemych filmach. Zginęli wraz z mężem numer pięć podczas bombardowania Florencji w 1944 r. Nie zdążyli na czas do schronu, ponieważ próbowali jeszcze zabrać ze sobą biżuterię Liny i inne cenne przedmioty.

Po Cavalieri pozostały filmy, nagrania, cała masa fotografii (uwielbiała się fotografować) oraz tytuł najpiękniejszej kobiety świata. Z czasem jednak pamięć o utalentowanej piękności belle époque mocno przygasła, Lina popadła w zapomnienie. Dzięki Piero Fornasettiemu zrobiła – po raz drugi – oszałamiającą światową karierę. Tym razem jako sama twarz o idealnie regularnych rysach i hipnotyzującym spojrzeniu wielkich czarnych oczu. Fornasetti stworzył ponad 350 jej wariantów w surrealistycznym duchu. Ubierał ją w różne kostiumy (np. nurka głębinowego) i uzbrajał w rozmaite atrybuty (jak choćby w wąsy à la Salvador Dalí). Pokazywał ją to niewzruszoną, to mrużącą oko albo pokazującą język. Lina – jako motyw dekoracyjny – zadebiutowała na talerzu. Pierwsza partia cyklu Tema e Variazioni składała się z 30 projektów i powstała z myślą o wystawie organizowanej w Mediolanie w 1947 r. przez przyjaciela Fornasettiego, innego słynnego artystę Gio Pontiego. Potem wzory te reprodukowano nie tylko na ceramice, ale i na tapetach, meblach, dodatkach. Gdy na początku lat 60. Fornasetti otwierał swój showroom w Mediolanie, pokazał tam już kilkaset wariacji na temat twarzy Liny. I cały czas tworzył nowe, aż do śmierci w 1988 r. A jego syn Barnaba przejął dziedzictwo i przekłada wzory Fornasettiego na kolejne przedmioty.

Cykl Tema e Variazioni to dziś najbardziej znana część twórczości Fornasettiego – i najbardziej demokratyczna. Lina może patrzeć na nas z talerza czy z wazonu, możemy ją mieć na tapecie, kubku, pojemniku na świeczkę, poduszce, nawet na krześle. Jej oko odkrywamy na czajniczku, usta na talerzu, twarz na stole – świat zapełnił się Liną. Tylko czy to naprawdę ona? Jeśli przyjrzymy się uważnie – zobaczymy twarz wyidealizowanej piękności typowej dla żurnalowych rycin wykonywanych techniką stalorytu w latach 60. i 70. XIX w. Wskazuje na to choćby typ urody i sposób modelowania twarzy. W czasach świetności Liny Cavalieri (przełom XIX i XX stulecia) staloryty nie cieszyły się już taką popularnością, zastąpiła je bowiem fotografia. Diwa bardzo chętnie pozowała do zdjęć i na jej podobizny można się było natknąć w wielu magazynach, ale nie są znane żadne oryginalne, graficzne wizerunki Cavalieri, zwłaszcza wykonywane w technice stalorytu. Fornasetti tworząc swoją słynną kolekcję, owszem, mógłby inspirować się fotografią Cavalieri, ale też, co najmniej w równym stopniu, ryciną z żurnala. A może w ogóle pierwszym impulsem do stworzenia kolekcji stał się wizerunek nieistniejącej w rzeczywistości perfekcyjnej żurnalowej piękności, na widok której Fornasetti pomyślał: „O, podobna do Cavalieri, więc nazwę ją Liną”?

Inna sprawa, że wersja przypadkowego spotkania muzy na łamach starej gazety i obsesyjnego zauroczenia śpiewaczką z minionej epoki znacznie lepiej przekłada się na sprzedaż kolekcji. Dodaje jej romantyzmu. A jak było naprawdę – tego zapewne nigdy się nie dowiemy.

Data publikacji: