pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
W pewnej portowej spelunie zostaje zamordowana dziewczyna do towarzystwa. Gdy podejrzenie pada na jugosłowiańskiego ...
2019-12-06 10:00:00
Opowiadanie

Muzyka

Marian Eile – rysunek z archiwum, nr 292/1950 r.
Muzyka
Muzyka

Komisarz Croce jest już na emeryturze, ale policja chce się z nim skonsultować w sprawie jugosłowiańskiego marynarza, oskarżonego o zabójstwo dziewczyny do towarzystwa w pewnej portowej spelunie. Efekt tej konsultacji będzie dość nietypowy…

Czyta się 12 minut

Świtało, gdy komisarz Croce wyczuł w powietrzu akord, jakby muzykę. Potem, w oddali, dostrzegł blask, może ognisko rozpalone przez włóczęgę albo błędny ognik gdzieś w polu. „Porównuję to, czego nie rozumiem” – pomyślał. Rzeczywistość obfitowała w znaki i ślady, których czasem lepiej było nie dostrzegać. Od miesięcy mieszkał kątem w na poły opuszczonym domku straganiarza, w granicach posiadłości rodziny Moya, czekając, aż rozwiąże się problem jego odejścia z pracy i zaczną mu wypłacać emeryturę.

Blask przygasł z nagła, lecz w dole niecki utrzymywała się jasność. Krowy stłoczyły się przy ogrodzeniu i muczały, wystraszone tym tak białym światłem. Niebo było bezchmurne i komisarz zobaczył w powietrzu ptaka – „To kalandra”, pomyślał – który frunął w miejscu: machał skrzydełkami i nie posuwał się do przodu.

Komisarz zszedł korytem wyschłego strumienia i na skróty między rzewniami. Cuzco biegł za nim, węsząc i popiskując, cały zjeżony, ze szklanym wzrokiem.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– No co ty – powiedział Croce. – Spokojnie, Cuzco.

Nagle pies rzucił się do przodu, zaczął szczekać i grzebać w ziemi. W trawie, otoczony kręgiem popiołu, tkwił szary kamień. Croce schylił się i mu przyjrzał; potem, znów wyprostowany, popatrzył na niego z dala, schylił się raz jeszcze i przeciągnął otwartą dłonią w powietrzu, niczego nie dotykając. Kamień przypominał strusie jajo i zdawał się ciepławy. Gdy komisarz go podniósł, ptak, który machał skrzydłami w miejscu, jak gdyby uwolniony, odleciał ze skrzekiem ku topolom. Materia kamienia była chropowata, bardzo ciężka; musiała pochodzić z krańców wszechświata. „To aerolit” – uznał Croce.

 

W lokalu u Madariagów wszyscy się ucieszyli, gdy zjawił się z kamieniem („kamykiem”) spadłym z nieba. Ułożyli go na stole i stwierdzili, że chodzi o magnes: szarpnęło bronami, należące do starego Sota nożyce do strzyżenia owiec nie chciały się otwierać, monety sunęły po blacie i nawet kilka chrząszczy oraz jedna modliszka, przyciągane przez kamień, przywarły z boku.

– Można na tym zarobić – rzucił Iñíguez.

– W cyrku – zaryzykował Soto.

– W kasynie w Mar del Plata… – podjął Ibáñez. – Ruszasz tym i kulka ruletki ląduje tam, gdzie chcesz.

– To gwiżdże – powiedział Soto z ręką przy uchu.

– Wszystko przez prawo ciążenia – rzekł Croce. – Cokolwiek ma wagę, leci w dół… – Wszyscy słuchali go zaintrygowani. – Kto wie, w jakiej epoce to coś zaczęło spadać i z jaką prędkością. Wyglądało jak wybuch w polu…

– Pewnie przez tarcie w atmosferze – spróbował Ibáñez.

– Trzeba kogoś zawiadomić – zauważył Madariaga.

– Jasne. Skorzystam z twojego telefonu – powiedział Croce.

Musiał sprawdzić. Zadzwonił do Rosy, miejscowej bibliotekarki, a ona obiecała, że się rozezna. Croce zamówił dżin, pierwszy zawsze smakował najlepiej. Może ten kamień miał mu przynieść szczęście.

Po chwili oddzwoniła Rosa. Rozmawiała z Teruggim, z Muzeum Nauk Przyrodniczych w La Placie, i tak, to był aerolit, należało go zbadać, a poza tym podobno obiekty pozaziemskie stawały się własnością tego, kto je znalazł, nie zaś właściciela terenu, na który spadły. Crocemu spodobało się to rozróżnienie, podobnie jak słowo „pozaziemski”.

– Teruggi mówi, że dadzą ci rekompensatę, co tam sobie zechcesz.

– Jak to: co sobie zechcę…?

– W zamian. Pieniądze nie wchodzą w grę, coś innego…

– Czy ja wiem… – zadumał się Croce. – Teleskop.

Rosa parsknęła śmiechem.

– Po co ci teleskop?

– Żeby widzieć cię z dala…

– No popatrz… Możesz poprosić o cokolwiek – podjęła. – We wszechświecie nie obowiązuje prawo włas­ności. Pomyśl o tym – dodała i odłożyła słuchawkę.

Wymiana, to też mu się podobało. Niekiedy, w czasie suszy, brakowało w miasteczku pieniędzy i nauczycielowi płaciło się w kurach, Croce nie musiał regulować rachunków w hotelowej restauracji, a Rosa odbierała pensję w postaci leków na ból w kościach. Zawsze chciał mieć teleskop. Nocą na wsi doskonale widać firmament. Światło gwiazd nie bierze się z przestrzeni, bierze się z czasu. Z odległych słońc, martwych od tysięcy, tysięcy lat. Pamięć o tym pomagała, gdy nie mógł spać, bo w głowie bzyczały mu przeczucia i złe myśli. Może z teleskopem noce stałyby się krótsze, a on nauczyłby się czegoś o wszechświecie.

Z zamyślenia wyrwał go telefon od mecenasa Mejíi, prawnika z La Platy, który załatwiał mu odejście z pracy i emeryturę. Policja chciała się z nim skonsultować w sprawie jugosłowiańskiego marynarza, który zabił dziewczynę do towarzystwa w jakiejś spelunie w Quequén. Croce coś o tym czytał.

– Messian, obrońca z urzędu, nie radzi sobie i chce, żebyś odwiedził zatrzymanego.

– W celu?

– Nikt go nie rozumie, facet gada po chorwacku…

– I co ja mogę tu poradzić?

– No odwiedź go, biedaka. Siedzi w Azul.

 

O dwunastej wsiadł do samochodu i ruszył na południe. Konsultowali się z nim, jakby wciąż pełnił służbę, i nazywali go komisarzem, chociaż był ekskomisarzem, wycofał się, ale i tak wydzwaniali do niego na telefon w sklepiku u Madariagów, jak do kogoś, kto ma monopol na trudniejsze przypadki. „Owszem, pewnie, czemu nie – dumał. – Monopol w monopolowym…”. Ubawił go ten koncept. „Monopolista ze mnie” – pomyślał. Mógł zawiesić tam argentyńską flagę i portret generała San Martína i aresztować wszystkich z wyjątkiem pijaków oraz tych, co sprzedawali whisky z przemytu. Aerolit zostawił pod opieką Rosy w bibliotece.

– Uważaj, on przyciąga wszystkie metale… – ostrzegł.

– Zdążyłam się zorientować – odparła Rosa. – Ciągnie mnie w kolanie. Połóż go tam, z boku.

Miała wstawioną rzepkę z aluminium, ale nie utykała, chodziła normalnie, piękna i lekka, wskazując teraz laską wolne miejsce na półce, gdzie powinien umieścić kamień.

Przyglądali mu się przez chwilę.

– Błyszczy.

– Migocze. Zupełnie jak żywy – powiedziała Rosa.

Czasami u niej spał. „Spał” – to tylko tak się mówiło, spędzali noce na rozmowach, dywagacjach, piciu mate. Niekiedy szli do łóżka. Rosa nie chciała, by widywano ich razem. Nikt nie chce, żeby widywano go z policjantem. „Ale ja jestem byłym policjantem, już nie pracuję”. Śmiała się, rozjaśniała. „Z tobą to nie to, Croce… Po prostu straszny z ciebie brzydal”.

W więzieniu czekał na niego obrońca z urzędu, chudziutki i ruch­liwy, palił nerwowo. I gdy wchodzili, streścił mu całą sprawę.

Wieczorem ósmego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku, zszedłszy w Quequén ze statku „Belgrad”, który miał załadować pszenicę z silosów w porcie, Sandor Pesić wraz z trzema innymi marynarzami wybrał się na drinka do baru Elsa, kabaretu w złej części strefy portowej. Przez jakiś czas wszyscy czterej pili tam piwo w towarzystwie dziewcząt. Potem koledzy wrócili na pokład, ale Pesić został, bo podobało mu się, że siedzi sobie pod dachem, w świetle, przy stole, „jakby był stąd” – powiedział adwokat i z goryczą podsumował: „Że też trafiło mi się takie indywiduum”. „Chyba sądzi, że »indywiduum« to termin prawniczy” – myślał Croce, kiedy mijali straże i kraty i wędrowali korytarzami. „Mógł spokojnie powiedzieć: »taki typ« – myślał – »taki facet«, a najlepiej: »biedny chłopak«”.

Pesić, samotny i podpity, nieznający hiszpańskiego, był tamtego wieczoru świadkiem kłótni między dwiema dziewczynami do towarzystwa, Niną Godoy i Rafaelą Villavicencio, a pewnym klientem. Ponieważ kłótnia przybierała gwałtowny obrót, Pesić postanowił się wtrącić i wszystkich uspokoić, ale otrzymał w głowę cios, po którym stracił przytomność. Kiedy się ocknął, martwa Nina leżała na podłodze, a jej koleżanka krzyczała i płakała, wzywając pomocy. Mężczyzny, ich klienta, już nie było. Policja zatrzymała Pesicia, gdy wrócił na statek. Wcześniej uciekł, przerażony, korzystając z zamieszania. Uwięziono go, „Belgrad” odpłynął, a on został sam w tym zatraconym kraju.

Podczas procesu uznano go za winnego zabójstwa Niny Godoy i skazano na dwadzieścia lat więzienia. Spośród wielu składających zeznania Pesić był jedynym wcześniej niekaranym. Rafaela, jedyna, która widziała, co się tamtej nocy stało, zeznawała pięć razy i za każdym opowiadała inną historię. Słysząc wyrok, marynarz złapał się za głowę i zaczął płakać, mrucząc coś w swoim języku.

Obrońca z urzędu przygotowywał apelację i nie wiedział, czego się chwycić.

– A pan, Croce, kto wie, może pan coś znajdzie…

– Lepiej wejdę sam – powiedział komisarz.

Jugosłowianin był jasnowłosym chłopakiem o chudej twarzy i błękitnych oczach, mógł mieć z osiemnaście lat – uznał Croce – co najwyżej dziewiętnaście, i siedział na pryczy, oparty plecami o ścianę. We wnęce okiennej ustawił fotografię, na której widać było, jak z uśmiechem gra na akordeonie u boku dziewczyny z rozpuszczonymi włosami, całującej go w policzek. Zdjęcie, ze świecą i kwiatami, przypominało ołtarzyk.

– Co tam, hę? Jestem komisarz Croce – powiedział Croce, żeby nie przedłużać.

Jugosłowianin mówił coś przez chwilę po chorwacku, a Croce słuchał go z uwagą, zupełnie jakby rozumiał. Potem wyciągnął papier i ołówek i na migi poprosił, żeby chłopak rozrysował mu scenę w barze. Pesić nakreślił kwadrat, a później drugi i jeszcze jeden u dołu, i kolejny obok tamtego, jakby budował domek dla ptaków albo szkicował widziane z góry cztery stoły bilardowe.

W obrębie pierwszego kwadratu postawił kilka kresek i należało sobie wyobrazić, ze względu na czapkę, że chodzi o marynarza siedzącego przy stole z dwiema kobietami – którym dorysował fryzurki – przy paru butelkach.

„Nina i Rafaela” – pomyślał Croce.

Na drugim obrazku marynarz leżał na ziemi, z czarnymi kropkami w miejsce oczu i napisem „Zzzz” nabazgranym z boku w uniwersalnym języku komiksów.

„Był pijany i zasnął albo uderzony stracił przytomność”.

Trzeci obrazek przedstawiał, obok leżącej postaci, zamknięte drzwi i dymek z napisem „Puk, puk”.

„Leżąc tak, śnił albo słyszał, że ktoś się dobija” – wydedukował Croce.

Ostatni kwadrat zawierał rysunek, który przedstawiał jedną z kobiet wyciągniętą na ziemi oraz Pesicia przytrzymywanego za ramiona przez dwie osiłkowate figurki.

– Więc kiedy spałeś albo leżałeś nieprzytomny, ktoś zapukał do drzwi – powiedział Croce.

Pesić popatrzył na niego bez zrozumienia, komisarz wskazał drugi rysunek, a chłopak znów zaczął się nad czymś rozwodzić, machając ręką, może w nadziei, że zostanie właściwie pojęty. Niestety.

Wtedy Croce przytknął złożone dłonie do twarzy i zamknął oczy.

– Spałeś? – spytał.

Pesić pokręcił głową, wyczekująco.

– Jak to nie? Najpierw wszedł jeden, a potem drugi – podjął Croce, pokazując najpierw jeden palec, a potem dwa. – Czy jedna osoba pukała dwa razy?

Pesić zaprzeczył ruchem głowy. Croce przypomniał sobie nagle, że na Bałkanach, chcąc potaknąć, potrząsa się głową z boku na bok, a chcąc zaprzeczyć, rusza się nią z góry na dół.

– Aha – powiedział. – Tak.

Chłopak po raz pierwszy się uśmiechnął. Potem pokazał jeden palec, potem dwa.

Jedna osoba pukała dwukrotnie. Dziwne.

– Obudziłeś się czy słyszałeś to we śnie? – spytał Croce.

Pesić wykonał kilka niezrozumiałych gestów, ale później zamknął oczy i Croce uznał, że słyszał pukanie przez sen.

– Skoro pukano dwa razy, chodziło o sygnał. Czyli zbrodnia została zaplanowana i nie była wynikiem przypadkowej burdy. Pesicia wykorzystano jako kozła ofiarnego. Najpierw pozbawiono go przytomności… – Croce powiedział to na głos, jak czasem mu się zdarzało, gdy rozmyślał, a Pesić popatrzył na niego z przestrachem.

– Nie rozumiesz ni w ząb – stwierdził Croce.

Chłopak zakrył twarz i zaczął płakać. Komisarz położył mu dłoń na głowie.

Na ścianie w głębi celi widniały napisy wyryte w kamieniu. „Szczam krwią”. „Jestem José Míguez”. „Verka ścierka”. Były też krzyżyki znaczące upływ czasu oraz prymitywny, brutalny rysunek nagiej kobiety z rozłożonymi nogami. „Śmierć zawsze dzwoni dwa razy” – pomyślał znienacka Croce.

Pesić był skazańcem w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, zaplątanym w ponurą historię w nędznym porcie w nieznanym kraju. „Musi myśleć – pomyślał Croce – jestem rozbitkiem nad rozbitkami, umrę samotnie w tej plugawej celi”. Ale czy był niewinny? W chwili zdarzenia spał, niczego nie pamiętał, lecz jego ocalenie tkwiło w tym śnie.

– Pamiętasz, co ci się śniło? – spytał Croce i niewprawnie nabazgrał uśpioną figurkę („Zzzzz”), a potem dymek, który wydobywał się z jej czoła, z chmurami, drzewem i domkiem; z komina domku dymiło. Przerywana linia obejmująca to wszystko zdawała się drgać w powietrzu.

Pesić wziął papier i narysował kręcone schody i siedzącą na drzewie małpę, która na kolejnym obrazku zdążyła już zejść z wysokości i ciągnąc ręce po ziemi, zmierzała ku zamkniętym drzwiom w głębi. Spojrzał na Crocego, a potem narysował te same drzwi od środka, z napisem „Puk, puk” z boku. Zamarł na chwilę, by następnie wskazać dziewczynę ze zdjęcia i przymknąć powieki. „Śnił o niej” – wydedukował Croce. Ale co ze schodami i małpą? Czekał na wyjaś­nienie, lecz Pesić wycofał się już do swojej wewnętrznej jaskini i patrzył w pustkę, posępny i milczący. Wtedy komisarz zebrał rysunki i pożegnał się, robiąc współczującą minę.

– Przekażę je obrońcy – powiedział.

 

Na zewnątrz czekał adwokat. Poszli tymi samymi korytarzami co wcześniej.

– Facet jest w prawdziwych tarapatach – oświadczył Croce. – Miał sen albo zobaczył coś we śnie. Małpę, schody. – Pokazał obrońcy rysunki. – Śpiąc, usłyszał dwukrotne pukanie. W rzeczywistości chodziło o zabójcę, który właśnie się zjawił. Zapukał dwa razy, żeby kogoś uprzedzić… Kogo? – ciągnął Croce, trochę odlatując, jak zawsze, gdy trafił mu się trudny przypadek. – Pukanie rozległo się wcześniej, nie później. Usłyszał je we śnie i to ono wyznacza wejście zabójcy. Przy każdej zbrodni jest chwila przerwy, wszystko się zatrzymuje i znów rusza. Tak właśnie się stało: ktoś wszedł i zabił tamtą dziewczynę. Rozumie pan?

– Mniej więcej – odparł prawnik, oglądając rysunki. – Ale jak ja mam to udowodnić?

„Co za szczęście, że już nie jestem policjantem” – westchnął Croce, odchodząc. Nie potrafił przestać myśleć o zamkniętym w celi chłopaku. „On nie ma nikogo, z kim mógłby pogadać” – dumał, kiedy opuszczał więzienie, wsiadał do auta i ruszał przed siebie. Droga była prawie pusta. „Co mogę dla niego zrobić?” – zastanawiał się, jadąc w zapadającym zmierzchu; światło w rozrzuconych daleko na równinie domostwach płonęło i gdzieś na horyzoncie szczekały psy, jeden, trochę dalej drugi i kolejny. „Ci, co nigdy nie wychodzą z więzienia, to ludzie tacy jak on” – myślał Croce, wjeżdżając do miasteczka. Na głównej ulicy pozdrowił tych, którzy machali mu od stolików przed hotelem Plaza.

W końcu zatrzymał samochód przed biblioteką i zatrąbił. Rosa wyszła na dwór i oparła się w oknie samochodu.

– Już wiem, co chcę w zamian za ten kamień z nieba.

– O, proszę…

– Akordeon, najlepiej Hohnera.

Rosa się roześmiała.

– Tak – potwierdził Croce. – Teraz zamiast wyjaśniać sprawy, dobieram do nich muzykę.

 

W letnie noce, gdy wysokie okna więzienia były otwarte, dobiegał przez nie dźwięk akordeonu Pesicia, który wygrywał dalekie melodie swojego kraju. Kiedy przychodziła zima, łagodną muzykę słychać było jedynie w więziennych korytarzach i osadzeni cieszyli się, że mogą żyć w rytm tych dziwnych piosenek unoszących się w powietrzu.

 

Ósmego września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku, niemal pięć lat po wizycie Crocego w więzieniu, zatrzymano w Hiszpanii dwóch podejrzanych Argentyńczyków, Carlosa Farnosa i Juana Hankla, którzy przyznali się do zabójstwa dziewczyny z Que­quén. Sprawę wznowiono. Istotnie, Farnos znajdował się wtedy w barze, a Hankel, chcąc wejść, dwa razy zapukał do drzwi. Gubernator Oscar Bidegain zmniejszył Pesiciowi karę i Jugosłowianin, za dobre sprawowanie, opuścił Azul we wrześniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku. Miał dwadzieścia sześć lat. Ukarany za zbrodnię, której nie popełnił, długie lata spędził w więzieniu. Wychodząc, oświadczył, że pragnie tylko jak najszybciej wrócić do rodzinnego Trebinja. Gazety zwracały uwagę, że z przedmiotów osobistych zabrał jedynie „swój akordeon”. I że w swojej niepewnej, południowej hiszpańszczyźnie powiedział, iż wdzięczny jest „argentyńskiemu bratu”, który go nim „obdarzył”.

„»Obdarzył«… Gdzie ten biedaczyna nauczył się takiego słowa?” – zastanawiał się Croce. Wyszedł na podwórze z mate w ręce. Była ciemna noc i gwiazdy mrugały na niebie. „Szkoda, że nie mam teleskopu” – pomyślał komisarz, przypatrując się, jak Pas Oriona błyszczy w nieprzeniknionej ciemności.

 

Tłumaczyła Barbara Jaroszuk

Data publikacji:

Ricardo Piglia

Żył w latach 1941–2017. Jeden z najwybitniejszych pisarzy argentyńskich. Opowiadanie „Muzyka” pochodzi z jego ostatniego, wydanego pośmiertnie tomu „Los casos del comisario Croce” (Przypadki komisarza Crocego), nad którym Piglia pracował, cierpiąc na zaawansowaną chorobę neurodegradacyjną. Nie mógł się już poruszać i pisał dzięki specjalistycznej aparaturze wychwytującej ruch gałek ocznych. Postać komisarza Crocego pojawia się też w innych utworach Piglii i można ją uznać za alter ego autora.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!