Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” – poznaj nasze czułe struny!

Ta jesień jest pełna czułości! A już na pewno jest jej pełen jesienny „Przekrój”. W nowym numerze piszemy o tym, jak czułością zmieniać świat, a także o: mądrej edukacji, hologramach, grzybach (też tych, wiadomo których), dojrzałości i Inkach. Zastanawiamy się, czym jest prawda i jak opisać piękno. 196 stron do czytania przez trzy miesiące!

Kup numer na jesień

Jesienny „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Jak wyrazić wdzięczność za matczyną miłość? I czy wchodzeniu w dorosłość musi towarzyszyć ...
2021-03-19 09:00:00
Opowiadanie

Co można czuć do kury? Jak wyrazić wdzięczność za matczyną miłość? Czy warto wracać do dziecięcych marzeń? I czy wchodzeniu w dorosłość musi towarzyszyć ból?

Czyta się 13 minut

Odone Guasti, który później i pod innym nazwiskiem miał sobie zyskać niejaką sławę w świecie literatury, podjął – w wieku niespełna piętnastu lat – pracę jako praktykant w biurze i magazynie niewielkiej triesteńskiej spółki handlującej cytrusami. Dla kariery handlowej z rozkoszą porzucił gimnazjum humanistyczne, nie uważając się za stworzonego do nauki – czyż nie czuł się urodzonym kupcem? Tak czy inaczej, nie upłynął nawet miesiąc nowego życia, a na widok skrzynek z pomarańczami do oznakowania czy rejestru do wypełnienia ogarniało go charakterystyczne dla jego natury wzburzenie – jak wobec greckich czy łacińskich podręczników zatwierdzonych przez ministerstwo i wysmarowanych gryzmołami na marginesach. Młodzieniec nienawidził swojego szefa – wykorzystującego jego czytelny charakter pis­ma i sprawność długich młodzieńczych nóg – nienawiścią podobną do tej, jaką żywił do gospodarza klasy; gardził też starym pracownikiem firmy, jedynym kolegą, podobnie jak w szkolnej ławie gardził innymi uczniami, którzy potrafili zapewnić sobie dobre oceny na koniec roku i bezustanną przychylność nauczycieli. Była to nienawiść, ma się rozumieć, niezasłużona, musiało jednak minąć wiele lat, a Odone musiał zaznać wielu cierpień, by rozmyślając o przeszłości i porównując ją z teraźniejszością, zrozumieć, że cała wina leżała po jego stronie – a to zarazem zbyt wiele i zbyt mało, żeby być najpierw dobrym uczniem, a potem dobrym pracownikiem. Umiejętność odszukania w sobie samym korzeni cierpienia to nieoceniony przywilej wieku dojrzałego; młody człowiek siłą rzeczy obwinia cały świat, tym zapalczywiej, im dotkliwszy jest jego ból. Któż zresztą miał objaśnić Odonemu jego rozterki i przywrócić jego myślom właściwe proporcje, skoro ojciec wyjechał w nieznane jeszcze przed jego narodzinami i nigdy nie powrócił, a on żył z matką, biedną, nieszczęśliwą kobietą, która od życia chciała przede wszystkim tego, by jedyny syn był zdrowy i szybko zaczął zarabiać na tyle dużo, żeby mog­li uniknąć dalszej poniżającej zależności od krewnych. Pani Rachele (tak miała bowiem na imię matka Odonego) kochała chłopca niemal grzeszną miłością, okazując nadmiar matczynego uczucia właściwy kobietom, które niepotrzebnie wyszły za mąż; jej umiłowany zaś odwzajemniał się podobną czułością, choć podszytą egoizmem – jako że rodzice kochają za to, co dają, a dzieci za to, co otrzymują. W życiu młodego człowieka nadchodzi jednak chwila, gdy miłość synowska, nim z czasem wygaśnie w dystansowaniu się wobec rodziny i w miłości właściwie nazwanej, rozpala się jakby ostatnim, silniejszym płomieniem – tak oto sporadyczni miłośnicy na poły opustoszałej alei Sant’Andrea w popołudnia dni świątecznych mogli ujrzeć Odonego z sypiącym się wąsem i w długich spodniach, jak idzie pod rękę z matką, o wiele niższą, z czarną woalką i w dziwacznym, wzbudzającym powszechne pożałowanie, maleńkim kapelusiku na głowie. Po kolacji matka i syn prowadzili ze sobą czułe rozmowy, w których różnica poglądów – powoli dająca o sobie znać w opiniach głoszonych przez młodzieńca – wobec wizji wspólnej przyszłości nie objawiała się jeszcze na tyle, by synowska uległość przerodziła się w otwarty bunt, a sielanka w awantury. Odone według matki był dzieckiem, które każdego wieczoru przed snem nie zapominało w modlitwie podziękować Bogu Ojcu za najpiękniejszą, najlepszą i najmądrzejszą ze wszystkich rodzicielek świata, za szczęśliwe życie potomstwa tychże rodzicielek i za wspaniałe, nigdy dość wychwalane dzieło stworzenia.

Tak więc z myślą o radości matki wzruszony młodzieniec wypowiedział słowa podziękowania, kiedy wieczorem ostatniego dnia miesiąca szef rzucił na jego stół banknot i oznajmił:

– Od dziś jest pan zatrudniony i będzie otrzymywał dziesięć koron miesięcznie.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Były to jego pierwsze zarobione pieniądze – jakże cieszyłaby się ta droga mu istota, która dotychczas nie zaznała dostatecznej wdzięczności, gdyby dał jej do ręki pieniądze ze słowami: „Proszę, mamo, to dla ciebie” i z myślą, że wszystko to jest niczym w porównaniu z tym, co kiedyś będzie mógł jej dać. Wraz z tymi dziesięcioma koronami zniknęła wszelka wątpliwość, którą mógł zacząć wiązać z powołaniem kupca, pracując od kilku miesięcy jako chłopiec na posyłki; zniknęła również owa krztyna żalu, którą siłą rzeczy odczuwał, gdy idąc ze zleceniem, spotykał po drodze któregoś kolegę z klasy i starał się – niestety na próżno! – przekonać go, jakie to wielkie szczęście go spotkało, kiedy porzucił naukę dla posady, a tamten odpowiadał przykrym słowem lub milczał, jakby mówiąc: „Do zobaczenia za parę lat, nieszczęsny posługaczu”. Po zakończonym dniu pracy czym prędzej ruszył do domu, wbiegł po schodach z walącym sercem jak zakochany, który niesie pierwszy podarek wybrance, i obcałowując matkę, wybełkotał wielką nowinę. Pani Rachele się wzruszyła (mniej jednak niż spodziewał się Odone) i wybaczyła mu nawet, że w porze obiadu wyprowadził ją z równowagi, odmówiwszy spożycia zupy – wspomnienie tego zdarzenia czyniło mu droższą myśl o satysfakcji, jakiej miał dostarczyć matce po powrocie z pracy. Ostatecznie uznała, że Odone powinien zachować dla siebie, na swoje zachcianki, połowę wypłaty, przykazując mu jednak, by wydał pieniądze równie stosownie, jak je zarobił; przypomniała mu też o pewnych zagrożeniach, o których młodym mężczyznom opowiadają raczej ojcowie niż matki; właśnie jej – choć pani Rachele nie przechodziły przez gardło pewne słowa i opisywała je za pomocą peryfrazy, splunąwszy najpierw na ziemię (tak bowiem się nimi brzydziła) – przypadł w udziale ów przykry obowiązek, by pomówić z synem o tych sprawach; lecz nawet w tym smutnym wypadku starała się zrobić wszystko tak, jak potrafiła najlepiej – żeby móc zasnąć w spokoju, gdy tylko Pan zechce, i bez wyrzutów sumienia.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Były to jednak zalecenia daremne, gdyż Odone nie oglądał się jeszcze za dziewczętami i zawsze przyśpieszał kroku, ilekroć wieczorem znalazł się w uliczce, w której roiło się od marynarzy i kobiet z ochrypłym głosem; poza tym już postanowił, jak wyda swoje pięć koron: chciał kupić prezent dla matki – wahał się jedynie między okrągłą, zdobioną srebrem tabakierką a czarnym wachlarzem z cekinami. Ale niezbadane są wyroki boskie, nikt zatem nie ma prawa uważać, że jest w pełni bezpieczny od pokus, jakkolwiek silny czuje się w swym postanowieniu. I choć pokusa nie zjawiła się w życiu Odonego pod postacią niewiasty, to przybrała postać kury; teraz zaś opowiem, jak i dlaczego nie zdołał się jej oprzeć, za co spotkała go surowa kara.

Przechodząc nazajutrz około drugiej po południu placem del Ponterosso, na którym mieściło się – i nadal się mieści – targowisko z ptakami oraz żywym drobiem, Odone, który wracał z domu do pracy i postanowił trochę się powałęsać, by nie dać się uwięzić ani chwili wcześniej niż to konieczne, przystanął, żeby popatrzeć na towar wystawiony w klatkach. Zrazu wywarły na nim wrażenie egzotyczne ptaki o jaskrawych, połyskujących, barwnych piórach, wyglądające jak ze znaczków pocztowych z kolonii angielskich i barbarzyńskich państewek, które często podziwiał w swojej skromnej kolekcji; potem jego pragnienia skierowały się ku pewnemu kosowi, stworzeniu o iście tajemniczym wyglądzie, ze złotym dziobem, w którym wiło się pół tuzina robaków – ptak łykał je pojedynczo z regularnymi przerwami, przymykając z rozkoszy okrągłe oczka otoczone również złotą obwódką; ze znikomą sympatią przyjrzał się papugom, a z obrzydzeniem małpie; wreszcie jego uwagę przyciągnęły kury, stłoczone w ciasnych drewnianych klatkach, z których raz po raz wyzierały szyje ptactwa lamentującego przeraźliwie czy dokuczającego sobie nawzajem z braku wody i miejsca. Widok ten wcale nie pobudził w nim apetytu – Odone uwielbiał żywe kury, a mniej niż obojętne były mu te serwowane na stół. Gdy podczas samotnego spaceru po wsi – jednej z tych przechadzek, które w wieku dorastania odbywa się szybkim krokiem i z doniosłym wrażeniem dokonywania podboju – przed chłopską chatą czy pośród zielonych łąk dostrzegał ptasie grzebienie i korale, cieszył się niczym na widok pociągnięć pędzla oddających istotę krajobrazu; chętnie głaskał kurę, która była wystarczająco oswojona lub tak nieporadna ze strachu, że nie potrafiła w porę umknąć przed jego czułą dłonią. Według wielu monotonny i nieprzyjemny dla ucha zgiełk dochodzący z kurnika dla Odonego był niczym zróżnicowana kompozycja muzyczna, zwłaszcza pod wieczór, gdy ogarnięte sennością kury zwykły błogo pogdakiwać. Mniej natomiast lubił koguty. Dumę i wielkoduszność tego sułtana klepiska dochodzącą do głosu na widok gąsienicy czy innego smakowitego kąska – uprag­nionej zdobyczy porzucanej samicom nie bez wyraźnej wewnętrznej walki – docenić może jedynie mężczyzna, który zdążył poznać życie, zdolny pojąć najwyższą wartość tejże rezygnacji i męską władczość objawiającą się we wszelkim poświęceniu. Gdyby ktoś zapytał chłopca, dlaczego tak upodobał sobie te głupie ptaki, które inni kojarzą jedynie z gastronomią, on nie wiedziałby, co odpowiedzieć. I rzeczywiście – licznym spośród ówczesnych ciekawskich udzielił riposty dopiero po dwudziestu latach: wierszem, który także nie spotkał się ze zbyt wielkim zrozumieniem. Te upierzone ciałka wydawały mu się jakby przepełnione powietrzem, wsią, różnymi porami dnia; do względów estetycznych należy dodać powód natury sentymentalnej – w dzieciństwie pozbawionym rodzeństwa i kolegów Odone przez długi czas bawił się z kurą. Matka kupiła ją, by za­rżnąć i zjeść, Odone jednak tak płakał i błagał, że w końcu pani Rachele zgodziła się darować jej życie i puścić wolno po domu jak psa. Odtąd chłopak nie tylko pijał ciepłe jajka, lecz także miał towarzystwo; matkę również w końcu zaczęły bawić niebywałe podskoki pod przeszklonymi drzwiami kuchni, gdzie zamykała kurę, gdy z rzadka miewała gości; gdy zaś spocona i zdyszana wracała z targu z koszem pełnym zakupów, Ko-Ko (tak bowiem matka z synem postanowili nazwać kurę) wybiegała jej naprzeciw z otwartym dziobem i nastroszonymi, drżącymi skrzydłami.

– A mówią, że kury są głupie – wzdychała z podziwem pani Rachele.

Często jednak irytował ją widok syna rozmawiającego z ptakiem jak z człowiekiem: zdawało się jej nawet, że to oznaka tępoty. Natomiast Odone uwielbiał godziny spędzane z kurą; sadzał ją obok siebie, na schodkach prowadzących z kuchni do jadalni – były to ceglane stopnie, które zachód słońca otulał przedziwną czerwienią, i przypominały mu schody do przedsionka czyśćca, które widywał na sakralnych przedstawieniach; przyciskał ją do serca, aż zaczynała jazgotać, i myślał z radością, że ma przed sobą wiele czasu, by żyć i cieszyć się wszystkim na tym świecie (a potem zostałaby mu jeszcze wieczność); opowiadał Ko-Ko o podróżach, śmiałych czynach i o przyszłym szczęściu, czyli o wszystkim tym, co przychodziło mu do głowy. Lecz po dwóch latach życia w zamknięciu i spożywania nader smakowitych, kalorycznych pokarmów osobliwej towarzyszce beztroskiego dzieciństwa z otyłości (kura wyglądała niczym odaliska) pękło serce (jak orzekła sąsiadka, która znała się na rzeczy) – innymi słowy, dokonała żywota, a przyjaciel ją pogrzebał. Odone natychmiast chciał dostać kolejną; matka jednak pod żadnym pozorem nie zamierzała spełnić tego życzenia – był już za duży na tego rodzaju zabawy. Klaser ze znaczkami i, od czasu do czasu, spacer w jej towarzystwie powinny były mu zapewnić dostateczną rozrywkę. Ale niezaspokojone pragnienie jest tylko pragnieniem odłożonym w czasie; a Odone przypomniał sobie o wszystkim, patrząc na klatki z kurami i mając w kieszeni swoją pierwszą wypłatę. Jeden z ptaków spodobał mu się szczególnie – był to naprawdę przepiękny okaz, z małą ekspresyjną główką, czarnym, lśniącym upierzeniem i długim zakrzywionym ogonem, który przypominał Odonemu pióropusz z kapeluszy włoskich bersalierów. Zapytał o cenę, raczej z ciekawości niż z niezachwianym zamiarem, by ją kupić (spodziewał się, że kosztuje całe mnóstwo pieniędzy); sprzedawca zaskoczony płcią i niecodziennym wiekiem klienta odparł opryskliwie, pewien, że na darmo strzępi sobie język:

– Trzy korony i pięćdziesiąt centymów.

– Tak mało? – wykrzyknął Odone.

Tamten spojrzał na niego raczej urażony niż zdumiony i nade wszystko przekonany, że łobuz kpi sobie z niego. Gdy jednak zrozumiał, że chłopak nie żartuje, otworzył klatkę i wyjął kurę, której dmuchnął między pióra, by pokazać nabywcy, jaka jest tłusta i apetyczna.

– Wystarczy, wystarczy – zawołał Odone poruszony wysokim pis­kiem, który wydawała z siebie ofiara, i jej wysiłkiem, by utrzymać głowę w górze i się nie udusić. – Kupię ją – dodał – o ile może pan bezzwłocznie wysłać ją do mojego domu.

– Bezzwłocznie – odburknął chłop i wezwał pomocnika, któremu wręczył kurę, trzymając ją za łapki. Odone zapłacił, podał swój adres, jak również dał dwadzieścia centymów napiwku chłopakowi, któremu przykazał, żeby temu, kto otworzy drzwi, podał jego imię. Potem spojrzał na zegarek. Dochodziła druga piętnaście, więc pośpieszył do biura, starając się sobie wmówić, że stosownie wydał pieniądze. W tym celu podsycał radość, z jaką po powrocie do domu miał odnaleźć zmartwychwstałą Ko-Ko. Lecz im bardziej starał się odegnać myśl, że jego czyn był daremny, a nawet śmieszny, tym bardziej stawał się przygnębiony. Czuł, że Ko-Ko umarła raz na zawsze i że nie może jej zastąpić żadna inna kura na świecie, że jego dzieciństwo odeszło wraz z nią i tylko głupiec mógłby chcieć ożywić te błogie chwile poza sferą wspomnień; pomyślał, że matka ma już całkiem siwe włosy, coraz szybciej się męczy i że może umrze, zanim on zdoła jej zapewnić obiecany dostatek, że źle zrobił, porzucając szkołę dla posady, że w jego życiu popełniono błąd, nie potrafił powiedzieć jaki ani kiedy, istniała jednak jakaś wada – czy może grzech – która co dzień coraz bardziej nękała jego serce, a on wierzył, że dotyczy tylko jego, nie wiedząc jeszcze, że ów ból, który odczuwa, jest bólem egzystencjalnym, bólem żywej istoty jako jednostki, że to ból, który religia wiąże z grzechem pierworodnym.

Przed magazynem Odone zastał robotników, którzy czekali na niego z ładunkiem pomarańczy i z łat­wością zapomniał o bożym świecie, nadzorując ich pracę i oznaczając owoce; następnie wypisał faktury; pięknie i wyraźnie przepisał długi list, którego brudnopis sporządził szef; udał się ze zleceniem na drugi koniec miasta; wrócił z odpowiedzią i musiał znowu wyjść, żeby opłacić kwit ładunkowy w spółce żeglugowej Adria; zwilżył płótno na skrzyniach i schował dokumenty, po czym pomógł tragarzowi zamknąć interes. Powinien był pośpieszyć na Pocztę Główną, aby korespondencja wyszła jeszcze tego samego dnia, lecz tego wieczoru, gdy tylko znalazł się poza zasięgiem wzroku szefa, wrzucił listy do byle skrzynki (pierwszej lepszej napotkanej po drodze) i niemal biegiem dotarł do domu. Matka, która czekała na niego w oknie, otworzyła drzwi, nie pytając: „Kto tam?”; zabrała mu z ręki kapelusz, podała marynarkę na zmianę, po czym powiedziała z uśmiechem:

– Dziękuję. Dziękuję za piękny prezent, jaki mi sprawiłeś. Ile wydałeś?

– Trzy korony pięćdziesiąt centymów – odparł wesoło Odone – plus dwadzieścia centymów napiwku. Mało, prawda?

Cieszył się i dziwił, że matka z przyjemnością i jako prezent przyjęła owo zabronione zwierzę, zaiste bardziej podwórkowe niż domowe, które brudziło wszystko dookoła.

– Gdzie ona jest? – zapytał. – Pokaż mi ją.

Kobieta otworzyła drzwi. W głębi pomieszczenia na gwoździu wisiała oskubana kura – widok jej trupiej sztywności zmroził serce Odonego.

– Nie wiem – powiedziała matka – jak udało ci się znaleźć taką tłuś­ciutką. Wygląda raczej jak kapłon niż kura. Miałeś oko. Jutro z odrobiną wołowiny przyrządzę ci z niej wyśmienity rosół. Dziś wieczór musisz się zadowolić jajecznicą. Biedaczka miała w sobie tyle jajek, że nawet szkoda było ją zarżnąć.

Odone nie chciał więcej słuchać i pobiegł do swojego pokoju. Serce waliło mu jak młotem, a łzy cierpienia piekły w oczach nie tylko z powodu marnego końca kury – która posłużyła w zgoła innym celu, niż to sobie wyobrażał, kupując ją – ale na myśl, że matka – jego matka! – tego nie pojęła. Czy to możliwe? Żeby matka nie rozumiała syna? Żeby syn musiał tłumaczyć jej wszystko jak obcemu człowiekowi? Czy takie właś­nie były wszystkie matki (dziesięć lat później miał stwierdzić: kobiety), czy tylko jego? Nie miał ochoty rozmawiać, jednakże gdy winowajczyni z zapaloną lampką oliwną weszła do pokoju, Odone zapragnął wyjaśnić jej pomyłkę i to, jak wielki ból, choćby nawet mimowolnie, mu sprawiła.

Pani Rachele wzruszyła ramionami, zdziwiona i rozdrażniona, po czym odrzekła, że chłopiec, który za dwa miesiące kończy piętnaście lat, nie powinien bawić się z kurami. Następnie poleciła mu wyjść na trochę, bo kolacja nie była jeszcze gotowa, a krótki spacer dobrze by mu zrobił.

– Kto ją zabił? – zapytał Odone.

– Ja. Dlaczego pytasz?

– Bo myślałem, że nie masz odwagi, żeby zabić kurę.

– Kiedy byłam młodą dziewczyną – odparła pani Rachele – nie zabiłabym za żadne skarby. Ale odkąd jestem matką, nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Gdy zdrowiałeś z tyfusu, z rozkoszą ukręcałam szyje kurakom z myślą o dobrym, treściwym rosole, który przyrządzę dla mojego syna.

Odone zamilkł, gdyż czuł, że w tej kwestii ma do powiedzenia więcej sobie samemu niż innym. Od tego wieczoru jednak mniej, coraz mniej kochał swoją matkę.

Tłumaczyła Katarzyna Skórska


Opowiadanie La gallina pochodzi ze zbioru Umberta Saby Tutte le prose (2001). Copyright: © 2015 Mondadori Libri S.p.A.

Data publikacji:

Umberto Saba

Włoski poeta i pisarz pochodzenia żydowskiego. Urodzony w Trieście, jednym z najważniejszych ośrodków monarchii austro-węgierskiej. Autor licznych książek poetyckich, m.in. „Il Canzoniere” (1921, 1945, 1948; w Polsce ukazał się wybór wierszy „Triest” i „Poeta”, 2001) oraz pośmiertnie wydanej powieści „Ernesto” (1953; wyd. pol. 2019). Jego twórczość ma w dużej mierze charakter autobiograficzny. Żył w latach 1883–1957.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!