pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
Pisanie odręczne jest znów modne, a wnoszę to z faktu, że zalewa instagramy. Litery to nowe koty. ...
2020-09-07 00:00:00
Destroix

Facebook na papierze – o bullet journalach

fot. Getty Images
Facebook na papierze – o bullet journalach
Facebook na papierze – o bullet journalach
Czyta się 9 minut

Weźmy sprawy w swoje ręce

Kiedy już się wydawało, że pismo odręczne trafi do archiwum dziejów, stając się czystą „atrakcją” jak konne powozy na Rynku w Krakowie, bo dzisiaj nawet podpisać można się cyfrowo… Kiedy wyglądało na to, że rzemiosło kaligrafii skończy tak jak inne fachy, szewstwo czy kowalstwo, czy inne zegarmistrzostwo: w „klubie niezwykłych zawodów” w stylu Chestertona… Od kiedy analog przegrał na amen z ekranem i już nikt nie wyjmie w biurze płachty papieru kancelaryjnego, bo od czego mamy Excel… No więc właśnie wtedy, kiedy na rękopisaniu postawiono krzyżyk, znowu wyszło na jaw, że historia jest przekorna i uwielbia zmieniać zdanie, przecząc sama sobie, bo kto jej zabroni? To, co miało się już przeżyć, odrosło jeszcze bujniejsze niczym wyrwane jeżyny.

Pisanie odręczne jest znów modne, a wnoszę to z faktu, że zalewa instagramy. Litery to nowe koty. „Odpowiedziałam na maile, przejrzałam Facebooka. Na Facebooku znowu mniej kotów, za to więcej wojny” (Paweł Demirski, Ciemności). Proszę sprawdzić „studygramy”, zdjęcia na temat odręcznego notowania. Kiedyś się chwaliłeś superstylizacją, teraz robisz sesję swojemu biureczku, ażeby ukazać, jak masz ślicznie po zeszytach. Notatki przodują na rynkach socialmediowych, same niejako stają się „społecznościowe”, a pośród notatek przoduje jeden ich rodzaj, zbierający razem wszystkie twe bazgroły i zapiski na biletach. Można powiedzieć z marginesem błędu, że papier to nowy Facebook.

Życie wyrażone w punktach

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

b nie jest nowym fenomenem. Rok był 2013, kiedy Ryder Carroll udostępnił światu (wielkie słowa, lecz prawdziwe) swój pomysł na zeszyt. Zasada jest prosta: zapisujesz w notatniku, co ci atrament na pióro przyniesie, a żeby się nie pogubić, robisz spis na przedzie, ale ułożony nie według numerów stron, tylko według zawartości. Dlatego na przykład temat „Moja działka idealna” może się zaczynać już na pierwszej stronie i ciągnąć przez trzy następne, a potem powracać na dwudziestej trzeciej i tak dalej, i tak dalej. Zapiszemy wtedy: Moja działka idealna 1–4, 23, 40. W moim wypadku głównym wątkiem rozwoju osobistego jest obecnie „Kupić cienkopis idealny”.

W swojej najgłębszej istocie bullet journal to metoda ogarnięcia czasu i poskromienia prokrastynacji. Piszesz, co masz na tapecie, układasz to w punkty (bullets), a potem odhaczasz: to mam do zrobienia, a to już zrobione, a to przesunięte, a to mam głęboko i dam sobie spokój. BuJo, bo tak się to skraca, jest jakby sztuką konceptualną, „formatem” pisarskim, metodą organizacji tekstu i pomysłów. Można ją dowolnie zmieniać i gdyby Państwo wiedzieli, w jakie „rokokoko” rzecz ewoluuje… Gdy do wyszukiwania zdjęć wpisze się „bullet journal”, wyskoczą te tęcze oraz dzikie węże.

W swoim „notatniku w kropki” możesz zmieścić wszystko oraz wszystko dostosować: wpisy, zdjęcia i wydruki, mapy mentalne i wykresy przyzwyczajeń, listy zakupów i kolekcje wspomnień – całą tkankę życia. Nawet istnieją papierowe odsyłacze, analogowa wersja linków, cała sieć powiązań. BuJo daje swoim twórcom pole do popisu jak media społecznościowe, bo jest miejscem elastycznym, dopuszczającym szaloną inwencję i radosną twórczość, ale przy okazji nie grozi reakcją i srogą oceną, to znaczy backlashem. Można zapisywać bez autocenzury, bo gdy ktoś podejrzy, co masz w notatniku, nie może ci z tego uczynić zarzutu, skoro nieładnie podglądać. Chyba że wrzucić na Insta, a wtedy sam chciałeś.

Bullet journale występują wyłącznie pod postacią dotykalną, muszą być z materii, innej opcji nie ma. Paper only, cokolwiek przez to rozumieć, bo pojęcie „papier” ma szeroki zakres. „Notatniki w kropki” albo „nakrapiane”, jak możemy je nazywać, są niejako odpowiedzią na archiwa w chmurze. BuJo może i przyjmuje do wiadomości rewolucję cyfrową, ale się nią nie przejmuje, bo powstał na przekór kulturze elektronicznej. Pisanie unplugged! W czasach, kiedy info leje się z ekranów, ludzie po prostu chcą wreszcie odpocząć. Twórca metody bullet journalingu cierpiał na brak koncentracji, trudności w nauce, potrzebował „się ogarnąć” i wpadł na pomysł, by to zrobić na papierze. Na czymś, co nie miga – bez lajków, bez hejtów, bez notyfikacji.

Sensem tej metody jest przelewanie wszystkiego na papier (co może oznaczać, że z pustego w próżne), opróżnianie sobie głowy niczym w „myślodsiewni” z Harry’ego Pottera. Chodzi o to, by zobaczyć zawartość swej łepetyny – wyjmij z mózgu i włóż w zeszyt, taki sposób na mindfulness. Praca nad zapisem ręcznym, czyli autografem, pomaga w memoryzacji, co wie każdy autor ściągi, i tu też przychodzi na myśl jedna ze scen Harry’ego, słynne pisanie po dłoni.

Pierwsza bullet journalerka

Tego Ryder Wam nie powie, lecz taka jest prawda. Wszystko się zaczęło od Dziennika Bridget Jones. Pamiętamy jej liczenie kalorii, promili, papierosów, kilogramów i innych parametrów życia, a zwłaszcza jej noworoczne solenne „postanawianie”. Dziś miałaby BuJo, w którym prowadziłaby habit trackerto do list. Bridget była pierwszą bullet journalerką – przed YouTube’em, przed Insta, przed bullet journalem! Carrie Bradshaw, pani z Seksu w wielkim mieście, też uprawiała pamiętnikarstwo typu przedfacebookowego, rozbudowaną kronikę towarzyską, felietony lifestyle’owe przed erą lifestyle’u.

O zapiski ręczne pytałem w wywiadach robionych za lockdownu i Agata Bielik-Robson okazała się, jak zawsze, nie do zbicia z tropu. Ja jej mówię: pióro, a ta mi: Heidegger. Stawka była spora, bo zeszło na pisanie w ciemnościach, a nie każdy ma spontaniczne skojarzenia na tak postawiony temat. „Derrida nawet książkę całą poświęcił pisaniu po ciemku: Pamiętnik ślepca. Coś jest na rzeczy z tym pisaniem odręcznym, a już zwłaszcza takim, którego się bezpośrednio nie widzi i przez to też nie kontroluje: kiedyś cała awangarda modernistyczna polegała na takim piśmie automatycznym, bo wierzyła, że to »pismo duszy« – najgłębszej introspekcji, która może się ujawnić tylko wtedy, gdy gaśnie światło refleksji. Ja prawie zawsze coś tam sobie skrobię: na marginesach książek, na karteluszkach, serwetkach, programach muzealnych, biletach – na czym się da. Tak się rodzą najlepsze pomysły. Potem, już na komputerze, obrabiam je i opracowuję, staram się je wyciągnąć na światło dnia: niektóre przeżywają, inne nie, wracają wtedy do nocnych żywiołów nieświadomego, jak treści senne, które nie przetrwały konfrontacji z pojęciem. Ale tak: jestem, podobnie jak Heidegger, Federdenker, czyli typem myśliciela, który potrzebuje pióra, żeby myśleć”.

Jesienią

Odręczne notatki przywodzą na myśl szkołę, klasę, ławkę, czyli również jesień, kiedy wzrasta popyt na artykuły biurowe. Rzeczywistość za oknem jest już zbyt chłodna i zbyt zaraźliwa, by w niej uczestniczyć, siadasz zatem z „kawką, kawusią, kawencją” (Michał Witkowski, Wymazane), żeby się zanurzyć w medytację dłonią. Ja na biurku stawiam kwiaty i gdybym miał social media, nie dałbym się prosić, żebym się pochwalił fotką.

Może to przez epidemię, a może przez jesień, w każdym razie wróciłem jakby do zerówki, by zacząć od zera. „Znowu nauczę się pisać” (Michał Witkowski, Drwal). Zeszyt, żelpen i jedziemy. I było jak w szkole, że najtrudniej zacząć, a potem już z górki. Przy pracy na klawiaturze pracują odmienne mięśnie, jeżeli w ogóle jakieś, i tamte ze szkoły musiałem rozćwiczyć jak wtedy, kiedy po latach wsiadałem znowu na rower.

Bullet journaling to królestwo jesieniar i jesieniarzy i proszę nas nie mylić z incelami! Oni grają w gry, nie piszą. Właśnie dzięki papiernictwu dotarł do mnie sens gameplayu. Kiedyś nie mogłem pojąć, jak to jest możliwe, że tylko się patrzysz, a w grę gra ktoś inny. Teraz robię jak mój siostrzeniec przed pięcioma laty: grzecznie obserwuję, jak youtuberzy wywijają na papierze drogimi cienkopisami, swoją bronią białą.

Śliczne a praktyczne

Bullet journalerzy dzielą się z grubsza na dwa odrębne obozy: 1. zadaniowców (doers) i 2. estetki (stationery addicts). Jednym chodzi o robienie rzeczy, getting things done, tym drugim natomiast, żeby było ładnie.

1. Zadaniowiec po to zakłada zeszyt typu punktowego, żeby „wszystko” wypunktować. Chce mieć życie wyrażone pod postacią małych kroczków. Ma i wierzy w plany: ustawia je rocznie, miesięcznie i tygodniowo, a potem rozkłada na dni i godziny. O tym huczy YouTube, pełen tutoriali, jak ułożyć swoje BuJo: jak założyć „przyszłościówkę”, „tygodniówkę”, „dniówkę”, a nawet „miesiączkę”, i jak je powiązać z sobą.

2. Pisarze typu esteci, a zwłaszcza estetki, fizycznie robią to samo, co pisarze zadaniowcy: rozplanowują swoje życia w notatnikach. Jednak dla tych drugich już samo to planowanie jest gwoździem programu i najwyższą przyjemnością. W układaniu planów chodzi im o układanie. Narobią się przy kreśleniu tych pięknych stroniczek i sama ta czynność jest centralnym taskiem. Dla nich liczy się styl (por. stylus) i charakter pisma, a ogólnie mówiąc: dizajn. Kochają Japonię jako kraj pochodzenia najlepszych produktów z branży papierniczej. Nic nie robi większego wrażenia niż nadruk „Made in Japan”. Czasem „typ drugi”, czyli elegantki, popada w snobizm towarowy zwany też „meciarstwem”: „Większość niestety to są metkownice. Podchodzą, zachwycają się czymś, co masz na sobie, patrzą, że nie ma metki, i już im się nie podoba. Nie wiedzą, że to szyte na miarę” (Michał Witkowski, Lubiewo).

Z czym do papieru

Może ci wystarczyć zwyczajny długopis typu BIC for Biedronka, bejzik piśmiennictwa. Można tkwić w minimalizmie, a nie popaść w „biedę”, bo choćby żelpeny Muji mają najprostszy możliwy finisz i ktoś niezorientowany spokojnie pomyśli, że grafik biedował, kiedy projektował. Dobór papieru to jest jedna sprawa, lecz co będzie godne, żeby po nim sunąć?

Tradycyjne pióra wieczne nie mają wzięcia pośród bullet journalerów. Może to dlatego, że atramentem trudniej pisze się niż tuszem. Atrament jest diwą i w mało których warunkach nie wyczynia fochów. Linię atramentu bowiem, czyli roztworu barwnika, łatwo rozmyć wodą, co odróżnia go od tuszu, roztworu pigmentu. Barwnik rozpuszcza się w wodzie, pigment – tylko utrzymuje, jak gdyby wisiał w powietrzu, w tym wypadku: w cieczy. Naniesiony na materiał, tusz zostaje na powierzchni, nie wnika w głąb kartki i dlatego nie przebija na jej drugą stronę. Z tego powodu w getcie bullet journalingu dominują cienkopisy z filcową końcówką nasączaną tuszem.

Ciekawostka językowa: nasza polska mowa precyzyjniej sobie radzi z takimi subtelnościami niż angielski czy francuski. Barwnik mamy w „atramencie”, „inkauście”, „czernidle” (po niemiecku – Tinte), a pigment jest w „tuszu” (po niemiecku Tusche). Brytyjczycy i Francuzi mówią o tym jednym słowem, odpowiednio inkencre, a kiedy chcą różnicować, muszą dołożyć przymiotnik (pigmented, pigmentée).

To się może tak skończyć

Naprawdę niewiele trzeba, żeby miłość do pisania zmutowała w grafomanię. Mam tego świadomość. Ktoś, kto uwielbia akt zapisywania, smarowania po papierze, samą tę fizyczną czynność, rychło dochodzi do punktu, gdy wszystko mu jedno, jaką treść wytwarza, bo nie o nią chodzi. Pisze, chociaż nie ma nic do powiedzenia, for the fun of it, i wychodzi mu pisarstwo typu lorem ipsum, znana zapchajdziura o mało istotnej treści. Jednakże ciężko się oprzeć, bo rękopisanie ma swoją metafizykę. Tę czynność, nie żadną inną, wysławiał Horacy, kiedy wysnuł wizję „pomnika nad spiż trwalszego”, a nie mogło mu chodzić o klepanie liter w Wordzie. Słowa nas przeżyją, ale słowa utrwalone, a najlepiej ręcznie, w postaci najbardziej osobistej. Kiedy szalał lockdown, najintymniejszą metodą komunikacji okazały się życzenia słane pocztą tradycyjną, bo to twój charakter pisma i ty tego dotykałeś, a kartka tym pachnie, czym ją łaskawie popsikasz. Dobrze to rozumie prawo i dlatego nakazuje, żeby testamenty sporządzać odręcznie, co zresztą polecam, bo to niezłe przeżycie, wreszcie możesz poczuć, że zrobiłeś coś ważnego, choćbyś nawet rozporządzał tylko swą kolekcją książek. Miłość jest mocna jak śmierć, a pismo nawet mocniejsze.

Kiedy coś zapiszesz ręcznie, nabierasz poczucia, że jest zapisane. Od tego są tusze typu indyjskiego, czyli „archiwalne”, trwałe, encre d’archive, by dać nam wrażenie, jakbyśmy ryli w kamieniu, choć z dużo mniejszym wysiłkiem. Na ekranie wszystko miga i zazwyczaj nie trwa dłużej niż cztery sekundy, za to papier, proszę Państwa… Papier zniesie wszystko i przechowa po wsze czasy. O to chodziło Wisławie Szymborskiej, kiedy pisała o „zemście ręki śmiertelnej”, i Bułhakowowi, gdy pisał o rękopisach.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!