pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Jeśli komuś jeszcze mało tematu zarazy, proszę po dokładkę, tu można sobie doczytać. Dziś opowiem ...
2020-04-20 00:00:00
Destroix
Ironioza

Czyta się 5 minut

Motto: „Jeżeli jutra nie ma, ja nie przestaję śpiewać!” (Sistars, Sutra)

Jeśli komuś jeszcze mało tematu zarazy, proszę po dokładkę, tu można sobie doczytać. Dziś opowiem Państwu o chorobie infekcyjnej, jaka panuje u nas po teatrach. „Będę doktorem, będę doktorem!”

Zaczęła się dawno temu, za siedmioma górami, długo przed tym, zanim było modne popadać w zarazy. Artyści teatru są, jak zawsze, w awangardzie, wyprzedzają swoje czasy również w tym fatalnym sensie. Szczyt zachorowań chyba już za nami, pośród widzów obserwuję odporność populacyjną, innymi słowy: mają wywalone (kiedy jeszcze chodzą na spektakle teatralne, czyli miesiąc temu i może za miesiąc). Rynek się wysycił, no bo ile można – grantów, nagród i polubień dostawać wciąż za to samo.

Dajmy tej jednostce nozologicznej robocze nazwanie: ostra ironioza, ironiosis acuta. „Nazwania” użyłem w przekroju przez internety i chciałbym się z niego teraz wytłumaczyć, powiedzieć je pełnym zdaniem, bo nie wypada mieć tak zwanych wątów, czyli wątpliwości, bez uzasadnienia. W pewnym oddaleniu, które nam narzuca znana wszystkim sytuacja, nie da się mieć refleksji innych niż ogólne. Można spojrzeć z zewnątrz, z daleka, ogarnąć spojrzeniem, rzucić spojrzenie, rzut spojrzeniem na odległość.

Zapadasz na ironiozę, kiedy przedawkujesz pewną jakość estetyczną. Żeby daleko nie szukać: fanpage warszawskiego Studia, teatru-galerii. W repertuarze internetowym praca pod tytułem La Maladie, reż. Hartung-Wójciak, i najpierw popatrzmy nieoceniająco. I po tytule, i po obrazie na sto procent widać, że film o chorobie. Widzimy mężczyznę w gipsie, i wyłącznie w gipsie, ale w drugim planie, bo w pierwszym widzimy proszek. Mężczyzna leży w portretowej pozie, jak na otomanie, i pozuje do ujęcia. Proszek mu zasłania, tak zwana „niemiecka chemia”. Lepszy do leżenia byłby F. Perkowski, ale Witold Mrozek, recenzent „Wyborczej”, też jest chłopem „w sobie”. Tu nie ma oceny, bo kimże ja jestem, by uprawiać weightyzm?

Witold Mrozek w „La Maladie”
Witold Mrozek w „La Maladie”

Witek Mrozek leży, po czym leży i udaje – udaje, że śpiewa, czyli lip-syncuje, jakby grał w Priscilli, królowej pustyni. Śpiewanie z playbacku to domena drag queens, a w filmie La Maladie obserwujemy nową, heteronormatywną postać dragu: ewidentnie facet, a do tego nagi, robi to, co faceci ubrani po czubek głowy udający baby. Co by się tam działo, gdyby był reżyser Rubin… Przy okazji: przypomina się Leigh Bowery na płótnach u Freuda.

Film Witolda Mrozka, Klaudii Hartung-Wójciak, Małgorzaty Bieli (na co dzień aktorka, ale tutaj za kamerą, bo w polu widzenia jest dramaturg z reżyserką) należy do nurtu postoperowego. Postopera to opera wykonana ironicznie, co znaczy: celowo słabo. Śpiewasz, choć nie umiesz, albo w ogóle nie śpiewasz, choć słychać śpiewanie. Postopera o postmiłości, o miłości jako chorobie, wiersz Do M*** Mickiewicza, o trudnych czasach dla miłości fizycznej, proszek zamiast jajec. Konceptualnie wszystko się tu zgadza. No, ale dzieła sztuki mają zazwyczaj oprócz treści formę.

Cztery minuty piątej wody po Masłowskiej, z tą dużą różnicą, że ona śpiewała swoje, jak również – śpiewała, a nie udawała. Najpierwotniej teatralne w tej performoinstalacji jest właśnie to udawanie, proste kabotyńskie gesty. Takie właśnie skojarzenia wywołuje teatr wśród szerokiej publiczności: pretensja, znowu wydziwiają, po co komu to potrzebne? I jak Państwo myślą – skąd są takie skojarzenia?

Reżyserka w wywiadzie: „Teatr psychologiczny i film starają się osiągnąć przezroczystość komunikatu języka, my działamy w drugą stronę, chcemy ją zabić”. Skoro taki był cel, to przyznajmy: wyszło. Trupy to robią, co w powieściach historycznych i w filmach o mafii, to znaczy się ścielą, a ci oczywiście – proszek. Ironioza nie jest fenomenem tylko przedepidemicznym.

Do takich przemyśleń skłania dzisiejszy nieteatr. Pierwszy raz od nie wiem kiedy nikt nigdzie nic nie gra. Aktorki mogą powiedzieć o sobie jak ta u Masłowskiej: „Szczerze, to ciężka praca. Nieraz zdarzało się, że po całym dniu spędzonym monotonnie na niejedzeniu, niepiciu, potem niesikaniu i niesraniu, a w międzyczasie jeszcze na niepoceniu się, byłam tak zwężona, wydłużona i znużona, że kładłam się ot wprost na kozetce w photoshopie, nie mając siły jechać do tego domu, którego ze zmęczenia zapominałam, że nie miałam” (Między nami dobrze jest). Albo jeszcze celniej, z Masłowskiej wcześniejszej: „Nic się nie dzieje, ale kamera start, my skamerujemy was, a wy skamerujecie, jak my kamerujemy was, jak stoimy i nic do siebie nie mówimy” (Paw królowej).

Czemu zajmować się takimi rzeczy? BO SĄ i jak na razie, z nowych propozycji, są głównie one. To jest cały PROJEKT (bez tego słowa się nie da): Projekt Kwarantanna. Artyści siedzą na chacie i ironizują.

Czym się różni ironioza od zwykłego kampu, jeżeli kamp bywa „zwykły”? Moim zdaniem – wszystkim. Ironioza nie czuje tego wszystkiego, co kamp robi odruchowo. Ona robi to „na głowę”, próbuje żartować z tego, czego nie rozumie, a kamp w ogóle nie jest ironiczny, tylko właśnie… kampowy. Wiem, zamotałem, lecz ciężko to wytłumaczyć, bo albo to czujesz, albo nie da ci się pomóc. It’s a Jersey thing (por. South Park, sezon 14, odcinek 9).

Mam! Człowiek śmiechu Victora Hugo, pierwowzór Jokera, człowieka z wyrytym uśmiechem. O to właśnie chodzi: uśmiech wciąż na ustach, nawet nie przez łzy, tylko bez okazji, wieczny, bo „człowiek śmiechu” nie może inaczej. Ironioza jest właśnie czymś takim, humorem bez poczucia humoru.

Nie wiem, czy się Państwo zgodzą, ale po teatrze pełza pełzająca ZARAZA ŚMIECHU. Wszystko jest śmieszne, zwłaszcza jeśli nie jest. Nie wiem, czym teatr artystyczny różni się tu od bulwarowego, w którym jest tak samo. Śmiech się zdaje zaraźliwy. Brzmię teraz jak Jorge, ten ślepiec z Imienia róży, który wysunął argument mordercę, że śmieją to się małpy. Lecz to samo mówi Nietzsche w swojej słynnej Zarze (pełny tytuł: Tako rzecze Zaratustra), że „ostatni ludzie” główne, co potrafią, to prześmiewczo mrużyć oczy. Śmiech jest homeopatyczny: źle, jeśli za mało, ale za dużo – niedobrze.

Prawa fizyki i homeopatii są właśnie takie, że ironioza wywołuje wilka z lasu, swoje przeciwieństwo: seriozę. Wystarczy w ironicznych kręgach zejść na temat wykluczonych i zobaczysz. À propos: nie wydaje się wam, że filmik La Maladie przynosi przekaz ciutkę seksistowski? Social justice warriors mają zapewnione, że gdy oni uprawiają to, co krytykują, to są tylko takie żarty, takie metawykluczenie. To jak pewne zgromadzenie było metazgromadzeniem.

To była Warszawa, a krakowskim mistrzem of misguided humor, naszym królem suszy (por. suche żarty, suchary) jest Mateusz Pakuła. Te jego nieśmieszne żarty to jest materiał na całą inną opowieść. Opowiem, jak dożyjecie.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!