pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
To, co obserwujemy w tej chwili w Polsce, Ateńczycy przerabiali dwa i pół tysiąca lat temu. Po śmierci ...
2021-01-25 00:00:00
Destroix

Komedia z przypisami
Rozmowa z Olgą Śmiechowicz

Komedia z przypisami
Czyta się 13 minut

Maciej Stroiński: Co Cię łączy z Janem Klatą? (śmiech) Oczywiście tylko udaję, że to wywiad dla pisma o zdrowiu, a pytam tak naprawdę o więzy estetyczno-literackie. Jak to się stało, że się poznaliście i podjęliście współpracę? Na twoim wydziale (krakowska teatrologia) Klata, dawny pupil środowiska „Didaskaliów” (pamiętamy!), odgrywa od jakiegoś czasu rolę Mefistofelesa, demona wszystkiego złego, więc wchodząc z nim w artystyczny deal, cokolwiek olewasz układ panujący u Ciebie „na zakładzie”. Co Ty wnosisz do duetu, a co artysta reżyser?

Olga Śmiechowicz: Gdyby to była rozmowa dla pisma o zdrowiu, szybko okazałoby się, że nic nas nie łączy. Jasiek trenuje maraton, ja strzelam z łuku (bieganie to dla mnie najnudniejsza aktywność na świecie). Ja jeżdżę konno, on koni nie znosi. O moim adopciaku mówi: „koń z odzysku”. A jak się poznaliśmy… Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce Jan Klata prowadził zajęcia na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pojawiło się na nich dwóch wykładowców akademickich: ty, Maćku, i ja. Ilekroć biedny Jasiek odwoływał się do antyku, tylekroć moi studenci dość ostentacyjnie patrzyli na mnie, czy aprobuję to, co mówi. Kiedyś zaczęliśmy rozmawiać po zajęciach, potem były wakacje, morze, łupienie Troi i dużo mordowania (współpraca przy wystawieniu Trojanek Eurypidesa). Bardzo romantyczna historia. Jeśli chodzi o więzy estetyczne: dla mnie absolutnie najważniejsze jest to, że mamy takie samo poczucie humoru, co czasami przejawia się w dość niepokojący sposób… Kiedy porównasz nasze półki z książkami, zobaczysz, że czytamy to samo. Przede wszystkim duuużo tytułów historycznych. Metry o Rosji, która jest naszą wspólną fascynacją. U niego znajdziesz masę pozycji o muzyce, ja go doganiam swoją kolekcją albumów ze sztuką. Co ciekawe, u nas obojga występują śladowe ilości tzw. literatury pięknej. Świat realny jest dla nas znacznie ciekawszy niż twory cudzej wyobraźni. Oboje mamy fiksację na punkcie zdobywania wiedzy i w tej dziedzinie jesteśmy koszmarnie „dożarci”. Każde nasze spotkanie zaczyna się od ping-ponga na temat tego, co ostatnio czytamy, w czym grzebiemy. Myślę, że Jasiek by się zgodził: w tej relacji dla nas obojga najważniejsze jest to, że się strasznie nawzajem nakręcamy. On mi podsuwa filmy wojenne, ja mu Almodóvara. Jest w nas głód.

Widzę w Was klasyczną odd couple: tym bardziej do siebie pasujecie, im bardziej nie pasujecie. O Klacie wiadomo, jak jest nielubiany w środowisku teatralnym i teatrologicznym (klasyczny syndrom byłej gwiazdy), Ty natomiast wypadasz z głównego nurtu theatre studies, bo nie uprawiasz np. teorii krytycznej lub zaangażowanej, chyba że czegoś nie wiem! Jak się odnajdujesz w wiedzy o teatrze? Na pewno jakoś, bo Cię za to nagradzają.

Myślę, że nam obojgu pasuje nasza osobność. Ja zawsze mam status filologa klasycznego wśród teatrologów i teatrologa wśród filologów klasycznych. Po tylu latach robienia w akademickim biznesie można przywyknąć, mam jednak wrażenie, że jest to konsekwencją sytuacji, na którą nie miałam bezpośredniego wpływu. Bo to wykładowcy z filologii klasycznej w pewnym momencie doszli do wniosku, że „rokuję”, i od drugiego roku studiów byłam już twardo „tresowana” na pracownika naukowego. To musiało pozostawić trwałe ślady w mózgu. Bardzo wcześnie zaprogramować dyscyplinę myślenia i precyzję w operowaniu materiałami źródłowymi, czyli Rozważna trzyma się metodologii badań historycznych, a Romantyczna ciągle pamięta, że na studia teatrologiczne poszła z miłości do Krystiana Lupy. Moja droga do jego teatru była dość pokrętna, bo na początku oglądałam go grającego w produkcjach Teatru Telewizji dla Dzieci: Mały lord, Dzieci z Bullerbyn, Zwierzoczłekoupiór. Dopiero później byli Letnicy Gorkiego w wykonaniu studentów krakowskiej PWST. Dzieciak siedzący wtedy na widowni był błogo nieświadomy, jak brzemienne okaże się to wszystko w skutkach.

Gdy miałem 12 lat, widziałem sztukę Sztuka Yasminy Rezy, nie wiedząc, że jest w reżyserii jakiegoś tam Lupy. Wracając do Ciebie: twoja oddity tkwi między innymi w wyborze kierunku studiów. Co trzeba mieć w głowie, żeby pójść na filologię klasyczną? (śmiech) Przyganiam jak ten kocioł garnkowi, ale jednak moje studia – filmoznawstwo – były przynajmniej nowoczesne (teraz już nie są), a twoje były, są i będą najbardziej klasyczne z klasycznych. Ostatnio coś nawet przebąkiwano, że może by je zamknąć, bo to przecież czysty luksus, taka filologia klasyczna. Fajnie się to studiowało? Jesteś nerd at heart, prawdziwą „krejzolką”?

Ja też czasami nie wierzę, że sama to sobie zrobiłam. Odpowiedź na twoje pytanie jest najlepszym dowodem, że jest jeszcze w ludziach idealizm. Pod koniec liceum miałam bardzo dziewiętnastowieczne wyobrażenie o ideale humanisty. Greka i łacina były ewidentnymi brakami w moim curriculum vitae, musiałam więc nadrobić białe plamy w wykształceniu. Jakiś czas temu podczas podziemnej imprezy na Kazimierzu poznałam ekipę Greków. Od słowa do słowa jakoś mi się wyrwało, że właśnie pracuję nad nowym przekładem Chmur Arystofanesa. Wyraźnie ich uspokoiło, gdy powiedziałam, że robię to tylko dla hajsu. Trzeba być bibliozaurem, żeby lubić tę robotę. Ostatnio masę czasu straciłam na przetrzepywaniu Internetu w poszukiwaniu fragmentu niezachowanego utworu nieznanego autora: „Hetery są lepszymi nauczycielkami od sofistów”. Czy takiego cytatu mogłoby zabraknąć w komentarzu do komedii poświęconej antycznej filozofii? Znalazłam ten cytat w języku angielskim. Pewnie wiele osób by się tym zadowoliło, ale ja po prostu musiałam zobaczyć, jak wygląda w oryginale. Etyka zawodowa ponad wszystko. W ogóle ciekawa sprawa z tymi Chmurami. To najstarszy tekst o Sokratesie, jaki zachował się do naszych czasów. Napisany jeszcze za życia filozofa. Podobno skubany siedział na widowni podczas prapremiery. Pierwsze dialogi Platona powstały jakieś ćwierć wieku później. A ja w swoim komentarzu do tej komedii będę właśnie twardo udowadniać, że tekst, którego głównym bohaterem jest Sokrates, nie jest o Sokratesie. Arystofanes chciał napisać utwór wyśmiewający wszystkie ówczesne intelektualne nowomody. Sokrates był figurą świetnie rozpoznawalną dla wszystkich ateńczyków, więc w jego postać wlał wszystkie teorie i rozkminy, które chciał wyśmiać. Taka „szutka”, jak mawiał Platon. Podczas pracy nad przekładem udało mi się wychwycić nawiązania do prawie 20 innych filozofów. Komediowy Sokrates szafuje więc pomysłami Diogenesa z Apollonii, żyje po pitagorejsku i mówi językiem Empedoklesa. To intelektualny Frankenstein. Moim zadaniem jest go rozpruć i zidentyfikować, skąd pochodzą poszczególne części. Trzeba przy tym pamiętać, że nie mamy pełnej dokumentacji życia intelektualnego w tamtym okresie, więc wielu aluzji po prostu nie da się wychwycić. Niektórzy twierdzą, że Arystofanes przyczynił się tą komedią do śmierci Sokratesa. Ateńczycy byli w swoich decyzjach dość nieobliczalni, ale nie wierzę, by uzasadnienie wyroku skazującego miało swoje źródło w komedii. Wiele bym dała, by się dowiedzieć, co Arystofanes pomyślał, gdy dotarła do niego wiadomość, że Sokrates zostanie stracony. Takie rozkminy o czwartej nad ranem.

Jak w 4:48! Poza antykiem siedzisz też mocno w nowoczesności, której poświęcasz namysł teatrologiczny. Czego twoim zdaniem brakuje w naszym teatrze? W polskim najnowszym teatrze.

Nie samym Bernhardem człowiek żyje. Pierwsza rzecz, która mi przyszła do głowy: brakuje aktorów, którzy swojej pracy w teatrze nie podporządkowują zobowiązaniom serialowym. Ale to takie środowiskowe utyskiwania. Na tej fali pomyślałam o dramaturgach i ich erudycyjnych popisach, których ofiarą padają aktorzy, spektakle i widzowie. Strasznie mi brakuje dobrze napisanych, współczesnych tekstów dramatycznych. Ile można się babrać w tym postdramatycznym postpisaniu na postscenie? Nie miałabym żadnego problemu z oglądaniem dobrze skrojonego show za duże pieniądze. Brytyjczycy są w tej kwestii specjalistami, ale z drugiej strony, jak popatrzysz na to ich dziewiętnastowieczne aktorstwo… To jest dla mnie niesamowite: porównaj Benedicta Cumberbatcha w Sherlocku z jego występami w Hamlecie albo Frankensteinie. Totalnie różne sposoby budowania roli, operowania tekstem, obecnością. Józef Kotarbiński wyłby z zachwytu, ale od jego czasów trochę już jednak minęło. Najbardziej brakuje mi dobrego pisania o teatrze. Wychodzi ze mnie historyk, bo myślę o teatrologach, którzy będą zajmować się naszymi czasami za parędziesiąt lat. Może czytając recenzje z konkretnych spektakli, nie dowiedzą się zbyt wiele o konwencji inscenizacyjnej, interpretacji tekstu i poprowadzeniu relacji między postaciami, zdobędą jednak sporą wiedzę o kompleksach i prywatnych poglądach piszących. Przez parę lat zajmowałam się pisaniem tego typu tekstów, teraz zdarza mi się uczyć tego studentów i wcale nie twierdzę, że to jest łatwe. Najważniejsze, by nie przychodzić ze swoimi oczekiwaniami, jak dany tekst powinien zostać wystawiony. Naszym zadaniem jest podjęcie próby zrozumienia propozycji, jaką mają dla nas artyści. Nie można ich batożyć za to, że nie spełnili naszego marzenia o spektaklu. Nie mówiąc już o kwestii absolutnie kluczowej, czyli języku, jakim się posługujemy. Dlaczego tekst o współczesnym przedstawieniu nie miałby być literackim dziełem sztuki? Zabawa polega na tym, by używając odpowiednich narzędzi stylistycznych, semantycznie przyszpilić to, co wydarzyło się na scenie. Jest taka piękna myśl Heideggera o słowie, które powinno być tak konkretne, jak rzeczywistość, którą opisuje. Genialne.

Czy widziałaś Powrót do Reims Katarzyny Kalwat, spektakl z Łaźni Nowej? Sądząc po feedbacku zwłaszcza wśród krytyków – hit Boskiej Komedii, festiwalu teatralnego, czego trochę nie rozumiem, bo mnie ten spektakl śmiertelnie wynudził, miejscami tylko zezłościł. Wiem tylko tyle, że porusza wątki bardzo obecnie gorące w debacie publicznej: różnice klasowe i ogólnie walkę klas. Tyle zawdzięcza książce, na podstawie której powstał (autor: Didier Eribon). Czy klasowa stratyfikacja społeczeństwa to właśnie to, „co jest w Polsce do myślenia”? Inspiruje Cię taka perspektywa? Włączyłabyś ją do swojego opisu politycznych kontekstów teatru (które opisywałaś na przykładzie antyku w książce Didaskalia do historii)?

Powrotu do Reims nie widziałam, ale problem klasowości w naszym kraju jest jak misa pełna haczyków, nie wyjmiesz jednego, nie ciągnąc za sobą pozostałych. Przede wszystkim linie podziału wydają się bardzo nieoczywiste. Co ma być kryterium? Wykształcenie? Zarobki? Czy zajmowane stanowisko? Nie mam prawa wypowiadać się z innej perspektywy niż własna: wychowana w dużym mieście, pochodzenie inteligenckie, dwa fakultety, uczelnie „złotego trójkąta” odhaczone w ponad dwudziestostronicowym CV, wykładowca najlepszej polskiej uczelni, poglądy ultralewicowe. (Od razu odpowiem na twoje następne pytanie – szanse na znalezienie męża, który by to wszystko zdzierżył, równe zeru). Z tej perspektywy porozmawiajmy o walce klas i klasizmie. Piekło jest wybrukowane kwantyfikatorami, ale w naszym kraju te tematy są bardzo mocno powiązane z podziałami politycznymi. Jako pokrzywdzona lewica krzyczymy, że dzięki populistycznym rządom Prawa i Sprawiedliwości obciachem jest przynależenie do tzw. intelektualnej elity. Rządzący bardzo jasno nam pokazali, że nie trzeba być wybitnym specjalistą, by zająć kierownicze stanowisko. Z drugiej strony, współczesna lewica coraz mniej kojarzy mi się jako synonim inteligencji. Raczej snobizmu. Aroganckiego wyśmiewania drugiej strony jako prostackiego motłochu, który przez swoją naiwność i brak intelektualnego wyrobienia wkopał nas wszystkich w naprawdę duże kłopoty. Były całe lata, by edukacją tego „motłochu” się zająć, ale lewicy zajętej brandzlowaniem się własną zaje… na tym nie zależało. Głęboki podział naszego społeczeństwa, także na tle klasowym, nie zaczął się pięć lat temu. Nie zaczął się również pod Smoleńskiem. Strzelam do studentów bez ostrzeżenia, gdy szafują mi frazesami o ponadczasowości kultury antycznej. Jeżeli w V w. p.n.e. znajdujemy odbicie naszych dzisiejszych problemów, oznacza to tylko, że absolutnie niczego się nie nauczyliśmy. To, co obserwujemy w tej chwili w Polsce, Ateńczycy przerabiali dwa i pół tysiąca lat temu. Po śmierci Peryklesa, ostatniego przywódcy wywodzącego się z arystokracji, stery przejął Kleon, garbarz, dla którego zarządzanie państwem oznaczało przede wszystkim prywatne korzyści. Prostacki demagog bez politycznej ogłady. Arystofanes wyśmiał go w Rycerzach. Pokazał, że to najgorszy sku…, jaki mógł stanąć na czele państwa. Ateńczycy zachwycili się komedią, przyznali jej autorowi pierwszą nagrodę w konkursie teatralnym i w następnych wyborach wybrali Kleona na następną kadencję. Ta rotacja klasowa na scenie politycznej bezpośrednio przyczyniła się do upadku „złotych” Aten, które dały nam filozofię, teatr i demokrację. Patrząc na to, co się dzieje teraz, myślę, że najlepsze przed nami.

Łączy nas postać Oscara Wilde’a. Tłumaczyłem go, a Ty tłumaczyłaś jemu na pohybel, przełożyłaś parodię „na Wilde’a” (Arystofanes w Oxfordzie), zapowiadaną jako „studenckie nugae”, czyli – jeżeli dobrze rozumiem – bakałarskie śmieszki. Jaka jest historia tego przekładu-odkrycia? Coś mi podpowiada, że sztukę w podobnym duchu sama mogłabyś napisać jako wzięty obecnie dramaturg (o tym, czemu nie dramaturżka, będzie w następnym pytaniu): „starożytny” diss na współczesność.

Takie odkrycie jest marzeniem każdego naukowca. Parę lat temu, gdy prowadziłam badania w Oxfordzie, „przez przypadek” natrafiłam na zapomniany tekst z czasów wiktoriańskich. Okazało się, że studenci Magdalen College napisali satyrę na postać Oscara Wilde’a. Zrobili to z podziwu godną fantazją, ponieważ swój tekst wystylizowali na zaginioną w pomroce dziejów komedię staroattycką. Arystoteles, Sokrates i Tukidydes uciekli z Hadesu, by w Oxfordzie zapoznać się z najnowszymi wydaniami swoich tekstów. Spotykają Wilde’a, który był przecież studentem filologii klasycznej w Magdalen College, i w wyniku całej masy niefortunnych zdarzeń dochodzi do sądu nad poetą, co oczywiście na odległość pachnie Żabami Arystofanesa i jego krytyką twórczości tragediopisarskiej Eurypidesa. Jest to klasyczna „komedia z przypisami”. Nawiązania intertekstualne obejmują spectrum od Alicji w Krainie Czarów, przez Wojnę peloponeską, po plażę dla nudystów, z której korzystali oksfordzcy wykładowcy. Moja ulubiona scena to moment, gdy Arystoteles wyjeżdża z pretensjami do jednego z bohaterów, który miał doprowadzić połowę jego Poetyki do absurdu, myląc w swoim przekładzie „widowisko” z „baranem”. Błyskotliwie napisany, pełnometrażowy dramat. Jest zatem szokujące, że nie odwołują się do niego ani badacze biografii i twórczości Oscara Wilde’a, ani Arystofanesa. Kiedy zapytałeś o ewentualne własne próby dramatopisarskie, przypomniało mi się, jak ktoś spytał mnie kiedyś, czy nie marzy mi się reżyseria. Nie, bo do tego trzeba mieć wyobraźnię. Mieliśmy z Klatą taki fajny pomysł na spektakl. Udało mi się go przekonać, że Ptaki Arystofanesa są absolutnie najlepszą komedią tego autora. Piękna historia o budowaniu utopii, której najsłabszym elementem okazuje się człowiek. Parę lat temu w archiwum Muzeum Teatralnego w Warszawie dotarłam do egzemplarza cenzorskiego parafrazy Ptaków autorstwa Juliana Tuwima. Czaj motyw. Jest rok 1933. Adolf Hitler od paru miesięcy jest kanclerzem Niemiec, a autor Ptasiego radia pisze dla Teatru Polskiego w Warszawie tekst, który fabularnie jest wiernym powtórzeniem antycznej komedii, ale… U Tuwima utopijny Chmurokukułczyn okazuje się państwem nazistowskim. Niesamowite, bo pisane w czasie, gdy Hitler nie miał jeszcze pełni władzy, a komediowe ptaki żądają „przestrzeni życiowej”, ćwierkają o „gatunku wybranym” i wykonują nazistowskie pozdrowienie. Genialnie napisany tekst. Jednak od pewnego momentu zachwyt wydaje się coraz bardziej nie na miejscu. Tuwim w 1933 r. mógł to pisać jako satyrę na nieco nadpobudliwego polityka, którego imię przeminie wraz z następnymi wyborami. My już jednak wiemy, jak to się skończyło. Był pomysł, żebym przygotowała nowy przekład komedii Arystofanesa i zmiksowała go z parafrazą Tuwima. Jestem absolutnie przekonana, że w naszej teraźniejszości politycznej ten spektakl wybrzmiewałby z nieprawdopodobną mocą, ale wiadomo – przyszła pandemia i zaorała wszystkie plany.

W notce biograficznej piszesz o sobie „młody naukowiec”, „filolog klasyczny”, „historyk teatru”, „dramaturg”. To jest z twojej strony staroświeckie posunięcie czy transgenderowe?

Zaczęłam się zastanawiać, czy jestem staroświecka. Na pewno jest we mnie tęsknota za dziewiętnastowiecznym typem mężczyzny, który potrafił rozłożyć swoje opiekuńcze skrzydła nad słabą kobietą. Teraz, jak trzeba powiesić szafkę w kuchni, bierzesz wiertarkę i pokazujesz całemu światu, jak bardzo jesteś równouprawniona do zamocowania kołka rozporowego. A wracając do feminatywów, bo one są przecież meritum twojego pytania. Jeszcze jakiś czas temu dostawałam szału, gdy je słyszałam. Przede wszystkim ze względów estetycznych. Gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś będę nazywana „powstanką”, to 1 sierpnia 1944 r. żadna siła nie wyciągnęłaby mnie z domu. Od jakiegoś czasu do dobrego tonu należy używanie obu form w jednym zdaniu, co prowadzi do powstania stylistycznych potworków. Za jakiś czas przyzwyczaimy się do nich jak do wulgaryzmów w mediach i staną się przezroczyste. Jednak podskórnie czuję w tym jakiś fake. Na fali politycznej poprawności siłowo robi mi się dobrze. Szacunku nie okazuje się końcówkami, które można sobie dowolnie zwyobracać na końcu języka. Chcę, by oferowano mi współpracę, ponieważ jestem świetnym specjalistą w swojej dziedzinie, a nie dlatego, że komuś potrzebna była kobieta do wyrobienia parytetu.

Na koniec chciałbym Ci zadać pytanie „niedziennikarskie”, bo o coś pozytywnego. Wiemy, co nie działa (wszystko), i dlatego pytam: czy zechciałabyś podzielić się z czytelnikami czymś, o czym nie wiemy, a co jest miłe, dobre, działające, rokujące i odporne na wirusy?

Jak to „wszystko” nie działa?? Uśmiech Jakuba Józefa Orlińskiego działa zawsze!! Facet ma nieprawdopodobny dar zarażania energią i pasją życia. Pod koniec grudnia w „Tygodniku Powszechnym” ukazał się wywiad z poetką Krystyną Miłobędzką. Opowiada w nim historię starej kobiety, do której przyszedł anioł śmierci: „Teraz możesz mnie wziąć do wiecznej szczęśliwości. I wtedy anioł zapytał: a gdzie ty przez cały ten czas byłaś? Oczywiste jest, że my jesteśmy tutaj, w tych wszystkich czynnościach, właśnie w tym świecie, który mamy pod ręką. I to jest nasze niebo, nas nie ma dokąd zabrać”. Zobacz, słońce wyszło. Dla mnie jest to wystarczający powód, żeby wpaść w ekstazę.

Olga Śmiechowicz, fot. Anna Starowicz
Olga Śmiechowicz, fot. Anna Starowicz

Olga Śmiechowicz:

Młodociany naukowiec, filolog klasyczny i historyk teatru. Pracuje w Katedrze Teatru i Dramatu na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Badania oraz gościnne wykłady prowadziła również na uniwersytetach w Amsterdamie, Cambridge, Heidelbergu, Londynie, Lwowie, Oxfordzie, Paryżu, Sankt-Petersburgu i Wiedniu. Autorka monografii poświęconych teatrowi, m.in.: Arystofanes, Didaskalia do historii. Teatr starożytnej Grecji i jego kontekst polityczny, Arystofanes w Oxfordzie, Trojanki Jana Klaty. Laureatka Nagrody Naukowej tygodnika „Polityka”. Współpracuje z Kingą Dębską oraz Janem Klatą jako dramaturg.

Nie lubisz się śpieszyć? My też! Wierzymy, że dziennikarstwo nie musi być pracą na kolanie i w niedoczasie. Wspierając Fundację PRZEKRÓJ, wspierasz rzetelną i staranną pracę dziennikarzy, redaktorów i korektorów.

* Pola wymagane

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!