pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Mój podcast to efekt zmęczenia „kulturą opinii”, w której obecnie żyjemy. Zapragnąłem mówić ...
2020-05-28 00:00:00

Mówić o kinie nieoceniająco – rozmowa z Michałem Oleszczykiem

Mówić o kinie nieoceniająco – rozmowa z Michałem Oleszczykiem
Czyta się 17 minut

Raz na dwa miesiące piszę tu Państwu cykl „Dla analfabetów”, to znaczy o książkach, których nie musicie czytać, bo możecie je usłyszeć – to znaczy o audiobookach. Tymczasem w dziale „Słuchanie” rządzą obecnie podcasty, więc im również się przyjrzyjmy. Zapraszam na rozmowę z Michałem Oleszczykiem, znanym podcasterem okołofilmowym.

Maciej Stroiński: Jesteś elitą słoików, bo do stolicy przybyłeś z Krakowa – tak jak kiedyś „Przekrój”. W sumie mogłeś zrobić tak jak twój big brother Jacek: z domu na Śląsku od razu do W-wy, ale wybrałeś opcję z przesiadką. Zresztą Warszawa również miała być przystankiem, gorszym Nowym Jorkiem… Mnie niechęć do W-wy przeszła nagle i niedawno: gdy w Krakowie „padło” w sensie teatralnym i na fajne przedstawienia woziłem się pendolinem. Jak wspominasz małopolskie czasy, czyli czasy studiów, i co ma Warszawa, czego nie ma Kraków?

Michał Oleszczyk: Kraków to 12 lat mojego życia, od matury po odejście z UJ po doktoracie – lata, które wspominam z rodzajem rozrzewnienia jako okres przede wszystkim znacznie wolniejszy od obecnego. Wolniejszy nie w sensie liberty, ale w sensie slowness. Życie toczyło się wolniej; smartfony nie rządziły naszym czasem (i uwagą) w sposób tak drapieżny i niepodzielny jak teraz. Kraków był też przytulnie ogarnialny – poruszając się po nim, nie generowałem zmęczenia wynikłego z obcowania z przestrzennym chaosem. W Warszawie takie zmęczenie można odczuć już po kwadransie przebywania w tym mieście – a warszawską dojrzałość zdobywa się właśnie w procesie wykuwania własnych, przyjaznych ścieżek we wszechogarniającym bałaganie. Powód mojego wyjazdu z Krakowa był egzystencjalny, nie praktyczny: potrzebowałem nowego wyzwania i innego (może mniej swojskiego?) gruntu pod stopami. Warszawa go dostarczyła. A Nowy Jork? Od zawsze mruga do mnie jako rodzaj miasta wyobrażonego, w którym mój duch pragnąłby zamieszkać – ale zamieszkanie w którym naprawdę musiałoby wiązać się z nieuchronnym końcem fantazji na jego temat. Ponieważ nigdy nie żywiłem żadnej fantazji warszawskiej, moja obecna przygoda z tym miastem ma wielką zaletę totalnej nieprzewidywalności. Osobiście mam się za Ślązaka z Nowym Jorkiem w sercu i z Warszawą pod stopami.

Filmoznawstwo na UJ-ocie to był dobry wybór? Ja nie powiem, że żałuję, paru wykładowców trafiło się boskich, m.in. Mariola Dopartowa, Józef Opalski, Tadeusz Lubelski, Cezary Wodziński… No i całe szczęście była to nauka na sto procent niepotrzebna. Gdybym znowu miał wybierać, nie szedłbym na inne studia, tylko w ogóle na żadne. Dzisiejsza humanistyka bardzo mi przypomina angielską finishing school, szkołę dobrych manier, gdzie się nauczysz, co wypada mówić, co wypada myśleć i z kim się zadawać.

Odpowiem tytułem 11. odcinka czwartego sezonu Seksu w wielkim mieście: Coulda, woulda, shoulda. W wolnym tłumaczeniu: gdybanie to wody lanie. Nie wiem, czy to był dobry wybór, ale jest on częścią mnie – wprowadził mnie na ścieżkę, na której poznałem tych, a nie innych ludzi i uformowałem takie, a nie inne pojęcie o świecie. Myślę, że studiowanie na kierunku humanistycznym w latach 2001–2006 miało jeszcze posmak ostatków pewnej utopii. Ekonomia zaczęła pękać w 2008 r., a za nią nastąpiły tektoniczne zmiany w polityce, których pełnych konsekwencji jeszcze nie znamy – ale które na pewno nie będą sprzyjały wsobnemu błogostanowi klasy zwanej „inteligencją”. Pamiętaj, że dla mnie kluczowy był romans z filozofią: studiowałem przez semestr na Papieskiej Akademii Teologicznej, a pasja do filozofii jest niezbywalną cząstką mojego umysłu. Nie żałuję, że studiowałem, ale żałuję, że nie miałem przerw między liceum a uczelnią, a potem między studiami magisterskimi a doktoranckimi. Amerykański gap year to mądry wynalazek, pozwalający na oddech i dystans. Ja w pierwszych dwóch dekadach życia trochę zbyt mocno wszedłem w tryb „szkolny” (życie jako sukcesja świadectw i dyplomów). Dopiero moja impulsywna ucieczka z UJ po doktoracie była właściwym aktem buntu przeciwko gębie prymusa, którą sam sobie założyłem jeszcze w podstawówce.

Co prawda, to prawda. Dla mnie wyzwoleniem też była obrona – dopiero wtedy poczułem, że mam wreszcie wszystko w zadku i mogę sobie teraz zostać chociażby głupią blogerką, jak mi się tak zachce. W czym naśladowałem Ciebie: oczywiście w blogowaniu, bo pajacowanie to już mój dodatek. Zadam Ci pytanie w klimacie Harolda Blooma: kto był Twoim mistrzem krytyki filmowej? Na kim się uczyłeś pisać? Bo po Twoim stylu widać, że nie na Facebooku.

Mój łańcuszek mistrzów to – w przybliżeniu – następujący ciąg lektur: Jan Olszewski (krytyk „Filmu”, nie polityk), Karol Irzykowski, Pauline Kael i Jim Hoberman. Ich czytałem z największymi wypiekami na twarzy i ich języki mieszają się we mnie do dziś, mimo że zawsze staram się po Bloomowsku przezwyciężyć ich w sobie. Dość istotne jest w moim przypadku zmaganie się wewnętrzne żywiołu polszczyzny i angielszczyzny: jest tu napięcie, które często potrafi zaleczyć tylko proces wchodzenia w sytuacje translatorskie (co robię często w domenie pracy ze scenariuszami, głównie tłumacząc je z polskiego na angielski).

Jesteś anglofilem (filmy Davida Leana, Terence’a Daviesa, a zwłaszcza Mike’a Leigh), ale też amerykanistą, bo jeszcze to studiowałeś poza wszystkim innym. W sumie każdy filmoznawca odbywa po części „studia amerykańskie”. Umiałbyś wybrać między Anglią a Ameryką? Albo inaczej: za co wolisz Stany?

Wolę Stany przez ich pokrewieństwo z moją genetyczną śląskością – czyli za szacunek do pracy i za odruchowe używanie frazy w dużej mierze nieznanej Polakom, czyli: I appreciate it. „Doceniam”. Ile razy tę frazę wypowiadamy po polsku…? Ile razy słyszymy ją po wykonaniu kawału rzetelnej pracy…? Głęboko zakorzeniony splot chamstwa i sarmatyzmu w naszej kulturze (bo chamstwo to sarmatyzm w wydaniu spotworniałym) sprawia, że cudza praca i cudzy wysiłek są u nas przyjmowane jako oczywistość – bo tak; bo nam się ten cudzy wysiłek zwyczajnie należy. Czy nie taka właśnie jest istota pańszczyzny…? Zakochałem się w Stanach, kiedy udzielając się na kampusie w Pensylwanii w 2007 r., coraz to częściej słyszałem frazę: I appreciate it. Wtedy zacząłem czytać Emersona, Tocqueville’a, Henry’ego Jamesa i Williama Jamesa – i zrozumiałem, że całe to amerykańskie imperium zbudowano na wysiłku ludzi, którzy w Europie nie mogli liczyć na appreciation, więc wyjechali za ocean, by zbudować nowy świat. Świat, w którym walutą będzie indywidualny wysiłek. Oczywiście ten eksperyment miał i ma liczne wady, a także rozległe obszary całkowitego sprzeniewierzenia się idei wyjściowej (vide niewolnictwo), ale jednak: jeśli spojrzeć na tych 200 lat z okładem, to kultura amerykańska jest fenomenem niebywałym, bez którego nie byłoby nowoczesnego indywidualizmu i polityki godnościowej stanowiących fundamenty naszego samorozumienia nawet przy obecnym nadwątleniu przez rozmaite posthumanizmy (które są mi obce, notabene). Tym, co w Polsce uwierało i uwiera mnie najbardziej, jest kulturowo wdrukowany feudalizm: to ciągłe gięcie karku przed rzekomymi autorytetami moralnymi, ciągłe lekceważenie ludzkiej pracy, uwznioślanie artystów jako posłańców Bożych, a przede wszystkim nagminne poniżanie klasy ludowej i pracującej w retoryce dnia codziennego. Bez tego poniżania polski inteligent nadal nie wie, co ze sobą począć – bo niby jak ma się odróżnić od „ludu”, jeśli nie przez kompensacyjną pogardę…? Kiedy pooglądasz sobie filmy Franka Capry, Jonathana Demme’ego, Prestona Sturgesa – a to wszystko są amerykańscy mistrzowie równi Hemingwayowi, Steinbeckowi i Faulknerowi – od razu uderzy cię głębia szacunku dla klasy pracującej, jaki emanuje z tych filmów. To mnie uwodzi – nie tylko jako wnuka maszynisty kolejowego i mechanika samochodowego, ale jako kogoś, dla którego wyższość „elit” wobec „ludu” (czy to maskowana „troską”, czy wyrażana wprost językiem pogardy) jest absolutnie najobrzydliwszą cechą polskiego dyskursu publicznego.

Mógłbyś zagrać w Ojcu chrzestnym, w jego pierwszej scenie, tej od I believe in America! Brzmi to bardzo chrześcijańsko, nawet protestancko, co tu opowiadasz. A może wspólnota losu – że każdy z nas kiedyś umrze – może nas wszystkich połączyć jak w motywie „tańca śmierci”? Bo w obliczu końca podziały klasowe nikną. Chciałbym Ci zadać intymne pytanie, czyli od razu wiadomo, że nie o sprawy sercowe, bo te dawno opuściły sferę intymności. Odkąd „prywatne jest polityczne” (lata 60.), już nie pochodzenie, nie orientacja, nie poglądy, nawet nie zarobki są danymi wrażliwymi – intymna jest wiara, chyba że u polityków, u których należy do pakietu wyborczego. Wyobraź sobie przez chwilę, że to jest wywiad do „W drodze” lub, jeśli wolisz, do „Więzi” i pytają się, w co wierzysz, poza tym, że w Amerykę.

Wierzę w miłosierdzie. Kulturowo jestem chrześcijaninem. Uważam, że dwa przykazania miłości (kto czytał, ten wie) to najlepszy fundament dobrego życia i dobrego prawodawstwa – a ludzi, którzy te przykazania praktykują, spotykam we wszystkich religiach świata, a także poza kościołami i poza religią. Koniec końców liczy się tylko to pytanie: czy umiesz kochać i wybaczać? I jeszcze: czy umiesz przyjmować miłość i przyjmować wybaczenie? Wszystko inne to przypis, nadbudowa, balon i fasada. A, i jeszcze ekonomia. I geopolityka! Wierzę w ekonomię i geopolitykę, bo to one decydują o układzie sił i o tym, czy za oknami masz zielony park, czy drut kolczasty. A to jednak ważne, bo ten krótki żywot ziemski lepiej jednak spędzać z dala od drutów (choć nie każdy ma takiego farta, niestety).

Czyli zbiorczo mówiąc: wierzysz w rzeczywistość. No, ktoś musi! (śmiech) Zejdźmy na moment z tych wielkich tematów, bo mam lęk wysokości. Twoje najnowsze wcielenie to Michał podcaster i z tego powodu się tu dzisiaj spotykamy. W gadaniu do mikrofonu masz styl hermeneutyczny: przybliżasz, wyjaśniasz, tłumaczysz (historię kina). Lubię to. Czy już usłyszałeś zarzut, że jesteś mężczyzną i „mówisz innym, jak jest”?

Nie, o mansplaining nikt mnie (jeszcze?) nie oskarżył. Mój podcast to efekt zmęczenia „kulturą opinii”, w której obecnie żyjemy. W pewnym momencie poczułem się otępiały od obcowania z kolejnymi profilami, tekstami, kanałami na YouTubie, które w całości są poświęcone głoszeniu opinii i ferowaniu wyroków na temat kina. Za dawnych czasów kciuk w górę i kciuk w dół Eberta & Siskela miał jeszcze swój urok, ale nagła eksplozja milionów natrętnych kciuków okazała się dla mnie męcząca. Instynktownie zacząłem szukać w sieci materiałów mocnych merytorycznie: opartych na wiedzy, na lekturze, na świadomości kontekstu. Uwolnionych z terroru przygodności i niepłacących daniny bożkowi „tu i teraz”, który z natury jest małym, zapiekłym despotą. W pewnym momencie zapragnąłem sam takie treści tworzyć – mówić o kinie, ale niekoniecznie o tym, czy mi się „podobało”. Raczej o tym, jak dany film powstał, kto go zrobił, jakie siły i jakie wrażliwości go zrodziły. I stąd wziął się „SpoilerMaster – Podcast do słuchania po seansie”. Tytuł mówi wszystko. Obejrzałaś film i chcesz się dowiedzieć więcej na jego temat? Pogłębić swoją lekturę o znajomość kontekstu? Nie boisz się „spoilerów”? Mój podcast jest dla ciebie. Każdy odcinek to ciężka praca i wiele godzin researchu, bo żeby poczuć się uprawnionym do mówienia, ja muszę się najpierw naczytać. Nie wystarczy mi usiąść przed mikrofonem i nawijać, że było fajnie albo że nie było fajnie. To już jest; jest tego cały internetowy ocean. Ja idę za moimi podcastowymi mistrzyniami, takimi jak choćby Karina Longworth, która robi najbardziej merytoryczny w mojej ocenie podcast anglojęzyczny: You Must Remember This.

Dobrze wyczuwasz, że „emocje” się przejadły, a z drugiej strony – niekończąca się ironia. Wychodzisz z tego impasu: Twój podcast nie jest ani kontrowersyjny, ani ironiczny, czyli ani „zaangażowany”, ani „zdystansowany”, tylko jest – merytoryczny, taki „pozytywistyczny”. Sam się tego teraz uczę… Czy zrobisz (chyba że już zrobiłeś, a ja jeszcze nie słuchałem) odcinek o kampie? O Priscilli, o Almodóvarze… Please! To byłby total: posłuchać rzeczowego gadania o takich filmach wywłokach.

Kocham kino trashowe i kampowe, więc bardzo możliwe, że to zrobię. Ale zacząłbym od Jacka Smitha i jego Flaming Creatures, bo to wciąż najfajniejszy kampowy samizdat. Odnośnie do tego, co powiedziałeś: u mnie po tej dekadzie spędzonej z Fejsem i smartfonem pojawiła się reakcja fizjologiczna, którą nazwałbym „alergią na ludzkie rozgrzanie”. Wielką lekcją ostatniej dekady spędzonej w mediach społecznościowych jest to, że oburzenie jest formą narkotyku, poczucie słuszności – formą kompensacji, a ostracyzm – formą sportu grupowego. Jeszcze nigdy w historii ludzkości tak bardzo nie skompromitowała się idea wspólnoty, jak właśnie teraz za sprawą mediów społecznościowych. Nie ma wspólnoty; są plemiona. Naszych przyjaciół możemy znienawidzić za to, że piją z plastikowego kubka i głosują nie tak, jakbyśmy tego chcieli. Zawiść, narkotyzowanie się ferowaniem wyroków, trybalizm – to oczywiście istniało już w średniowiecznych zbiegowiskach, instynktownie tworzących się wokół szafotów i innych miejsc kaźni, ale jeszcze nigdy nie było tak, by uchwycona w tle fotograficznego autoportretu nieekologiczna ozdoba albo nieprawomyślna książka (z czarnymi listami w trakcie ciągłej, uznaniowej fluktuacji) mogły stanowić podstawę moralnego linczu. Dziś świadkujemy takim linczom co drugi dzień; stały się częścią przesuwanego pod kciukiem feedu. Co więcej, sycimy się tymi linczami jako widowiskami – i gratulujemy sobie tego, jak bardzo jesteśmy moralni. Tymczasem wypowiadany tylko z rzadka i półgębkiem sekret polega na tym, że gdyby nagle ujawnić wszystkie nasze mejle, messengery, SMS-y, memy i prywatne rozmowy, nikt z nas by takiego obnażenia w kategoriach społecznych nie przetrwał. Każdy kiedyś palnął coś głupiego. Każdy zrobił coś złego. Każdy i każda z nas ma „za uszami”. Twierdzenie czegoś przeciwnego jest fałszem. Sam pomysł, że ideałem ludzkiego życia ma być forma jakiejś kompulsywnej, terminalnej słuszności i transparentności, jest wywiedziony z najbardziej lepkich purytańskich snów – i myślę, że należy się tego pomysłu bać jako czegoś głęboko antyludzkiego. A wracając do podcastu: moim marzeniem było stworzenie wyspy, dobijając do której będziesz miał pewność, że czegoś się nauczysz i że odpłyniesz z niej bogatszy. I za tydzień wrócisz, a ja cię znowu przyjmę i ugoszczę najlepiej, jak potrafię.

Ważną częścią Twego życia jest życie społeczne, co dzisiaj oznacza – życie społecznościowe. Martwię się o Ciebie! Wiesz bardzo dobrze, że Facebook to „kibel Internetu” (Lady Gaga), a jednak tam siedzisz, czytasz te napisy w kiblu i co gorsza – piszesz własne. Ty, rzecz jasna, na poziomie, lecz właśnie przez Ciebie innym się wydaje, że media społecznościowe to może być fajne miejsce. Gdyby na Facebooku przeważały wpisy podobne do Twoich, to byłbym go nie usunął! Wyobrażasz sobie „tę całą psiarnię rzucić” (Tuwim)?

Ostatnio piszę mniej, dostrzeż, proszę. Ostatnio więcej mówię – głównie w podcaście. Na ascezę od social mediów nie jestem na razie dostatecznie silny. Ale robię okresowe detoksy. Co ważne jednak (żeby nie powstało wrażenie, że patrzę na świat manichejsko), jest też sporo plusów mediów społecznościowych. Niektórych przyjaciół w realu poznałem najpierw na Fejsie. Zresztą Fejs – odpowiednio dozowany i używany – może być też narzędziem ćwiczenia empatii, poznawania innych punktów widzenia i zadawania sobie coraz to nowych pytań. Kluczowe wydaje mi się rozpoznanie, że Fejs nie jest narzędziem przezroczystym – a następnie nazwanie tych groźnych impulsów, odruchów i zachowań, które Fejs w naszej psychobiologii premiuje czy wręcz wzbudza. Jak z każdą rzeczą dla dorosłych, tak i z Fejsem umiar jest wskazany.

Ja swego czasu przedawkowałem Fejsa i już nie mogę wrócić – tak jak „suchy alkoholik” nie może się napić, bo już nie przestanie. Trochę mi brakuje takiego pola ekspresji, gdzie się freestyle’uje na dowolny temat, dlatego zamęczam friendsów SMS-ami i MMS-ami. Ostatnio odkrywam uroki pisania ręką i wszystkich o to pytam. Piszesz czasem ręcznie? Długopisem, piórem? To uruchamia jakieś inne połączenia neuronowe i sam możesz się zaskoczyć.

Ta przygoda jest przede mną. Od kilkunastu lat nie spisałem ręcznie niczego poza listą zakupów i kartką z wakacji. Ale tak, pamiętam, że kiedyś, kiedy pisałem pamiętnik, to przelewanie myśli litera po literze na papier miało siłę kojącą.

Współprowadzisz inny podcast, „monograficzny”, żeby tak powiedzieć – podcast o Hitchcocku. Więcej: po angielsku. Tam już w ogóle porzucasz bycie krytykiem filmowym i oddajesz się close reading, analizie bez oceny? Widzę, że masz cel misyjny jak francuska Nowa Fala, jesteś kinofilem w stylu książki Hitchcock/Truffaut. No i efekty swojego myślenia przedstawiasz w najważniejszym z „języków konferencyjnych”, więc całemu światu.

Tak, ten podcast nagrywamy razem z moim przyjacielem Sebastianem Smolińskim, jednym z bardzo nielicznych kinofilów młodego pokolenia, dla którego historia kina jest może nawet ważniejsza niż jego teraźniejszość. Odrabiamy naszą „lekcję z Hitchcocka”, czyli z reżysera, który uformował nasze patrzenie i na którego teraz spoglądamy w perspektywie historycznej. A angielszczyzna jest dla mnie przestrzenią wolności – o wiele precyzyjniej myśli mi się po angielsku, stąd ta decyzja językowa.

Wszyscy Cię kojarzą jako krytyka filmowego – którym chyba już nie jesteś? Czemu porzucasz krytykę? Bo podcast, jak ustaliliśmy, ma być nieoceniający i w nim filmy analizujesz, a nie recenzujesz.

Nadal piszę krótkie recenzje nowych filmów i postuję je na Facebooku. Od czasu do czasu recenzuję dla „Filmwebu” i „Dwutygodnika”. Ale coraz rzadziej. Czuję się zmęczony krytyką albo inaczej: czuję się nią nasycony. Teraz przyszła pora na płodozmian: stąd mój ruch w stronę opartego na researchu podcastu (o obliczu historycznofilmowym, de facto) i współpracy ze scenarzystami jako konsultant.

Czego Cię nauczyło dyrektorowanie w Gdyni? W sensie pozytywnym i niepozytywnym.

Pozytywnym – szacunku dla filmowców i dla ich pracy. Negatywnie – że nie można zadowolić wszystkich.

Ale dyplomatyczna odpowiedź! A że artyści to straszne wampiry – tego Cię nie nauczyło? (śmiech) Inna sprawa z wyższych sfer: Nobel dla Tokarczuk. Fajnie, niefajnie? Myśliwski nie byłby lepszy? (śmiech)

Każdy artysta musi być trochę wampirem. Nie wierzę w sztukę aseptyczną i nieinwazyjną – zawsze pod spodem jest czyjś ból. Nobel…? Świetnie. Nie czytałem wiele Tokarczuk, ale w tym, co czytałem, było wielkie piękno i czytanie świata jako organicznej całości; to mi się bardzo podoba. Ale ja nie jestem specem od literatury. W filmie czuję się mocny – przed literaturą odruchowo chylę czoła, bo stwarzanie światów słowami to dla mnie prawdziwe misterium i wielki talent, który chciałbym mieć.

Najważniejszym polskim żyjącym artystą kina jest Wojciech Smarzowski – tak wykładam erasmusom i chyba bardzo nie kłamię. Każdy polski aktor chciałby zagrać u „Smarzola”. Omawiam z erasmusami Pod Mocnym Aniołem, bo akcja w Krakowie, i Kler jako przykład nowej polskiej fali antyklerykalnej. Lubisz jego filmy? Za swych „dyrektorskich” czasów nie mógłbyś mi odpowiedzieć, bo taką miałeś umowę, ale dzisiaj z drugiej strony – nie przepadasz za „kciukami”, „kulturą opinii”, ale wiesz, po starej znajomości, nikomu nie powiem.

Nie jestem fanem kina Smarzowskiego. Żaden jego film – z wyjątkiem Domu złego, który uważam za naprawdę oryginalny – mnie nie zachwycił. Żaden mną nie wstrząsnął. Nie uczestniczę w całym tym rytuale, w którym widzowie czekają, aż „Smarzol przywali”, po czym „przywala” i następuje euforia. Moim zdaniem on kręci sprawne i wciągające filmy, ale żaden z nich nie jest na tyle mocny, byś mógł po obejrzeniu powiedzieć, że człowiek zetknął się z wielką sztuką. Pialat, Klimow, Pontecorvo, Costa-Gavras – oni naprawdę umieli przywalić. U Smarzowskiego zawsze gdzieś w tle jest albo kabaret, albo spiżowy ton, w który (jak w symbolicznym finale Kleru) nie do końca potrafię uwierzyć. Ale za to powiem ci, że marzyłaby mi się adaptacja Przedwiośnia zrobiona przez Smarzowskiego. Przy wszystkich moich zastrzeżeniach do jego stylu, moim zdaniem jest on obecnie jedynym polskim reżyserem, który mógłby przerobić tę najbardziej wybuchową polską powieść na ciekawy i aktualny film.

Co jako ostatnie obejrzałeś w kinie przed wielkim zamknięciem? Ja: Hejtera Komasy. Szedłem z duszą na ramieniu, bo mieliśmy to omawiać „w klasie”, zatem nie mogło być dobre, a tu się okazało, że boski film gatunkowy, trochę thriller, trochę o wampirach. Agata Kulesza w stałej roli złej kobiety. Byłem pod wrażeniem, że film gatunkowy ma taki potencjał, by tak rzec, moralistyczny. Political fiction wiele mówi o political reality.

Też podobał mi się Hejter, ale mój ostatni film w kinie przed kwarantanną to był Zew krwi według Jacka Londona. Film wielkich otwartych przestrzeni – o ironio.

Na domknięcie tej rozmowy mam jeszcze dwa pytania: ciężkie i lekkie. Które wolisz pierwsze?

Ciężkie.

Od razu widać, że pracujesz „w scenariuszach” – masz wyczucie dramaturgii. Zaraz przed finałem grubo, a na koniec oddech. Pytanie poważne, ciężkie: czy jesteś konserwatystą? A bez względu na odpowiedź powiedz mi i czytelnikom, jak rozumiesz konserwatyzm.

Jestem konserwatystą tylko i wyłącznie w znaczeniu następującym: uważam, że bez wejścia w głęboki dialog z tradycją nie można stawiać kroków naprzód w procesie udoskonalania demokracji. Świadomość tradycji wyzwala nas spod tyranii chwili obecnej. Jak ujął to jeden z badaczy opery, którego nazwisko mi teraz umyka: „Pyta pan, czy lubię XXI wiek? Nie wiem, rzadko w nim przebywam…”. Dla mnie absolutnym centrum myślenia o świecie jest etyka judeochrześcijańska i Szekspir. Wszystko później – w tym ty, w tym ja – to już przypisy do tej radykalnej propozycji, że człowiek jest wolny i musi brać odpowiedzialność za własne życie, choćby chwilami sam siebie nie rozumiał (jak Hamlet). Bez lekcji Hamleta, Makbeta i Porcji z Kupca weneckiego jesteśmy marionetkami w rękach polityki, losu bądź obłąkanego prawodawstwa. Natomiast współczesna populistyczna parodia konserwatyzmu, czyli sentymentalny i dziecinny tradycjonalizm o zabarwieniu autorytarnym i antymodernistycznym – to coś głęboko mi obcego.

Mamy to! A finał w duchu Mike’a Leigh, którego tak lubisz: powiedz nam, proszę, coś bezwarunkowo optymistycznego, coś, co po prostu JEST BOSKIE i inaczej być nie może. Pytanie ćwiczenie, bo jakoś łatwiej przychodzą myśli nieobiecujące albo przynajmniej niepewne, a my chcemy też sam cukier. Cisnę na happy end, „żeby mi jeden z drugim krytyk z koziej pałki nie powiedział, że zostawiamy czytelnika bez żadnej nadziei” (Masłowska, Między nami dobrze jest).

Uważam, że ludzkość wcale nie jest taka zła. Jak się postaramy, potrafimy być nawet fajni, twórczy, mili i godni życzliwej pamięci.

Ta-ta! M.

na zdjęciu: Michał Oleszczyk
na zdjęciu: Michał Oleszczyk

Michał Oleszczyk:

Filmoznawca, krytyk filmowy, tłumacz i konsultant scenariuszowy. Wykłada na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego i w Warszawskiej Szkole Filmowej. Prowadzi podcast „SpoilerMaster”, z Sebastianem Smolińskim współprowadzi podcast „Foreign Correspondents: Deeper Into Hitchcock”. W latach 2013–2016 dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!