pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Chcielibyśmy – na tyle ile to możliwe – umilić Państwu ten trudny czas, dlatego w dniach 20 marca – 20 czerwca udostępniamy wersję cyfrową wiosennego numeru bezpłatnie dla zalogowanych użytkowników. Zapraszamy do czytania i słuchania audio z bieżącego numeru! Przeczytaj wiosenny numer

W związku z zamknięciem wielu punktów sprzedaży prasy, zapraszamy do kupienia papierowej wersji numeru wiosennego w cenie okładkowej, bez dodatkowych kosztów przesyłki. Kup wiosenny numer

Przekrój
Na mieście zaraza, u władzy konserwatyści. Brzmi może znajomo, ale czasem akcji są ejtisy w Ameryce, ...
2020-05-11 00:00:00
Destroix

Dla teatromanów: Wyjście nr 1

Anioły w Ameryce/ fot. materiały prasowe
Dla teatromanów: Wyjście nr 1
Dla teatromanów: Wyjście nr 1

Motto: „Marlin: Ale wyjścia nie ma! A jakieś powinno być! Dory: No i coś tu jeeest! »Es-ca-pe…« Ciekawe, co toż to może być, bo wygląda jak wyjście po angielsku” (Gdzie jest Nemo?)

Czyta się 8 minut

My, teatromani, we, the people, jesteśmy obecnie w wiadomej sytuacji – w sytuacji odstawienia. Mamy Czechowa, ale nie na scenie. Dramaty Czechowa stały się realem, bo gdy teatralnie spojrzeć, prowincja jest teraz wszędzie, nigdzie nic nie grają i nigdzie się nic nie dzieje, można najwyżej pić herbatkę z konfiturą i siedzieć na daczy – kto by długo tak dał radę? Nierobienie rzeczy i nieoglądanie, jak inni je robią, to wysoki wymiar kary; nie ironizuję.

W obecnych warunkach, w obecnym „przeciągu czasu” teatromani są na metadonie, to znaczy na podtrzymaniu, na proszkach zastępczych, na spektaklach na receptę. Jesteśmy jak rekin Żarło w filmie Gdzie jest Nemo?, „suchy alkoholik” na odstawce od krwiożerstwa. Teatr w Internecie to jest średnie rozwiązanie, produkt teatropodobny, gorzej niż metadon, mniejsze, ale ciągłe zło, a i tak lepsze niż Nic (2019, reż. Krzysztof Garbaczewski). Maria Antonina sama się parafrazuje: nie mają teatru – to niech chodzą na spektakle. No, bo niby dalej można, sceny coś tam produkują, po czym prezentują zdalnie.

Theatre as we know it is no more, przynajmniej na razie, dlatego teatry, które jednak pragną istnieć, robią rzeczy w Internecie, bo dzisiaj istnienie oznacza robienie rzeczy, ewentualnie: robienie roboty. Robią po prostu cokolwiek, byle tylko robić, „to cover the silence” (Godziny). Nie robisz – nie jesteś.

Tylko się nie oszukujmy, że te zoomowiska, spektakle na Zoomie, to jest jakiś „teatr”. To są filmy, tylko dużo gorsze od prawdziwych filmów. Widowiska przez kamerkę, gatunkowo pokrewne tak zwanym webcam shows. I trochę, faktycznie, są niczym miłość przez szybę, jak kochanie się listami, z którego kochania przecież zawsze można, gdy się jest Flaubertem, zrobić wielką sztukę, malując listownie piękny i dwuznaczny portret miłości francuskiej:

„Nie podejrzewasz nawet, z jaką rozkoszą powtarzałem sobie w duchu: »a przecież jest moja«. W niedzielę miną dwa tygodnie od dnia, kiedy klęczałaś na podłodze, nie spuszczając ze mnie swoich łagodnych, spragnionych oczu; przyglądałem się twemu czołu, rozmyślając o tym, co się pod nim kryje, i w nieskończonym zdumieniu patrzyłem na twoją głowę pośród lekkich, skręconych loków” (Gustave do Luizy, 15 sierpnia 1846).

Przegląd przedstawień robionych przez Zooma pokazuje tylko, że reżyserzy i aktorzy teatralni – i to nie jest zarzut – nie mają narzędzi do takiej roboty. Może właśnie dobrze, gdyby bowiem mieli, mogliby się przebranżowić na tak, na pstryk, nigdy więcej nie wyjść z domu i z teatru live by został wyłącznie teatr uliczny. Normalny teatr bazuje na starym vintage’owym kontakcie cielesnym, na wdychaniu – niestety – wspólnego powietrza, „ta już to jest tak i żadne nic nie pomoże” (Moralność pani Dulskiej). Do teatru chodzimy na twarze, na gwiazdy, aury, feromony. Nie wiem, co to teraz będzie. Kiedyś mówiło się „BHP”, bezpieczeństwo i higiena pracy, brzmiało miło i znajomo, byli od tego ludkowie, behapowcy, a teraz nastanie „nowy reżim sanitarny”, NRS, nawet nie chcę myśleć, „pomyślę o tym jutro” (Scarlett O’Hara).

Ale nie rozpaczać. Teatr w pewnym sensie jest obecnie niemożliwy, ale w pewnym tylko. Od kiedy otwarto parki, można iść na ławkę, na ławeczkowanie, i „coś mieć” z tego siedzenia. Jeden ktoś jest oglądany, ktoś inny oglądający, a że oglądanie jest bez pośredników, to mamy bazową scenę: teatr życia codziennego. Z tego biorą się seriale i takie na przykład fuchy: „W serialu aktorka, przechodzącej ulicą osoby odtwórczyni roli” (Masłowska, Paw królowej).

Jeżeli nie masz ławeczki, to miej przynajmniej kanapę albo przynajmniej podłogę i na niej zasiądź, zalegnij, załącz komputer, a dalej jak w algorytmie:

„Anioły w Ameryce”

Tekst: Tony Kushner, reżyseria: Mike Nichols

Wpisz w wyszukiwaniu na HBO Go. Anioły w Ameryce nie są żadnym zastępnikiem, tańszym zamiennikiem, tylko pełnowartościowym produktem odteatralnym. Nie zostawiają sztucznego posmaku. Powstały na bazie słynnego dramatu (autor: Tony Kushner), u nas go wystawił choćby Krzysztof Warlikowski jeszcze za czasów TR-u [https://przekroj.pl/artykuly/recenzje/powolne-dziadzienie-arcydziel], ostatni spektakl w TR-ze.

Anioły w Ameryce w wersji serialowej to jest arcydzieło. Z impasu braku teatru dają wyjście w górę, w niebo, w zastępy anielskie. Tekst oparto na riserczu, na porządnej angelologii żydowskiej i pożydowskiej, czyli chrześcijańskiej. Gdy anioł „od Ameryki” podaje swą funkcję jako „principality”, a po polsku: zwierzchność, można wierzyć mu na słowo, tak samo nazywałby go św. Tomasz z Akwinu, czyli Doktor Anielski, i Pseudo-Dionizy Areopagita, główny opisywacz „hierarchii aniołów”.

Oczywiście Anioły nie są programem edukacyjnym, lecz czy rozrywkowym – nie wiem. Zależy pewnie od tego, czy lubisz się martwić. Traktują o czasach, kiedy „świat się kończy”: na świecie zaraza, u władzy konserwatyści. Brzmi może znajomo, ale czasem akcji są ejtisy w Ameryce, wirusem dekady – HIV, a rządzi Reagan i chłopcy. Cytat z jednej sceny: „W życiu jest jak na imprezie typu przebierana. Już na drugiej widzisz, że wszystko już było”.

Jeżeli Anioły traktować jako poradnik, można pobrać lekcję, jak mieć ciężko w życiu, a nie być ofiarą. Proszę rzucić okiem na ilustrację do naszego artykułu, stop-klatkę z Aniołów, którą daliśmy alegorycznie. Teatr leży i boleje jak ten pacjent na oddziale, ale wchodzi gwiazda i sypie konfetti, i cytuje „nic innego, tylko” wielki klasyk, Tramwaj zwany pożądaniem!

Czeka Was wielkie aktorstwo, na przykład jak zagrać drag queen i nie wypaść groteskowo (Justin Kirk, ten pacjent) albo byłą drag queen (Jeffrey Wright, ta gwiazda), albo cztery role naraz: rabina, anioła, mormonkę, Żydówkę (Meryl Streep, tutaj poza kadrem). Ale Ci zazdroszczę, jeśli pierwszy raz oglądasz.

„Amadeusz”

Tekst: Peter Shaffer, reżyseria: Miloš Forman

Co mogę powiedzieć o Amadeuszu, poza tym, że wszystko? Miałem tę rozkosz tłumaczyć pierwowzór, dramat Petera Shaffera, ale potem przyszedł wirus i tyle było premiery.

Amadeusz Formana to dzieło filmowe, ale bardzo teatralne, w dobrym sensie teatralne; wystylizowane, ale wiarygodne. Dzieło kanoniczne: znajdziesz na swej bucket list, nawet jeżeli go tam nie wpisałeś. Bucket list – „do zrobienia przed kopnięciem” (por. „w kalendarz”).

AniołyAmadeusz – dobieramy, jak widać, czołowe ekranizacje, w których sztuka filmu składa hołd tej starszej sztuce, z której się wywodzi. Oba filmy zawierają, co najlepsze w kinie i co najlepsze w teatrze: montaż filmowy, filmową narrację, ale aktorstwo bynajmniej nie „naturalne”, wcale nie „fotogeniczne”. Amadeusz również nie udaje życia, bo chce pokazać coś więcej niż życie, coś larger than life. Obie historie mocno zalatują myśleniem metafizycznym. Tym, co nas przeżywa, jest nie tylko wielkość, lecz często jej przeciwieństwo. Jak u Kafki: wstyd po prostu.

Nigdy już nie zobaczymy, jak F. Murray Abraham „robił to” na żywo – jak grał Salieriego, ale jest zapis na taśmie, wtedy kręcono na taśmie, powstał też audiobook dramatu Shaffera czytany przez Abrahama. Same klipy na YouTubie dużo już powiedzą: bo jak on to zrobił, że błysk w oku też się zgadza? Dla mnie, filmoznawcy, po sercu teatromana, to jest ten rzadki przypadek, gdy film wygrywa z teatrem.

Można powiedzieć, że Amadeusz to monodram Salieriego, największego przegrywa w historii muzyki, który miał ten zaszczyt przegrać z największym wygrywem, Wolfgangiem Mozartem. A w realu była zmiana, szpak dziobał bociana i Oscara dostał Murray.

„Doubt”

Tekst i reżyseria: John Patrick Shanley

Celowo nie daję polskiego tytułu, jest bowiem za długi. W Doubt mamy jedną sylabę, a w Wątpliwości to sobie Państwo policzą. Historia jak z AniołamiAmadeuszem: na początku był dramat, który potem nakręcono (u nas wystawiono). Jeden z tych rzadkich tytułów świetnych pod każdą postacią. Oba stworzył jeden człowiek, ten od Wpływu księżyca, tego filmu od Oscara dla Cher.

Poza teatralnością Doubt ma to wspólnego z dwoma poprzednimi „dzieły”, Amadeuszem oraz Aniołami: wychył wertykalny. Historia idzie do góry, historia „strzelista”, por. akt strzelisty. Opowiada o Kościele katolickim w latach 60.

Jeżeli z Kościołem głównie TO się Wam kojarzy, macie słuszne skojarzenie. W Doubt też jest o pedofilii, lecz zgodnie z tytułem: w duchu niepewności. Słowo na „p” wcale tam nie pada. Rzadko tytuł jest spojlerem, zresztą dobra, nic nie mówię. Chodzi tylko o to, jak to jest zagrane. Tutaj też gra Meryl, więc więcej nie muszę mówić, może tylko dodam, że poza tym Seymour Hoffman.

Film góruje nad teatrem techniką zbliżenia (por. „I’m ready for my close-up”, Bulwar Zachodzącego Słońca) i Doubt świetnie jej używa (zdjęcia Roger Deakins). Historię ułożono w serię „interiorów”, dialogów we wnętrzu, prawie jak na scenie. Narracyjnie Ameryka, czyli ping-pong słowny, w czym Stany przodują, lecz tym razem nie wychodzi wyłącznie szermierka słowna dla czystego entertainment, to nie jest Dwunastu gniewnych [https://przekroj.pl/artykuly/recenzje/panie-i-panowie]. Doubt NIESIE WARTOŚCI, taką przede wszystkim, że bycie judgmental rodzi poważne ryzyko pomyłki. Dajmy sędziom sądzić.

Oddycham, gdy oglądam wyżej wymienione dzieła. Widzę, że teatr był, gdy istniał, po coś i że jeszcze będzie, choć tymczasem nie jest, bo teatr na Zoomie – no, sami zobaczcie… Może to najciężej będzie nam zrozumieć, jeżeli nic się nie zmieni i powrócą dobre czasy? Teatr był przed wojną i był przed Chrystusem… W następnym odcinku: taniec.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!