Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Katarzyna Nosowska: A ja żem jej powiedziała!

Katarzyna Nosowska: A ja żem jej powiedziała!

Robert Rient: Przez Ciebie zacząłem fantazjować o Stingu.

Katarzyna Nosowska: To dołączyłeś do przynajmniej połowy Polski. Parę lat temu udzielił wywiadu, w którym wyznał, że kocha się z żoną kilkanaście godzin. Podjęłam dyskusję z różnymi mężczyznami, również muzykami z mego zespołu, i większość z nich utknęła na pytaniu: jak to jest możliwe.

„Zanim postanowisz zmaltretować delikatną wyściółkę jej wnętrza, zrób testy na sobie. Trzyj przez godzinę non stop wierzch swojej dłoni. Wynik końcowy nie będzie i tak miarodajny, bo ręka bywa w świecie, jest zahartowana”.

Wielu mężczyznom wydaje się, że seks to nieustające tarcie, ścisnąć pierś kilka razy, wsadzić i trzeć, cały czas. Nie to Sting miał na myśli. Subtelna, delikatna, miękka kobieca wyściółka nie wytrzymałaby kilkunastogodzinnego tarcia, a nawet jeśli, przy zaciśniętych zębach, by wytrzymała, skończyłoby się wielomiesięczną rekonwalescencją.

W swojej książce A ja żem jej powiedziała napisałaś, że: „Sting pewnie nadał imiona wszystkim pieprzykom żony i z każdym z nich zamienia kilka przyjaznych zdań, zanim rozgości się w jej waginie”.

To z kolei jest moja fantazja na temat poczynań Stinga, która jednak rzuca pewne światło na to, czym seks również może być, poza już omówionym tarciem. Sting eksperymentował z tantrą, w której chodzi bardziej o spotkanie, napięcie, patrzenie sobie w oczy, pracę umysłu, a nie tak zwaną penetrację.

Nie spodziewałem się, że ujawnisz w książce tak dużo z osobistego życia.

Moje życie obfituje w liczne wydarzenia, anegdoty, historie, które zostawiam tylko sobie, ale skoro zdecydowałam się zaprosić ludzi do tego, by poświęcili mi trochę czasu, to nie chciałam opowiadać tylko o tym, co mi się wydaje na temat życia i świata, ale dać coś od siebie. Jestem głęboko przekonana, że moje doświadczenia są uniwersalne, że jestem równa podczas spotkania z czytelnikami. Nie wszyscy doświadczają tego samego zestawu wypadków, ale na pewno znajdą w nim elementy znane z własnego życia. Im dłużej żyję, tym bardziej wszyscy wydają mi się do siebie podobni, w nieprawdopodobnym wręcz stopniu. Konflikt bierze się z zapomnienia, że jesteśmy tym samym, łącznie z naturą.

Co robisz, jak zapominasz?

Ląduję na manowcach. A później zaczynam znowu kopać w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, po co tu jestem, co mogę swoją obecnością przynieść dla świata. Wracam do intuicji, którą pozwoliłam sobie odebrać na długie lata, a wręcz jej zaprzeczyć. Teraz karmię ją łyżeczką. Gdy mówi intuicja, nie ma pytań i wątpliwości, nie ma myśli, bo gdy one biorą górę, intuicja milknie.

Opisujesz lekcję przysposobienia obronnego, gdy pani zapytała, kto zostanie po zajęciach, żeby sprzątać. Nikt się nie zgłaszał. Tknięta intuicją podniosłaś rękę w imieniu swoim i koleżanki.

I być może, dzięki tej dziwnej reakcji na apel nauczycielki, śpiewam i jestem w miejscu, w którym jestem. Okazało się, że to był swoisty test. Pani miała do zaoferowania dwa miejsca w ramach Ochotniczego Hufca Pracy w NRD. Tam poznałam chłopaka, który grał na gitarze i opowiadał mi o tym, jak barwne może być życie, gdy wypełnione jest muzyką. Zaprosił mnie na próbę i poszłam. Zaczęłam śpiewać. To była konsekwencja tego jednego podniesienia ręki.

Co się stało, że przestałaś intuicji słuchać?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, chociaż ewidentnie coś mi się stało, straciłam władzę nad swoim życiem, przestałam być obecna. Przeszło to w lata. Wszystko było przyczynkiem do pompowania lęku. Uznałam, że jestem całkowicie bezwartościowa, a raczej wróciłam do zaszczepionej we mnie, dziecięcej myśli.

Zaszczepionej przez tatę?

Między innymi. Spotkałam wiele osób, które postanowiły potraktować mnie raczej ostro. Z drugiej strony mam wrażenie, że w okrutnych, najtrudniejszych okolicznościach najszybciej i najwięcej się uczyłam.

 „Cierpienie sprawia, że duch zdobywa bezcenne sprawności”.

Teraz tak myślę, wcześniej tkwiłam w mrocznej masie, nie miałam odwagi, by walczyć o siebie, nie miałam pomysłu na odrobinę czułości. Nie wpadłam w ogóle na pomysł, by zapytać siebie, co lubię, czego chcę, co mi się podoba. Straszny czas, na który oczywiście wszechświat mi doskonale odpowiadał, sprzyjając, bym czuła się dokładnie tak, jak o sobie myślałam.

Piszesz wprost o przemocy fizycznej, której doświadczyłaś jako dziecko, a później partnerka.

Był taki czas, gdy myślałam, że nie powinnam się odsłaniać ze swoim życiem, że nikomu to nie jest potrzebne, ale ostatnie doświadczenia zmusiły mnie do przyswojenia sprawności, o których nie marzyłam. Bardzo trudne, ale ważne lekcje. Uznałam, że takich jak ja jest wiele, że kobiet takich jak ja jest wiele, więc zdecydowałam się opowiedzieć fragmenty swojej historii, bo może zrobi im się raźniej, a może dojdą do wniosku, że warto stanąć we własnej obronie. A trudne, osobiste doświadczenia łączą się z polską historią, zakorzenionym w narodzie poczuciem winy, niską samooceną. Ofiara przemocy często uważa, że na to zasługuje, albo nie jest świadoma, że życie, którym żyje, nie jest dla niej jedynym dostępnym. I pozwala się okładać, źle traktować, nie ufa sobie, nie kocha siebie.

Jakie sprawności nabyłaś?

Nabyłam sprawności zdradzonej, nabyłam sprawności współuzależnionej. Ewa Woydyłło powiedziała do mnie zdanie, które zostało na długo, zaczęło kiełkować. Brzmiało ono: ma pani siostry, jest nas bardzo wiele. Odebrało mi to część wstydu. Zaczęłam się rozglądać, okazało się, że faktycznie wiele kobiet nabyło sprawność współuzależnionej i zdradzonej. Te sprawności tworzą określony zestaw cech, na które jest jedno antidotum – zajęcie się sobą.

A odejście?

Czasami jest konieczne, to jeden z przejawów zajmowania się sobą.

Odeszłaś?

Nie. Zapytałam Jakuba Żulczyka, czy dawanie drugiej szansy jest frajerstwem, powiedział, że nie, że dawanie trzeciej szansy to frajerstwo. Dla mnie miłość to decyzja. Chcę realizować postanowienie zawarte w definicji miłości głębokiej.

Jesteś siłaczką.

Żądam nagród!

Opowiesz?

Nie chcę się wdawać w szczegóły. Wiem, że nie zmienię nikogo, nawet najbliższych, że mogę jedynie zmienić swoją reakcję. Może późno to odkryłam, ale każdy ma swoje tempo. Najważniejsze jest dla mnie, że czuję się, jakbym urodziła się po raz kolejny. Wszystko, czego się bałam, wydarzyło się, dlatego faktycznie czuję się jak siłaczka, bo jestem tu wciąż, nie rozpadłam się.

Jak ciężko było?

Nielekko. Ale w tym samym czasie zaczęłam robić filmiki na Instagrama. Próbowałam siebie rozśmieszyć, a przy okazji okazało się, że inni też się śmieją.

Jak powstał pierwszy filmik?

Spotkałyśmy się z Agatą Kuleszą, moją przyjaciółką, i zaczęłyśmy nagrywać. Agata pokazała mi, jak używać snapchatowej aplikacji, by zniekształcić głos i twarz. Bawiłyśmy się setnie. Ludzie zaczęli reagować. Pierwsze filmiki były dla własnej zabawy, żeby rozświetlić sobie dzień. Okazało się, że ludzie też się śmieją. A uśmiech jest moim zdaniem na wagę złota, dla ludzi i świata w ogóle. Wkręciłam się. I pewnego dnia zadzwonił pan z wydawnictwa.

Paweł Szwed?

Tak. I powiedział, że to jest prześmieszne, że trzeba będzie dopisać sporo zdań, ale będzie książka, klamra zamykająca ten spontaniczny projekt.

Czujesz się jak debiutantka literacka?

Nie, to nie jest prawdziwa książka.

Czym jest prawdziwa książka?

Przede wszystkim jest gruba, pisana z namysłem. A ta tutaj powstała w dwa miesiące, to jest wyrzut myśli, a nie książka.

Chcesz napisać powieść?

Marzę o tym od dziecka, poważnie, mam już zamysł, koncepcję, tylko jeszcze brakuje czasu i odwagi. Ta książeczka jest sposobem na przyjemne spędzenie czasu, rozbawienie, a być może przypomnienie o tym, co istotne, o tym, żeby o siebie dbać.

Trochę też radzisz, opowiadasz o tym, jaki jest świat.

Ale zaznaczam, że nie ma obowiązku korzystania z moich rad. W rady nie wierzę, zazwyczaj się nie przydają. Żyjemy w czasach, kiedy na osoby publiczne kładzie się nacisk, żeby zabierały głos w sprawie państwa, świata, maszerowały w wiecach – to nigdy nie była moja droga.

 „Maszeruje się po wyrzut adrenaliny, który wytrąci na chwilę z codziennego stuporu”. W książce piszesz o swojej niechęci do marszów tęczowych, czerwono-białych i wszelkich innych.

Nie maszeruję. Mam bardzo określone poglądy i nie odczuwam potrzeby głoszenia ich na ulicy. Gdy jest manifestacja, to prawie zawsze jest kontrmanifestacja. Nie podoba mi się generowanie pogardy i agresji do kogokolwiek, stojącego po którejkolwiek stronie. W książce Vadima Zelanda Transerfing rzeczywistości przeczytałam o bardzo logicznej teorii wahadeł. Gdy ktoś pcha w naszą stronę wahadło, to jeśli je odepchniemy, spowodujemy jeszcze silniejszy ruch. Jeśli nie zrobimy nic, wahadło w końcu się zatrzyma. Energię potrzebną do odepchnięcia wahadła można zużyć na inne sprawy, na tak zwane dobro. Nie mam zamiaru udawać, że nie uważam ludzi za coś więcej niż ciało, imię, zawód czy poglądy. Za swój obowiązek stawiam polerowanie punktu, którym jestem, uczynienie z siebie najlepszej z możliwych wersji. Chcę, by każda osoba, nawet podczas krótkiego spotkania ze mną, dostała coś dobrego. Gdyby mój syn przyszedł i powiedział, że zakochał się w chłopaku, to zapytałabym, co ukochany lubi jeść, na co ma alergię i zaprosiła na najbliższy obiad. Wydaje mi się, że wszyscy sobie niesiemy lustra, dary czy też lekcje. Jeśli ktoś mnie potwornie złości, możliwe, że odbija tylko coś, czego nie chcę zobaczyć w sobie.

Ale czy myśląc w ten sposób, wszystko nie okaże się relatywne? Jako istota ludzka potrafię uczyć się z cierpienia, ale potrafię również uczyć się w spokojnej przestrzeni, obcując z pięknem. Może złościć mnie bezmyślne zło i nie ma znaczenia, czy potrafię z niego wyciągnąć lekcje.

Zgadzam się. Nie da się walczyć ze złem, ale czasami trzeba na nie reagować. Jeśli na przykład chodzi o przemoc, która spotyka dzieci, uważam, że trzeba reagować natychmiast. Ale z deklaracjami bywa tak, że życie lubi je weryfikować. W książce opisuję jeden z najbardziej dramatycznych momentów mego życia. Mój czteroletni syn bawił się na niebieskiej karimacie położonej na trawie, obok pomostu. Zostawiłam go na chwilkę, by przebrać koszulkę. Wracam, mata leży na pomoście, a syna nie ma. Jakbym umarła. Straciłam władzę nad ciałem, nie byłam nawet w stanie krzyknąć albo w rozpaczy wbiec do wody, nic. Zostało tylko przerażenie. Wybudził mnie śmiech synka. Ciotka odrzuciła matę i wzięła syna na ręce, i poszła z nim za kemping. Dlatego boję się mówić, że coś jest na pewno. Życie mi pokazało, że gdy deklarujemy pewność, przychodzi szybki test.

W książce, często z lekkością i ironią, piszesz o różnych ranach, które Cię spotkały. Te mogą się zabliźnić, może się okazać, że nie ma nikogo winnego i nic do wybaczenia, ale może się też okazać, że niektóre rany zmieniły nas w sposób nieodwracalny. Jak jest u Ciebie?

Jestem na etapie akceptowania, mam wrażenie, że to ostatnia prosta. Jest coś wartościowego w powrocie do dawnego zdarzenia, które było bolesne i wyczerpujące, o ile uda się rozpoznać stan i uczucie, które towarzyszyły zadanej ranie. Przez lata dorosłego życia reagowałam na dawno zadaną ranę. Jakby życie mnie zabierało w przeszłość, której nie chciałam przyjąć, zobaczyć. Teraz już wiem, że aby te powroty nie wydarzały się w nieskończoność, trzeba wrócić do momentu zranienia, ale świadomie, zanurzyć się, często w towarzystwie lęku. To pozwala zrozumieć, co się stało, ale też, co wyprawiam w różnych, trudnych emocjonalnie sytuacjach. Głupio mi to powtarzać, ale wierzę, że jestem szersza, większa i potężniejsza niż ta, którą widać, i wierzę, że dotyczy to nas wszystkich. Wierzę, że wybrałam sobie doświadczenia tego życia, że brakowało mi pewnych sprawności, że z określonych powodów urodziłam się właśnie w takiej rodzinie. Przez to inaczej widzę osoby, które mi rany zadawały, nawet jeśli długie sceny z własnego życia przypominały film Bergmana.

Czy gdyby odjąć wiarę z doświadczenia przemocy, nie okaże się, że była to tylko przemoc, która wydarzyła się po nic?

Gdy myślę o moim tacie, to widzę człowieka, który kiedyś się urodził, był maleńki, niewinny. Pierwszy oddech. Zaczęło się jego życie i trud doświadczeń, którym został poddany. Patrzę na sprawców ran jak na ludzi z historią, ich ranami. Zadałam sobie pytania o to, co zbudowało moich rodziców, i zrozumiałam, że nie mogli być dla mnie inni. Mój ojciec został wyhodowany na człowieka, którego spotkałam jako małe dziecko.

Tata wraca w Twojej książce. Uderzyło mnie zdanie: „Żyłam w przekonaniu, że najpewniej mnie nie lubi”.

Pochyliłam się nie tylko nad sobą, ale całym moim rodem. Teraz widzę jego i przodków inaczej, jako tych, dzięki którym jestem. I to, że jestem, naprawdę mnie cieszy, nawet jeśli rany czasami dają o sobie znać. Jednak w takich sytuacjach wolę traktować ich głos z przymrużeniem oka.

Jak wtedy, gdy piszesz o tacie, któremu zabrakło słów, bo zużył je wszystkie, dzwoniąc do radia, by udzielać rad.

Naprawdę to robił. Zapalał papierosa, często jeszcze w łóżku, zniżał głos i perorował na temat kondycji świata. Ostatecznie zaprzyjaźnił się z prezenterem Radia Szczecin, poszli na wódkę, a później spędzali wspólne wakacje. Szczerze, to nie znajduję żadnego powodu, by ktokolwiek, kiedykolwiek, w jakiejkolwiek sytuacji stawiał siebie wyżej od innych.

Chyba, że jest się artystą.

Bardzo zabawne. Pewnie dlatego tyle uwagi poświęcam tak zwanemu show-biznesowi. Artysta jest dla ludzi, utrzymywany jest przez ludzi, został wymasowany i wzniesiony na swoje miejsce właśnie przez ludzi. W filmikach i książeczce próbuję odjąć ciężaru z napuszenia sławnych i rozpoznawalnych. Przecież nie mam nic przeciwko tym, którzy robią sobie wielkie usta.

Ale w książce pytasz, czy na bezludnej wyspie wciąż chcieliby je sobie powiększać. „Komu chcemy się tak bardzo podobać, że odrzucamy własne odbicie w lustrze?” Chciałaś się podobać?

Długimi latami! Chociaż mi bardziej chodziło nie o wygląd, ale akceptację. Pierwszy raz czuję, że wyrywam się na niepodległość. Dopiero niedawno odważyłam się zapytać, czego chcę, i zrozumiałam, że chwili dla siebie i zawieszenia zespołu Hey.

Musiałaś się zmierzyć z oporem w zespole?

Tak. Zawieszenie Heya to rewolucja nie tylko dla mnie. Nie podejmowałam wcześniej takich decyzji, bo bałam się odrzucenia. Zdarzało się, że nadużywałam siebie i pozwalałam na to innym, ale tak to właśnie działa. Miałam poczucie, że cały czas muszę zdobywać wizę do życia w świecie.

Długo chodziłaś z tą decyzją?

Myślałam o tym od jakiegoś czasu, a ostateczną decyzję podjęłam prawie dwa lata temu. Ostatnie lata nie były łatwe, sporo trupów wypadło z szafy, czułam coraz większy ciężar.

Co to za trupy?

1 listopada 1943 roku moja rodzina została zabita, babcia się uratowała, bo poszła na groby, ale zginęło dwanaście osób. Znałam tę historię od zawsze, ale dopiero niedawno pojechałam do Kałęczyna, wioski pod Łomżą, w której to się stało. Najpewniej ukrywali Żydów albo pomagali partyzantom i ktoś we wsi doniósł. Gdyby babcia nie przeżyła, nie byłoby nas wszystkich. I nagle ta cała historia spadła na mnie. Chodziłam, szukałam, przepytywałam mamę. Mój partner pomógł mi znaleźć w lesie miejsce zbrodni. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, poczułam, że muszę przyjąć tę rodzinę. Inaczej żyłabym w cieniu, lęku. Na to nałożyła się sytuacja w zespole, moim związku, tajfun, z którym radzę sobie, między innymi wyżywając się na nowej płycie.

Singiel Pas brzmi biograficznie.

Partnerzy piosenkarek, które są jednocześnie autorkami tekstów, muszą się liczyć z tym, że niektóre wątki posłużą jako inspiracja.

Kiedy płyta?

Jesienią, ale materiał będę grała na koncertach już od czerwca.

Elektronika?

W dodatku mocna, w sumie tylko elektronika. Wracam do korzeni Nosowskiej. Pewnie niektórym się spodoba, ale wiele osób znielubi tę płytę, tak czuję. Chcesz usłyszeć nowy kawałek?

*

Katarzyna Nosowska (ur. 30 sierpnia 1971 roku w Szczecinie) – wokalistka, przez 25 lat grająca z zespołem Hey, pierwszy solowy album puk.puk wydała w 1996 roku. Laureatka Paszportu Polityki, ponad 20 Fryderyków i wielu innych nagród. Felietonistka i autorka tekstów. 23 maja, nakładem wydawnictwa Wielka Litera, ukaże się jej pierwsza książka A ja żem jej powiedziała.

 

 

 

 

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info