Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Ewa Pawlik

Lekko! Pismo robi się lekko

Lekko! Pismo robi się lekko

Ewa Pawlik, sekretarz redakcji nowego „Przekroju”, w poszukiwaniu recepty Mariana Eilego na „jedyne takie pismo na 800 mln Słowian”.

Reakcja jest zawsze ta sama: „Pamiętam!”, „Ciocia kupowała!”, „Tata czytał!”, „A tak, Filutek! Ostatnia strona!”, „Te krzyżówki!". Każdy zna, większość czytywała, wszyscy pamiętają. Ukazywał się tydzień po tygodniu przez 68 lat. Czytywały go całe rodziny, wszystkie pokolenia. Pisywali do niego wybitni dziennikarze, pisarze, poeci. Wielu trafiło na listy lektur szkolnych, a dwoje – Miłosz i Szymborska – na listę laureatów Nagrody Nobla. Instytucja. Zjawisko. Fenomen. A za tym wszystkim on – niepozorny starszy pan. Elegancki, na każdym zdjęciu krawat i papieros w szklanej lufce, niekoniecznie uśmiech. Idealny everyman, znaków szczególnych – brak. Poza ludźmi z branży niewielu go pamięta. Nie został wymieniony na tablicy upamiętniającej znane i czcigodne persony spoczywające na cmentarzu Rakowickim. Mam problem ze zlokalizowaniem jego nagrobka. Pomaga mi taksówkarz, któremu zdążyłam trochę o Marianie Eilem opowiedzieć. Oczywiście pamięta „Przekrój”, bo: „ciocia kupowała, tata czytał, te krzyżówki, Filutek, ostatnia strona!”. Ale Eile? Ciekawe! Biegamy wśród alejek razem. 
Jest wrzesień, ostatnie upalne dni lata. Z Warszawy przyjechałam ekspresem i dalej jestem w pędzie, mam tylko kwadrans do umówionego wcześniej spotkania. Kupuję od ulicznej kwiaciarki pomarańczowe róże, jedyne, jakie miała. W końcu taksówkarz znajduje nagrobek, kładę kwiaty, wypalam papierosa, bo czuję, że to pasuje bardziej niż modlitwa, i ruszam dalej. W Krakowie tłumy turystów, korki, harmider.
Wiele dni później sprawdzam, jakie symboliczne znaczenie mają pomarańczowe róże: „Oznaczają entuzjazm i fascynację. Podgrzewają atmosferę. W relacjach formalnych to prezent finalizujący udany projekt. Podarowanie pomarańczowych róż oznacza pragnienie pójścia o krok dalej”.

Fafik: Ludzie są smutni, bo nie mają czym merdać.

„Proszę ściągnąć spodnie” – zwraca się do Eilego lekarz, z trudem znaleziony w obcym mieście. Pacjent wcześniej był w Krakowie tylko raz, jeszcze w czasach studenckich. Teraz stoi ledwo żywy, wyziębiony po podróży kukuruźnikiem. Liczył na aspirynę, ale trafił do medyka niezupełnie tej specjalizacji. 

Jest luty, może początki marca. Pierwszy numer „Przekroju” ukazuje się w kwietniu 1945 r. Kraków staje się w tamtym czasie przystanią dla intelektualistów i twórców z całej Polski oraz utraconych Kresów Wschodnich. Ulice wypełnia przedziwny konglomerat polskich i radzieckich żołnierzy, ubranych jeszcze w pasiaki byłych więźniów obozów koncentracyjnych, uciekinierów z Warszawy i szabrowników. Wszyscy wykończeni wojną, ale też zachłyśnięci odzyskaną wolnością, jakakolwiek by ona była.

W porównaniu ze stolicą miasto nie jest zniszczone. Przetrwały tu wykorzystywane przez Niemców podczas wojny drukarnie. Szczęśliwie dla Eilego większość pisarzy i poetów zajmuje jedną kamienicę – przyznaną Związkowi Zawodowemu Literatów Polskich. Pod wspólnym adresem zamieszkują więc: wdowa po Witkacym Jadwiga Unrug, Stefan Kisielewski, Leon Kruczkowski, Tadeusz Peiper, Adam Ważyk, Konstanty Ildefons Gałczyński, Ludwik Flaszen i Stanisław Dygat. To tu Jerzy Andrzejewski pisze scenariusz Popiołu i diamentu. Później do grona lokatorów dołączy Sławomir Mrożek, jeszcze później – Wisława Szymborska. Pewnej nocy ktoś przychodzi z wizytą do Szaniawskiego, ale nie zna numeru jego mieszkania. By nie szukać próżno po trzech klatkach schodowych, staje na podwórku i krzyczy: „Mistrzu! Mistrzu!”. Otwierają się wszystkie okna.
Dziwnym zbiegiem okoliczności jest to ten sam adres, pod którym mieszkam w trakcie mojego pobytu. Ostatnia klatka, poddasze. Dawne lokum Szymborskiej.
Eile wierzy, że pismo musi się opierać na tzw. lokomotywie, czyli mocnych nazwiskach: „gdy lokomotywa jest dobra, to za nią wszystkie wagony jadą. Najtrudniej o dobrą lokomotywę. (…) z chwilą, gdy pojawiają się dobrzy autorzy, to następni skłonni są nawet dopłacić, żeby w »Przekroju« figurować” – cytuje go Andrzej Klominek w Życiu w „Przekroju”.

Pierwszych współpracowników znajduje wśród znajomych sprzed wojny: pisarzy, publicystów i artystów. Makietę pisma tworzy wraz z Januszem Marią Brzeskim, grafikiem i ilustratorem, związanym przed wojną z kinem awangardowym, twórcą wybitnych kolaży. Jednym z najważniejszych autorów zostaje też Ludwik Jerzy Kern, przez lata twórca popularnej ostatniej strony Rozmaitości. Dużą rolę odgrywa Konstanty Ildefons Gałczyński, twórca „Teatrzyku Zielona Gęś”. To on wymyśla później termin „cywilizacja »Przekroju«”, którym określa się wpływ, jaki tygodnik wywarł na kształtowanie się polskiego społeczeństwa lat powojennych. Swoje teksty publikują tu: Jarosław Iwaszkiewicz, Julian Tuwim, Władysław Broniewski, Zofia Nałkowska, Jerzy Waldorff, Leopold Tyrmand. Lista „Przekrojowych” autorów do grudnia 1945 r. zawiera 146 nazwisk i pseudonimów, trzy lata później – 350. Chyba łatwiej wymienić, kto do „Przekroju” nie pisał, niż odwrotnie. 

Znajdziemy tu i psa. Podarowany Eilemu w 1946 r. z okazji imienin terrier o imieniu Fafik stał się wpływowym redaktorem, najbardziej wyszczekanym i, jak mawiał jego pan, leniwym: nie chciało mu się trzymać pióra w łapie. Mimo to na łamach pisma często gościły jego fraszki, drukowano też fragmenty korespondencji, którą prowadził z innymi psami.

O atmosferze panującej w redakcji krążą legendy. „Lekko! Pismo należy robić lekko!” – powtarzał często Eile. Miał nosa do współpracowników. Stworzył kameralny, niezwykle zgrany, znakomity zespół, który pracował w niemalże niezmienionym składzie do końca jego dyrektorowania. Wojciech Plewiński, autor kilkuset okładek „Przekroju”, tak wspomina współpracę z naczelnym: „Przynosiłem pomysł. Eile mnie wysłuchiwał spokojnie, po czym oznajmiał, że tego się absolutnie nie da zrobić. Brak możliwości, brak funduszy. Pomysł zbyt szalony. A po chwili dodawał: »no dobrze, robimy«. I robiliśmy”.

Prawą ręką Eilego i współtwórczynią pisma była Janina Ipohorska. Koleżanka ze szkolnej ławy jego żony, Katarzyny Grzymalskiej, wieloletnia partnerka Eilego w życiu zawodowym i prywatnym. To z nią konsultował wszystkie decyzje. Razem wymyślali kolejne tematy, to ona prowadziła, pod wymyślonym dla niej przez Eilego pseudonimem Jan Kamyczek, Demokratyczny savoir- -vivre, kultową rubrykę porad. 

Do „Przekroju” napływały setki listów, które trzymano w redakcyjnej wannie. Głównie do Kamyczka. Ludwik Jerzy Kern tak to widział: „Ludzie, to znaczy nowe klasy, które nagle objawiły się i wypłynęły na powierzchnię, mieli mnóstwo problemów ze sobą i z otaczającym światem. Niczego nie byli pewni. Zwłaszcza siebie samych. Że wtedy w tych pierwszych kilkunastu latach po wojnie kompletnie nie schamieliśmy i nie skretynieliśmy – zawdzięczamy w dużej mierze Janowi Kamyczkowi”. 

Tytan pracy, świetna redaktorka, zdolna rysowniczka. Była wcieleniem taktu i dyskrecji. Pozostawała w cieniu Eilego, odzywała się rzadko, ale jej komentarze były zawsze niezwykle celne i dowcipne. 

Wprowadziła do redakcji Barbarę Hoff, zdolną projektantkę mody i silną, dynamiczną osobowość. Twórczyni „Hofflandu” przemycała przez żelazną kurtynę najlepsze zachodnie wzorce, zmieniała wygląd polskiej ulicy. Czytelnicy pisma, którym udało się wyjechać np. do Francji, nie mogli się nadziwić – cały Paryż ubierał się „Przekrojowo”! 

Fafik: Znane, ale przypominam: wszystkie zwierzęta, oprócz człowieka, wiedzą, że żyje się dla radości!

Nieprawdopodobnie dynamiczny, skrupulatny, kochał swoją pracę. Zdaniem Kerna był jedynym człowiekiem w Polsce, który nie chciał awansować. 

Wielki entuzjasta życia. Nie wracał do przeszłości, zawsze zainteresowany tym, co nowe, świeże, odkrywcze. Mawiał: „Pomartwimy się, jak dojdziemy do mostu”. 
Potrafił mówić pięknie i słuchać uważnie, ale w gronie zaufanych osób używał niekiedy siarczystego języka. Uwielbiał naturalność – w relacjach, w pisaniu, w tym, co na siebie zakładał. Co prawda w redakcji przesiadywał w kapciach i workowatych spodniach, jednak nie goniąc za modą, czasem mimowolnie ją wyprzedzał. Cenił dobre tkaniny, ulubione rzeczy nosił tak długo, jak tylko się dało. Czasem dłużej. Krawatów, które ma na niemalże każdej zachowanej fotografii, nienawidził. Podobnie jak koszul non-iron.
Sąsiedzi pamiętają jego czapkę bejsbolówkę, pierwszą w Krakowie, i krótką granatową kurtkę. Nieodłączny papieros, ekstra mocny w szklanej lufce. Okulary w rogowej oprawce.
Do tego auta – przeważnie dwa, na wypadek, gdyby jedno się zepsuło. Z reguły fiaty. Czasem przerabiane na ferrari. Szczególnie przywiązany był do swojego fiata 850 sport, czerwonego. Jego mechanik, pan Sobek, był jedyną osobą, która mogła wejść do gabinetu, gdy paliła się zawieszona nad wejściem równie czerwona żarówka, co oznaczało, że naczelnemu nie wolno przeszkadzać. Widywali się prawie codziennie. Auta były wielką pasją Eilego, podobnie jak wcześniej rowery, szczególnie marki Rędzia, wyścigowe, pierwsze przed wojną z przerzutkami.
Zawsze interesował się nowinkami. Był wiceprezesem pierwszego w Polsce klubu jazzowego, organizował jam session na Kalatówkach, gdzie bawił się z Komedą, Polańskim, Barbarą Kwiatkowską, Tyrmandem i całą plejadą ówczesnych gwiazd. Gdy ten rodzaj muzyki się spopularyzował, przerzucił się na muzykę poważną. Uwielbiał Telemanna, Monteverdiego, Haydna.
Żył raczej skromnie, pieniądze przeznaczał na podróże. Wyjątkiem były auta i sprzęt stereo.
Uwielbiał Paryż. Odwiedził to miasto kilkanaście razy, a po antysemickiej nagonce 1968 r., która zakończyła się jego rezygnacją z funkcji naczelnego „Przekroju”, wyjechał tam na prawie dwa lata. W podróży oszczędzał każdy grosz, by przywieźć jak najwięcej czasopism, książek, inspiracji. Zabierał ze sobą Jankę Ipohorską i zakupioną w peweksie kawę Nescafé. Mieszkali w podłych hotelach i całymi dniami szwendali się po galeriach. A po muzeach niekoniecznie. Eilego nie interesowały historia, zabytki. Dość powiedzieć, że w ciągu ponad 20 spędzonych w Krakowie lat nie dotarł na Wawel. 
Chłonął wszystko, co w kulturze nowatorskie. Rozpropagował twórczość Adama Macedońskiego, awangardowego poety i rysownika. Promował w powojennej Polsce sztukę Pabla Picassa. Ogłosił nawet Rok Picassa i konsekwentnie, w każdym numerze, drukował jego prace. Malarz odwiedził go kiedyś niespodziewanie w redakcji. Cel wizyty – zdobycie kożucha, o jakim marzyła małżonka artysty. Po kożuch, taki sam, w jakim chadzał Mrożek, pojechał do Zakopanego redakcyjny kierowca. 
Kiedyś zastanawiali się z Tadeuszem Łomnickim, jak najmniejszym kosztem wybrać się w stolicy Francji do teatru. Znaleźli niszowe przedstawienie zupełnie nieznanej trupy, zupełnie nieznanego Irlandczyka. Dekoracje niezwykle skromne, bilety niezwykle tanie. Obejrzeli pierwszą inscenizację "Czekając na Godota". 

Fafik: My mamy charakter mężczyzn, koty charakter kobiet. Stąd spory.

Im więcej o nim wiem, tym bardziej mnie fascynuje. Korzystam z każdej okazji, by czegoś się o Eilem dowiedzieć. Każde spotkanie z dawnymi twórcami pisma kończy się pytaniami o niego. Gdy rozmawiam z Robertem Kuleszą, mężem Barbary Hoff i wieloletnim przyjacielem Eilego (kiedy się poznali, ten wyciągnął do niego rękę i przedstawił się: „Marian Eile, lista moich znajomych jest już zamknięta. Dzień dobry”), słyszę, że prawdopodobnie zostałam pośmiertnie uwiedziona. I że to byłoby bardzo w jego stylu.

 Miał wdzięk i sznyt warszawskiego chłopaka, dobrze wychowanego łobuza. Matki chcą takich chłopców dla swoich córek. I dla siebie.

Jako urodzony esteta pozostawał niezwykle czuły na kobiece wdzięki. Promuje fotografowane przez Wojciecha Plewińskiego kociaki „Przekroju”, czyli piękne, młode kobiety. Wśród nich są początkujące aktorki: Anna Dymna, Beata Tyszkiewicz, Teresa Tuszyńska.

Jeszcze przed wojną żeni się z poznaną na Balu Plastyków Katarzyną Grzymalską, córką znanego architekta i profesora Politechniki Lwowskiej Wiesława Grzymalskiego. Oficjalnie pozostała ona żoną Eilego do jego śmierci w 1984 r. W trakcie wojny ocaliła ukrywającemu się Eilemu życie. Wytworzyło to między nimi więź, której nie przerwały inne, wieloletnie nieraz związki. Z tamtego okresu pochodzi też nome de guerre Kwaśniewscy, którego używali oboje w oficjalnych dokumentach nawet po wojnie. Sąsiedzi z ulicy Małej, gdzie wspólnie mieszkali, wspominają ich jako wspaniałe, wyjątkowo zgodne małżeństwo i na moje pytanie o inne kobiety reagują oburzeniem: „Niemożliwe, to była świetna para!”. Może to prawda. Byli parą świetnych przyjaciół.

Drugą kobietą jego życia była wspomniana już Janka Ipohorska. Spędzili ze sobą prawie 20 lat. Razem tworzyli pismo, razem podróżowali. Gdy Eile projektował scenografie dla teatru, Janka zajmowała się kostiumami. Mieszkali przeważnie osobno. Eile z żoną, Janka samotnie. Jej wkład w tworzenie „Przekroju” nigdy nie został doceniony. W Życiu w „Przekroju” Andrzeja Klominka czy Pogaduszkach Kerna poświęcono jej zaledwie kilka zdań. Eile także nigdy nie podkreślał jej znaczenia. Ipohorska komentowała to w publikowanych pod pseudonimem fraszkach: „Dlaczego tak niewiele kobiet robi kariery? Bo nie mają żon, które by je do tego popychały!”.

W życiu naczelnego pojawiały się i inne kobiety, ale nawet najbliżsi wiedzieli tylko, że istniały. To jeszcze nie były czasy afiszowania się z burzliwym życiem uczuciowym, wspólnych wywiadów w prasie kolorowej z każdą kolejną miłością życia. 

Według jednej z anegdot umarł na kolanach swojej ostatniej towarzyszki życia, przepraszając ją za tę niedogodność – jak zawsze dyskretny i taktowny. To nie do końca prawda, umarł sam w swojej pracowni. 

Z każdą ze swoich kobiet pozostawał w przyjaźni. Opiekował się Janką, gdy zaczęła poważnie chorować. Odwiedzał ją w szpitalu ze swoją ostatnią partnerką, młodszą o prawie 30 lat. Pani Maria poproszona przeze mnie o opisanie człowieka, w którym się zakochała, wykrzyknęła natychmiast: „Wspaniały!”. I jeszcze: „Dynamiczny, żywo zainteresowany wszystkim, co się wokół niego działo. Pogodny, kibicujący młodym. Cieszyło go wszystko, co światowe – nawet kolorowe, przesyłane z zagra- nicy plastikowe reklamówki w rękach przechodniów”. Jeszcze w mocno podeszłym wieku ogląda się na ulicy za pięknymi dziewczynami. Irytacja pani Marii bardzo go bawi. „Podobno nie przepadał za dziećmi?” – pytam podczas kolejnej rozmowy, bo wiem, że gdy się poznali, miała już kilkuletnią córeczkę. „Nie, to raczej dzieci nie lubiły jego, bo uwodził im matki”! Ale mała Malwinka staje się oczkiem w głowie Eilego. Wozi ją do przedszkola, godzinami grają w gry planszowe, gdy dziewczynka choruje. Tylko jej wolno dotykać farb i pędzli w jego pracowni. 

Fafik: Sam się sobie dziwię, skąd w tak małym psie może się zmieścić tak wielki apetyt.

Od zawsze marzy o wydawaniu własnego pisma. Pierwsze – o wdzięcznej nazwie „Hej!” – tworzy w wieku zaledwie 12 lat. Tę niezwykłą pamiątkę przechowała ciocia Kazia, czyli Kazimiera Rychterówna, słynna aktorka i recytatorka, siostra mamy. Kilka lat później, gdy został uczniem elitarnego, konserwatywnego Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie, stworzył kolejne pismo „4 Wymiar”. Pierwszy numer ukazał się w styczniu 1927 r., 17-letni redaktor naczelny Marian Eile pisał we wstępie: „Pismo ma być wyrazem naszych zapatrywań i dążeń, bez względu na to, czy będą się podobać czytelnikom i czy znajdą poklask. Chcemy być sobą. Celem naszym jest podać czytelnikom piękną i zdrową strawę oraz dać im miłą i pożyteczną rozrywkę”.
Widać już zalążki stylu „Przekroju”: upodobanie do ramek, krótkich, zabawnych tekstów, różnych krojów pisma i drobnych rysunków zdobiących tekst. 
Eile należał do uczniów zdolnych, ale nie piątkowych. Uwielbiał lekcje rysunku prowadzone przez Jana Olszewskiego, ucznia znanego malarza Wojciecha Gersona. Kolegował się z późniejszym architektem Jerzym Hryniewieckim, twórcą Stadionu Dziesięciolecia i Supersamu. Po ukończeniu gimnazjum rozpoczął studia prawnicze. Studiował też malarstwo. Jedyną uczelnią, którą udało mu się ukończyć, była jednak Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim – w ramach obowiązku służby wojskowej. Braki w formalnym wykształceniu nie przeszkodziły mu w objęciu w 1947 r. zaszczytnego stanowiska profesora krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, gdzie z powodzeniem nauczał na Wydziale Scenografii – werbując przy okazji najzdolniejszych grafików, m.in. Daniela Mroza, do pracy w „Przekroju”.

Fafik: Trzy rzeczy mogą dać szczęście mężczyźnie: kobieta, praca lub samochód. Najważniejszą z nich jest pies.

Po odbyciu służby wojskowej Eile zapragnął pracować w prawdziwej gazecie. Wybór padł na legendarne „Wiadomości Literackie” redagowane przez Mieczysława Grydzewskiego. Naczelny był znajomym ojca Mariana, znanego historyka i publicysty, ale ten nie chciał korzystać z protekcji. Z pomocą – być może nie pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz – przyszedł mu pies, a właściwie psy. Eile wymyślił i przyniósł do redakcji cykl rysunków humorystycznych przedstawiających scenki z wyimaginowanymi psami autorów drukowanych w tym piśmie. Pies Boya bezcześcił odchodami pomnik Mickiewicza, ponieważ Boyowi zarzucano brak szacunku dla wieszcza; pies Słonimskiego obszczekiwał Teatr Polski, bo Słonimski otwarcie krytykował repertuar teatru Arnolda Szyfmana. Aspirujący rysownik wręczył je naczelnemu, nie przedstawiając się z nazwiska. Został zatrudniony. 
Początkowo do jego obowiązków należało projektowanie dekoracji witryny „Wiadomości” w pięknym budynku Instytutu Propagandy Sztuki. Reklamował w niej bieżący numer pisma za pomocą kompozycji plastycznych: papieroplastyki, rysunków i rekwizytów. Były to niekiedy konstrukcje znacznych rozmiarów, więc do pomocy zatrudniono asystenta. Jego rola polegała właściwie tylko na demontowaniu i wynoszeniu na śmietnik elementów dekoracji. Wiele lat później milczący z reguły pomagier okazał się dosyć zdolnym pisarzem. Nazywał się Stanisław Dygat.
Tymczasem Eile zyskiwał coraz większe zaufanie Grydzewskiego, który znany był ze specyficznego stylu pracy:  wszystko robił i o wszystkim decydował sam. Ten styl podchwycił potem Eile. W czasach, gdy był już naczelnym „Przekroju”, mówiono o nim, że jest z „rodu Grydzewskich”. 
Na czas podróży do Paryża przełożony pozostawił prowadzenie „Wiadomości” Eilemu. Pozostawił też zapewne ścisłe wytyczne co do zawartości kolejnego numeru. Ale Eile zauważył na jego biurku rękopis Sklepów cynamonowych Brunona Schulza, którego poznał kilka lat wcześniej dzięki ciotce Kazi i któremu zorganizował nawet pierwszą wystawę w Drohobyczu w czasach, gdy Schulz był jeszcze nieznanym nikomu nauczycielem gimnazjum. Postanowił wydrukować fragment tekstu. Nie wiedział, że Grydzewski zdecydowanie go odrzucił jako zbyt awangardowy. Po powrocie z Paryża redaktor naczelny z zimną krwią odbierał od wszystkich gratulacje za zamieszczenie tak nowatorskiej, odważnej prozy. Później drukował już wszystko, co wyszło spod pióra Schulza, ale ze swoim tymczasowym zastępcą nigdy nie poruszył tamtej sprawy.
Eile marzył tymczasem o stworzeniu własnego rozrywkowego magazynu społeczno-literackiego „Ksantypa”. Do współpracy zaprosił m.in. poetkę Zuzannę Ginczankę. Przygotowywano pierwszy numer. Data wydania pokryła się jednak z dość istotnym wydarzeniem – wybuchem II wojny światowej. Magazyn nigdy się nie ukazał, a redaktor Eile otrzymał kartę mobilizacyjną i został dowódcą plutonu w baterii dział przeciwlotniczych. Co ciekawe, baterią tą dowodził kapitan Janusz Makarczyk, znany już wówczas literat. 1. Pułk Artylerii Przeciwlotniczej bronił okolic Sandomierza. Część plutonu trafiła do niewoli, Eilemu udało się przedostać do Lwowa. Przez kolejne dwa lata pracował tam jako scenograf w Teatrze Miniatur. Wraz z nastaniem kresu okupacji radzieckiej skończył się względny spokój. Dla Eilego, pochodzącego z rodziny żydowskiej, nadeszły trudne czasy.
Przez jakiś czas przebywał w Radomiu, pracując w egzotycznym dla siebie zawodzie technika drogowego. Zawsze miał przy sobie brulion, w którym spisywał redaktorskie i rysunkowe pomysły – wykorzysta je już niebawem.
Pod koniec wojny przedostaje się z okupowanej jeszcze Warszawy do wyzwolonej już Łodzi, by objąć posadę scenografa w Teatrze Nowym. Gdy dociera na miejsce, po teatrze – trafionym jedną z ostatnich zrzuconych na miasto bomb – nie ma już śladu. Przypadkiem spotyka Jerzego Borejszę, twórcę imperium „Czytelnika” i ten proponuje mu posadę asystenta Jerzego Putramenta, który tworzyć ma ilustrowaną wkładkę do „Dziennika Polskiego”. Zanim Eile pojawi się Krakowie, Putrament zostanie postrzelony podczas kolacji w Hotelu Francuskim. Według jednej z wersji przez pijanego radzieckiego żołnierza, według innej – przez milicjanta ścigającego uciekającego szabrownika. Tak czy inaczej, Putrament nie jest w stanie zająć się nowym tytułem. Zaledwie 35-letni redaktor Marian Eile będzie musiał go zastąpić. Zastępstwo potrwa 23 lata. 
Z czasów okupacji pochodzi kolejna anegdota z udziałem psa. Rzecz działa się podczas łapanki. Uciekający ulicami Lwowa Eile stanął twarzą w twarz z patrolem gestapo, z nieodłącznym wilczurem na smyczy. Moment konsternacji. Towarzyszący Niemcom pies podchodzi do niego i zaczyna… przyjaźnie merdać ogonem. Żołnierze wybuchają śmiechem i puszczają Eilego wolno.
Miłość do psów będzie najtrwalszą z jego miłości.

obrazy: Marian Eile
obrazy: Marian Eile

Fafik: Człowiek chodzi na dwóch łapach, bo bez przerwy musi służyć.

Eile nie interesował się polityką, ostentacyjnie się od niej odżegnywał i powtarzał, że się na niej nie zna. Według Andrzeja Klominka lubił się szczycić, że razem z Jerzym Turowiczem z „Tygodnika Powszechnego” byli jedynymi bezpartyjnymi redaktorami naczelnymi w PRL. Choć – jak mawiał – Turowicz był w zamian za to kościelny. On był osobny. Osiecka uważała go za cudotwórcę, który starał się jakoś przetrwać stalinizm, nie ubłociwszy kaloszy i nie przestając jeść ryby dwoma widelcami. Szedł jednak na ustępstwa. Materiały zlecone odgórnie nazywał ogłoszeniami. Uważał, że są pewnego rodzaju okupem, który musi zapłacić, by móc robić to, co chce. Dbał, by w składzie redakcji nigdy nie było więcej niż dwóch partyjnych. Za to redakcyjnych kolegów i koleżanki nazywał ironicznie aktywem.
Lawirował, kluczył, robił uniki. Gdy ktoś z Warszawy zjawiał się z awanturą, wychodził chyłkiem tylnymi drzwiami. Dawał odpór próbom przeniesienia pisma do stolicy. Wierzył, że to dzięki odległości większość pożarów udaje się ugasić, nim dojdzie do nieodwracalnych strat. 
Prowadził wyrafinowaną grę z cenzurą. Kontrowersyjne treści przemycał w drobnych rubrykach. W „Przekroju” wiele można było też wyczytać między wierszami, z relacji pomiędzy tekstem a obrazem. Warstwa plastyczna nie była uzupełnieniem, lecz równoważnym elementem pisma. Eile powtarzał, że „Przekrój” powinien być zrozumiały i dla wyrafinowanej sprzątaczki, i dla prostego ministra. Tworząc go, myślał głównie o sobie, bo uważał, że jest taki sam, jak wszyscy. Często podkreślał, że „celem pisma jest zaciekawić czytelnika, podrażnić go, ale nigdy nie pozostawić obojętnym. Ma być ono dla wszystkich rozrywką, ale dla zainteresowanych sięganiem głębiej – pierwszym wtajemniczeniem i rozrywką”.
„Przekrój” Eilego osiągał rekordowe nakłady, dochodzące do 600 tys. Poruszał tematy całkowicie nieznane czytelnikom tamtej ery, a popularne dziś: joga, zdrowe jedzenie, substancje psychoaktywne, religie Wschodu. Esejami Tadeusza Unkiewicza zwracał uwagę Polaków na kwestie podmiotowości zwierząt. 
W całym bloku wschodnim uczono się polskiego tylko po to, by móc czytać „Przekrój”.
Przyznał się do tego Josif Brodski, odbierając Nagrodę Nobla. Stąd popularne wówczas hasło: „Jedyne takie pismo na 800 mln Słowian”. 

Fafik: Czy nie czas już założyć Towarzystwo Opieki nad Ludźmi?

Ten sam taksówkarz, który pomógł mi odnaleźć grób Eilego, okazał się kierowcą pani Marty Stebnickiej, wdowy po Ludwiku Jerzym Kernie, z którą on sam wielokrotnie jeździł na zakupy. Nie muszę nawet podawać adresu. Kolejny zbieg okoliczności. Przede mną trudna rozmowa, bo Kern przed śmiercią kategorycznie zabronił publikacji swoich utworów na łamach „Przekroju” tak długo, jak długo redakcja będzie się mieścić w Warszawie. Niewiele mamy wspólnego z poprzednimi redakcjami, ale z Warszawą – jak najbardziej. 
Wpadam na – jak mi się w tamtej chwili wydawało – genialny pomysł i proszę, byśmy pojechali tam, gdzie pani Marta robi sprawunki. Krążymy pomiędzy straganami i wypełniamy siatki wszelkimi dobrami. 
Kiedy potem staję oko w oko z panią Stebnicką, dociera do mnie absurd tej sytuacji: oto dziennikarka ze znienawidzonej przez poetę Warszawy zjawia się w progu jego domu z torbami pełnymi owczych serów, malin i kabaczków, by negocjować kwestie praw autorskich. Pani Marta widzi to chyba podobnie. Gosposia patrzy to na mnie, to na siatki i mam wrażenie, że jest tą sytuacją rozbawiona. Zasiadamy do stołu. „Mój mąż nie zmienił zdania – oznajmia pani Marta. – Zresztą powinniście stworzyć nowe pismo. »Przekroju« nie da się wskrzesić. To absolutnie niemożliwe”. Mniej więcej po czwartej kawie atmosfera się rozluźnia. Zostaję na obiad. Jemy przy tym samym stole, przy którym pisał Kern. Muszę się powstrzymywać, by nie pocałować blatu. Obiecuję, że wola zmarłego zostanie uszanowana. Pani Marta obdzwania znajomych i odsyła mnie do kolejnych związanych niegdyś z pismem osób, ułatwiając mi pracę. Rozstajemy się w ciepłej atmosferze. 
Wracam do Warszawy, na spotkanie z panią Hoff. „Reaktywacja »Przekroju«? Co za bzdura! To jest już martwe, to wleczenie truchła! Tego już nie ma! Róbcie zupełnie nową gazetę!”.
Grudzień. „Przekrój” wrócił. W środku felieton Barbary Hoff, nowe prace Adama Macedońskiego, zdjęcia Wojciecha Plewińskiego, ilustracje Kazimierza Wiśniaka i dużo, dużo nowych autorów. 

Data publikacji: