Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Kiedy Anna zeszła do salonu, starsza pani była już gotowa. Po obu stronach wózka wisiały, niczym ...
2019-09-24 23:59:00
Opowiadanie

Dom z widokiem na basen

zdjęcie: Cristian Newman; źródło: Unsplash
Dom z widokiem na basen
Dom z widokiem na basen

Porcelanowe laleczki, panienki z parasolkami, smukłe gejsze, aniołki, anioły, anielice dziewice – wszystkie oklejone kurzem okupowały pożółkłą ludwikowską szafkę. Jej korpus przypomniał nagiego, pomarszczonego mężczyznę, który w starczym ogłupieniu pręży się przed lustrem obwieszony kiściami winogron lub gałęziami śliw – wyrzeźbione po bokach wygiętych nóg mebla owoce również zdawały się trząść pod ciężarem kurzu.

Czyta się 4 minuty

Nad tą szafką na bibeloty górował kredens do kompletu, podobno zamówiony w tej samej fabryce mebli w Pensacoli, w której kupował Frank Sinatra. Małe, wycięte w kuchennej ścianie okienko wychodziło na kiczowaty, urządzony w stylu barokowym salonik. Drobna kanapa obita satynowym, złoto-kremowym materiałem, posiadała teraz plamy złotego moczu pasującego do wyszytych jasną nicią kwiatów. Towarzyszył jej niewielki, ale jeszcze bardziej zasikany fotel, którego oparcie, wykończone drewnianym ornamentem, przylegało do ściany, tworząc kilkucentymetrowe zadrapanie. Na barankowej strukturze błękitnego tynku załamywały się linie brudu, z rogów sufitu zwisały pajęczyny, długie i poruszane wyziewem starej klimatyzacji, która od ponad czterdziestu lat toczyła nierówną walkę z houstońskimi upałami, a teraz swoim warkotem zdawała się już tylko błagać o litość. Na okrągłym, przykrytym plastikową ceratą stole leżały dokumenty podpisane już przez Annę.

***

Staruszka drżącą ręką włożyła do buzi suszoną śliwkę. – Najlepsze są te z Kalifornii, dojrzewają w mocnym słońcu – powiedziała jak zahipnotyzowana, patrząc przed siebie i mrużąc oczy niczym drapany za uchem kot. – U nas też są, tylko drogie, ale najlepsze – bredziła zmożona jet lagiem Anna, puszczając w moim kierunku oko. – To ja przecież kupię więcej, dziś kupimy wszystko, na co macie ochotę! – ożywiła się staruszka, uderzając brudnymi od śliwek palcami o poręcz wózka inwalidzkiego.

***

Było już po dziewiętnastej, kiedy obudził mnie huk drzwi zamkniętych przeciągiem. – Idziemy!? – usłyszałam głos spod drewnianych, pokrytych wykładziną schodów, które prowadziły wprost do sypialni. – Tak, już zaraz, minutkę! – odkrzyknęła Anna. – Zamkną nam sklep, już późno!

Kiedy Anna zeszła do salonu, starsza pani była już gotowa. Po obu stronach wózka wisiały, niczym skrzydła upadłego anioła, pogniecione płócienne torby, widać dawno nieużywane; przypominały swoją fakturą dłonie starej kobiety, kolorem również. Odwrócone plecami do salonu i skierowane ku drzwiom wejściowym ciało ubrane było w czerwoną, za dużą marynarkę. Niemal całkiem już łysą głowę przykrywała kanarkowa peruka, wysłużona, ale jeszcze dość dobrze przycięta, imitująca dziewczęcą fryzurkę, z przodu upięta dwiema kokardkami z plastiku, lekko już obłupanymi, od których odchodził benzynoworóżowy lakier; jego maleńkie odpryski pokrywały kołnierz marynarki niczym kolorowy łupież.

– Czekam tu już z pół godziny na Was – stwierdziła tonem obrażonej królowej, układając usta w dziubek.

***

Pusta, rozgrzana teksańskim słońcem asfaltowa ulica, bez pobocza i chodników, otoczona była rojem tanich szeregowców, które w werandowych paszczach więziły ciężkich od tłuszczu mieszkańców. – Całymi dniami nic nie robią, ale nie są groźni. Upał ich rozleniwia, nie robią krzywdy – opowiada o nich staruszka, jakby była pilotem egzotycznych wycieczek. Odwracam się i patrzę na pchającą wózek Annę, która w milczeniu, z lekkim uśmiechem na ustach, kręci palcem kółka przy spoconej skroni, oczami wskazując na staruszkę. Przez chwilę uśmiechamy się do siebie.

***

Pochylony nad wypełnioną pluszakami maszyną facet wścieka się, gdy sterowana przez niego żelazna „kurza łapa” nie może schwytać żadnej zabawki. Sześcioletni, spalony słońcem chłopiec w błękitnej czapeczce z daszkiem niczym glonojad przykleił twarz do szklanego boku i zamarł, czekając na cud. Dziwny dźwięk z maszyny dał znać, że i tym razem ojciec zawiódł syna. Wściekły kopnął z całych sił w czerwony blaszak, po czym, pociągając za sobą dzieciaka jak szmacianą lalkę, wszedł do wychłodzonego marketu.

– Nie ma co trwonić pieniędzy – powiedziała staruszka i oblizała palec, do którego przykleił się pancerzyki od krewetki. – Najadłaś się? – zapytała Anna. – Si – odpowiedziała tamta.

***

Parking był opustoszały. Wytarte już, żółte linie, które kiedyś porządkowały szyk parkowania aut, teraz przypominały rozstępy na kobiecych udach. Upał wypaczył je, zniekształcił i pozbawił ważności. Policyjny ford zaparkował pod jedynym drzewem rosnącym na środku asfaltowej pustyni. Gliniarz, który szukał cienia, żeby spisać raport, stał teraz w kapeluszu z filcowym rondem pochylony nad plikiem kartek. Niepewnie opierał się o stygnącą maskę samochodu. Wyglądał, jakby stracił pamięć i, zaciskając oczy, próbował odtworzyć bieg wydarzeń. Na dachu radiowozu siedział czarny drozd…

***

Staruszka spała z na wpół otwartymi ustami, jej nagie dziąsła wyglądały jak ochraniacz bokserski, a peruka osunęła się z poręczy kanapy i leżała w okruchach na nocnym stoliku obok szklanki z wodą, pilota oraz ciśnieniomierza, pośród kościelnych broszur i poplamionych dżemem harlequinów. Wyglądała niczym słomiana meduza. Przyłożyłam dwa palce do szyi staruszki, tak jak robią na filmach, pod warstwą cienkiej sinej skórki wyczułam delikatny, choć zawzięty puls.

***

– Muszę wracać, przebukowałam samolot na czwartek – powiedziała Anna. – Dobra, zostanę z nią – odpowiedziałam po chwili, ale jakby nieswoim głosem. – Była złą matką – oznajmiła Anna. – Żadna matka nie jest zła – odpowiedziałam. Anna spojrzała w kierunku wielkiego drewnianego telewizora, na którym stało rodzinne zdjęcie kobiety, mężczyzny i dziewczynki. – Wiem, wiem, już tęsknię za tutejszym awokado – powiedziała z ironicznym uśmiechem. – Pójdę się dopakować, muszę zabrać kilka zdjęć.

– Ok – rzuciłam tylko i wyszłam przed dom. Oko basenu pulsowało w ciszy odbitym blaskiem słońca. Równo przycięty żywopłot i gipsowa figura Wenus dawały wrażenie dobrego życia.

 

Data publikacji:

Kinga Kosik-Burzyńska

Aktorka, improwizatorka i parodystka. Na co dzień związana z warszawskim Klubem Komediowym, gdzie można ją zobaczyć w wielu spektaklach. Współzałożycielka teatru improwizowanego Humbuk.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!