Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Takiego numeru jeszcze nie było!

W zimowym „Przekroju” honorowym gościem jest szalona, nadprzyrodzona, wspaniała – ludzka wyobraźnia. Poza tym: szamanizm współczesny, starożytny i zwierzęcy. Jurodiwi i futuryści. Wstyd, który nas ogranicza, i ten drugi, który jest nam potrzebny. Rosja – ale ta prawdziwa. I specjalnie na nowy rok: żegnamy nawyki i szukamy ciszy w głowie.

Kup „Przekrój” na zimę!

196 stron do czytania przez trzy miesiące! „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Z malarzem, fotografem i pedagogiem, autorem projektu wizualnego „A-Z Słownik ilustrowany języka ...
2020-02-18 00:00:00

Dwuznaczność polskiego krajobrazu – wywiad z Andrzejem Tobisem

Dwuznaczność polskiego krajobrazu – wywiad z Andrzejem Tobisem
Dwuznaczność polskiego krajobrazu – wywiad z Andrzejem Tobisem

Polski krajobraz męczy mnie i fascynuje. Jest dwuznaczny, powiedziałbym wręcz – dialektyczny. Planistyczna nieporadność łączy się z niespotykaną inwencją twórczą, natura miesza się z urbanistycznym chaosem, przepych graniczy z nędzą. Piękno i zgroza, rozwój i upadek. Tak już mamy. Zawsze na granicy. Między północą a południem, wschodem i zachodem, Azją a Europą, komunizmem i kapitalizmem, nudą a napięciem, niebem a piekłem. Jesteśmy ludźmi pogranicza, dychotomia to nasz chleb powszedni. Dzięki temu rodzą się w naszej przestrzeni zjawiska niesamowite. Jest ich dużo, trudno je opisać. Albo inaczej, niełatwo je uchwycić za pomocą jakiegoś medium, tak by przekazać ich moc, piękno i absurd. Zdarzają się jednak ludzie, którzy to potrafią. Takim człowiekiem jest Andrzej Tobis.

Urodził się w 1970 r. w Wieluniu. Jest malarzem, fotografem i pedagogiem. Od 20. roku życia mieszka w Katowicach, ukończył tamtejszą ASP, której jest obecnie profesorem. Jego najsłynniejszym dziełem jest projekt lingwistyczno-wizualny A-Z Słownik ilustrowany języka niemieckiego i polskiego, który rozpoczął w 2006 r. i nad którym wciąż pracuje. Tobis postanowił na nowo zwizualizować ilustrowany słownik Biltwörterbuch Deutsch und Polnisch wydany w NRD w 1954 r. Jak zapewnia sam autor, projekt powstał z potrzeby nazwania, zdefiniowania doświadczanej przez autora rzeczywistości. Zasad było mało, ale były one ściśle przestrzegane. Fotografować tylko polski krajobraz, bez retuszu i specjalnych aranżacji. Znajduje się w nim ponad 10 tys. haseł. Efekt jest piorunujący. Oto aktualne (w większości) hasła ze starego słownika zyskały nowe ujęcia, które bawią, intrygują, a przede wszystkim każą nam się zastanowić nad prawdziwym sensem słów, których używamy na co dzień. Słów, które definiują nas i nasze otoczenie.

Moje spotkanie z dziełami Andrzeja Tobisa było objawieniem. Zajmuję się przestrzenią na co dzień, a polski kontekst jest mi szczególnie bliski. Nagle dowiedziałem się, że istnieje człowiek, który zna go dobrze i metodycznie dokumentuje. Na początku zimy postanowiłem, że z nim porozmawiam. Wsiadłem do samochodu i bocznymi drogami, przez polską prowincję, pojechałem do Katowic, mijając po drodze miejsca, które Tobis być może już zdążył sfotografować.

Zygmunt Borawski: Ponoć sam Bóg namówił Cię do rozpoczęcia tego projektu. Czy to było pojedyncze zawołanie?

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Andrzej Tobis: To jest opowieść, która stała się już legendą, a z legendą trudno dyskutować. Pojawiła się w pierwszym wywiadzie na temat projektu A-Z. Fragment jednej z moich odpowiedzi brzmiał dokładnie: „Mógłbym napisać przypowieść w starotestamentowym duchu o tym, że nagle budzę się w nocy i słyszę głos Pana, który mówi: – Andrzeju, wstań, idź do sklepu i kup aparat Canon EOS 5D”, i dalej dialog w podobnym stylu. W zasadzie tyle mogę powiedzieć na ten temat. Tamta wypowiedź odnosiła się do jakiegoś niesamowitego ciśnienia – zewnętrznego czy wewnętrznego, właściwie trudno powiedzieć – które odczuwałem i z którym musiałem coś zrobić. Ciśnienie wiązało się z pragnieniem zdefiniowania widzialnej rzeczywistości, odniesienia się do niej. Projekt A-Z odnosi się do całej polskiej przestrzeni, ale powodem wzrostu ciśnienia, które w końcu osiągnęło punkt krytyczny była specyfika rzeczywistości katowickiej, rzeczywistości mojego bezpośredniego otoczenia. Kilkanaście lat temu Katowice i Śląsk były jeszcze bardziej specyficzne niż dziś, zdecydowanie trudniejsze do zniesienia. Jako malarz, w ramach pracy nad kolejnymi obrazami, rozpocząłem swoje dłuższe wędrówki z pierwszą, tanią cyfrówką, którą robiłem zdjęcia stanowiące szkice dla moich obrazów. Nieoczywistość, czy w pewnym sensie „nienazwaność” tej rzeczywistości być może spowodowała chęć jej zdefiniowania. Na początku było uderzenie samą wizualnością. Chciałem to pokazać w możliwie surowej formie, ale już nie w malarstwie, bo w nim jest zawsze element kreacji. Wiedziałem więc, że musi to być fotografia. Kupiłem aparat, najlepszy, na jaki było mnie stać, wspomniany Canon EOS 5D. Chodziłem i fotografowałem. Aspekt definiowania rzeczywistości pojawił się chwilę potem. Między zakupem pierwszej a drugiej wspomnianej cyfrówki, minęło kilka lat.

Czym wspomniana przez Ciebie specyfika Śląska różni się od specyfiki reszty Polski?

Nie ma tutaj specjalnych różnic. Lokalność sama w sobie w ogóle mnie nie interesowała. Z mojego punktu widzenia specyfika Śląska wynika w dużej mierze z fizycznego zagęszczenia tego, co można znaleźć w całej Polsce. Skomasowane relikty przeszłości, które na początku tej pracy były dla mnie ważne, występują tutaj liczniej – przestrzenie postindustrialne, resztki propagandy w przestrzeni publicznej, samoróbki, alternatywne mikro-światy itd.

Na początku była chęć pokazania rzeczywistości. Kiedy pojawił się słownik? Kiedy postanowiłeś złączyć te dwie rzeczywistości?

Wiedziałem, że nie wystarczy zrobienie zdjęcia i pokazanie go bez kontekstu. Początkowo myślałem, że kluczem będzie jakaś typologia. Jeśli interesowała mnie wcześniej fotografia, to właśnie jako porządkujące, typologiczne zestawienia. Wiedziałem, że muszę znaleźć ramy konceptualne dla tego, co i dlaczego fotografuję, a później ten program konsekwentnie (jak to konceptualiści) zrealizować. Nie wiedziałem natomiast jakie miałby to być typologie? Czy obrać sobie za cel jakiś kwartał miasta i fotografować go dom po domu, ulica po ulicy? Żaden pomysł nie przekonywał mnie jako wiarygodny i pozbawiony elementu kreacji. Ciągle spacerowałem, robiłem zdjęcia i bardzo intensywnie myślałem.

Pewnego dnia, stojąc w domu koło półki z książkami, wyciągnąłem z niej słownik. Dzisiaj nie pamiętam już nawet dlaczego. To specyficzny słownik ilustrowany, niemiecko-polski, wydany w 1954 r. w NRD, w Lipsku. Kupiłem go kilkanaście lat wcześniej w antykwariacie w Krakowie, jeszcze studiując projektowanie graficzne. Spodobały mi się rysunki: precyzyjne, z wyczuwalną retro-estetyką. Wtedy myślałem, że jako ilustrator do czegoś je wykorzystam. Po skończeniu studiów szybko zorientowałem się, że nie będę ilustratorem, bo dyskwalifikowała mnie nieumiejętność ilustrowania cudzych historii. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale ostatecznie rozstrzygnęło o mojej przyszłości.

Ten konkretny słownik, podobnie jak inne tego rodzaju wydawnictwa, jest w założeniu próbą pokazania całej wizualnej rzeczywistości. Ma jasną formułę: są rysunki, każdemu przypisana jest definicja. Zacząłem czytać te definicje, które często okazywały się dziwaczne językowo. Niemieckim redaktorom chyba nie udało się znaleźć dobrego tłumacza. Nieporadność ta kontrastuje z porządkującym, typowo niemieckim ujęciem rzeczywistości. Dodatkowo, z obecnego historycznego dystansu, bardzo widoczny jest rys propagandowy tego słownika. Obiektywna z definicji forma opisu rzeczywistości, wykorzystana została tutaj jako narzędzie do ideologicznego wykrzywienia obrazu świata. Ten zabieg w tym konkretnym słowniku jest jaskrawo widoczny. Zastanowiło mnie jednak, czy nie jest tak, że każda próba opisu rzeczywistości jest skażona świadomą lub nieświadomą intencją? Może wobec tak ambitnych wymagań, język sam w sobie nie może istnieć poza intencją, poza takim czy innym kontekstem? Może w pełni obiektywny opis rzeczywistości jest tylko niemożliwym do spełnienia postulatem?

Wracając do NRD-owskiego słownika – wydał mi się on na tyle specyficzny, że pomyślałem, że będzie świetnym gotowym zbiorem słów. Fakt, że jest taki kulawy, bardzo mi odpowiadał, bo wzmacniał moje przekonanie o niewystarczalności języka do pełnego opisu rzeczywistości. Posiadając gotowy zasób definicji, miałem już wyeliminowany aspekt kreacji. Moim zadaniem pozostało tylko połączenie dwóch gotowych zbiorów – zbioru definicji z konkretnego słownika, symbolizującego język, i zbioru obrazów z konkretnej, polskiej przestrzeni geograficznej, symbolizującej widzialną rzeczywistość przypisaną temu językowi.

Ten aspekt językowy bardzo mnie interesuje, bo tworzy ciekawe napięcie. Słownik stworzony przez naród o większej tendencji do tworzenia porządku i podporządkowywania, a ty używasz go do opisu rzeczywistości krnąbrnego i bałaganiarskiego kraju. Co się z tego rodzi?

Początkowo fakt, że jest to słownik niemiecko-polski nie miał żadnego znaczenia. Fakt, że jest tu obecny język niemiecki, wprowadza pozorny rygor, dodatkową mylącą sugestię kompletności opisu. Mnie zaintrygowały głównie polskie definicje, na polskich definicjach oparte jest napięcie między słowem a obrazem. To, co robię, jest polską reedycją starego niemieckiego słownika. Czasem niemiecka wersja definicji jest przeze mnie zupełnie ignorowana, pod warunkiem, że polska wersja tworzy z obrazem satysfakcjonujący związek. Moje potknięcia i nieporadności translatorskie przebiegają w drugą stronę w stosunku do oryginalnego słownika, tworząc rodzaj ułomnego ciągu przepływu sensów, tak jak w zabawie w głuchy telefon.

Projekt rozpoczął się w 2006 r. Ile zdjęć zrobiłeś do tej pory?

Około 1100, ale cały czas ich przybywa.

Jaka jest Twoja metoda pracy? Co jest niezbędnikiem Andrzeja Tobisa w podróży po Polsce?

Metoda jest zmienna. Początkowo tą metodą było po prostu bycie w świecie. Cały czas miałem ze sobą aparat, nie miało znaczenia, czy szedłem do lekarza, do sklepu, czy jechałem do rodziny. Wtedy ta aktywność była bardzo sklejona z życiem. Jeżeli w ramach normalnej aktywności napotykałem coś intrygującego, co nosiło potencjał definicji wizualnej dającej się skleić ze słowem – fotografowałem. Praca w tej formule trwała mniej więcej dwa-trzy lata. Oczywiście podejmowałem też intencjonalne działania. W 2006 r. nie istniało jeszcze Google Maps. Jeździłem po Polsce z atlasem w formie książki. Wszystko bardzo analogowe, oprócz cyfrowego aparatu. Z czasem formuła aktywności ewoluowała, także pod wpływem dostępnych narzędzi i sposobów pozyskiwania informacji. W pewnym uproszczeniu mogę podzielić obecną metodę pracy na trzy etapy.

Pierwszy z nich nazywam „wywiadowczym”. Korzystając z wszelkich dostępnych źródeł informacji, próbuję ustalić lokalizacje warte odwiedzenia. Najwięcej informacji pochodzi oczywiście z sieci. Stare blogi rowerzystów i innych pasjonatów, regionalne rejestry pomników itp. Kiedy pojawiły się media społecznościowe, stały się bardzo cennym źródłem informacji. Na ich przykładzie widać, jak w ciągu tych kilkunastu lat zmienił się sposób patrzenia ludzi na rzeczywistość – na to, co jest dla nich interesujące, a co mało interesujące, co rejestrują i udostępniają. Wiąże się to oczywiście z pojawieniem się cyfrowej fotografii, z tym, że zrobienie zdjęcia nic nie kosztuje. Ludzie zaczęli robić zdjęcia obiektom, które kiedyś wydawały się błahe i niewarte uwagi. Kiedyś np. Lewczyński robił fotografie uważane w Polsce za rewolucyjne, bo w spektrum jego zainteresowań mieściły się witryny sklepowe, szyldy, plakaty, banalność rzeczywistości. Wtedy było to niezrozumiałe, wręcz niegodne uwagi „prawdziwego” artysty. Teraz jesteśmy do tego przyzwyczajeni, a poza tym teraz „wszyscy są artystami” – impulsem do działania może być nie tylko Lewczyński, Rydet, Hasior – teraz może być nim też Stanisław z Łodzi. Nastąpiła wielka dywersyfikacja źródeł pozyskiwanych obrazów.

Po fazie „wywiadowczej” następuje część „operacyjna”. Czyli wyjazd, działanie w terenie. W oparciu o ustalone wcześniej lokalizacje, staram się raz w miesiącu wyjechać na cztery dni. To musi być niezwiązany z żadną inną intencją, samotny wyjazd. Dla jakiegokolwiek towarzysza jest to nie do wytrzymania.

Jak to wygląda?

Do celu staram się jechać bocznymi drogami, żeby wykorzystać potencjał przypadkowych zdarzeń. O ile to możliwe, staram się cały stać patrzeniem, w związku z tym nie mogę w trakcie drogi słuchać muzyki, bo to zakłóca percepcję. Muszę się często zatrzymywać. Dokumentowanie danego obiektu może zająć 10 minut, pół godziny, albo i kilka godzin w oczekiwaniu na odpowiednie światło. Czasem muszę wrócić w to samo miejsce o świcie, wejść w błoto, w krzaki, przejść przez płot itp. Podróżuję z gumowcami i aluminiową drabinką. Osobną kwestią są interakcje z napotkanymi ludźmi – czasem miłymi, czasem agresywnymi. W zależności od sytuacji stosuję różne strategie.

Trzeci etap stanowi „praca analityczna”, czyli praca nad zebranym materiałem. Nie zawsze jest tak, że już w trakcie robienia zdjęcia wiem, do jakiego hasła pasuje fotografowany obiekt. Analiza zebranego materiału wiąże się z analizą słownika. Można powiedzieć, że zastanawiam się nad tym, co tak naprawdę zobaczyłem i jak można nazwać to, co zobaczyłem. System regularnego wyjeżdżania co najmniej raz w miesiącu na 4 dni stosuję dopiero od czterech lat. Wcześniej były to dłuższe wyjazdy wakacyjne lub wyjazdy związane np. z organizacją wystaw tu czy tam. Kiedy zacząłem stosować aktualną metodę, otworzyły się dla mnie nowe możliwości, związane ze zmieniającymi się warunkami poszczególnych pór roku. Nigdy jako malarz nie dowiedziałem się tyle o specyfice sezonowego światła.

Czy zacząłeś obserwować naszą rzeczywistość przez pryzmat tego słownika?

Ten projekt nie wziął się znikąd – jest ujęciem w formalne ramy mojego naturalnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Ten rodzaj percepcji jest mi bliski, odkąd pamiętam. Oczywiście następuje też sprzężenie zwrotne: A-Z wpływa na to, jak patrzę na świat i jak określa się moje bycie w świecie. Trudno mi nazywać go projektem, jest to raczej rodzaj programu. Można codziennie rano zastanawiać się nad tym, co się dziś będzie jadło na obiad, ale nie ma sensu zastanawiać się codziennie rano nad tym, czym się dziś będzie oddychało.

Spychacz płytowy, Andrzej Tobis; zdjęcie dzięki uprzejmości autora
Spychacz płytowy, Andrzej Tobis; zdjęcie dzięki uprzejmości autora

Czy wyruszałeś w Polskę z jakimiś wyobrażeniami lub uprzedzeniami i czy zostały one jakoś zweryfikowane? W skrócie: czym jest Polska? Czy objawiła Ci się jakoś, czy jest tym, czym spodziewałeś się, że będzie?

(śmiech) Po pierwsze, nigdy nie mam żadnych wstępnych założeń. Staram się, żeby to rzeczywistość kształtowała wyobrażenia. Mówię o kształtowaniu wyobrażeń, bo nie wierzę w kształtowanie obrazu obiektywnego. Mamy zawsze wyobrażenia, rzecz tylko w tym, żeby kształtować je na podstawie materiału w miarę surowego, niezapośredniczonego.

Po drugie, nie mam rewolucyjnych wniosków po zrobieniu wszystkich tych zdjęć. Oczywiście zdarza się, że konkretny obiekt czy sytuacja mnie zaskakują. To super, kiedy tak jest, i cieszę się, że cały czas się to zdarza. Ale czy to mówi mi coś nowego o Polsce? Nie wiem. Oczywiście, po kilkunastu latach, po tysiącach przejechanych kilometrów, siłą rzeczy pojawiają się przy okazji obserwacje postępujących zmian. Nie ulega wątpliwości, że Polska w 2019 r. jest o wiele bogatszym krajem niż w 2006 r. Częściej mamy do czynienia z sytuacją, że statystycznego Polaka stać na to, żeby zrealizować swoje marzenia. Widać to na przykładzie domów i ich bezpośredniego otoczenia. Widać, jak kształtowana jest przestrzeń do życia, przestrzeń do wypoczynku. Widać, jak aspiracje wcielane są w fizyczny kształt. Jak wyglądają małe prywatne sklepy, jak wyglądają miejsca pamięci, miejsca kultu religijnego. Czasem jest to zaskakujące, przesycone dziwnością, ale bywa też rozczarowujące. Bo widać, że przy wykorzystaniu tych samych środków dałoby się stworzyć lepszą przestrzeń do życia.

Jaki jest kontekst polskiej przestrzeni?

Staje się on czytelny, kiedy zaczniemy porównywać sposób organizowania przestrzeni w Polsce z tym, jak się to robi w innych krajach. Nic w tym nowego – to zasada kontrastu. W mojej pracy ta metoda porównawcza jest trudniejsza, bo projekt A-Z z założenia zamyka się w granicach Polski.

Strzałka kierunkowa, Andrzej Tobis; zdjęcie dzięki uprzejmości autora
Strzałka kierunkowa, Andrzej Tobis; zdjęcie dzięki uprzejmości autora

„Cywilizacja kończy się tam, gdzie słowa nie opisują już danych zdarzeń lub przedmiotów, które mają opisywać”. To cytat z twojej książki A-Z. Słownik ilustrowany języka polskiego i niemieckiego. Z drugiej strony chcesz opisywać Polskę taką, jaka ona jest, bo czujesz się do tej rzeczywistości przywiązany, uważasz ją za swoiście piękną. Czy powinniśmy dążyć do uporządkowania tego chaosu polskiego? Trzymać się tego, by przedmioty, zdarzenia zgadzały się z przypisywanymi im słowami, nawet jeżeli będzie się to wiązało z utratą tego, co bardzo w tej Polsce, paradoksalnie, kochamy? Czy specyfika Polski jest taka, że słowa rzeczywiście nie oznaczają do końca zdarzeń?

Związek między rzeczywistością a językiem, który ją opisuje, oczywiście istnieje również w Polsce, wszyscy wiemy, że bez takiego związku egzystencja człowieka jest niemożliwa. Różnica polega jedynie na tym, że w porównaniu do kilku innych miejsc na świecie, w Polsce jest to związek odrobinę luźniejszy. Jest to źródłem pewnych utrudnień, ale jest też w tym potencjalna wartość. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mieli świadomość tego, w czym nam ta specyfika pomaga, a w czym przeszkadza.

Czy w związku z rozwojem i coraz większym uporządkowaniem naszego kraju będziemy to zatracać?

Tak.

Nie ma szansy na uratowanie rzeczywistości, w której teraz żyjemy i do której mimo wszystko jesteśmy przywiązani? Czy to znaczy, że twój projekt ma koniec?

Będziemy to tracić, ale nie uważam, że zatracimy to do końca. Nie staniemy się Szwajcarią ani Austrią. Są plusy i minusy takiej perspektywy. Możliwe jest stworzenie bardziej ludzkiego wymiaru przestrzeni, nie wszystko musi w niej stać na baczność. Tak jak powiedziałem wcześniej, byłoby super, gdyby było to związane z samoświadomością tego, co jest naszą specyfiką. Nie wyrównywać wszystkiego walcem, wiedzieć, co wyrównać, a co warto zostawić. Z natury nie jestem jednak optymistą. Widzę przykłady tego, jak w imię ideologii lub bezrefleksyjnej modernizacji tracimy to, co unikalne.

Sygnał świetlny, Andrzej Tobis; zdjęcie dzięki uprzejmości autora
Sygnał świetlny, Andrzej Tobis; zdjęcie dzięki uprzejmości autora

 

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!