Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Czas równowagi!

W jesiennym „Przekroju” szukamy spokoju i pokoju. Zastanawiamy się, jak w przyszłości będzie wyglądać praca i jakie umiejętności już dziś warto pielęgnować. Poznajemy Indie i zachwycamy się polską jesienią. Do tego wielki temat – joga! Czym tak naprawdę jest, a z czym jest nieraz mylona? I jeszcze: odważnie o lęku, chmury i wiatry, pomarańcz w każdej odsłonie, rude lisy i kombucha.

Już jest nowy „Przekrój”!

220 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Louise Glück to pierwsza od czasu Szymborskiej poetka noblistka i również „tylko z maturą”.
2020-11-02 00:00:00
Destroix

Louise Glück: Dla zdrowych i chorych

na zdjęciu: Louise Glück
Louise Glück: Dla zdrowych i chorych
Louise Glück: Dla zdrowych i chorych
Czyta się 15 minut

Słyszała pani?

Stałem na przystanku i kolega dzwoni, że Tokarczuk – Nobel. Każdy, kto pisze po polsku, a choćby po polsku mówi, mógł się poczuć połechtany: nasi wygrali, „myśmy wygrali”, ja też znam ten trudny język, który docenili w świecie! Tak było rok temu. Tym razem postanowiłem nie dać się zaskoczyć, dowiedzieć się z pierwszej ręki, przeżyć tę chwilę świadomie, zobaczyć „na lajfie” ogłaszanie Nobla w dziedzinie literatury. Inne kategorie tej głównej nagrody świata nie są aż tak głośne w opinii publicznej, bo co zwykły człowiek z fizyki zrozumie? Werdykt najpierw jest po szwedzku i dopiero z drugiej wersji, międzynarodowej, dało się wychwycić nazwisko tego, kto wygrał. Myślałbyś, że Niemka, gdyby nie podali kraju pochodzenia.

Dzisiaj to są inne czasy niż w ’96: ogłaszają Nobla, oglądasz na żywo, a pięć minut później masz te książki w Kindle’u. W tym rozdaniu wyróżniono artystkę języka angielskiego, pierwszą Amerykankę od czasu Toni Morrison, pierwszego obywatela Stanów Zjednoczonych od czasu Boba Dylana (nagród naukowych, rzecz jasna, nie liczę). Wygrała w tym roku fiction, ta najbardziej wychuchana, noszona na rękach – poezja. Dylan też poeta.

Laureatka nazywa się Louise Glück (czytaj „Glyk”, nie „Gluk”) i pięknie sobie nie radzi z przedstawicielami prasy, zwłaszcza w klasycznej łapance, „wywiadówce” na ulicy. Żyją zatem jeszcze ludzie słodko niemedialni! Nawet Doris Lessing (która – słynna scena – dowiedziała się o Noblu, wysiadłszy z taksówki, i dziennikarz jej powiedział, bo Komitet Noblowski zadzwonił na stacjonarny, a ta była na zakupach!), sędziwa, nobliwa pani, lepiej dała sobie radę w nagłym kontakcie z mediami. Glück na widok dziennikarzy stojących dywanem u schodów przed domem zareagowała cokolwiek nerwowo, bo może się przestraszyła, że „to wszystko teraz tak będzie wyglądać”. Na całe szczęście dla noblistów literatów medialna kurzawa trwa wokół nich krótko: po ogłoszeniu i przy odbieraniu. Z reguły to nie są ludzie chowani do takiej sławy.

Kiedy zadzwoniono do niej z Komitetu Noblowskiego na krótki wywiadzik typu „Jak się pani teraz czuje?”, mówiła ogólnie, że jest siódma rano, chciałaby napić się kawy, więc wywiad max. dwie minuty, że jest szczęśliwa, bo dom sobie wreszcie kupi, że się czuje zaszczycona, chociaż nie wszystkich artystów wyróżnionych Noblem ceni, a pierwsze, co pomyślała, gdy jej ten ogromny zaszczyt zakomunikowano, to że przyjaciele, których ma głównie pisarzy, zjedzą ją z zazdrości.

Curriculum vitae

Wzorcowa biografia twórczego umysłu powinna być krótka. Tak sądził Heidegger i tak streścił żywot Arystotelesa: żył, pracował, umarł. TYLE. Twórca powinien mieć bogate życie, no ale wewnętrzne, przeżywane w dziełach, i nikogo nie obchodzi, co mu się tam w domu działo, wszystkich natomiast, co mu się tam działo w głowie. Tak jak u Szymborskiej – „wszystko jest w wierszach”. Cokolwiek się zdarza twórcy, może najwyżej „przydać się do prozy” (Michał Witkowski) albo przydać się do wiersza (Louise Glück). Z czego się robi literaturę? Tylko pozornie ze słów! Michał Paweł Markowski, polonista na wychodźstwie i dyrektor Festiwalu Conrada, uważa, że z życia.

Zewnętrzna biografia poetki noblistki (oraz eseistki) jest ładna, niewybuchowa, taka „samoswoja”. Żydowsko-węgierskie korzenie, urodzona w Nowym Jorku, wychowana na Long Island, na wschód od NY. Chciała być artystką sceny, została artystką słowa. Co robi na co dzień? Pisze – i uczy tego, co robi. W przemowie noblowskiej Szymborska twierdziła, że „nie ma przecież profesorów poezji” – to by się zdziwiła! Louise Glück naucza na uczelni wyższej, chociaż żadnej nie skończyła (chyba że liczymy doktoraty honorowe), ale w Ameryce „przebieg pracy zawodowej”, przynajmniej w dziedzinie sztuki, zależy nie od dyplomów, ale od osiągnięć (słusznie!), i po pierwszym tomie wierszy otrzymała pierwszy etat. Po przeróżnych przeprowadzkach pomiędzy stanami Glück dziś mieszka w Cambridge, tym amerykańskim, tam, gdzie mają siedzibę MIT i Harvard, naucza na Yale, no, takie to życie. W mieście Cambridge w Massachusetts bycie laureatem Nobla nie robi wrażenia tak dużego jak w Krakowie, bo tam noblistów mieszka lub mieszkało grubo ponad setkę…

Gdyby Glück rozliczać z przyziemnej biografii, to „nic specjalnego”! Trochę jak w Kto się boi Virginii Woolf?: północny wschód Stanów, czyli prawie Anglia (Nowa Anglia), życie w dobrym towarzystwie i praca w kulturze. Od XIX wieku spodziewamy się po twórcach, a szczególnie po poetach, nieszablonowości, tak zwanych numerów. Bo o czym ma pisać pisarz, jeśli nie o swojej bogatej biografii? Najlepsze historie pisze ponoć samo życie, a ona ma życie grzeczne, nie twierdzę, że nudne. Dorabiała kiedyś w biurze jako sekretarka. Również praca „przy literach”, cokolwiek by powiedzieć. W jej rodzinie występuje wątek kulinarny: ojciec wynalazca noży (nożyk modelarski, np. w Hannibalu Clarice właśnie takim otwiera list od Lectera, a Lecter – brzuch policjanta), mąż od gotowania (New England Culinary Institute). W 1980 roku miała pożar domu.

Wystarczy zajrzeć pod pierwszy naskórek, choćby okładkę otworzyć i zaraz się okazuje, o kim w ogóle mówimy. Widać, że się dzieje, ale głównie wewnątrz, co chyba nie dziwi w wypadku pisarki. Wrażliwa kobieta, po młodzieńczej anoreksji, po wielu latach wglądu wewnętrznego, to znaczy psychoterapii. Samozagłodzenie nie z przyczyn klinicznych, ale, jak twierdzi, z metafizycznych: chciała stać się „czystym duchem”, choć na szczęście w porę „dała sobie przetłumaczyć”. Wyostrzone zmysły, perfekcjonizm, lekka aspołeczność. Artystka poetka.

Gdyby chciała zebrać kolekcję swoich wyróżnień, swoje Moje nagrody, tak jak Thomas Bernhard, miałaby co zbierać: byłoby o stypendiach państwowych, o stypendiach Guggenheima, doktoratach honorowych, o Nagrodzie Bollingena, Pulitzera, Tranströmera, o wyróżnieniu Poet Laureate (nadworny poeta, w Anglii – przy królowej, w USA – przy prezydencie), o National Book Award, no, a na końcu wiedzą Państwo o czym. Możliwe zresztą, że jeszcze jakąś dostanie lub przynajmniej ufunduje – jak Szymborska swoją i Tranströmer swoją, poeci nobliści. Odbierając NBA, pięknie powiedziała z typowym dla siebie mrokiem, trochę bernhardowskim, w hołdzie innym typowanym: „Ciężko się przegrywa, znam to świetnie z doświadczenia”.

Czytając od końca

W wyżej wspomnianym wywiadzie telefonicznym laureatka prosi, żeby nie zaczynać lektury jej wierszy od pierwszego tomu (u Szymborskiej, pamiętamy, wyglądało to podobnie, choć z innych powodów). Jeżeli nie od początku, to może zatem od końca, od ostatniego jak na razie zbioru Faithful and Virtuous Night, którego tytuł można by przełożyć, patrząc w stronę Schulza: „Noc wielkiej próby”. Tytułowy wiersz tomiku takie ma zdanie otwarcia: „My story begings very simply: I could speak and I was happy. / Or: I could speak, thus I was happy”. No, powiem Państwu, tłumacz się narobi, bo w tej pracy taka prawda: tym trudniej, im prościej. Nie podejmę się przekładu, tylko komentarza. Co poetka ma na myśli? To, co napisała: na początku było słowo! Gdyby nie umiała mówić, to nie byłaby poetką. Louise Glück potrafi napisać coś tak prostego, że aż banalnego, a jednak uniknąć kiczu. Potem nastąpi „praca komplikacji”, ale to dopiero potem, a tymczasem ma odwagę rozpocząć od zera, „od pieca”, od bazy. Jej wiersze, można powiedzieć, są pracą u podstaw. Glück przeprowadza oględziny fundamentów. Jej długaśny utwór zaczyna się refleksją o zaczynaniu, a kończy – refleksją o zakończeniu.

Okładka tomu „Faithful and Virtuous Night”
Okładka tomu „Faithful and Virtuous Night”

Widzimy zatem wspaniałe dwa w jednym: wielka stawka, skromna forma. Metafizyczne odloty są do przetrawienia tylko pod warunkiem czystości wyrazu. Jeśli chcesz mówić o skomplikowanych, trudnych, wielkich sprawach, mów o nich najjaśniej. Tak robiła Iris Murdoch, idolka poetki, pisarka i filozofka, która wielki świat idei zechciała przepisać na codzienny świat historii. Innym mistrzem Glück jest sam William Blake, poeta, ale i grafik, który swoje mroczne wizje na koniec przecież wyrażał, mieścił w dwóch wymiarach, w prostokącie ramy, oświetlał, dawał zobaczyć.

Żeby nie było, że wiersze strasznie ambitne i o stawce ostatecznej, doceńmy w tym tomie małe prozy poetyckie, choćby tekst ostatni pod tytułem Para w parku (The Couple in the Park), uroczy obrazek, bardzo jesieniarski. Pan i pani się spotkali zupełnie przypadkiem. Wiadomo, że jeśli w parku, to tylko jesienią. Już nie mogę się doczekać, jak to będzie po naszemu – czy przekład się nie osunie w tak zwaną poezję.

O niepisaniu

W wypowiedziach Louise Glück nigdy nie brakuje tła, kontrastu. Nawet gdy się cieszy z Nobla, ma czas wspomnieć o tych, którzy się nie cieszą. Kiedy mówi o pisaniu, którego zresztą naucza, dużo uwagi poświęca refleksji nad jałowością, nad blokadą twórczą. Otóż w szale twórczym potrafi ułożyć aż do pięciu wierszy dziennie i wcale nie takich, których mogłaby się wstydzić. Jednak czasem na to święto musi czekać całe lata, w czasie których nic nie tworzy, najwyżej w ogrodzie, o czym będzie niżej. Cierpi, jak widać, na pisanie „napadowe”, wena ją ogarnia i poetka nie ma wyjścia. Sama wie najlepiej, że takiego stanu nie da się długo utrzymać i nie byłoby to zdrowe, więc po manii poetyckiej nachodzi ją flauta. Na całe szczęście, niezbyt wiele o niej pisze, raczej mówi po wywiadach, by pocieszyć współpiszących. Od wierszy o pisaniu gorsze są tylko wiersze o niepisaniu. Porażka, jałowość, bezradność to jest stałe tło jej sztuki, jego basso continuo, jednak proszę nie pomyśleć, jakoby uprawiała „propagandę niesukcesu”. Chodzi tak naprawdę o coś najprostszego, o bezpieczeństwo i higienę pracy. Bo na czym polega etat? Osiem godzin pracy, osiem godzin życia, osiem godzin odpoczynku.

Glück to artystka wybitnie świadoma swojego warsztatu, jego wymagań, jego ograniczeń. Jest nauczycielką rzemiosła poetyckiego, sama w nim terminowała (m.in. u Stanleya Kunitza) i dlatego bez żenady szanuje jego reguły. Wie, że „nic na siłę” i że tajniki zawodu nie są znikąd wzięte. Istnieją po to, żeby móc je łamać, lecz żeby je łamać, muszą najpierw istnieć. W utworze Celestial Music rzuca takie zdanie: „The love of form is the love of endings”. To chyba najważniejsza cecha udanego twórcy, że umie dokończyć dzieło i wykończyć jego postać. Poeta z warsztatem, szanujący swoją pracę i okresy jej przestoju panuje nad materiałem i nie liczy na przypadek. Daje do druku to, co wypracował, a nie to, „co wyszło”.

Kwiaciarnia

Louise Glück to pierwsza od czasu Szymborskiej poetka noblistka i również „tylko z maturą”. Lubi jesień, kwiaty, życie na wsi i nastroje, czyli tak jak wszyscy, i stawia przed sobą ogromnie trudne zadanie: napisać o tym co każdy, ale zupełnie na świeżo. Tak onegdaj malowali tak zwani dawni mistrzowie, najczęściej wszyscy to samo, lecz każdy niepodrabialnie. Weźmy wymienione kwiaty: banalniej się nie da. Czy istnieje coś bardziej, za przeproszeniem, poetyckiego? Ale kiedy się pojawi udolny artysta, nagle się okaże, że nie istnieją bezpłodne tematy.

Po tomie Ararat, który był żałobą i wyjściem z żałoby, przeszła w okres niepisarski i zajęła się ogrodem (plus, jak się domyślam, pracą zarobkową). Przesadzała kwiatki, słuchając Don Giovanniego, i tak przez dwa lata – aż do niej dotarło, że tyle właśnie wystarczy, ogrodnictwo się nadaje na materiał literacki. Napisała serię wierszy mówionych przez kwiaty. Arcydzieła, proszę Państwa. Tom ma tytuł Dziki irys i otrzymał Pulitzera.

Postanowiła poddać tekst rytmowi doby, poczuć dzień tak jak roślina: rano otwieramy płatki, a wieczorem zamykamy. Sztuka międzygatunkowa jest obecnie bardzo modna, może w tomie The Wild Iris znajdzie swe korzenie? Zbiór poukładano jak w liturgii godzin, wiersze poranne to jutrznia, wieczorne – nieszpory. Polscy tłumacze będą mieli z czego czerpać przy spolszczaniu tego tomu, bo chociażby z Kwiatów polskich Juliana Tuwima albo z Białych kwiatów Cypriana Norwida (albo z tegoż Czarnych kwiatów).

Najsłynniejszy w The Wild Iris jest, poza tytułowym, wiersz o maku polnym, The Red Poppy, wróć – wiersz maku polnego, bo to on przemawia: „I have / a lord in heaven / called the sun”. Poetka lubi to czytać na swoich wieczorkach i gdy usłyszałem jej wykonanie na YouTubie, najpierw pomyślałem, że chodzi o Boga Syna, son, drugą osobę Trójcy Świętej. W poezji nie ma przypadków, nieistotnych współbrzmień. Bardzo to hebrajska zabawa samogłoskami. Rozumieją Państwo, dlaczego nie streszczam, „o czym” są te wiersze, bo poezja nie jest o czymś, poezja jest czymś, więc trzeba przeczytać, a lepiej jeszcze: usłyszeć.

Z tytułowego The Wild Iris pochodzi emblematyczna linijka poetki, zdanie, które jej towarzyszyło przez dwa lata „bezpłodności”, jednocześnie groźba i wyjście z opresji: „At the end of my despair there is the door”. Poeci tak mają, że czasem potrafią wieszczyć…

Only in America

Nie należy zapominać, gdzie żyje noblistka i gdzie pisze wiersze, i w jakim języku. W angielskim, rzecz jasna, ale nie w brytyjskiej wersji. Jest artystką z Ameryki i swojemu krajowi poświęciła esej, skądinąd niejeden. W American Originality (Niepowtarzalność Ameryki) wspomina Szymborską i zauważa prosto: w Ameryce takiej nie ma, tak „bystrej” poezji, ale mają inną, swoją, nietęskniącą za Europą. Pokazuje Stany jako wielki reset twórczy, kraj dla młodych ludzi, gdzie najłatwiej „wszystko zacząć”, a trudno kontynuować. Polecam uwadze szkic pt. Ersatz Thought, w którym pięknie się dostaje systemowi edukacji, szczególnie uczelniom wyższym, sprzedającym mądrość. W artykule tej pisarki, która porzuciła studia, choć dzisiaj na nich naucza, słychać echo Sokratesa walczącego z sofistami i walkę Montaigne’a z panami „bakałarzami”.

Okładka tomu „A Village Life”
Okładka tomu „A Village Life”

Najbardziej „rodzimy”, najbardziej amerykański, jeśli można tak powiedzieć, jest jej tom o życiu na wsi, A Village Life. W znudzonej sobą Europie zaraz by się to zmieniło w narzekanie na prowincję, w jakiś marksowski „idiotyzm życia wiejskiego”. Louise Glück natomiast jest mistrzynią afirmacji i bynajmniej nie naiwnej. Kiedy tworzy wiersz Sielanka (Pastoral), wspomina o śmierci i o fakcie, że przyroda, główne bogactwo „niemiasta”, wspaniale umie zabijać. Ułożyła raczej zbiór niewielkich opowiadań niż lirycznych wierszy, gdzie traktuje szarość życia jako „wielkie pocieszenie”. Chociażby ten wieczór, który znaczy: fajrant: „It’s easy to give things up like this, experimentally, / for a matter of hours”. Tom się rozpoczyna właśnie wierszem o wieczorze (Twilight).

Tak, o 11 września też stworzyła utwór, ale w innym zbiorze. Tytuł jest October, wiersz traktuje zatem o tym, „jak to było potem” i że było jakieś potem. Wiersz (w sumie poemat) rozpoczyna seria pytań. „Czy zima znów przyszła? Czy znowu jest zimno?” Proszę wybaczyć oczywiste skojarzenie, no ale mam właśnie takie: Koniec i początek Wisławy Szymborskiej, „Po każdej wojnie / ktoś musi posprzątać”.

Okładka zbioru esejów „American Originality”
Okładka zbioru esejów „American Originality”

Wiara, nadzieja, zdrowie

O Glück nie powiemy, że jest poetką wyznania – ani się wywnętrza, ani przed nami spowiada. Konfesyjność nie i pobożność nie, lecz tematy religijne widać choćby po tytułach, bo ilu tu świętych i ile przeróżnych modlitw. Joanna d’Arc, o której małej Louise opowiadał ojciec, nie dodając, że spalili, jest jej „faworytną” bohaterką chrześcijaństwa. Wiara u noblistki nie musi być wiarą w Boga. Ona patrzy trzeźwo i dogłębnie nowocześnie – chodzi o wiarę w cokolwiek. Plany w tym zakresie ma wielkie, pozagrobowe: „I want to live after I die”, wyznała w wywiadzie, nawiązując do Horacego, do jego pomnika trwalszego od spiżu.

Jej dotąd wydane wiersze powstawały na długo przed obecną epidemią, ale jak to twórczość prawdziwie udana i uniwersalna dobre są na wszystkie czasy, na „czarną godzinę” również. Szczególnie tom Vita Nova i sekwencja Lamentations w tomie Descending Figure brzmią bardzo à propos. Mielą temat beznadziei, z której wyłuskują cząstkę słowotwórczą „bez”. Zostaje sama nadzieja, ta właśnie szczególna jakość, której teraz nam potrzeba. Jeżeli ktoś mimo wszystko ma pogodny nastrój i pragnąłby się zdołować, żeby dorównać do średniej, niech czyta Ararat, tom o śmierci ojca i szerzej – o śmierci. Nie jest wykluczone, że w tym roku, jak co roku, przyjdzie Boże Narodzenie (jak ten październik po wrześniu) i na tę okazję Glück również ma utwór, by tak rzec „dedykowany”: Nativity Poem z tomu The House on the Marshland. Gdyby jednak tak się nie stało, można przejść do wiersza The End of the World z tomu The Triumph of Achilles.

A kiedy u nas?

Najszybszy był Konrad Hetel, poeta / tłumacz / dramaturg, który na swojej stronie „±1354” (to tak zwana stała Enzensbergera, szacunkowa liczba czytelników wierszy w każdym poszczególnym kraju), najpopularniejszym kąciku poezji na polskim Facebooku (nie licząc „Wierszy w Excelu”), wrzucił Glück w swoim przekładzie pięć minut po ogłoszeniu. Jeden wierszyk, ale zawsze. Tak szybko zrobił ten przekład? Nie tak szybko, lecz tak dawno, bo już miał zrobiony w przednoblowskich dla Glück czasach. W kręgach poetyckich ta wierszopisarka nie była aż tak nieznana jak w „szerokich kołach”. W Stanach jest wśród szkolnych lektur już od paru dobrych lat, szczególnie wiersz The Drowned Chrildren.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

W druku mieliśmy jak dotąd trzy wiersze noblistki w tłumaczeniu Julii Hartwig (antologia Dzikie brzoskwinie). Biblioteka Kraków: 56 filii, a 2 egzemplarze, więc pognałem hulajnogą na Radzikowskiego, zrobiłem trzem stronom foto i zaraz oddałem, żeby inni również mogli. Są podobno tłumaczenia jeszcze niewydane, są przymiarki do wydania, z czym teraz po Noblu nie będzie chyba problemu (a5? Znak? WL?). Tylko Daria Fo, dramatopisarza, nawet honor sztokholmski nie dał rady wylansować, bo w latach 90. kto by w Polsce wydawał sztuki komunisty, na dodatek zjechanego przez Czesława Miłosza? Osobliwy przypadek Fo tłumaczy inną prawidłowość: dramatów się nie drukuje (z wyjątkiem klasyków), chociaż też literatura. Z Haroldem Pinterem było tylko trochę lepiej, najlepiej chyba z Jelinek, a z Peterem Handkem jeszcze zobaczymy.

Bardzo jestem ciekaw, o czym Glück opowie w przemowie noblowskiej, którą oczywiście wygłosi przez internety – czy to będzie o wirusie, czy o czymś może ważniejszym i czy jest w ogóle coś obecnie ważniejszego? I kto to przełoży na nasz polski język. Spuentujmy na wzór Szymborskiej: tłumacze będą mieli zawsze dużo do przetłumaczenia.

Pisząc, czytałem: wiersze zebrane (»Poems 1962–2012«), wiersze z najnowszego tomu (»Faithful and Virtuous Night«), eseje (»American Originality«) i literaturę przedmiotu: książki »The Poetry of Louise Glück« Daniela Morrisa i »My Poets« Maureen N. McLane, artykuły Katy Waldman z „New Yorkera” (»Louise Glück, Whisperer of the Seasons«) i Katherine Wolkoff z „The Atlantic” (»The Many Beginnings of Louise Glück«). Polecam wywiad z poetką na youtube’owym kanale Academy of Achievement.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!