Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Prezentujemy opowiadanie z „Przekrojowego” archiwum, którego autorem jest jeden z najsłynniejszych ...
2018-09-14 00:00:00

Deszcz
Klasyka w „Przekroju”

Deszcz

Deszcz padał. Był to deszcz ostry, przenikliwy, nieustający; parny i zimny jednocześnie. Lał, chłostał, siekł, tłukł, przenikał, dławił, dusił i topił.

Padał wiadrami, tonami, ciął dżunglę, piłował drzewa, kosił trawę, ranił grunt i roztapiał zarośla. Mógł skurczyć dłoń dorosłego mężczyzny do wymiarów pomarszczonej, małpiej piąstki. Był ciekły i stały zarazem. Nigdy nie ustawał.

– Jak daleko jeszcze, poruczniku?

– Nie wiem. Mila, dziesięć mil, tysiąc...

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Nie może pan określić dokładniej?

– Jak?

– Nie podoba mi się ten deszcz. Gdybyśmy chociaż wiedzieli, jak daleko do Kopuły Słonecznej, zaraz bym się lepiej poczuł.

– Jeszcze godzinę, albo dwie.

– Naprawdę pan tak myśli, poruczniku?

– Oczywiście.

– Czy też kłamie pan, żeby nam dodać odwagi?

– Kłamię, żeby wam dodać odwagi.

Obaj mężczyźni siedzieli w deszczu. Za nimi leżeli dwaj inni, zmokli, zmęczeni, zgarbieni jak pod ciężarem.

Porucznik podniósł głowę. Twarz miał niegdyś opaloną, a teraz deszcz wymył ją do bladości. I nawet oczy miał białe, jak zęby i włosy. Był cały biały. Nawet mundur miał odbarwiony, trochę tylko zielonkawy – zaczynał pleśnieć.

– Na Wenus nigdy nie przestaje padać. Leje i leje. Spędziłem tu dziesięć lat i nie widziałem, żeby deszcz ustał choćby na minutę, ba! na sekundę.

Porucznik podniósł się i dodał: ­­­­­– Lepiej, żebyśmy już ruszyli w drogę. Znajdziemy w końcu tę Kopułę.

– Chyba żebyśmy jej nie znaleźli.

– Za godzinę powinniśmy być na miejscu.

– Teraz mnie usiłuje pan oszukać, panie poruczniku.

– Nie, oszukuję samego siebie. Są chwile, kiedy trzeba kłamać. Inaczej nie mógłbym już długo wytrzymać.

Ruszyli dalej, spoglądając od czasu do czasu na kompas. Nie było żadnego punktu, żeby się zorientować, nic, tylko kompas. Było tylko szare niebo, z którego lał się deszcz i ścieżka w dżungli, i gdzieś tam, daleko za nimi, rakieta, którą przylecieli. Rozbiła się przy lądowaniu. Leżała w deszczu, a w niej dwu zabitych towarzyszy.

Szli gęsiego, nic nie mówiąc. Znaleźli się wkrótce nad brzegiem szerokiej, brunatnej rzeki, która płynęła do Jedynego Morza. Powierzchnia wody bulgotała miliardami kropelek.

– Pośpiesz się, Simmons!

Simmons zdjął z pleców paczkę, która pod wpływem chemicznej substancji nadęła się, tworząc łódkę. Porucznik pokierował ścięciem kilku krzewów; z pni sporządzili szybko wiosła. Odpłynęli w deszczu, energicznie wiosłując.

Porucznik czuł zimne krople na policzkach, na szyi, na ramionach. Chłód przenikał go aż do płuc. Czuł deszcz na uszach, na oczach, na nogach.

– Znowu w nocy nie spałem – rzekł.

– A kto tu może spać? I kiedy? Ile już bezsennych nocy? Trzydzieści nocy, trzydzieści dni! Kto mógłby spać, kiedy mu deszcz wali po głowie!

Myśleli o Kopule, wznoszącej się gdzieś w mokrej dżungli. Była to żółta, okrągła budowla, świecąca jak słońce. Miała piętnaście metrów wysokości na sto szerokości. Było w niej ciepło. Znajdowało się w niej też pożywienie. Przede wszystkim zaś nie było deszczu! W środku Kopuły wisiało naturalnie słońce. Kula żółtego ognia, zawieszona u szczytu budowli. Można było jej się przypatrywać, siedząc w fotelu, paląc czy czytając książkę, albo pijąc czekoladę ze śmietanką. Tak, tam, w Kopule, będzie słońce; jak długo tam będą, nie będą myśleli o zadeszczonej Wenus.

Porucznik odwrócił głowę, aby się przypatrzeć trzem żołnierzom. Wiosłowali, zgrzytając zębami. Byli biali jak grzyby, tej samej barwy co on sam. Wenus odbarwiała wszystko po kilku miesiącach. Nawet dżungla była ogromnym majakiem ze snu. Nie była zielona, ze względu na deszcz i ogólną szarość. Dżungla była biała, z liśćmi jakby wyciętymi z sera, ziemią pofałdowaną, jak masło, pniami drzew, przypominającymi ogromne trujące grzyby, całe białe i czarne.

Ochlapując się wzajemnie, wyskoczyli na brzeg. Łódkę złożyli i zapakowali. Usiłowali zapalić papierosa. Stracili tak pięć minut, starając się zasłonić dłońmi płomyk zapalniczki, zanim udało im się pociągnąć kilka razy z papierosa, który wkrótce rozmiękł i rozkleił się pod uderzeniami deszczu.

– Chwileczkę! – rzekł porucznik. ­– Zdaje mi się, że coś zobaczyłem.

– Kopułę?

– Nie jestem pewien. Deszcz zasłania.

Simmons puścił się pędem. – Kopuła!

– Simmons, wracaj!

– Kopuła!

Simmons zniknął w strugach deszczu. Pobiegli za nim.

Dogonili go na małej polance. Stanęli, żeby rzucić okiem na kolegę i obejrzeć to, na co on patrzy.

Rakieta!

Była tam, gdzie ją zostawili. Wrócili na miejsce, skąd wyszli. Wśród szczątków pojazdu wznosiły się z ust dwóch zabitych zielone algi. Kiedy tak patrzyli, jedna z alg zakwitła, deszcz strącił jej płatki i roślina umarła.

– Jak to możliwe?

– Gdzieś w okolicy włóczy się burza magnetyczna. Rozregulowała nam kompasy. Tylko tak można to wytłumaczyć.

– O, Boże, cały ten marsz był na nic!

– Simmons, spokój!

– Spokój! Spokój! Oszaleć można z tym deszczem!

– Jeśli będziemy ostrożni, wystarczy nam pożywienia na dwa dni.

Deszcz spływał strumykami po nosach, po uszach, palcach i kolanach. Wyglądali na skamieniałe w dżungli fontanny.

I kiedy tak stali, usłyszeli w oddali grzmot.

Z deszczu wyłaniał się potwór.

Potwór miał tysiąc niebieskich, elektrycznych odnóży. Szedł ku nim szybki i przerażający. Bił odnóżami w drzewa; waliły się, spalone. W mokrym powietrzu czuć było ozon; wznosiły się dymy, rozwiewane natychmiast przez deszcz. Potwór miał pół mili szerokości, milę wysokości. Macał grunt, jak ślepy olbrzym. Nagle – nie miał wcale nóg. W chwilę później z jego brzucha biły tysiące batów: białych, niebieskich. Biły, kąsały dżunglę.

– Burza elektryczna!

– Zaraz tu będzie!

– Kładźcie się – krzyknął porucznik.

– Uciekajmy! – wołał Simmons.

– Nie gadaj głupstw! Kładźcie się! Pioruny biją we wzniesienia. Może uda się nam ocaleć. Burza wyładuje się na rakiecie i ujdziemy z życiem. Prędzej, kładźcie się!

Wszyscy rzucili się na ziemię.

– Zbliża się? – pytali co chwilę.

– Tak.

– Zbliża się?

– Dwieście jardów.

– Bliżej?

– Już jest!

Potwór stanął nad nimi. Wysłał z dziesięć piorunów w rakietę. Błys­nęła i zadźwięczała, jak gong. Potwór łupnął w nią znów kilkanaście razy. Jego odnóża tańczyły jakby nad rakietą groteskową pantomimę, głaszcząc dżunglę i błotnisty grunt.

– Nie! Nie! – Jeden z mężczyzn zerwał się i stanął.

– Na ziemię, idioto! – krzyknął porucznik.

– Nie!

Burza biła znów w rakietę. Porucznik poruszył głową i ujrzał olśniewające błyskawice. Widział, jak łamią się i zapadają drzewa. Zobaczył, jak potworna chmura faluje nad jego głową, plując setkami elektrycznych słupów.

Żołnierz, który wstał, biegł teraz naprzód, jakby w hali, podtrzymywanej wysokimi kolumnami. Biegł zygzakiem, aby uniknąć piorunów. W końcu zwaliło się nań kilkanaście niebieskich słupów. Porucznik usłyszał skwierczenie, jak wtedy, gdy owad wpadnie w ogień świecy. Pamiętał ten dźwięk od dzieciństwa, wychował się na wsi. Poczuł woń spalonego mięsa.

Pochylił głowę. – Nie patrzcie ­­–rzucił. Bał się, że sam się zerwie i pobiegnie ślepo naprzód.

Burza obrzuciła ich gradem błyskawic, po czym oddaliła się, postękując. Znów był już tylko deszcz, który zatarł szybko woń spalonego mięsa. Po pewnym czasie trzej pozostali mężczyźni usiedli, czekając, aż uspokoją im się bijące szybko serca.

Podeszli do ciała. Nie mogli uwierzyć, że wszystko się już dokonało. Był to naturalny gest ludzi, którzy nie mogli pogodzić się ze śmiercią, dopóki jej nie dotknęli.

Żołnierz składał się jakby ze skręconego żelastwa i spalonej skóry: sczerniały szkielet. Zęby tylko były białe, błyszczały jak dziwaczna bransoleta na zaciśniętej, zwęglonej pięści.

– Nie powinien był biec.

Powiedzieli to prawie jednocześnie.

W chwili, gdy na niego patrzyli, zaczął niknąć: roślinność ogarniała go łodygami, kamieniami, nawet kwiatami – jak na grobie.

Burza niknęła w oddali, oparta na niebieskich słupach.

Minęli rzeczkę, rzekę, potok i z dziesięć mniejszych czy większych strumyków. Pojawiały się coraz to nowe rzeki, pędziły przed siebie, potem znów widać było nowe, podczas gdy poprzednie zmieniały swój bieg. Były rozmaite: mleczne, bure, srebrne.

Doszli do morza.

Morze Jedyne! Na Wenus był tylko jeden kontynent. Ziemia ta miała trzy tysiące mil długości i tysiąc szerokości. Wokół tej wyspy ciągnęło się Jedyne Morze, które pokrywało prawie całą tę deszczową planetę. Morze lizało blady brzeg, bardzo nieznacznie; fal prawie nie było.

– Gdzieś tam – porucznik wskazał na południe. – Jestem pewien, że w tym kierunku są dwie Kopuły Słoneczne.

– A dlaczego nie zbudowali ich więcej, do diabła?

– Jest ich teraz sto dwadzieścia, prawda?

– Sto dwadzieścia sześć, od ostatniego miesiąca. Jeszcze przed rokiem zgłoszono w Kongresie wniosek, by zbudować dwadzieścia nowych Kopuł. Ale znacie ich zwyczaje. Wolą, żeby paru ludzi zwariowało w deszczu, niż wydać kilka tysięcy dolarów.

Ruszyli na południe.

Porucznik, Simmons i trzeci, Pickard, szli w deszczu, który padał ciężko i łagodnie, łagodnie i ciężko. W deszczu, który lał i lał i lał, nie przestając ani na chwilę zalewać ziemi i morza i idących naprzód ludzi.

Simmons zauważył ją pierwszy.

– Kopuła!

Porucznik otarł twarz z wody i podniósł dłoń, by osłonić się przed ukąszeniami deszczu.

Daleko, nad brzegiem morza, widać było nad dżunglą żółty poblask. Była to Kopuła.

Simmons ruszył biegiem naprzód. Inni poszli mechanicznie w jego ślady, bez tchu, ale trzymając fason.

– Dla mnie wielka filiżanka kawy – dyszał Simmons, promieniejąc radością. – I tuzin waniliowych bułeczek! Ach, położyć się i opalać w słońcu! Ten, kto te Kopuły wymyślił, powinien zostać generałem!

Pobiegli szybciej. Żółty blask stał się intensywniejszy.

– Mnóstwo ludzi musiało zwariować, zanim na to wpadli! A to takie proste! Dość pomyśleć! – Simmons dyszał ciężko, nie przestawał mówić, biegnąc. – Deszcz, deszcz, ciągle deszcz! Od lat. Znalazłem raz kolegę, jednego z moich kolegów. W dżungli. Błąkał się. Bez celu. Powtarzał bez przerwy: Nie wiem jak stąd wyjść. Z tego deszczu. Nie wiem, jak wyjść z tego deszczu... Nie wiem... Bez przerwy. Biedny facet.

– Simmons, nie gadaj tyle!

Biegli.

Śmiali się. Stanęli wreszcie przed drzwiami Kopuły, śmiejąc się. Simmons pchnął z całej siły drzwi.

– Hej, wy tam! – krzyknął. – Kawa i ciastka!

Nie było odpowiedzi.

Weszli. Kopuła Słoneczna była pusta i ciemna. Nie było syntetycznego słońca, unoszącego się po środku niebieskiego sufitu. Nie było pożywienia. I zimno jak w grobie. Zaś przez tysiące dziur, powybijanych niedawno w suficie, ciekła woda. Deszcz padał, nasycając grube dywany, ciężkie meble, odbijając się od szklanych stołów. Dżungla czołgała się już jak mech po całym pokoju, po książkach i makatach. Deszcz przelatywał przez dziury i bił w twarze trzech mężczyzn.

ilustracja: Igor Kubik
ilustracja: Igor Kubik

Pickard zaczął się cicho śmiać.

– Cicho bądź, Pickard!

– Patrzcie tylko, cośmy tu zastali... ani słońca, ani jedzenia, nic! Wenusjanie! To jasne!

Simmons kiwnął głową, z której ciekła woda. Deszcz lał mu się po srebrnych włosach i białych, wyblakłych brwiach.

– Od czasu do czasu Wenusjanie wychodzą z morza i napadają na Kopuły. Wiedzą, że jeśli zniszczą Kopuły, zabiją także nas.

– A czy Kopuły nie są bronione?

– Oczywiście – Simmons skierował się ku miejscu, mniej mokrym niż inne. – Ale od pięciu lat Wenusjanie siedzieli cicho. Czujność osłabła. Musieli ich zaskoczyć.

– Gdzie są ciała?

– Wenusjanie musieli wziąć jeńców ze sobą, do morza. Słyszałem, że mają jakąś przemiłą metodę topienia ludzi. Operacja trwa coś z osiem godzin. Coś uroczego!

– Mogę się założyć, że nie ma tu nic do zjedzenia – Pickard wybuchnął śmiechem.

Porucznik zmarszczył brwi i dał znak Simmonsowi, wskazując na Pickarda. Simmons kiwnął głową i wszedł do izby, połączonej z centralną salą. Kuchnia była pełna zmoczonych chlebów i kawałków mięsa, pokrytych warstewką zielonej zgnilizny. Deszcz padał przez podziurawiony dach.

– Ładna historia! – porucznik patrzył na dziury. – Nie wydaje mi się, żebyśmy mogli pozatykać szpary i urządzić się tu na kilka dni.

– Bez jedzenia?... Panie poruczniku! – Simmons splunął.

– Widzę, że słońce zostało rozbite. Najlepiej byłoby dojść do następnej Kopuły. Czy to daleko?

– Stosunkowo blisko. O ile pamiętam, zbudowano tu dwie Kopuły niedaleko siebie. Ale może lepiej poczekać tu na ekipę ratunkową...

– Na pewno już tam przed kilku dniami byli, panie poruczniku, i wrócili z powrotem. Przyślą brygadę budowlaną za sześć miesięcy, kiedy wydębią pieniądze od Kongresu. Nie ma na co czekać.

– Zgoda. Zjemy co nam zostało i idziemy szukać następnej Kopuły.

Pickard rzekł: – Gdyby tylko ten deszcz przestał walić mi w głowę, chociaż na kilka minut. Gdybym tylko mógł na parę chwil odetchnąć... – Chwycił głowę w dłonie i zacisnął je mocno. – Pamiętam, kiedy byłem w szkole, siedział za mną jakiś łajdak, i szczypał mnie, szczypał co pięć minut. Szczypał mnie całymi tygodniami, całymi miesiącami. Ramiona miałem całe posiniaczone. Myślałem, że zwariuję od tego szczypania. Pewnego dnia, myślę, że straciłem z tego szczypania głowę, odwróciłem się i chwyciłem ekierkę i prawie że go nie zabiłem, tego draba. O mało co mu głowy nie uciąłem. Prawie, że mu wydrapałem oczy, kiedy mnie wyprowadzono z klasy. Wrzeszczałem jak opętany: „Dlaczego on mnie nie chce zostawić w spokoju? Dlaczego on mnie nie chce zostawić w spokoju?” – Ściskał kurczowo głowę, rozdygotanymi rękami; oczy miał zamknięte. – Ale co teraz zrobić? Komu dać po gębie? Komu powiedzieć, żeby przestał? Ciągle ten przeklęty deszcz, nic innego nie słychać, nic innego nie czuć! Deszcz i deszcz!

– Dojdziemy do następnej Kopuły o czwartej po południu.

– Do Kopuły? A ta tutaj? A jeżeli wszystkie Kopuły są zniszczone, to co? Jeśli wszędzie są dziury w sufitach, jeśli wszędzie pada deszcz?

– Musimy zaryzykować.

– Ja już niczego nie zaryzykuję. Ja chcę, żebym miał spokój i dach nad głową. Chcę, żeby mi wreszcie dali spokój!

– Jak będziesz się dobrze trzymał, zajdziemy tam za osiem godzin.

– Niech się pan nie boi, wytrzymam. – I Pickard roześmiał się, nie patrząc na towarzyszy.

– Zjedzmy coś – rzekł Simmons, obserwując Pickarda.

***

Ruszyli znów na południe, wzdłuż brzegu. Po czterech godzinach musieli skręcić w głąb lądu, aby wyminąć rzekę milowej szerokości, tak szybką, że nie można jej było przepłynąć. Przeszli sześć mil, aż do miejsca, gdzie rzeka tryskała z głębi ziemi, pieniąc się, jak rana. Wrócili ku morzu.

– Muszę się przespać – rzekł wreszcie Pickard. Żachnął się. – Nie zmrużyłem oka od czterech tygodni. Starałem się, ale nie mogłem. Pójdę spać.

Niebo stało się ciemniejsze. Na Wenus zapadała noc. Była tak czarna, że niebezpiecznie było się poruszać. Simmons i porucznik upadli także na kolana.

– Dobrze – rzekł porucznik. – Zobaczymy, czy się nam uda. Starałem się już kilka razy zasnąć, ale nigdy nie wiadomo... Sen to jest coś, czego się w tym klimacie nie można chyba doczekać.

Położyli się na ziemi, zasłaniając głowę, aby woda nie zalewała im ust. Zamknęli oczy.

Porucznik wzdrygnął się. Nie spał.

Coś po nim chodziło. Coś się na niego kładło. Krople padały, łączyły się z innymi kroplami; zmieniały w strumyczki, biegnące po ciele. Tymczasem roślinki dżungli wkorzeniały się już w jego mundur. Czuł, jak oplata go bluszcz, tworząc jakby nowe ubranie. Poczuł, jak małe kwiatki puszczają pączki, kwitną, a potem więdną. Tymczasem deszcz stukał mu nieustannie po głowie i po ciele. W fosforyzującej nocy – rośliny bowiem świeciły – mógł teraz zobaczyć kształty dwu innych ludzi, jak powalone pnie drzew, pokryte jedwabiem kwiatów i traw. Deszcz bił go w twarz. Zasłonił sobie głowę rękami. Położył się w błocie na brzuchu, między tą kauczukową roślinnością. Deszcz bił go teraz po plecach i nogach.

Podniósł się gwałtownie i zaczął otrzepywać i wycierać. Poruszały go tysiące rąk. Nie mógł już znieść tych dotknięć. Zerwał się i wpadł na inne ciało. Poznał Simmonsa, stojącego w deszczu, plującego grzybkami. Dusił się i kichał. Wreszcie Pickard podniósł się także, krzycząc.

– Spokojnie, Pickard, poczekaj chwilę.

– Dość tego, dość! – wył Pickard. Strzelił sześć razy w czarne niebo. Blask wystrzałów pozwolił im ujrzeć chmary kropelek, zawieszonych w nieruchomym, bursztynowym powietrzu, jakby zatrzymanych w swym locie przez wybuch; miliardy kropelek, łez, kryształków na ekranie białego aksamitu. Kiedy zgasła błyskawica, kropelki, które zastygły jak do fotografii, zaczęły znów spadać, gryząc mężczyzn, jak chmara zimnych, łapczywych owadów.

– Dość tego! Dość!

– Pickard!

Ale Pickard, chociaż stał dalej, nie odpowiadał. Kiedy porucznik przesunął światłem swej latarki po mokrej twarzy Pickarda, ujrzał rozszerzone oczy i otwarte usta, tak, że woda spływała po języku, zatapiała oczy, pieniła się w nozdrzach.

– Pickard!

Tamten nie odpowiadał. Stał tak, z pęcherzykami deszczu w zbielałych włosach; białe perełki kapały mu z szyi i przegubów.

– Pickard, ruszamy! Chodź z nami!

Deszcz spływał po uszach Pickarda.

– Słyszysz mnie, Pickard!

Równie dobrze można było krzyczeć do głuchego.

– Pickard!

– Niech go pan zostawi – rzekł Simmons.

– Nie możemy ruszyć bez niego.

– A co mamy zrobić, ponieść go? – Simmons splunął. – Nic już z niego nie będzie. Wie pan, co on teraz zrobi? Zostanie tak, czekając, aż się utopi.

– Jak to?

– Teraz powinien to pan zrozumieć, panie poruczniku. Nie zna pan tej metody? Podniesie głowę, a woda będzie wpływać przez usta i nos. Będzie oddychał wodą.

– Nie!

– Tak właśnie znaleziono w zeszłym roku generała Meucka. Siedział na kamieniu, głowę miał odrzuconą do tyłu, wchłaniał wodę. W płucach miał już pełno.

Porucznik skierował znów światło na twarz, w której nie poruszały się nawet powieki. Z nozdrzy Pickarda dobiegło coś jak mokre chrząknięcie.

– Pickard! – porucznik uderzył go w twarz.

– On nie może nawet poczuć, że się go bije – rzekł Simmons. – Kilka dni w takim deszczu, i człowiek nie ma już ani twarzy, ani rąk czy nóg.

Porucznik spojrzał na swoje ze zgrozą. Nie czuł już własnych rąk.

– Przecież nie możemy tak zostawić Pickarda.

– Zaraz pan zobaczy, co możemy zrobić.

Simmons strzelił.

Pickard upadł na zalany wodą grunt.

– Niech się pan nie rusza, poruczniku – rzekł Simmons. – Niech się pan zastanowi. Czekam. Pickard zostałby tu, stojąc czy siedząc, czekając, aż się utopi. Ja to tylko przyśpieszyłem.

Porucznik spojrzał na ciało. – Ależ to ty go zabiłeś!

– Tak, dlatego, że on by nas zabił, stając się dla nas ciężarem. Widział pan jego twarz. On zwariował.

Minęła chwila. Wreszcie porucznik powiedział: – Dobrze.

Ruszyli w deszczu.

Było ciemno. Promienie lamp przenikały tylko kilka metrów spadającej z nieba wody. Po pół godzinie musieli się zatrzymać. Chorzy i głodni, czekali na świt. Kiedy zrobiło się szaro, poszli dalej. Deszcz padał.

– Pomyliliśmy się – rzekł Simmons.

– Nie. Jeszcze godzina.

– Niech pan mówi głośniej, nic nie słyszę. – Simmons zatrzymał się i uśmiechnął. – Boże święty! – Dotknął swych uszu. – Moje uszy. Tak jakbym je zgubił. Deszcz przeniknął mnie do szpiku kości.

– Nic już nie słyszysz? – zapytał porucznik.

– Co? – Oczy Simmonsa wyrażały zdziwienie.

– Nic. Chodźmy.

– Zdaje mi się, że tu poczekam. Niech pan idzie sam.

– Nie możesz tak zostać.

– Nie słyszę. Niech pan idzie. Jestem zmęczony. Zresztą, moim zdaniem, Kopuła jest w innej stronie. A jeśli nawet jest przed nami, na pewno ją podziurawili. Chyba tu usiądę.

– Trzymaj się, Simmons!

– Do widzenia, panie poruczniku.

– Simmons, nie możesz teraz zrezygnować.

– Mam tu rewolwer, i dlatego zostanę. Zresztą g... mnie to wszystko obchodzi. Jeszcze nie zwariowałem, ale czuję, że nadchodzi. Nie mogę już iść dalej. Jak pan zniknie mi z oczu, posłużę się rewolwerem.

– Simmons!

– Powiedział pan moje nazwisko. Poznałem po ruchu warg.

– Simmons!

– Niech pan słucha. To tylko kwestia czasu. Albo umrę zaraz, albo za parę godzin. Po co mam czekać? Po to, żeby dojść do następnej Kopuły i zobaczyć, jak deszcz leje się przez dziury w suficie? Przyjemnie będzie, nie?

Porucznik wahał się chwilę, a potem zaczął znów ślizgać się w deszczu. Odwrócił się i zawołał; ale Simmons nie ruszał się z miejsca. Trzymał broń w ręce i czekał tylko, aż porucznik zniknie. Potrząsnął głową i dał oficerowi znak, aby szedł prędzej.

Porucznik nie usłyszał nawet detonacji.

Idąc, zaczął żuć kwiaty. Nie były trujące, ale nie były też pożywne. Zwymiotował je po dwu czy trzech minutach.

Spróbował upleść sobie kapelusz z liści. Ale wiedział, że nic z tego nie wyjdzie. Deszcz rozmywał liście na głowie. Zaraz po zerwaniu gniły i topniały między palcami w szarawą masę.

„Jeszcze pięć minut – mówił do siebie. – Jeszcze pięć minut. Potem wejdę w morze i utonę. Człowiek nie jest do tego stworzony. Żaden Ziemianin nie zniósł ani nie zniesie takiego deszczu. Trzymaj się, trzymaj, człowieku!”

Szedł tak ciągle, potykając się w błocie i roślinności. Doszedł do małego wzgórza.

Z dala widać było delikatną, żółtą plamę, przesłoniętą obłokami wody.

Kopuła.

Tam daleko, między drzewami, stała okrągła budowla. Przez kilka chwil patrzył tępo na Kopułę, chwiejąc się na nogach.

Zaczął biec, potem zwolnił. Zląkł się. Nie wołał. A jeśli to ta sama Kopuła? Zgasła, bez słońca?

Pośliznął się i upadł. – Zostanę tu – pomyślał. – To nie ta. Zostanę tu, nie ma rady. Już koniec.

Udało mu się mimo wszystko wstać i przejść przez parę strumyków. Żółte światło zaczęło błyszczeć i porucznik znów rzucił się pędem, depcąc nogami po zwierciadłach, rękami rozrzucając tysiące drogocennych kamieni.

Zatrzymał się przed żółtymi drzwiami. Nad nimi widniał napis: Kopuła Słoneczna. Podniósł obrzmiałą rękę, by jej dotknąć, po czym pchnął klamkę i prawie że wpadł do środka.

Spojrzał. Za nim bił o drzwi deszcz. Przed nim, na niskim stole, stał srebrny dzbanek z dymiącą czekoladą i taca z ciastkami. Obok, na półmisku, kanapki z kurczęciem, świeżymi pomidorami, zieloną cebulą. A na wprost – gruby, włochaty ręcznik i pudło, gdzie mógł wyrzucić mokre ubranie; po prawej, kabina, gdzie gościa mogły w jednej sekundzie wysuszyć promienie cieplne. Na krześle nowy mundur, dla niego lub kogokolwiek innego. Dalej jeszcze – gorąca kawa, patefon, od którego dolatywała łagodna melodia, książki w czerwonej, skórzanej oprawie. Obok wreszcie kanapa, głęboka; miękka kanapa, na której można się było wyciągnąć, poddając promieniom wielkiej, świecącej rzeczy, zawieszonej pod sufitem.

Zakrył sobie oczy rękami. Widział, jak podchodzą do niego ludzie, ale nie powiedział nic. Czekał. Otworzył oczy i patrzył. Woda, jaką przesiąknięte było ubranie, utworzyła u jego stóp kałużę; czuł, jak schną mu włosy, twarz, nogi i ręce.

Patrzył na słońce.

Wisiało po środku pokoju. Wielkie, żółte, ciepłe, słońce. Milczało, nie robiło hałasu. Drzwi były zamknięte. Deszcz stał się wspomnieniem. Na niebieskim niebie pokoju świeciło słońce, wielkie, żółte, ciepłe, piękne.

Porucznik ruszył naprzód, zdzierając ubranie.

Tłumaczył Franciszek Welczar

 

Data publikacji:

Ray Bradbury

W 1932 r., kiedy miał 12 lat,­ podczas karnawałowego przedstawienia magik Mr Electrico dotknął go swoim czarodziejskim mieczem i rozkazał: „Żyj wiecznie”. Nastolatek z Los Angeles przejął się tym poleceniem: „Uznałem, że to najlepszy pomysł na świecie. Zacząłem pisać codziennie i nigdy nie przestałem”. Choć ziemską powłokę Bradbury opuścił w 2012 r., pozostaje jednym z najsłynniejszych autorów science fiction. Powyższe opowiadanie pochodzi z tomu „Człowiek ilustrowany”, który w USA ukazał się w 1951 r., a polskim czytelnikom „Przekrój” przybliżył go, jak tylko puściły lody stalinizmu.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!