Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Mały Lloyd mieszka z matką w Kingston na południu Jamajki. Pewnego dnia dziadek chłopca wypływa ...
2019-06-24 23:49:00
Opowiadanie

Łowca delfinów

zdjęcie: Matteo Catanese/Unsplash
Łowca delfinów
Łowca delfinów

Chłopiec usiadł pod rozsypującą się ścianą i zaczął lustrować morze. Panowała ciemność, deszcz uderzał z szumem o powierzchnię wody, ale chłopca przed ulewą chroniło zacisze, w którym siedział. Na morzu dostrzegł poświatę, która zniknęła tak błyskawicznie, że równie dobrze mógł ją sobie wyobrazić, mogła mu się zamarzyć, bo w końcu jego dziadek, maas Conrad [maas to typowy dla anglofońskich Karaibów sposób tytułowania starszych mężczyzn – przyp. tłum.], opowiadał o malutkich stworzonkach zamieszkujących morze, które nocami lśniły w blasku widocznym z łodzi odpływających w dal, przybierając widmowe kształty ryb. Dziadek mówił, że w wodach zatoki Kingston kiedyś aż się od nich roiło i że żaden nocny połów nie mógł się odbyć bez świecącej tajemnicy.

Czyta się 17 minut

– Gdzie óne znikły, dziadziu? – zapytał chłopiec.

– Morze jest dla nich za brudne.

– Czemu?

Dziadek coś tam po swojemu odburknął. Był człowiekiem morza, nie człowiekiem wielu słów. W dodatku zaginął na morzu.

– Lloyd? Gdzie tego dziecioka poniósło? Skaranie boskie z nim. Bóg mi świadkiem! – usłyszał głos matki. Wstał i odwrócił się w jej kierunku. – Chcesz dostać wilka, synku? Co robisz nocom na dyszczu? – Stała skryta pod pstrokatą parasolką znalezioną w autobusie. – No, chodź już. Dziadkowi nic nie byndzie. Myślisz, że morze by go skrzywdziło?

Lloyd podszedł do matki, schronił się pod parasolem i wspólnie ruszyli przez nieoświetlone ulice Kingston, które spływały brudną wodą, tłumiącą odór ścieków i zabierającą miejskie nieczystości wprost do morza. Usłyszał w myślach głos dziadka: „Pochodzę z rodziny rybackiej”.

Chłopiec mieszkał z matką nieopodal starej Zachodniej Oczyszczalni Ścieków, nad zatoką Kingston. Syn Conrada, ojciec chłopca, nie był z nimi, ale miał w zwyczaju ich odwiedzać, wypełniając przy tym ich dwupokojowy dom swoimi skargami. Lloyd był zdania, że ojciec ma gadane, ale nie mówi nic istotnego. W domu panował ukrop; potrzebowali wiatraka. Tanie można było dostać na Princess Street. Znów wylali go z pracy, ale i tak nie robił tam nic ciekawego i w sumie za grosze. Miał dalekosiężne plany, mógłby zostać kimś, ale system stale wchodził mu w paradę. Znał człowieka, który miał mu naprawić auto, nic nadzwyczajnego, ale dałoby radę jako taryfa. No i miał w zanadrzu dużą robotę, kroiła się spora kasa, ale to pozostawało na razie tajemnicą. Choć, jeśli go przycisnęło, wypływał w morze z jednym ze swoich kolegów, który miał doświadczenie rybackie, bo sam twierdził, że rybołówstwo było dla zahartowanych. Najczęściej jednak zwracał się do Lloyda słowami:

– Skoczże po rum, chłopcze.

Na co matka zawsze mu odpowiadała:

– A żeś załatwił ty rum? Jak załatwisz, to byndziesz miał.

Lloyd trzymał parasolkę, podczas gdy matka mocowała się z kłódką na furtce.

Najbliższa latarnia od lat nie działała. Matka fuknęła:

– Nie mam ja już siły przypominać twojemu bezużytecznemu ójcu, żeby kupił nowom kłódke – powiedziała. Mechanizm w końcu ustąpił i weszli do środka. Powietrze przepełniał zapach wody, a malutkie wnętrze było wilgotne. – Idźże spać, synku. Bóg mi świadkiem, nie byndziesz rybakiem. Bóg mi świadkiem.

Lloyd sypiał na wąskim łóżku w mniejszym z dwóch pokoi. Zdjął przemoczone ubrania i rozwiesił je na zwisającym sznurku, tuż obok mundurka szkolnego, przesuwając go i robiąc miejsce dla mokrej podkoszulki oraz szortów. Zachodził w głowę, dlaczego jego dziadek wybrał się na połów właśnie w rejon archipelagu Pedro Bank [kilkadziesiąt kilometrów na południe od wybrzeży Jamajki – przyp. tłum.], skoro rzadko zapuszczał się aż tak daleko. Żeby tam się dostać, trzeba pokonać prawie 60 mil morskich: 60 mil w otwartej łódce, bez sprzętu nawigacyjnego, bez radia, mając do pomocy tylko własny wzrok, doświadczenie i wytrzymałość. Maas Conrad z reguły wyruszał na połowy głębinowe w rejon Bowditch, California Bank i wzdłuż jamajskiego szelfu. Przy brzegu ryb było niewiele. Oczywiście znajdowali się też tacy, którzy zarzucali swoje żyłki, więcierze i sieci nieopodal ujścia rur kanalizacyjnych odprowadzających ścieki wprost do zatoki Kingston, gdzie krążyły i pikowały ptaki morskie, gdzie dryfowały śmiecie przyniesione z prądem aż z miejskich rynsztoków, i tam z powodzeniem łowili, ale dziadek Lloyda do nich nie należał.

Nie był też jednym z tych, co sprzedawali ryby kobietom, używających płynu do balsamowania, by nadać im świeższy wygląd. Ani z tych, którzy wrzucali worek chloru w miejscu z dobrym braniem i patrzyli, jak ryby – jedna za drugą – wypływają na powierzchnię, ani też nie kupował pokątnie od policji dynamitu, aby pozostawiać na morzu krąg zniszczeń. Nikt nie musiał mówić Conradowi, że minął sezon na homary lub że skrzydelnik wielki nie występuje tam, gdzie na dnie morza znaleźć można popękane muszle, ani że papugorybie należy pozwolić żerować na rafie.

Zanim, jak twierdziła matka, Lloyd skończył rok, dziadek już zdążył zabrać go ze sobą w morze – tylko na przejażdżkę wokół zatoki, ponad szarymi i zielonymi mieliznami, aż do spokojnych, niczym niezmąconych wód lasów namorzynowych w okolicach Port Royal. Dziadek specjalizował się w połowach głębinowych, łowił na haczyk. Nie używał sieci czy więcierzy, bo – jak wyjaśnił, gdy tylko Lloyd podrósł – to marnotrawstwo: tak łapie się wszystko niezależnie od rozmiaru, ryby niejadalne, narybek, węgorze, żółwie. Lloyd zasypywał dziadka pytaniami:

– Czemu pływasz sam, dziadziu? Czemu raz zarzucasz wyndke, a raz ciungniesz przynente za łódkom? Skond wiesz, gdzie płynonć?

– Pochodzę z rodziny rybackiej – to wszystko, co mówił w odpowiedzi. A Lloyd widział linię pokrewieństwa rybaków, napiętą, rozpostartą w morzu; żyłkę, która mogła tak zapewnić ci pokarm, jak i pozbawić cię życia.

Najlepiej było w weekend, gdy dziadek wybierał się w morze już o czwartej nad ranem, długo przed tym, zanim śmieciarze rozpoczęli swoją rundę po mieście i nim kluby wyciszyły muzykę, wtedy, gdy noc była najchłodniejsza. Maas Conrad siedział na rufie czółna, dłoń opierał o ster – pochylony cień w niewielkiej, ciepłej poświacie lampy naftowej. Lloyd stał na dziobie, trzymając się liny kotwicznej, by utrzymać równowagę, i patrzył przed siebie, a łódź przecinała wodę. Przemierzali razem morze, które nie zawierało żadnych wskazówek, przynajmniej czytelnych dla Lloyda, zarzucali kotwicę i łowili razem. Gdy słońce wzeszło, w pojemniku z lodem brakło już miejsca, ryby dawno przestały brać, a jeśli było bezwietrznie, kierowali się ku jednej z wysepek nieopodal południowego wybrzeża.

Lloyd upodobał sobie wysepkę Needles Cay – otaczała ją rafa, której niewielu mogło sprostać, pokrywał ją biały, gruboziarnisty piasek, a moskity były rzadkością. W cieniu jedynego, nierównomiernie rosnącego namorzynu maas Conrad lubił piec nieoskrobanego lucjana czerwonego na kawałku ocynkowanej blachy. Nacierał rybę solą, przyrządzał ją na małym i buzującym ogniu, aż skóra odpadała płatami, odsłaniając czyste, białe mięso, które potem jedli z cienkim sosem na bazie wody morskiej, cebuli, limonki oraz ostrej papryki scotch bonnet. Maas Conrad jadł palcami, używając przy tym ulubionego noża, tego z kościaną rączką i brakującym zdobieniem, który czyścił, wbijając go w piasek w miejscu, gdzie fala uderzała o brzeg.

Po posiłku, rozespani i z pełnymi brzuchami, odpoczywali w cieniu – to właśnie wtedy dziadek opowiadał Lloydowi historie o delfinach.

– To mondre zwirzynta, synu. Polujom razem i żyjom razem, a w nocy to i człowiekowi towarzystwa dotrzymajom. Czasem je słyszysz, zanim je jeszcze obaczysz, gdy wynurzajom się, by zaczerpnąć powietrza, zupełnie jak my. Pływajom daleko i nurkujom głęboko. Kiedyś, koło Wreck Reef, gdy wielka fala porwała mnie hyn za rafe, delfin wskazał mi droge powrotnom.

Z czasem Lloyd stał się bardziej sceptyczny względem tych opowieści, ale często widział obłe kształty delfinów zamieszkujących zatokę Kingston, tuż obok wejścia, i uwielbiał ich smukłe ciała oraz to, jak zrównywały prędkość z dużymi i małymi łodziami niczym policyjna eskorta motocyklowa ważnych osób w państwie. Dawniej, mawiał dziadek, żaden z rybaków nie ośmieliłby się skrzywdzić delfina, bo wiadomo było, że taki czyn sprowadzi nieszczęście na jego rodzinę. Był taki jeden przypadek, gdy rybak z Negril przyuważył, jak trzy delfiny strącają jego więcierz w morską głębinę i rozsierdzony wystrzelił do jednego z nich z kuszy pneumatycznej, po czym patrzył, jak delfin schodzi głębiej i głębiej, pozostawiając za sobą strużkę krwi. Tej nocy taksówka, którą podróżował, zjechała nagle z drogi, gdy kierowca zasnął za kółkiem, a on sam zmarł mimo braku śladu jakichkolwiek obrażeń. Ludzie wiedzieli o delfinie, którego zranił i skazał na bolesną, niekończącą się agonię, i tylko pokiwali głowami:

– Dajże już delfinom pokój.

Miesiąc temu słuch o Conradzie zaginął. Co piątek, usadowiwszy się pod ścianą, Lloyd wypatrywał go pod wieczór, a w soboty, jak zwykle, szedł z matką sprzedawać ryby lepiej sytuowanym mieszkańcom Kingston. Matka nie handlowała bezpośrednio na plażach przy wioskach rybackich lub na targowiskach. Zabierała wysokogatunkowy połów Conrada w starej lodówce przerobionej na pojemnik na ryby i instalowała swój przenośny kramik na poboczu drogi w okolicy supermarketu w Liguanea. Nazywali ją Pinkną Panią łod Ryb, a biali i brownings [osoby pochodzenia afrykańskiego o jaśniejszej karnacji, co nadal zapewnia im uprzywilejowanie społeczno-ekonomiczne – przyp. tłum.] mieli zaufanie do jej towaru.

– Będzie homar w przyszłym tygodniu? – pytały kobiety z okien swoich olbrzymich pojazdów. – Kupuję tylko u pani – mówiły.

– Może byndzie – odpowiadała matka. – Ale dziś polecam tego pinknego lucjana jedwabistego – to dlatego nazywano ją Pinkną; jej ryba zawsze była „pinkna”.

– Do zobaczenia za tydzień, Pinkna – mówiły kobiety z lepszych dzielnic, włączając się z powrotem do ruchu. Lloyd porównywał ludzi z uptown [przedstawicieli klasy średniej zamieszkujących dzielnice położone wyżej i górujące nad gettami Kingston – przyp. tłum.] do żerujących rekinów – przekonani co do swojej pozycji na szczycie łańcucha pokarmowego, pozbawieni strachu przed rzeszami innych istot, z którymi dzielili dom, niemal ich nie zauważali. Rekin mógł w każdym momencie zaatakować mniejszą od siebie rybę – wystarczy jeden ruch ogona i jedno chrupnięcie szczęk stworzonych do dominacji i będzie po sprawie. Lloyd nigdy nie nawiązywał z nimi kontaktu wzrokowego.

Sprzedaż szła dobrze tej soboty, choć ryby nie były najlepsze: Lloyd zajmował się wyszukiwaniem spośród ostro zakończonych kawałków lodu odpowiednich rodzajów i rozmiarów ryb dla klientów, owijaniem okazów w gazetę i wkładaniem ich do reklamówek. Czasami matka kazała mu stanąć na poboczu z wielkim lucjanem w wyciągniętej ręce. Doskwierało mu wówczas ramię, szczypały go przemarznięte palce, a oczy wystawione na słońce zmuszony był mrużyć. Dziadek pokazał mu sztuczkę chroniącą wzrok przed oślepiającym blaskiem morza – powiedział mu także o łańcuchu pokarmowym – z rekinami na samym szczycie. Pomyślał o ekwipunku rybackim dziadka: o żyłkach, spławikach, kotwicy, nożu, haku do wyławiania ryb; o osłonkach na palce wyciętych z rowerowych dętek i zakładanych na palec wskazujący, by ochronić go przed przypadkowym odcięciem przez naprężoną żyłkę; o żółtym sztormiaku pachnącym plastikiem, solą i rybimi łuskami; o lampie naftowej; o skrzynce na lód; o pojemniku na przynętę. Dziadek miał jeden współczesny gadżet – telefon komórkowy, który dostał od matki Lloyda, ale go nie odbierał. Wiedzieli, że dotarł do archipelagu Pedro, bo zadzwonił do nich ze słowami:

– Jużem na miejscu.

– Bóg jest dobry – odpowiedziała matka chłopca.

Ruch zmalał, a w lodówce pozostało tylko kilka mikrych, żółtoogoniastych lucjanów. Pinkna obwąchała je.

– Nie ma co zabierać ich do domu – powiedziała. Sama nigdy nie jadła ryb. Lloydowi wydawało się to dziwnie, że matka nigdy ich nie spróbowała, nie znała się na nich ani nie interesowała się morzem, rybami, tym, gdzie składały ikrę, czym się żywiły, gdzie żyły. Rzuciła pozostałe ryby kundlom mieszkającym za supermarketem.

Tej nocy ojciec Lloyda odwiedził go po raz pierwszy, odkąd maas Conrad wypłynął w kierunku Pedro Banks. Przywitał się z chłopcem tak jak zwykle.

– Co tam, młody? – powiedział. – Coś żeś słyszała? – zwrócił się do matki Lloyda.

Pokręciła głową.

– A ty coś żeś słyszał? – zapytała. Jej głos coś skrywał, było w nim drugie dno. Wyciągnęła dłoń, a ojciec Lloyda wręczył jej zwitek banknotów. Tak właśnie żyli, tak jedli – dzięki pieniądzom przynoszonym przez ojca Lloyda i pochodzącym ze sprzedaży ryb Conrada. Późną nocą Lloyd usłyszał przyciszone głosy matki oraz ojca i wiedział, że rozmawiają o delfinach, które turyści chcieli zobaczyć w parkach morskich i basenach rozsianych po całych Karaibach, delfinach, które trzeba było schwytać. Wiedział, że była to właśnie tajemnica ojca, jego wielka fucha.

To nie była stała praca – upływały miesiące, a nawet rok, zanim zagraniczni handlarze delfinów zadzwonili do ojca Lloyda, by powiedzieć mu, czego potrzebują. Za pierwszym razem Lloyd zasłyszał jego rozmowę telefoniczną z jednym z kumpli, z którymi grywał w domino i pił biały rum.

– Chcom młodom samice – powiedział ojciec Lloyda. – Pinkny okaz z różowym podbrzuszem, tak gadali. Bez śladów na skórze.

Lloyd przyglądał się przygotowaniom do połowu, a gdy jego ojciec wyszedł, skierował się do swojego miejsca pod ścianą i czekał tam, skryty w cieniu. Mrok zapadł, a łódź motorowa wróciła bez delfina zarówno pierwszej, jak i drugiej nocy. Tydzień później łódź wróciła ze zwierzęciem w sieci przywiązanej do burty, ojciec i jego koledzy byli na pokładzie. Na brzegu czekali na nich mężczyźni gotowi pomóc przenieść miotającego się delfina na wyścieloną pakę furgonetki zaparkowanej na plaży. Przykryli zwierzę mokrymi ręcznikami, a pieniądze zostały przeliczone, mnóstwo pieniędzy, o wiele więcej, niż każdy z nich potrzebował, by kupić rum i zapłacić dziwce z New Kingston, dostatecznie dużo, żeby pojechać na Kajmany i obstawić wyścigi konne i żeby jeszcze trochę zostało dla matek ich dzieci. Następnie mężczyźni odjechali, dwóch z nich z delfinem na pace pick-upa.

Lloyd trzykrotnie widział, jak ojciec tak właśnie pracuje, a ostatnim razem, sześć tygodni temu, jego dziadek wracał właśnie z krótkiej wyprawy do wraku statku „Cayman Trader” w rejonie Maiden Cay, gdzie zastała go noc, musiał więc usłyszeć ten potężny hałas i zobaczyć snopy jasnego światła, musiał zorientować się, że to jego własny syn wraz z innymi mężczyznami zagania delfina w sieć, musiał zobaczyć morze kipiące w miejscu, gdzie dorosły delfin próbuje wyrwać się z osaczającej go sieci, i martwe ciało młodego dryfujące w kierunku ciemności. Spoglądając na scenę ze swojej kryjówki przy ścianie, Lloyd zauważył dziadka, który wpływał łodzią bezpośrednio na plażę. Starzec zszedł do wody i brodząc w morzu, czekał odwrócony plecami do brzegu, aż mężczyźni zejdą na ląd.

Lloyd nie dopuścił wówczas do siebie myśli, że życiu dziadka cokolwiek zagrażało, bo przecież dziadek umiał nakłonić najbardziej wiekowe i krnąbrne silniki do zmartwychwstania, znał rafy, mielizny i miejsca występowania oceanicznych wód głębinowych, znał również odmęty, podwodne góry i mroczne doliny na dnie morza. Starzec mógł spać z głową w wodzie rozbryzgującej się po dnie jego łódki, mógł samodzielnie podnieść wypełnioną po sam brzeg skrzynkę na lód, mógł zanurkować na głębokość dziewięciu metrów bez pomocy maski i fajki, nie zwracał uwagi, gdy jego ulubiony nóż do oczyszczania ryb z łusek wymykał mu się z dłoni, raniąc go w palce do krwi. Ojciec Lloyda był z kolei typem mężczyzny, który biadolił. W oczekiwaniu na konfrontację między dziadkiem a ojcem chłopiec nie miał wątpliwości, kto zatriumfuje.

Ojciec rzeczywiście skulił się ze strachu na widok oczekującego go starca, odwrócił się, by porozmawiać z towarzyszami, a po chwili łódź ostro skręciła i odpłynęła z delfinem nadal przytroczonym do burty. Obcokrajowcy na plaży wznieśli ręce ku górze i błyskali latarkami, ale nie mogli zakrzyknąć, bo ich robota wymagała dyskrecji i ciszy. Lloyd widział, jak wyjmują telefony komórkowe, wsiadają do samochodów i odjeżdżają, gdy ślad po łodzi motorowej rozpływał się w ciemnościach. Lloyd dostrzegł dziadka biegnącego w kierunku łódki chybotliwym krokiem starca i zobaczył, jak z impetem do niej wskakuje, a ona chybocze się i głębiej osiada na szarym piasku. Lloyd wyszedł z ciemności i wspólnie ze starcem w milczeniu czekali na falę większą od pozostałych, by we dwóch zepchnąć łódź z powrotem do morza.

– Dziadziu, gonienie za nimi nie ma synsu – powiedział Lloyd, stojąc w ciepłej, zatęchłej wodzie zatoki Kingston i czując, jak rybki ticki ticki [lokalna nazwa gambuzji – przyp. tłum.] trącają jego kostki.

– Idźże do domu – odpowiedział starzec, ale jego głos był cichy. – Idźże do domu, dziecko. Jutro masz szkołe. Musisz się wyspać. – Zapuścił silnik, a ten odpalił za pierwszym razem. Lloyd stał na plaży, patrząc, jak łódź dziadka ślizga się w poprzek zatoki – nigdy nie dogoni łodzi motorowej. Co uczyniono tej nocy, nie można było odczynić, ale nazajutrz Lloyd usłyszał, że schwytany delfin nie przeżył i że klienci byli wściekli, i zagrozili, że znajdą innych łowców delfinów na innej wyspie.

Po tym wydarzeniu ojciec Lloyda przestał odwiedzać jego matkę, a i dziadek przychodził o wiele rzadziej.

– Czemu dziadzio nas unikajom? – chłopiec spytał matkę.

– Sprawy dorosłych – odpowiedziała.

– Chodzi o delfiny?

– Co ty wiesz o delfinach?

– Ja żem ich widział – powiedział. – Łowili delfiny. Dziadzio próbowali im przeszkodzić.

Jego matka aż syknęła.

– Temu starcowi, przysiengam, kiedyś ktoś da po łbie. I co w tym złego, że turyści chcą popatrzeć na delfina? I co z tego, jeśli człowiek chce uiścić za wielkom rybe? A niech i wyłapiom je wszystkie! A jak my, twoim zdaniem, płacimy za twoje podrenczniki?

– Delfin to nie ryba – powiedział Lloyd.

– Niedoczekanie! Co za brednie. Czy nie żyje w morzu? Skoro żyje w morzu, jest rybom. A idźże odrabiać prace domową! – Potem nastąpiła jej mantra: – Bóg mi świadkiem, nie zostaniesz rybakiem. Bóg mi świadkiem!

Lloyd chciał powiedzieć, żeby się nie martwiła. Zarówno jego dziadek, jak i ojciec nie mieli ani braci, ani sióstr, więc linia rodzinna rybaków miała tylko pojedyncze węzły – po jednym synu oddalonym o pokolenie od siebie. Co prawda, potencjalnie mógł mieć syna i wówczas linia rozciągnęłaby się przed nim i za nim – byliby jak rodziny mężczyzn i chłopców, z których wszyscy wybrali morze. Ale nieważne, jak daleko sięga ta linia – do pradziadka, do prapradziadka i do przodków w Afryce, Lloyd miał przeświadczenie, że ród rybaków zginie wraz z nim.

Usiadł na łóżku ze szkolnym zeszytem na kolanach i zastanawiał się, co tak naprawdę oznacza bycie rybakiem, człowiekiem morza. Czy jego ojciec jest rybakiem, czy po prostu jest człowiekiem, który wypływa w morze, by wziąć to, co może, kiedy tylko może? Czy chciał dla siebie życia w bezlitosnym słońcu, samotnych nocy i rozczarowań? Jednocześnie Lloyd zaznał wolności morza, jego czystości, a linię horyzontu rozumiał jako swój cel. Będąc z dziadkiem na pełnym morzu, był w stanie to sobie wyobrazić.

Inni mężczyźni wracali z okolic Pedro Banks. Tak, widzieli, jak starzec opuszcza odległe wyspy z pełnym pojemnikiem ryb obłożonych lodem, miał się dobrze, ale słuch po nim zaginął.

– Maas Conrad to był zbyt dobry marynorz, by coś mu się przytrafiło.

Pogoda sprzyjała, nie było sztormu. Poinformowano policję morską i straż wybrzeża, które podjęły powierzchowną akcję poszukiwawczą z wykorzystaniem czółna. Lloyd przypomniał sobie, jak kiedyś jedna z łódek należących do Królewskiego Klubu Jachtowego Jamajki zaginęła i jak furkotał wojskowy helikopter wysłany na poszukiwanie białych mężczyzn w białej łodzi, latał wzdłuż i wszerz, i na ukos, i po kwadracie, przeszukując morze. Mężczyzn znaleziono – unosili się na powierzchni, martwi, spaleni słońcem, ubrani w kamizelki ratunkowe, a ich łódkę odnaleziono roztrzaskaną u wybrzeża Hellshire. Ale po dziadka nie wysłano żadnego helikoptera.

Matka zaczęła kupować u innego rybaka, a Lloyd pojął ogrom zdrady, straty oraz poświęcenia. Matka miała zaciśnięte usta i zmarszczone czoło, a i ojca chłopca nie sposób było się doszukać. Raz po raz matka dzwoniła do niego, ale odzywała się automatyczna sekretarka, ojciec nie oddzwaniał, nie było śladu po dodatkowych pieniądzach, a ryby kupione u innych okazały się nic niewarte. Co weekend Lloyd rozpytywał rybaków na plaży:

– Widzieliśta go? Znaleźliśta jego łódke?

Potrząsali głowami, a niektórzy mówili:

– Popłyń łowić ze mną, mały. Ty jesteś urodzony rybak, a twojego dziadka już nie ma.

Ale Lloyd nadal widział dziadka na rufie, jak wypływa i powraca, przecież morze nigdy by go nie zabiło, może jego łódź odmówiła mu w końcu posłuszeństwa, ale z pewnością dotarł do jakiejś odizolowanej wysepki, do plaży bez dostępu do drogi, i jeśli jakiś człowiek byłby w stanie przeżyć, mając tylko żyłkę i nóż, to tym człowiekiem był jego dziadek. Więc przynajmniej raz na tydzień chłopiec podchodził nocą do muru i wpatrywał się w morze, czekając na starca, aż do ostatniej nocy, gdy spoglądał na morze przez strugi deszczu.

– Co tutaj robisz, mały? – Ręka chwyciła go za ramię i dopiero drugi raz, odkąd dziadek zaginął na morzu, Lloyd zobaczył swojego ojca. Tors miał nagi, deszcz spływał mu z kapelusza. Słaniał się na nogach i Lloyd poczuł od niego rum.

Wstając, stracił osłonę, którą zapewniał mu stary mur, i poczuł ciężar deszczu na własnej głowie oraz ramionach.

– Nic takiego – odpowiedział i spojrzał na ziemię. Lepiej nie patrzeć ojcu w oczy, lepiej nie ujrzeć w nich prawdy.

– To tu się włóczysz po nocy? – Chłopiec wiedział, że ojciec wpatrzony był w plażę, zamazaną teraz przez deszcz, i że zastanawiał się nad tym, co też syn tam widział w te liczne, jasne noce, zanim dziadkowi nie udało się powrócić, nie udało się odnaleźć lądu. Nacisk dłoni ojca spotężniał, a i on sam zgiął się wpół, przysuwając twarz zbyt blisko: jego ciężki oddech był mokry i kwaśny.

– Lloyd? – Usłyszał głos matki. A gdy się odwrócił, zobaczył ją, jak stoi pod jaskrawą parasolką, i zobaczył też nóż w dłoni ojca, nóż dziadka do czyszczenia ryb z łusek, nóż, który dzierżył z taką wprawą, nóż, za którego pomocą jadł, nóż z kościaną rączką oraz brakującym zdobieniem. Matka uniosła parasolkę i poruszyła głową, jakby mówiła: „Zejdź z deszczu”. Ojciec dołączył do niej, chowając się pod parasolką.

– Przecie żem ci mówiła, żebyś to wyrzucił – powiedziała do niego, wskazując palcem nóż. – Masz łeb pusty jak przejrzały kokos.

Zabrała mu nóż i zwróciła się do syna.

– Chodź no tu, dziecko – powiedziała, a jej głos był miły. – Pora iść do domu.

Podała parasol ojcu Lloyda i podeszła do fal rozbijających się o brzeg: wziąwszy zamach, cisnęła nóż, a ten wirował w noc, kręcąc się w deszczu, a Lloyd nie widział i nie słyszał plusku, kiedy wpadł w wodę.

Tłumaczył Bartosz Wójcik

Tłumacz dziękuje Marcinowi Orlińskiemu i Małgorzacie Paprocie za cenne sugestie oraz uwagi stylizacyjne.

 

Data publikacji:

Diana McCaulay

Jamajska działaczka ekologiczna i pisarka. Założycielka i prezeska Jamaica Environment Trust, organizacji pozarządowej działającej na rzecz środowiska naturalnego. Autorka powieści: „Dog-Heart”, „Huracan”, „Gone to Drift” i „White Liver Gal”. Za opowiadanie „Łowca delfinów” otrzymała nagrodę w Konkursie Wspólnoty Narodów na Opowiadanie (2012).

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!