Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Takiego numeru jeszcze nie było!

W zimowym „Przekroju” honorowym gościem jest szalona, nadprzyrodzona, wspaniała – ludzka wyobraźnia. Poza tym: szamanizm współczesny, starożytny i zwierzęcy. Jurodiwi i futuryści. Wstyd, który nas ogranicza, i ten drugi, który jest nam potrzebny. Rosja – ale ta prawdziwa. I specjalnie na nowy rok: żegnamy nawyki i szukamy ciszy w głowie.

Kup „Przekrój” na zimę!

196 stron do czytania przez trzy miesiące! „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Niegdyś wierzono, że piec i strych zamieszkują demony, o które należy dbać. Dom żył, a także ...
2021-09-17 09:00:00

Dom

„Wieczerza”, Jan Stanisławski, 1890 r.; źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie
Dom

Niegdyś wierzono, że piec i strych zamieszkują demony, o które należy dbać. Dom żył, a także umierał wraz z człowiekiem. I był odzwierciedleniem kosmosu.

Czyta się 9 minut
Czyta Kinga Suchan

Co to znaczy, że mamy dom? Dowód w formie aktu własności spoczywa w segregatorze, obok niechcianych kryształów w barku, zamknięty w starej szufladzie. Czasem ma on formę bardziej niepewną – umowy najmu. Taka czasowa licencja na mieszkanie. Prawnie wszystko się zatem zgadza. Jeśli pogrzebać jednak głębiej w tekstach antropologicznych i etnograficznych, można dojść do wniosku, że kiedyś było inaczej. Dom żył z człowiekiem. Oprócz aktu własności człowieka łączyła z domem relacja. Jaka ona była? Czy można ją jeszcze odbudować?

Obraz świata

Brak domu jest najgorszy. „Na co pani żyje? To tu, to tam, to z tym, to z tamtym? Dzie panine dzieci? Dzie panina ziemia? Panine krowy? Świni? Kury? Panina rzeka, panina chata, panine drzewo? Dzie?” – te pytania w kulminacyjnej scenie Konopielki Edwarda Redlińskiego zadaje nauczycielce Kaziuk Bartoszewicz. Ona milknie. Nie jest tą wyzwoloną kobietą z miasta, która w ramach „misji cywilizacyjnej” przybyła do wsi Taplary. Już nie mówi o elektryczności ani nie zachwala miejskiego stylu życia. W tym momencie definiuje ją przede wszystkim brak domu – tym wyraźniejszy, że zestawiony z „domnością” Kaziuka. On ma swoją chatę, ma swoje drzewo. To klon, który rośnie razem z nim. Bohater mówi: „On mój brat!”. Wie, że gdy zetnie drzewo, straci swój środek świata, zgubi siebie. Kaziuk ma osobistą topografię, opartą na pamięci i doświadczeniu. Tę topografię dostał od swoich przodków, przekaże ją swoim dzieciom, a one – chce w to wierzyć – podadzą ją dalej. Jest zapisana w jego ciele, prowadzi go przez wieś i jej opłotki. Mężczyzna nie potrzebuje map ani pytać o drogę. Wie, że najpierw trzeba objechać kłodę, potem ukażą się z lewej strony Jurczakowe żyto i Jurczakowa jarzębina. Uwaga, w tej koleinie będzie kamień. Trzeba się mocno zaprzeć nogami, bo podrzuci wóz. Na tym nieurodzajnym spłachetku ziemi rosną dziewanny, za nimi leżą trzy małe kamienie, zaraz będzie zakręt koło wierzby, dalej Szymkowa górka, na niej dwie brzózki. Świat Kaziuka jest uporządkowanym kos­mosem, nauczycielki – bezładem, chaosem pozbawionym centrum. Czyli domu. Czy ta opozycja jest jedynie zgrabnym zabiegiem fabularnym?

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

„Opozycja swój–obcy tkwi głęboko w podstawowych mechanizmach kulturowej kategoryzacji świata. Ma charakter psychiczny i społeczny” – pisze Jerzy Bartmiński w artykule Dom i świat – opozycja i komplementarność („Postscriptum Polonistyczne” 2008, nr 1). Takich opozycji porządkujących świat jest więcej, a wynikają one – jak z kolei dowodzi religioznawca Mircea Eliade – z wartościowania przestrzeni i czasu, którego nieustannie dokonuje „człowiek religijny”. Istnieje – pisze Eliade w Sacrum, mit, historia – przestrzeń święta: bogata w znaczenia, naładowana energią, uporządkowana, przeniknięta kreacyjnym boskim pierwiastkiem. Istnieje też przestrzeń pozbawiona świętości, struktury i trwałości. Amorficzna, bezładna. Kos­mos i chaos. Nasz świat i zaświaty. Człowiek religijny pragnie żyć w tej pierwszej przestrzeni, w „centrum rzeczywistości sakralnej”, na początku czasu, w mitycznej chwili stworzenia, kiedy wszystko jeszcze było możliwe, w tym dziecięcym wieku ludzkości. To rzeczywistość, o której opowiada mit. Reaktualizując go – poprzez obrzędy i rytuały – człowiek odtwarza świętą rzeczywistość. Budowa domu jest właśnie reaktualizacją mitu kosmogonicznego. Jak zauważają Danuta i Zbigniew Benedyktowiczowie w tekście Symbolika domu w tradycji ludowej („Polska Sztuka Ludowa. Konteksty” 1990, t. 44), człowiek naśladuje trud bogów, z amorficznej przestrzeni stwarza dom – świat.

Jak Józef Odludek, bohater zaliczanej do tzw. nurtu wiejskiego książki Dwunastu Tadeusza Nowaka. W pewnym sensie on też odtwarza boski gest: buduje dom, a więc stwarza świat. Jest on oryginalnym budowniczym: nie sięga po modrzewiowe bierwiona, nie interesują go konstrukcje wieńcowe ani usytuowanie izb w chałupie: gdzie wejście, gdzie duża izba, gdzie alkierz, gdzie komora. Józef Odludek sięga po alfabet i do swojej pamięci, by zbudować Dom-Księgę. Na dębowych węgłach i przyciesiach, na krokwiach i stragarzu, na zbudowanych z grubych bali ścianach frontowej i północnej, na lichszych, sosnowych ścianach szop, stryszków, piwniczek, wykuszy i dymników, na odrzwiach. Namalowane pędzelkiem, wyżłobione dłutem – to z pisma Józef Odludek buduje Dom-Księgę.

Chłopska historia przybiera kształt do­mu. Można w nim zamieszkać, wreszcie poczuć się jak u siebie. Zamiast odgrywać poślednią rolę w cudzej – najczęściej pańskiej – historii, zacząć tworzyć własną. Po prostu być w domu. Co to właściwie znaczy? „Wedle mnie każdy chłopski dom przypomina księgę. Tyle jeno, że nie zapisaną literą, słowem wyraźnym, a pismem korników, pająków, zwierząt domowych, ptaków gnieżdżących się w strzesze, pis­mem naszych rąk dotykających przedmiotów, źrenicami naszymi widzącymi nie tylko chleb rozkrojony na stole, ale również duszę tego chleba” – wyjaśnia Józef Odludek. „Bogaty materiał etnograficzny, folklorystyczny, wierzeniowy pozwala potwierdzić tę tezę, iż dom na skalę mikrokosmiczną odtwarza wszechświat. Dom jest mikrokosmosem” – podkreślają Benedyktowiczowie. Podobieństwo domu i świata występowało chociażby w kulturze Słowian wschodnich. Wertykalny podział domu na strych, mieszkanie i piwnicę odpowiadał podziałowi kosmosu na niebo, ziemię i pod­ziemia. Jak człowiek w kulturze tradycyjnej stwarzał swój świat-dom?

Powtórzyć mit o stworzeniu

Lokalizacja. Wybór odpowiedniego miejsca na budowę domu był obwarowany licznymi zakazami i nakazami. Musiało być ono rytualnie czyste, nie mogło przechowywać pamięci o zbrodniach, złych postępkach, przelanej krwi. Unikano lasów, dawnych koryt rzek, gór, pustkowi, bagien, rozstajów dróg. Względy praktyczne? Symboliczne też. To tereny graniczne, a więc niepewne i przejściowe, dzikie i obce, gdzie nie mają zastosowania reguły taksonomiczne charakterystyczne dla świata śmiertelników. Stanowią one odwzorowanie zaświatów, a człowiekowi potrzebny jest oswojony i dobry świat. Czyli dom. Zgodnie z wierzeniami ukraiń­skimi pomagały go znaleźć zwierzęta. Gdzie „kładzie się bydło”, tam jest dobre miejsce do budowy domu. „Kładące się bydło” symbolizuje spokój i stateczność. Tego człowiek szuka w domu. Gdy miejsce już wybrano, przystępowano do budowy. Była ona powtórzeniem mitu kosmogonicznego – człowiek powielał boskie gesty, chcąc uczynić z chaosu kosmos.

Podczas budowy składano tzw. ofiary zakładzinowe, dzięki którym bóstwa miały strzec domu. Pierwotnie bywały one okrutne: niejednokrotnie zabijano zwierzęta i zakopywano je w czterech rogach przyszłego domostwa. Z czasem krwawe ofiary zastąpiły wizerunki zwierząt albo ludzi, w fundamentach zakopywano kości zwierząt, niekiedy końskie czaszki, w czasach nam najbliższych – kamień węgielny opatrzony inskrypcją z nazwą fundatora. Sens pozostał ten sam: zjednać sobie przychylność bogów i wytyczyć granice domu. Przy czym wytyczenie granicy nie wystarczy, trzeba jeszcze go zabezpieczyć przed ingerencją demonicznych sił. Temu miały służyć ofiary z cukru, miodu i chleba, święcone wianki lub zioła, a w czasach chrześ­cijańskich również poświęcone krzyże kładzione na czterech węgłach budowanej chaty.

Wreszcie zasiedliny! Najpierw należało oczyścić przestrzeń. Może pozostało w niej coś z niebezpiecznego, zaświatowego obszaru, co będzie zaburzać spokój? Do nowego domostwa wpuszczano na noc ptaka, królika lub inne zwierzę, na które – jak wierzono – spadały złe moce. Mieszkańcy mogli poczuć się bezpieczniej, pod warunkiem że dopełnili „magicznych formalności”, których cel można podsumować w dwóch słowach: konsekracja przestrzeni. Dlatego najpierw wnoszono przedmioty o znaczeniu sakralnym, krzyż i stół. Także sól, substancję będącą operatorem zmiany, likwidującą stan nieuporządkowania, służącą przekształcaniu rzeczywistości – natury w kulturę. W nowym domu sól miała strzec ładu. Nie zapominano o chlebie zapewniającym dostatek, płodność i obfitość ani o miotle do wymiatania „złych mocy”.

Wreszcie dom mógł przyjąć swoich mieszkańców, na których już zawsze będzie spoczywać wielka odpowiedzialność za jego magiczną ochronę. Bo dom również nie jest przestrzenią jednorodną. Są w nim miejsca graniczne, peryferyjne, niebezpieczne. Próg, drzwi, komin, okno, piec. Tu świat wewnętrzny styka się z zewnętrznym. Miejsca te należy otaczać szczególną troską i magicznie zabezpieczać przed ingerencją duchów zmarłych, demonów, obcych. Ci ostatni to postacie reprezentujące obcą rzeczywistość – przerażający świat sacrum. W kulturze tradycyjnej byli to np. ludzie gościńca pozbawieni domu i statusu społecznego: wędrowni dziadowie, żebracy, uciekinierzy, ale też pielgrzymi zmierzający do sanktuarium lub z niego wracający. Można pomyśleć, że tamten świat pełen był zagrożeń, a człowiek mnóstwo energii poświęcał na to, by stawić im czoła. Niezupełnie.

W domowej przestrzeni istniały też siły nadprzyrodzone z gruntu przyjazne człowiekowi. Chobołdy, kłobuki, latańce, skrzaty, plonki, chowańce, inkluzy, sporysze – jak nazywano demony domowe na ziemiach polskich – pochodziły najprawdopodobniej od dusz zmarłych śmiercią naturalną. Demony domowe przesiadywały na piecu, strychu bądź w komorze, chodziły po zagrodzie, zaglądały do stajni i stodoły, doglądały zwierząt. Razem z ludźmi przeżywały ich wielkie smutki i małe szczęścia. Ostrzegały ich przed niebezpieczeństwem. Ludzie dbali o swoje demony: zostawiali im na noc jedzenie, miseczkę tłustego mleka czy kulki razowego chleba, zapraszali do stołu na wieczerzę. Po izbie stąpali ostrożnie, żeby tylko nie nadepnąć damawika, jak na Polesiu nazywano kiedyś demona domowego. Dom był nie tylko scenerią spektaklu codzienności, odgrywanego zarówno przez ludzi, jak i przez zwierzęta oraz bóstwa opiekuńcze. Był z człowiekiem w przełomowych momentach życia: od narodzin do śmierci. Żył razem z nim. Jak to możliwe?

Życie i śmierć

W kulturach tradycyjnych dom jest nie tylko obrazem kosmosu. „Ciało człowieka, ze swoimi granicami i otworami prowadzącymi do wnętrza, w myśli tradycyjnej przedstawia się jako dom – »nasz dom cielesny«. Obraz domu jest tożsamy z obrazem człowieka, w gruncie rzeczy więc musi istnieć zasadnicza tożsamość ich samych” – zaznacza folklorysta prof. Piotr Kowalski w książce Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie. Izomorfizm ciała i domu widoczny był np. w obrzędach związanych z porodem, kiedy z obcego świata przybywało nowe życie. To szczególny moment, w którym następowało przekroczenie granicy między światem a zaświatami. By to ułatwić, a więc zapewnić bezpieczny i łat­wy poród, w kulturach tradycyjnych stosowano tzw. magię Alkmeny. Były to praktyki magiczne oparte na symbolice otwierania i zamykania, rozwiązywania i związywania. Otwierano wtedy drzwi, okna, szafy, skrzynie i zamki, uchylano drzwiczki pieca, rozwiązywano wszelkie węzły. Nic nie mogło blokować wyjścia. Istniała zatem ścisła relacja między tym, co dzieje się z człowiekiem, a tym, co czyni się w domu, nie tylko podczas porodu.

W nocy słychać pukanie w okno i drzwi. Domownicy idą sprawdzić, co to za licho, ale na zewnątrz nikogo nie ma. Nagle spada obraz ze ściany, choć wisiał na niej od dwóch pokoleń.

Z półki leci talerz. Pęka wazon. Lustro przecina rysa. Trzaskają drzwi. Skrzypi podłoga. Dom mówi, że zbliża się śmierć. Znowu trzeba otworzyć drzwi i okna, niech wieko skrzyni będzie uchylone, szuf­lady odsunięte, dzieże – służące do rozczyniania mąki – odkryte. Żeby dusza mogła swobodnie opuścić ciało-dom. Uwięziona w doczesności mogłaby straszyć żyjących. Po śmierci zasłaniano lustra, zatrzymywano zegary, wyprowadzano zwierzęta. Nawet nie zamiatano izby, w której leżało ciało zmarłego. Przez miesiąc nie bielono ścian. Umierał człowiek, umierał dom.

Tamten dom, dom w kulturze tradycyjnej, był jak lustro, w którym można zobaczyć siebie. „Każde pole podobne do gospodarza, a gospodarz do pola. I chaty, i chlewy, i krowy, i koni do gospodarza podobne. A gospodarz do nich” – tłumaczy Kaziuk, bohater Konopielki, swojemu synowi. Ale ten nie rozumie. Jak to? Dom może być podobny do człowieka? Kaziuk opowiada mu, jaką metamorfozę przeszedł Dunaj po tym, jak odkupił od Domina łąkę. Pogrubiało Dunajowe ciało, pogrubiał mu głos. Wolniej chodzi, ważny się zrobił. Co innego Domin: ten zmizerniał, podobnie jak jego dom, stodoła, krowy i konie. Dom jest obrazem człowieka.

A jaki jest Twój dom?

Data publikacji:

Ewa Pluta

Absolwentka kulturoznawstwa oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Po­mysłodawczyni projektu „Granica” – reporterskiego trzymiesięcznego spaceru wzdłuż wschodniej granicy Polski.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!