Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” – poznaj nasze czułe struny!

Ta jesień jest pełna czułości! A już na pewno jest jej pełen jesienny „Przekrój”. W nowym numerze piszemy o tym, jak czułością zmieniać świat, a także o: mądrej edukacji, hologramach, grzybach (też tych, wiadomo których), dojrzałości i Inkach. Zastanawiamy się, czym jest prawda i jak opisać piękno. 196 stron do czytania przez trzy miesiące!

Kup numer na jesień

Jesienny „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
„Sound of Metal” w reż. Dariusa Mardera to film, który się nie tylko ogląda, ale też słucha. ...
2021-03-04 00:00:00
film
Film dźwiękowy

Sound of Metal w reż. Dariusa Mardera to film, który się nie tylko ogląda, ale też słucha. I im głośniej wybrzmiewa w nim cisza, tym wyraźniej można usłyszeć ludzki dramat i siłę.

Zdarza się, że dostrzegamy wartość czegoś, dopiero gdy to tracimy. Banał, jak wiele banałów, prawdziwy: człowiek łatwo się przyzwyczaja i równie łatwo uznaje za pewnik to, do czego się przyzwyczaił. Zabierz mu ten „pewnik”, a dopiero wtedy odkryje, na jak niepewnym fundamencie budował swoją równowagę. W życiu takim pewnikiem może być na przykład słuch. W kinie może być nim na przykład dźwięk. 

Sound of Metal Dariusa Mardera to seans podważania tych pewników, filmowe ćwiczenie z odejmowania. Za treść robi historia tracącego słuch perkusisty. Za formę – próba zapośredniczenia tego doświadczenia poprzez konsekwentne ograniczanie dźwiękowej palety kina. Bohater przestaje słyszeć, więc i widz traci audio. 

Takie odejmowanie ma swoje plusy. Bohater może dostrzec prawdę o sobie, która umykała mu w hałasie codzienności. Widz może odkryć, że kino, medium domyślnie wizualne, potrafi snuć zajmującą opowieść również w sferze dźwięku. Strata jest tu więc szansą na przewartościowanie, rozbicie utartych schematów: czy to myślenia, czy patrzenia, czy słyszenia. Zresztą, jak pokazuje Marder, niesłyszący aktywnie zaprzeczają stereotypowi i nie chcą myśleć o sobie jako o niepełnosprawnych.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Żeby jednak nie było: punktem wyjścia Sound of Metal jest trauma. Rubena (Riz Ahmed) i Lou (Olivia Cooke) poznajemy podczas ich wspólnej trasy koncertowej. Na scenie tworzą duet, za kulisami – parę. Niespodziewanie, w zasadzie z minuty na minutę, Ruben przestaje słyszeć. Kariera muzyczna i związek z Lou, dwa nierozerwalnie splecione ze sobą wątki, fundamenty jego dotychczasowego życia, stają nagle pod znakiem zapytania.

Z takiego punktu wyjścia można było odbić w wiele różnych stron: a to bardziej łzawych, a to bardziej optymistycznych, a to bardziej o muzyce, a to bardziej o związku. Marder – nie tylko reżyser, ale też współscenarzysta filmu – wybiera ścieżkę mniej spodziewaną i daje nam opowieść o walce z prywatnymi demonami. Okazuje się bowiem, że Ruben jest narkomanem, który tyleż dzięki Lou, co dzięki muzyce, którą razem stworzyli, skutecznie wyszedł na prostą. W momencie kryzysu, gdy traci jeden z filarów swojej wewnętrznej równowagi, odzywają się jednak jego dawne, toksyczne odruchy. 

Marder układa więc scenariuszową drabinkę tak, by przypominała schemat faz wychodzenia z traumy albo odwykowy program 12 kroków. Dlatego, zanim przyjdzie akceptacja, Rubena czeka maraton buntu, niedowierzania i wypierania. Bohater obiera drogę na skróty, z uporem maniaka ignoruje skalę problemu i „po męsku” idzie na zderzenie czołowe. Nie dość, że nie słyszy, to pozostaje głuchy na głos rozsądku. Centralną zagadką filmu jest kwestia, czy będzie umiał przepracować ból i zweryfikować swoją własną ściemę.

Tak ustawiony konflikt skutkuje tym, że widzowi trudno „być” z Rubenem na każdym kroku jego podróży, zwłaszcza gdy ten błądzi, popełniając kolejne głupie błędy. To jednak wymóg opowieści: konflikt jest potrzebny. Nie tylko po to, by oddać prawdę o ludzkim doświadczeniu, ale i po to, by po prostu mogła się toczyć fabuła. Film o facecie, który potulnie realizuje kolejne wytyczne lekarzy, byłby przecież nudny. I właśnie dlatego tak wiele w Sound of Metal zależy od odtwórcy głównej roli. I właśnie dlatego Riz Ahmed tak bardzo zasłużył na oklaski. 

Aktor sprostał bowiem wielkiemu wyzwaniu. Łatwo zresztą przepisać jego występ na efektowną wyliczankę umiejętności, które musiał opanować. Gra na perkusji i nauka języka migowego to jednak zaledwie punkt wyjścia, kostium. Istota roli Ahmeda tkwi w tym, co ukryte pod powierzchnią. Niesłyszący mentor Rubena, Joe (Paul Raci), przezywa go w którymś momencie sową i ten żarcik z wielkookiej aparycji aktora trafia w samo sedno. Ahmed opowiada przecież o swoim bohaterze właśnie oczami. Gra głównie twarzą, trochę ciałem, konsekwentnie komunikując to, czego nie widać: raz słyszenie, raz niesłyszenie, zawsze towarzyszący mu dramat. Dramat tym trudniejszy do pokazania, że zakopany gdzieś głęboko, stłamszony i wyparty. Ruben to niezbyt wylewny typ, więc aktor nie bardzo może opierać się na dialogu.

Z pomocą przychodzi mu jednak ścieżka dźwiękowa. To jeden z intrygujących, twórczych paradoksów filmu: zakłócając sygnał audio, reżyser przewrotnie wydobywa go na plan pierwszy. „Podwodne” dudnienie zatkanych uszu, metaliczny brzęk aparatu słuchowego czy po prostu martwa cisza – wszystkie te doznania mają tu wielką ekranową moc i pozwalają nam podpiąć się bezpośrednio pod dyskomfort Rubena. To zdecydowanie największe osiągnięcie Sound of Metal: bezbłędna synchronizacja fonii z aktorstwem Ahmeda. I już choćby dlatego warto zobaczyć – i usłyszeć – ten film. 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!