Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
szafa gra
Jan Błaszczak

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

„Gdzie oni są? Ci wszyscy moi przyjaciele” – w pierwszej części muzycznego podsumowania 2017 roku lista zespołów, o których mieliśmy dyskutować przy okazji rankingów najlepszych płyt, ale nie ma o czym mówić. Albumom zespołów, które jeszcze kilka lat temu znajdowały się w centrum uwagi, a dziś – kto wie? – może grają w waszej okolicy, ale szkoda czasu, by to sprawdzić. Zdaję sobie sprawę, że to wybór na wskroś autorski. Starając się jakoś obiektywizować tę listę, jako punkt wyjścia traktowałem podsumowania, recenzje prasowe, a czasem także dane sprzedażowe. Przede wszystkim jednak wybierałem ze zbioru: „pupilkowie mediów”. Uznałem, że nie ma sensu pisać o ostatniej płycie Fergie (fatalny wynik sprzedażowy) czy o dwudziestej siódmej płycie Alice’a Coopera, bo jej premiery nie odnotowali nowojorscy hipsterzy. Ale dość tłumaczeń, oto lista, która dla poniższych zespołów może być jedyną w tym roku szansą na znalezienie się w pierwszej dziesiątce.

10. Cut Copy – Haiku from Zero

Zespół Cut Copy
Zespół Cut Copy

Australijski zespół nigdy nie grzeszył kreatywnością i nie na darmo nazywa się „kopiuj wklej”. Nie zmienia to faktu, że piosenki z albumu In Ghost Colours wyciągały na parkiet nawet tych najbardziej opornych. Od czasów, gdy Hearts on Fire walczyło o tytuł wszechhymnu indie-młodzieży, nie minęło dziesięć lat, a grupa zniknęła jak tłuste plamy w reklamach z Irkiem Bieleninikiem. Dość powiedzieć, że Haiku from Zero nie doczekało się nawet swojej strony na Wikipedii. Czy w dzisiejszych czasach istnieje bardziej jednoznaczny symbol upadku?

09. Washed Out – Mister Mellow

Washed Out, okładka albumu "Mister Mellow"
Washed Out, okładka albumu "Mister Mellow"

Ernest Greene w ciągu kilku lat poznał wszystkie plusy i minusy, jakie wiążą się z byciem twarzą nowego, podkręconego przez media, zjawiska w muzyce. W jego wypadku był to chillwave, który – tak długo jak był w modzie – zapewniał amerykańskiemu artyście względną popularność. No ale kto dziś słucha chillwave’u?  Greene’owi nie pomogły zatem nawet przenosiny pod skrzydła kultowej wytówni Stones Throw – Mister Mellow nie spotkał się w zasadzie z żadnym odzewem. Na marginesie, problem przepadającego wraz z modą autora z pewnością dobrze rozumieją dance-punkowcy z !!! czy niegdysiejsza gwiazda grime’u – Dizzee Rascal. Tak jest, oni też wydawali w tym roku płyty.

08. Beck – Colors

Beck, okładka albumu "Colors"
Beck, okładka albumu "Colors"

W 2015 roku popularnością w mediach społecznościowych cieszyło się pytanie: „Who the fuck is Beck?” Było ono reakcją użytkowników Twittera na informację o przyznaniu Grammy autorowi albumu Morning Phase. Nagroda zrobiła swoje, bo płyta sprzedała się w solidnym nakładzie 470 tysięcy egzemplarzy. Jednak jej następca nie osiągnął nawet jednej dziesiątej tego wyniku i nie jest to bynajmniej pokłosie ambitniejszego, bardziej wyszukanego zestawu piosenek. Przeciwnie, Colors to płyta tak wtórna i banalna, że odpowiedź na pytanie, które tak nurtowało internautów przed dwoma laty, staje się coraz mniej jednoznaczna. 

07. Morrissey – Low in High School

Morrissey, okładka albumu "Low in High School"
Morrissey, okładka albumu "Low in High School"

Kiedy ulubieniec brytyjskiej prasy muzycznej dostaje słabe recenzje nawet w NME, to znaczy, że jest już naprawdę źle. W przypadku byłego lidera The Smiths oznacza to przede wszystkim nudę, jak napisał o Low in High School recenzent „The Guardian”: „[to] twój standardowy solowy album Morrisseya”. Brytyjczyk stara się więc przykuć uwagę publiczności w inny sposób. Aktualnie zarzuca kłamstwo redakcji „Der Spiegel”, która opublikowała wywiad z Morrissey’em. W rozmowie muzyk m.in. bierze w obronę oskarżonego o molestowanie Kevina Spaceya. Nawet jeśli racja jest po jego stronie, to ostatecznie mamy remis, bo trudno obwinić niemieckich dziennikarzy o poziom tegorocznej płyty.

06. Nelly Furtado – The Ride

Nelly Furtado, okładka albumu "The Ride"
Nelly Furtado, okładka albumu "The Ride"

Wydanej po pięciu latach płycie kanadyjskiej gwiazdy nie udało się nawet zadebiutować na UK Album Charts, co oznacza, że w tygodniu jej premiery na Wyspach wyprzedzało ją 75 innych albumów. The Ride próżno też szukać w rankingach i radiowych playlistach. Jak kamień w wodę. Być może jest to rezultat współpracy z Johnem Congletonem – nagradzanym producentem, który do tej pory zajmował się głównie zespołami z kręgów szeroko pojętej alternatywy. „To może być jeden z najbardziej przeoczonych albumów 2017 roku” – gdyby takie zdanie napisał Pitchfork czy Complex, byłby to może powód do dumy. Sęk w tym, że to cytat z branżowego Billboardu, a to już trochę gorzej.

05. Jesus and Mary Chain – The Damage and Joy

Jesus and Mary Chain, okładka albumu "The Damage and Joy"
Jesus and Mary Chain, okładka albumu "The Damage and Joy"

Żadna muzyka nie starzeje się tak uroczo jak – nostalgiczny z natury – shoegaze. Nic więc dziwnego, że powroty takich zespołów, jak My Bloody Valentine, Seefeel czy Ride były co najmniej udane. Tegoroczna reaktywacja  Slowdive była zaś wzorcowym przykładem tego, jak witać się z fanami po dwudziestu latach przerwy. Wydawałoby się więc, że szkoccy pionierzy gatunku – The Jesus And Mary Chain – nie będą mieli problemów ze zdobyciem przychylności sentymentalnych fanów gatunku i mediów, które chętnie dodadzą kilka punktów innowatorom sprzed lat. A tu niespodzianka, premiera pierwszego od siedemnastu lat albumu braci Reid przeszła w zasadzie bez echa. Jest o tyle paradoksalne, że to przecież na efekcie echa budowali kiedyś podwaliny shoegaze’u.

04. Decapitated – Anticult

Decapitated, okładka albumu "Anticult"
Decapitated, okładka albumu "Anticult"

Długo się zastanawiałem, czy umieszczać na tej liście zespół z Krosna, ale przecież i oni mieli się ścigać z najlepszymi w grudniowych podsumowaniach. Mało tego, Anticult dawał na to szansę. Ciężki i niezwykle wpadający w ucho album Decapitated budził nadzieję, że eksport polskiego metalu utrzyma się na stałym, bardzo wysokim poziomie. Zespół ruszył nawet w długą trasę po Stanach Zjednoczonych, by promować swoje najnowsze wydawnictwo. Niestety, wyprawa zakończyła się już w pierwszych dniach, kiedy zespół został oskarżony przez dwie fanki o dopuszczenie się gwałtu. Zamiast wyczekiwać grudniowych list Decapitated oczekują więc na rozprawę.

03. Arcade Fire – Everything Now

Arcade Fire, okładka albumu "Everything Now"
Arcade Fire, okładka albumu "Everything Now"

Przy okazji premiery piątego albumu Arcade Fire pisałem, że jest to ten niechlubny przypadek, kiedy kampania promocyjna okazuje się bardziej zajmująca niż samo wydawnictwo. Jeśli Arcade Fire nie znajduje się wyżej na tej liście, to tylko dlatego, że „Everything Now” było tak zaskakująco słabe, że nie dało się go zbyć wzruszeniem ramion. Fakt, można się było spodziewać, że po zmianie wytwórni na większą, grupa zacznie grać stadionowego rocka w stylu U2. I nie byłoby to takie złe, zważywszy, że na analogicznym etapie Irlandczycy nagrywali świetne The Joshua Tree. No, ale Arcade Fire nie nagrali The Joshua Tree, nagrali Everything Now.

02. At the Drive-In – In•ter a•li•a

At the Drive-In, okładka albumu "In•ter a•li•a"
At the Drive-In, okładka albumu "In•ter a•li•a"

Wszyscy kochamy reaktywacje. Choć jest to miłość ryzykowna, bo raz ożywia ona stare sentymenty, a innym razem pogrywa z nimi w perwersyjny sposób. Z tym drugim przypadkiem mamy, niestety, do czynienia w przypadku powrotu At the Drive-In – zespołu generującego tyle energii, że trzeba było o NIM PISAĆ CAPSLOCKIEM. Obecnie byli hardcore’owcy prezentują się jak coverband Leonarda Cohena, którego używką pierwszego wyboru są pączki. Oczywiście, w studiu wszystko mogło pójść jak z płatka, ale i tam nie wystarczyło pary, o pomysłach nie wspominając. Jeśli nie chcecie skrzywdzić swoich starannie pielęgnowanych wspomnień, zapomnijcie o tym akapicie. Bo największą zaletą tego albumu jest to, że trudno go wyszukać. Powrót to czy potwór?

01. Foo Fighters – Concrete and Gold

Foo Fighters, okładka albumu "Concrete and Gold"
Foo Fighters, okładka albumu "Concrete and Gold"

Kiedy kilka lat temu przeprowadzałem wywiad z Markiem Armem (Mudhoney), naiwnie zapytałem czy popularność grunge’u wpłynęła na losy samego Seatle. Muzyk tylko się uśmiechnął, odpowiadając, że wpłynął na to Amazon, Microsoft i kilka innych technologicznych gigantów, które wybudowały tu swoje siedziby. Teraz zastanawiam się, czy ten wpływ wielkiego biznesu na największe miasto stanu Waszyngton nie jest głębszy niż nam się to obu wydawało. Kiedy Seatle było prowincjonalnym miastem na końcu świata, oddolnie sformowało się tam niezwykle prężne, bezkompromisowe środowisko występujące przede wszystkim przeciwko nudzie i zapomnieniu przez świat. Teraz, kiedy rytm nadają miastu firmy-molochy, gra się w nim głównie korporacyjnego rocka dla klasy średniej. Wychuchanego i wypranego z jakiegokolwiek zacięcia. Może to naciągana teoria, ale trudno przekonywająco objaśnić, w jaki sposób Dave’a Grohla zmieniono w tak strasznego nudziarza (bo z Eddiem Vedderem to chyba nie było problemu).
 

Data publikacji: