Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Historia z okładki
Ewa Pawlik

Komunizm, kobiety i kożuszek

Komunizm, kobiety i kożuszek

Ta okładka z 1974 r. jest doskonałym przykładem zastosowania żelaznej kurtyny w praktyce. Od połowy lat 40. naczelny pisma, Marian Eile, często w towarzystwie swojej zastępczyni Janki Ipohorskiej, podróżował do Paryża, gdzie za skromną dewizową dietę kupował pisma literackie i magazyny modowe. „Przekrój” „pożyczał” z nich później ilustracje, tematy, a nawet całe artykuły, bez oglądania się na prawa autorskie. Fragmenty zdjęć i rysunków trafiały czasem na okładki – redakcyjni graficy dorysowywali coś od siebie i podpisywali „Autor: Redakcja”. Dziś groziłyby za to procesy.

„Redakcja” jest też autorem prezentowanej okładki, choć jej dolna część namalowana została pół wieku wcześniej przez dość popularnego artystę pochodzącego z Hiszpanii. Ci z Państwa, którzy lekturę pisma zaczynają od końca, mogli przeczytać już o innym jego obrazie, Guernice, który na stronie 170 opisuje artystka Goshka Macuga.

Okładka "Przekroju"  nr 1531/1974
Okładka "Przekroju" nr 1531/1974

To dzieło jest od Guerniki nie tylko starsze, ale i o wiele większe. Powstało na zamówienie Baletów Rosyjskich Diagilewa jako kurtyna do spektaklu Le Train Bleu wystawionego w 1924 r. w Paryżu. Przez prawie 80 lat obraz nie był pokazywany publicznie, a gdy w końcu, w 2010 r., londyńskie Victoria and Albert Museum postanowiło go wystawić, do zawieszenia płótna potrzebnych było 15 pracowników.

Picasso i „Przekrój” mają ze sobą wiele wspólnego, choćby to, że zaczynają się na literę „P”, ale nie tylko. „Przekrój” był fanem Picassa, pośrednio dzięki przedwojennym „Wiadomościom Literackim”, w których pracował młody Eile i tam zetknął się z pracami malarza po raz pierwszy. Naczelny „Wiadomości” Mieczysław Grydzewski interesował się jego twórczością już od lat 20. Eile, gdy został naczelnym „Przekroju”, przejął pałeczkę. Picasso zagościł na łamach tygodnika po raz pierwszy w lutym 1946 r. i pojawiał się później regularnie, a rok 1959 ogłoszono nawet w „Przekroju” Rokiem Picassowskim i drukowano jego prace co tydzień.

Do tego czasu czytelnicy zdążyli się już z Picassem oswoić, ale pierwsze publikacje jego prac wywołały falę sprzeciwu. Do redakcji spływały gniewne listy, które Eile całkowicie ignorował. Pismo miało być oknem na świat, a świat nosił Picassa na rękach. I to po obu stronach żelaznej kurtyny, choć z innych zupełnie powodów. Jak ujęła to jedna z partnerek malarza, Jacqueline Roque, Rosja nienawidziła jego obrazów, ale kochała jego poglądy, Ameryka odwrotnie. 
Od 1944 r. Picasso należał do Francuskiej Partii Komunistycznej i nie opuścił jej do końca swego życia. Finansował zarówno samą organizację, jak i inne, powiązane z nią instytucje, projektował propagandowe plakaty i ulotki. Najsłynniejszym projektem tego rodzaju jest symbol pokoju, czyli gołąbek. Jego szkic wpadł w oko partyjnemu koledze Louisowi Aragonowi, gdy gościł u Picassa w pracowni. Ten ostatni kwestionował później wybór ptaka ze swojego rysunku na emblemat utworzonej przez komunistów Światowej Rady Pokoju: „Łagodność gołębicy to bzdura! Nie ma okrutniejszych zwierząt. Miałem u siebie gołębice, które zadziobały na śmierć inną gołąbkę. Wydłubały jej oczy, rozszarpały na kawałki. Ładny mi symbol pokoju!”.

Do dziś debatuje się, czy artysta był rzeczywiście politycznie świadomy i zaangażowany, czy też odgrywał w szeregach partii rolę „pożytecznego idioty”, a jego krnąbrność tolerowano ze względu na hojne datki do partyjnej kasy i sławę, w której blasku grzała się również Francuska Partia Komunistyczna. 

Tak czy owak, w 1948 r. Picasso zawitał do Polski. Zaproszenie przyjął dopiero wtedy, gdy polski rząd zagwarantował mu prywatny samolot i obiecał, że wizyta nie potrwa dłużej niż trzy dni. Artysta był jednym z 400 delegatów z 46 państw zaproszonych do Wrocławia na Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Propagandowym celem kongresu miało być przekonanie światowej opinii publicznej, że kraje komunistyczne są zwolennikami pokoju, a Zachód jego zagrożeniem. W trakcie kongresu doszło do konfliktu, gdy radziecki delegat Aleksander Fadiejew nazwał twórców „dekadenckiej” sztuki i literatury Zachodu hienami i szakalami. Część zachodnich delegacji w proteście opuściła salę. Picasso nie zareagował, choć twierdził później, że za kulisami zrobił Fadiejewowi karczemną awanturę, wyzywając go nawet od nazistów. 

Z obiecanych trzech dni zrobiły się w końcu dwa tygodnie, w trakcie których malarza wożono po całej Polsce, chwaląc się osiągnięciami nowej władzy.

Wysłannikowi „Przekroju”, Leopoldowi Tyrmandowi, udało się nawet omówić z artystą wszystkie palące wówczas kwestie, co opisał następująco: 

„Picasso był wiecznie otoczony przez tłum ludzi, niezmordowany, ciągle rozdający autografy, stale uśmiechnięty i uprzejmy. Temu niedużemu człowieczkowi o ciemnej, opalonej cerze uśmiechają się nieustannie małe, czarne oczy. Raz wreszcie zdyszany »Przekrój« przecisnął się przez tłum admiratorów i wyrzucił z siebie:

– Monsieur Picasso, co pan sądzi o pokoju, o wojnie, o Wystawie Ziem Odzyskanych, o polskim jedzeniu, o unarodowieniu przemysłu, o polskim Wrocławiu, o polskiej energii, o architekturze funkcjonalnej, o granicy na Odrze i Nysie, o problemie uchodźców, o polskiej gościnności, o rewizjonizmie niemieckim, o machinacjach Wall Street, o pańskim wpływie na malarstwo współczesne, o imperializmie, o kubizmie, Jerzym Andrzejewskim, odbudowie Szczecina i ostatniej olimpiadzie?

Picasso spojrzał na »Przekrój«, uśmiechnął się. Pokiwał głową i rzekł: 

– Oui…

W tym było wszystko”.

To w trakcie tego przymusowego objazdu sławny Hiszpan zawitał pewnie po raz pierwszy do redakcji „Przekroju” i poznał Mariana Eilego. Panowie przypadli sobie do gustu, wszak wiele ich łączyło. Eile był przecież malarzem, dzielili też niemalże kompulsywne zainteresowanie kobietami i obaj flirtowali z komunizmem, choć Eile do partii nigdy nie należał. Artyści pozostali przez pewien czas w kontakcie, a w 1954 lub 1955 r. Picasso pojawił się bez zapowiedzi w gabinecie Eilego. Był to podobno jedyny raz w długim i fascynującym życiu redaktora, gdy podskoczył pod sufit ze zdziwienia. 

A wszystko przez Sławomira Mrożka, dziewczynę z kitką i kożuch. Otóż ostatnia muza Picassa, Lydia Corbett David, zobaczyła na zdjęciu w zagranicznej prasie pisarza w owym kożuszku i oszalała na jego punkcie. Zafascynowany dziewczyną artysta przyjechał więc do Polski i udał się od razu do siedziby „Przekroju”. Szybko ustalono, że kożuch nabyty został w Nowym Targu, więc sekretarka pisma, Merka Ziemiańska, wsiadła z gościem do auta i wyruszyli na poszukiwania. Akcja zakończyła się sukcesem, artysta zakupił kożuszek, a nawet dwa, co tylko umocniło wzajemne uwielbienie Picassa i „Przekroju”.

Prezentowana okładka jest tej przyjaźni dalekim echem.

Data publikacji: