Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Łukasz Kaczyński

Czarownice odpalają wrotki

„Otchłań”, Paulina Walendziak, zdjęcie: Mariusz Grzegorzek
Czarownice odpalają wrotki
Czarownice odpalają wrotki

Łukasz Kaczyński: Szybko weszła Pani na deski profesjonalnego teatru – jeszcze przed spektaklem dyplomowym. Najpierw rolą Betty Parris w Czarownicach z Salem Arthura Millera, szybko potem, bo w minionym sezonie, jako Iris w Otchłani Jennifer Haley, również w reżyserii Mariusza Grzegorzka, również w łódzkim Teatrze im. Jaracza. Ta sytuacja wymusiła zmianę w myśleniu młodej studentki o sobie na scenie?

Paulina Walendziak: Otchłań traktuję jako prawdziwy debiut, ale pierwszą profesjonalną pracą, jeszcze w drugim semestrze drugiego roku studiów, była rola Hanny w Kamieniu Grzegorza Wiśniewskiego w warszawskim Teatrze Współczesnym, spektaklu, w którym reżyser częściowo powtórzył obsadę znakomitego dyplomu, który zrobił z moim starszymi kolegami z Wydziału Aktorskiego. W Czarownicach ważne było dla mnie zbudowanie iluzji, przeszywania się dwóch światów, zakłamywania lub odnajdowania prawdy – i postawienie pytania, czy ta prawda w ogóle istnieje. Te cztery młode dziewczyny, którym przewodzi Abigail (grana przez Agnieszkę Więdłochę), przechodzą okres dojrzewania – a zachowanie starszyzny miasteczka każe pytać: nie dostrzega ona tego procesu, bo nie jest zdolna, a sprawy cielesności ruguje, czy też dlatego, że podlega manipulacji tych dziewczyn?

Ta manipulacja może być reakcją na określony świat, w którym cielesność to pozornie tabu.

Też, ale przede wszystkim to reakcja na zmiany, które dzieją się w kobiecym organizmie: budzi się pożądanie, kobiecość, pojawiają się marzenia o określonych doznaniach. Stąd w dziewczynach obłęd. W świecie spektaklu – co wynika z historycznego i obyczajowego ustawienia tekstu – są one odcięte od edukacji, więc nie potrafią tych uczuć nazwać. Albo, z racji otaczającego je purytanizmu, nie chcą tego zrobić. Odrębna sprawa to Abigail, silna przewodniczka tej szalonej watahy. Ona, „Czarownice” i miasteczko to trzy światy, które przeszywają się, tworząc wielowymiarowy obraz głębokiej iluzji.

Grana przez Panią Betty Parris jest w tej iluzji najgłębiej zanurzona. Do prawdziwego szaleństwa i pogubienia.

Tak właśnie jest. Jej ojcem jest pastor (Michał Staszczak), osoba o mocnych zasadach, ale też zanurzona w konkretnej formie, w konkretnym schemacie. Betty wychowywała się obok niego, ale bez matki i to odbija się na jej wrażliwości. Abigail tę matkę jej zastępuje, jest wzorem kobiecości, łączniczką z kobiecą siłą, która wybucha w Salem. Wszystko to jest bardzo kuszące dla młodej dziewczyny, która nigdy nie zaznała bliskości od innej kobiety, i od „stowarzyszenia” domniemanych czarownic dostaje szansę, by w coś się wpasować, poczuć się ważną i osobną. Po prostu kimś wyjątkowym.

Tylko że Abigail jest jednocześnie z dwóch światów: „czarownic” i „ludzi z miasteczka”. Ale w tym drugim zbiera emocjonalne ciosy. Jest więc wiedźmą w rozumieniu: ta, która wie – bo zna smak tego życia. One zaś są prawdziwymi niewiastami, nie czarownicami, bo są przed progiem, za którym zaczyna się wiedza. To rysuje przed nimi dość smutną perspektywę – nie uskrzydlającą, raczej dołującą: podzielić los kobiety wykorzystanej przez mężczyzn.

Właśnie świadomość świata „miasteczka” pozwala Abigail manipulować dziewczynami, które są na progu dojrzałości, ale nie mogą go przekroczyć. To doświadczenie zbierze swoje plony później, w ich krytycznej wizji świata. Choć może będą tego i dobre strony? Ja przynajmniej uważam, że wszelka przygoda, jaką spłata nam życie, nie jest zła, a jeśli spojrzeć na nią później z dystansu, może być nie lada nauką. Tak mam w moim życiu – sytuacje z przeszłości, które jako aktualne przerażały mnie, dziś powodują rozrzewnienie.

"Czarownice z Salem”, Paulina Walendziak i Carine Jokam, zdjęcie: Magda Hueckel
"Czarownice z Salem”, Paulina Walendziak i Carine Jokam, zdjęcie: Magda Hueckel

Czarownice to wybitnie kobiecy tekst, dobierający się do pokładów kobiecej emocjonalności i duchowości – a na pewno taka jest realizacja Mariusza Grzegorzka. Mówi się o nim, że świetnie potrafi łapać porozumienie i pracować z aktorami. Prawda to?

To jest prawda. Nie wiem, czy to kwestia jego uroku osobistego, czy rzucanego czaru, ale podczas prób czułam olbrzymią swobodę, która dziś wydaje się mi podstawą pracy nad tak intymnym i trudnym tekstem. Głównym założeniem dla nas było poznać się i zakolegować. Jeśli do tego dojdzie, wtedy – myślę – można odpalić wrotki i ostro pojeździć na zakrętach. Mariusz Grzegorzek starał się, by podwaliny sztuki, nad którą pracujemy, wydarzyły się najpierw w kontaktach prywatnych, byśmy najpierw spotkali się poza sceną. To żyzna gleba, na której budować należy chyba każdą sztukę. Jeśli prywatnie choć trochę się nie dotkniemy, trudniej będzie o spotkanie na scenie.

Zdaje się, że zaczynamy mówić w ogóle o pewnym modelu pracy w teatrze, o zespole wielopokoleniowym, długo budowanym i połączonym więziami nie tylko zawodowymi, o instytucji, która taką formację pozwala tworzyć – jako przeciwieństwie dla modelu doraźnego i skrzykiwania się do projektów.

Mariusz Grzegorzek wybiera, moim zdaniem, teksty o ładunku mistycznym, poruszające zagadnienia duchowości współczesnego człowieka. Pracować nad tak ulotną materią nie da się, używając tylko narzędzi czysto aktorskich i warsztatu uruchamianego na zamówienie.

Mnie wydaje się, że on jest wampirem energetycznym. Może na próbach przekazuje aktorom to, co „wyssał” w innych relacjach, na przykład jako rektor Szkoły Filmowej?

(śmiech) Możliwe, że są o tym różne opinie. Sama osobowość Mariusza Grzegorzka napełnia mnie chęcią do działania, szukania niekonwencjonalnych rozwiązań, głębszego spojrzenia na świat. Po spotkaniu z nim zaczęłam interesować się zagadnieniami dotąd mi obcymi. Podoba mi się jego zainteresowanie rzeczami ponadludzkimi. Ten nasz polski codzienny bruk jest już na tyle opisany, na tyle zapełniony przyziemnymi sprawami i analizami, że chętniej rzucam się w takie kosmosy. To daje mi siłę i niezależność.

Role Betty i Iris gra Pani odważnie, nie kostiumem czy gestem, tylko fizycznością, na silnej ekspresji. Praca nad nimi wiązała się z koniecznością przełamania w sobie barier?

To wszystko wygląda tak. Podczas nauki w szkole teatralnej uczymy się rytmu, posługiwania ciałem, ustawiania głosu... To są podstawy, by... uruchomić w sobie demony. Ale tego demona, tego ducha, łatwo w sobie wtedy zatracić, bo obowiązuje pewien program nauczania, czyli schemat, przez który trzeba przejść. Jeśli ktoś będzie chciał zbyt wiernie spełniać jego wymagania, może utknąć i zapomnieć o formie, którą da się i trzeba rozpychać. Spotykając się z innymi aktorami na próbach do Czarownic z Salem, w końcu poczułam, że mogę przebić to szkło, którym otoczyła mnie szkoła i, mając podstawy zawodu, pozwolić sobie na własny wyraz artystyczny. Myślę, że Czarownice pozwoliły mi ostro złamać kręgosłup, który wytworzyła we mnie szkoła, wtedy konieczny. To najlepsze, co mogło mnie spotkać. Musiałam skoczyć na głęboką wodę – i nie bać się; powiedzieć sobie, że to czas, w którym muszę przypomnieć sobie o swojej osobowości, dotknąć siebie głębiej.

"Czarownice z Salem”, Paulina Walendziak, Agnieszka Więdłocha i Michał Staszczak, zdjęcie: Magda Hueckel
"Czarownice z Salem”, Paulina Walendziak, Agnieszka Więdłocha i Michał Staszczak, zdjęcie: Magda Hueckel

Czy podobną atmosferę stworzyła Jagoda Szelc podczas pracy nad dyplomowym filmem Monument?

Myślę, że spotkanie Jagody na czwartym roku to nie był przypadek. Po tym okresie nauki musiał przyjść moment trzeźwego spojrzenia na to, co się działo w życiu prywatnym, szkolnym i zawodowym. Potrzebowałam silnej, niezależnej kobiety, która stanie przy mnie i z którą będę mogła realnie wszystko ocenić, przeprosić siebie za niektóre rzeczy, wybaczyć sobie co nieco, na nowo siebie zaakceptować. To było ważna także dla mnie jako Pauliny. Monument i spotkanie z Jagodą dały mi poczucie dużej wyjątkowości. Jagodę ciężko opisać, zmierzyć słowami, ale takiego zimnego przytulenia, jakie zaoferowała, potrzebowałam. Była dla naszego całego roku wielkim poruszeniem, wywołała w naszych sercach wielkie zamieszanie. Wszyscy potrzebowaliśmy takiego buntu i rozerwania więzi ze szkołą.

Myślę, że jej propozycja była intrygująca. Nie zrobiliście typowej fabuły z postaciami jak „z życia”. Każdy z Was na ekranie ma swoją tajemnicę, z którą widz musi się zmierzyć i rozumieć jej sens. Niesiecie ją i nakładacie na waszą prywatność w finałowej, „szamańskiej” scenie.

Z myślą o niej Jagoda zorganizowała nam warsztaty z panią Anną Skorupą odpowiedzialną za pracę aktorów z ciałem, głosem, oddechem, śpiewem. Każdy dostawał zadanie, które w nas dostrzegła i które musieliśmy pogłębiać do czasu zdjęć. Mowa o wspomnieniach z dzieciństwa etc. Warsztaty miały wyolbrzymić i przekształcić w gest aktorski nasze prywatne odruchy i odczucia względem Monumentu. Umówiliśmy się, że ta scena będzie pożegnaniem i wcześniej nigdy jej nie próbowaliśmy. W dniu kręcenia wszyscy byli poruszeni i wzruszeni. Jeden przebieg tego „rytuału” trwał około pół godziny, co widać na ekranie, nawet mimo pewnych skrótów. Zamierzeniem Jagody było, aby scena ta była dla widza dotkliwa, niewygodna, miała zapiec go naturalizmem, chaosem, długością ujęcia. To miało być nasze bolesne pożegnanie. I przełom.

Monument cechuje nonszalancja względem roli obrazu w filmie: ja mówię i wiem, co chcę powiedzieć, ale to ty myślisz i też tworzysz sensy. Choć sceny te nie są przypadkowym ich zbiorem.

To brak kompromisu, który uwielbiam. Jak w Climaxie, który właśnie obejrzałam i w którym kompromis też nie funkcjonuje. Myślę, że nastał czas na rzeczy, dzieła jednoznacznie określone – albo lodowate, albo gorące – takie są chciane przez widzów i przez artystów. To, co jest letnie, jest złudnie bezpieczne. A życie jest tak skomplikowane, że w pewnym momencie trzeba określić się, po której stronie się stoi.

Skomplikowany jest też świat Otchłani, dramatu o międzyludzkich relacjach, ubranego w kostium dystopii science fiction. O rzeczywistości, w której relacje te są rozerwane, a ich surogatu poszukuje się w świecie cyfrowym, w Zaciszu – portalu oferującym zaspokojenie (i kanalizowanie) pedofilnych żądz. Centrum tego świata jest dziewczynka imieniem Iris, która jest... awatarem. Do tego awatarem dojrzałego mężczyzny.

Miałam duży problem, jak myśleć i pracować nad tą postacią. Uznałam, że nie będę w stanie stworzyć postaci Iris, jeśli nie zechcę być po prostu tą dziewczynką z Zacisza. Gdyby zastanawiać się, ile włożyć w tę rolę awatara, ile mężczyzny, ile dziewczynki – wyszłoby z tego bardzo kiepskie ciasto. Wiedziałam, że od razu muszę umiejscowić się w tekście. Nie szukać intelektualnie sposobu, jak to ugryźć, tylko przykleić się do faktu – dziewczynki, która jest w najpiękniejszym miejscu na świecie. Kropka. Trochę czasu zajęło mi aż zaczęłam czuć się w tym bezpiecznie – wtedy zaczęłam dotykać innych aspektów Iris, jej rozgałęzień i relacji z pozostałymi postaciami.

"Otchłań”, Paulina Walendziak i Marek Nędza, zdjęcie: Mariusz Grzegorzek
"Otchłań”, Paulina Walendziak i Marek Nędza, zdjęcie: Mariusz Grzegorzek

I być dziewczynką, która jest w głowie mężczyzny, Doyle'a. Faceta o takiej, a nie innej emocjonalności, który tkwi w depresji, nie potrafi kochać i porzuca świat realny, mało zresztą atrakcyjny, bo wyglądający jak po ekologicznej, planetarnej katastrofie.

Faceta, który żyje również dzięki rzeczywistości cyfrowej w wyidealizowanym obrazie o swoim życiu – nawet jeśli Iris jest umieszczona w sytuacji dalekiej od wyidealizowanej, jako oddawana bywalcom Zacisza kurtyzana, z którą można zrobić wszystko, także zabić. Ale poniekąd to ja musiałam zrobić Doyle'owi to drugie życie, czyli musiałam być jego najpiękniejszym, najsłodszym, najżarliwszym marzeniem. Na początku pracy pozwoliłam sobie na dystans, by spojrzeć na sztukę Jennifer Haley i postać Iris całościowo, ale budowanie poniekąd tak niewinnej postaci skłaniało mnie do zanurzenia w tym, co w tym świecie pozytywne. Czyli w potrzebie kontaktu z prawdziwymi uczuciami, nawet jeśli nie jest to ziszczalne. Gdybym w trakcie pracy starała się patrzeć na dość tragiczny wydźwięk losów tych postaci, nie mogłabym pozwolić sobie na swobodę. Nie mogłam zbaczać na drogi przypisane innym postaciom i zajmować się ich zadaniami.

"Otchłań”, Andrzej Wichrowski i Paulina Walendziak, zdjęcie: Mariusz Grzegorzek
"Otchłań”, Andrzej Wichrowski i Paulina Walendziak, zdjęcie: Mariusz Grzegorzek

Pani stoi po stronie eksperymentu i odwagi, rzeczy gorących, a Trzy siostry w reżyserii Jacka Orłowskiego lokują się gdzie? Bo mogła Pani tu spróbować radykalnie odmiennego teatru. I jednocześnie zmierzyć się z dość oschłymi opiniami o nim, np. w „Przekroju”.

To była zupełnie inna praca, można powiedzieć matematyczna. Staraliśmy się odnaleźć logikę postaci Czechowa. Przez długi czas omawialiśmy osobę i życie tego autora. Myślę, że to był ważny „klocek” całej struktury spektaklu. Pan Jacek Orłowski ma tak olbrzymią o tym wiedzę i zdolność dzielenia się nią, że było to dopełnienie mojej dotychczasowej wiedzy o Czechowie i tekście, a to stworzyło grunt, by budować relacje na scenie. Rozkładaliśmy wszystko na czynniki pierwsze, co jest chyba przy tym autorze konieczne. Jednocześnie pamiętam inne sformułowanie dotyczące Trzech sióstr, że gdyby ktoś je przeczytał i tylko zaczął grać, bez wiedzy o tamtym świecie, o dramatach postaci, to z biegiem czasu doszedłby do podobnych efektów. To może być trafne, bo siła emocji, która jest w ludziach, i aktorska umiejętność improwizacji też są w stanie zaprowadzić do skuteczności na scenie i wierności. My postępowaliśmy pierwszą z metod.

To duża pochwała autora – że się narzuca i sam prowokuje aktora do działań.

I jest na tyle zaraźliwy, drapiący, że aktor chce wstać od stolika i zacząć to próbować na sobie. Tylko dobre teksty mają taką moc. Poniekąd bałam się roli Iriny, bo ma ona największy most do pokonania, duże koło do zatoczenia. Ale recenzji, nie tylko w „Przekroju”, jeszcze nie czytałam (śmiech). Po organicznej pracy z Mariuszem Grzegorzkiem to było gigantyczne wyzwanie wrócić do siebie, do aktorskich narzędzi, i wszystko teraz skleić, streścić się i ukonkretnić. Grać psychologicznie i wrócić do formy jak najmniejszej. Uwierzyć w tamten świat, w tamte realia, w ludzkie relacje. Jednocześnie dodam, że o ile chcę być związana jak najmocniej z teatrem i w Teatrze im. Jaracza czuję się świetnie, to mój trzeci dom (po domu rodzinnym i domu w Łodzi), to drugą wielką pasją jest muzyka. To moja podróż w najdalsze uliczki ludzkiej wrażliwości, ocean jeszcze niezidentyfikowanych istnień, pasja, która pozwala w świecie nie zwariować.

 Paulina Walendziak, zdjęcie: Teatr Studyjny Szkoły Filmowej w Łodzi
Paulina Walendziak, zdjęcie: Teatr Studyjny Szkoły Filmowej w Łodzi

Paulina Walendziak – ur. 1994 r. w Świeciu, aktorka Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, w 2019 r. ukończy Wydział Aktorski łódzkiej Szkoły Filmowej. Podczas tegorocznego 36. Festiwalu Szkół Teatralnych otrzymała nagrodę publiczności dla „najbardziej elektryzującej aktorki”, Złotą Żyletę Gazety Festiwalowej „Tupot” oraz nagrodę łódzkich dziennikarzy; we wrześniu za rolę Iris w Otchłani w reż. Mariusza Grzegorzka otrzymała Złotą Maskę za najlepszy łódzki debiut aktorski w sezonie 2017/2018, w październiku za rolę Księżnej Himalaj wyróżnienie 13. Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego w Radomiu.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!