Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
archiwum
Paulinka Rojek

Czar Twoich kółek
Zdaniem przyjaciół

fot. Cyrus S. Moss (ca. 1920)/ Creative Commons
Czar Twoich kółek
Czar Twoich kółek

Człowiek, który przemyśliwa o samochodzie, ma przed sobą dwa zagadnienia: CZY kupić samochód, oraz JAKI.

Mnie osobiście podobają się samochody ciemno-niebieskie i kawowe, tych ostatnich jest zresztą bardzo mało, nie wiem dlaczego nie lakieruje się samochodów na ten kolor.

Tak, ale nie mogę wejść do Motozbytu i powiedzieć: – poproszę o ciemno-niebieski samochód, może być też kawowy. Nie, muszę co najmniej wymienić markę.

Orientuję się już dość dokładnie, które samochody są duże, które małe, które są tańsze, a które droższe, oraz o ile. Ale marki, jak się okazuje, różnią się od siebie jeszcze tysiącem innych tajemniczych szczegółów.

– Tylko dwutakt – powiada Kern. – Z dwutaktem, bracie, żadnych kłopotów, mój chodzi jak lala trzy lata, jeszcze ani razu nic mi nie nawaliło. (Kern ma Wartburga).

– Tylko niech pani nie kupuje Wartburga – ostrzega mnie mój przyjaciel, doktór Blicharski. – O, widzi pani tego Wartburga przed bankiem? Niech się pani schyli. Schylam się. Doktór Blicharski też się schyla. Pokazuje palcem.

– Widzi pani jaki on ma prześwit? Raptem 13 centymetrów. To nie na nasze drogi. O każdy kamień zawadzi.

– A co by mi pan radził?

– Jak bym wiedział, że pani chce kupić samochód, to byśmy mogli pogadać o mojej Ifie. Szkoda, już się zobowiązałem względem kolegi ze szpitala. Mogę się jeszcze wykręcić. O, to by pani miała pociechę. Przynajmniej pani jest pewna, że pani dojedzie. Przedni napęd, rozumie pani (nie rozumiem, ale kiwam głową), z każdej dziury pani się wygrzebie, i na zimę to jedyny samochód. Niedrogo, bo potrzebuję teraz gotówki, tak jak dla pani 45 tysięcy, okazja. Nie doradzam, nie narzucam się, ale byłbym spokojny, że pani ma coś solidnego.

– A... w jakim stanie? – pytam naiwnie, tak jak gdyby istniała możliwość, że sprzedający odpowie „w nieszczególnym". Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź, i ta też pada z ust doktora Blicharskiego, uzupełniona wszakże bardziej szczegółową, a dla mnie zagadkową informacją:

– W idealnym – mówi doktór Blicharski – świeżo po generalce. Chciałaby pani obejrzeć?

Odpowiadam wymijająco. Muszę naprzód kogoś się poradzić. Cena jest zachęcająca: mniej więcej takiej kwoty sięgają moje oszczędności, nie musiałabym pożyczać.

Spotykam profesora Aleksandrowicza. Mało go znam, ale tym razem rozmowa płynie wartko i spontanicznie. On ma samochód, ja mam zamiar mieć samochód, mamy sobie milion rzeczy do powiedzenia.

– Broń Boże, niech pani nie kupuje używanego – mówi profesor Aleksandrowicz. – Nie wylezie pani z kłopotów. A jeszcze przy naszych kochanych mechanikach. Da pani samochód do warsztatu, podmienią pani każdą lepszą część na szmelc, trzeba im stać nad głową, a i tak pani nie dopilnuje. Niech pani kupi nowy.

– A co by mi pan radził?

– No cóż, ja mam P-70, nie narzekam, całe Podkarpacie objechałem, jeszcze nie zaglądałem do motoru. I stosunkowo niedrogi.

Spotykam mecenasa Buczyńskiego. Mówię mu, że postanowiłam jednak kupić samochód.

– Ha, ja odradzam, powtarzam pani, ale niech pani kupuje – mówi mecenas Buczyński. – Każdy z nas musi raz w życiu to głupstwo zrobić. Ja osobiście odżyłem, odkąd sprzedałem swojego Opla.

– Bo pan kupił używany, a ja chvba kupię nowy, co pan myśli o P-70?

– Nowy czy używany, jeden diabeł. Pani zna to powiedzenie: człowiek ma w życiu dwa szczęśliwe dni, jeden, w którym kupuje samochód, a drugi, w którym go sprzedaje.

– Znam. Ale dlaczego nie mam przeżyć tych dwóch szczęśliwych dni?

– Szczęść Boże. Pani wie, że Giller jeszcze nie wyszedł ze szpitala? A żona będzie miała sztywną nogę, rzepkę jej musieli wyciąć.

– Nie wiedziałam, że się rozbił.

– Już dwa miesiące temu. Na gładkiej drodze, bez żadnego powodu, nagle wjechał na drzewo. Chwilowa utrata przytomności. To się zdarza, szczególnie ludziom przepracowanym umysłowo. Właśnie niedawno broniłem klienta, przejechał dwoje bliźniąt też w takich zagadkowych okolicznościach, ciekawa sprawa była.

– Słyszałam, że Lem kupił sobie samochód.

– Wiem, kupił P-70. Mówił mi Flaszen, że w tym P-70 Lema żaden bieg nie wchodzi, facet morduje się potwornie, już mało nie rozwalił skrzynki biegów, lada moment mu to grozi.

Żegnam się z mecenasem Buczyńskim, idę do domu. Z domu dzwonię do Władka. Ten przynajmniej zna się. Miał w życiu ze sześć różnych samochodów, prowadził szkołę jazdy, napisał samochodowy podręcznik, oraz jest rzeczoznawcą sądowym w sprawach samochodowych. Jest poza tym moim bratem. Czego żądać więcej?

– Chcesz kupić samochód? Brawo! – powiada.

– Sądzisz, że to dobra myśl?

– Naturalnie. Bardzo się cieszę. A co kupisz?

– Właśnie chciałam się ciebie poradzić. Co myślisz o P-70?

– Czemu nie, możesz kupić P-70.

– Ale tam podobno biegi nie wchodzą.

– Nie jest tak źle, trzeba tylko dawać międzygaz, żadna filozofia.

– A Wartburg?

– Bardzo dobry samochód – mówi Władek.

– Słyszałam, że ma za mały prześwit.

– Kto ci to mówił? – dziwi się Władek. – Z Wartburgiem jest inny klops. Górne smarowanie. W pompach tego nie mają, trzeba wozić bańkę i w bańce mieszać, bańkę mógłbym ci dać, mam dwie.

Nie mam pojęcia, co z czym trzeba w tej bańce mieszać, ale ze wszystkiego wnoszę, że Wartburg nie na moje barki.

– Poza tym trafia mi się Ifa po generalce za 45 tysięcy – mówię.

– Niedrogo, warto się zastanowić.

– Ale czy nie sądzisz, że z używanym samochodem będą straszne kłopoty?

– Każdy samochód po jakimś czasie jest używany.

– Więc co mam robić?

– Namyśl się, postanów. Ja co będę mógł, to ci ułatwię.

– Wiesz, że Giller leży po kraksie w szpitalu? Żona będzie miała sztywną nogę. Bez żadnej przyczyny wpakował się na drzewo.

– Ja miałem lepszą sprawę w sądzie. Występowałem jako rzeczoznawca. Gość jechał ciężarówką na skrót przez łączkę, wieczorem. Tam były w okolicy ćwiczenia wojskowe i na tej łączce spali żołnierze. Poowijali się kocami, nie było ich widać. Gość przejechał wszystkim po głowach, cały pluton za jednym zamachem wyprawił na tamten świat. Dobranoc kochana, naprawdę bardzo się cieszę tym samochodem, daj mi znać co i jak.

Rano jadę naszą służbową Warszawą. Pan Pociecha od dawna już namawia mnie na kupno samochodu. Streszczam mu wczorajsze rozmowy.

– O nie – powiada – samochód po generalce, to nie dla pani (co to jest u diabła ta generalka, wstydzę się zapytać, a wciąż nie wiem). Już prędzej bym pani radził takiego Wartburga jak ma pan Kern.

– Ale on o każdy kamień zaczepi.

– To nie, tylko że to słaby samochód, za ciężkie ma nadwozie jak na ten motor, w tym jego feler.

– A P-70?

– Przedwczoraj jedna pani na P-70 stuknęła się o tramwaj, karoseria poszła w drzazgi, miotłą z jezdni zmiatali okruszki. Z plastyku to jest, tandeta.

– A tej pani coś się stało?

– Tego to nie wiem. Dawno pani mówię, niech pani kupi coś na taksówkę. W niedzielę pojedzie sobie pani na spacer, do Zakopanego, w tygodniu ja będę gości woził, zarobimy, koszty się pani zwrócą, będzie pani miała ładny dochód. Lepsze to niż po nocach siedzieć i pisać artykuły. Nie namawiam, ale tak myślę, że byłoby i dla pani dobrze, i ja bym skorzystał. Teraz nie są czasy, żeby wóz mieć dla przyjemności.

– A na taksówkę co się nadaje?

– Warszawa najlepsza, tylko lepiej się z tym zatrzymać, bo mają stanieć, po co przepłacać.

– Ja bym chciała małolitrażowy.

Mówię: małolitrażowy, bo słyszałam takie wyrażenie i domyślam się, że dotyczy tych mniejszych samochodów. A ja chcę chyba mały samochód, w Warszawie czułabym się jak w dinozaurze.

– Może być małolitrażowy, owszem – zgadza się pan Staś. – Jeden mój kumpel kupił teraz Moskwicza.

– To może kupić Moskwicza? – powiadam.

– Ej nie, nie radzę. Nie wiadomo jeszcze jak chodzą te górnozaworowe Moskwicze, niewypróbowane są.

– A czy pana zdaniem Syrenka wchodzi w rachubę?

– W żadnym wypadku. To nie jest samochód. Simca Aronde, to jest samochód, owszem.

– Ale Simca kosztuje na czarnym rynku 140 tysięcy, a państwowych już nie ma, skąd wziąć tyle forsy?

– Niech pani kupi Spartaka, puścimy na taksówkę, zarobi pani, kupi pani Warszawę. Warszawa najlepsza.

– A Spartak to jest samochód?

– No cóż, wiadomo: Skoda. I może pani dostać na raty.

Wieczorem dzwonię do Władka.

– Słuchaj zdecydowałam się na Spartaka. Co sądzisz?

– Kup Spartaka, to dobra myśl.

– Choć nie bardzo mam do Spartaka zaufanie. Pamiętasz, jakie kłopoty miał ze swoją Skodą Turczyński?

– Nie miał żadnych kłopotów, tylko wpakował się na przejeździe pod pociąg.

– Dziękuję, wystarczy.

– Moja droga, kraksę ma KAŻDY prędzej czy później.

Pokrzepiona tym dogmatem, idę nazajutrz do Motozbytu. Chwilowo Spartaków nie ma, na raty czy nie na raty. Ale jeszcze będą.

Po południu odwiedza mnie Wandell. Ten mi doradzi.

Człowiek światowy, bywał za granicą, nawet w USA, nie mówiąc o tym, że urodził się w Szwajcarii (przynajmniej tak twierdzi).

– Tylko nie Spartak – mówi kategorycznie. – Nieudany wóz.

– Dlaczego nieudany?

– Pani się na tym nie zna. Spartaka stanowczo nie radzę. Ani Moskwicza. Ani Warszawy. Ani P-70. To nie są samochody. Ja bym na pani miejscu kupił Standarta.

– A który to jest Standart?

– Angielski wóz. Łatwy do prowadzenia. Coś dla pani.

– Są te Standarty?

– Nie ma. Ostatecznie może pani kupić Volkswagena.

– Przecież Volkswagenów także nie ma.

– Najlepiej kupić wóz od kogoś z ambasady. To będzie przynajmniej samochód.

– Ale jak to załatwić? Nie wolno.

– Wolno, jak się ma pozwolenie.

– Ale ja nie znam nikogo z ambasady.

– Trzeba się pokręcić. Ja teraz też muszę kupić jakiś wóz, kupię od Szwedów.

– Od jakich Szwedów?

– Przyjadą do naszej firmy w sprawie kontraktu, może nawet dwoma samochodami, jeden mogę kupić dla pani.

– Świetnie, niech pan kupi – mówię. – Tylko jak będzie z płaceniem?

– O to niech panią głowa nie boli, mamy z nimi rozliczenia.

Przez dobrą godzinę po odejściu Wandella czuję się już posiadaczką wspaniałego samochodu zachodniej marki. Zastaje mnie w tym nastroju mój przyjaciel Piotrowski. Opowiadam mu o nowych świetlanych perspektywach.

– Niech pani tego nie robi – mówi Piotrowski. – Kupi pani ten wóz, pojeździ pani miesiąc, dwa, trzeba będzie coś przy nim zrobić, a skąd części zamienne? Zna pani Badulę? On miał Austina od jednego Anglika, teraz już będzie rok jak Austin stoi w garażu, rozchodzi się o głupią półośkę.

– Półośki nie może z Anglii sprowadzić? – dziwię się. – Przecież są jakieś okazje, ludzie jeżdżą za granicę.

– Pewnie, że mógłby jakoś załatwić. Na razie jeszcze jest w szpitalu po kraksie, miał pęknięcie podstawy czaszki i nogę trzy razy mu składali.

Odechciewa mi się zachodniego wozu. Kupię od doktora Blicharskiego Ifę. Przynajmniej wiem od kogo kupuję. Przedni napęd, z każdej dziury wyjadę. I długów nie zrobię.

Dzwonię do Blicharskiego. Mówię, że możemy pogadać o interesie.

– Cieszę się, że chociaż o interesach chce pani ze mną rozmawiać – mówi Blicharski (bo to adorator).

– A ja się cieszę, że będę mieć od pana samochód – mówię uprzejmie.

– Będzie pani miała ode mnie DWA samochody – powiada Blicharski. – Nie grozi pani w żadnym wypadku brak części zamiennych. Cała drugą Ifę mam pod łóżkiem. Dyferencjał, skrzynkę biegów, łożyska, wszystko.

– To pan ma chyba takie staromodne łóżko na wysokich nogach, ja mam niestety tapczan – mówię.

– Bo ja to widzi pani jestem przewidujący. Co tylko było do kupienia od Ify, kupowałem, potem jest jak znalazł. Nie żałowałem na to pieniędzy, liczę że te części wartają drugie tyle co samochód, razem dziewięćdziesiąt, ale za to ma pani spokojną głowę, nic panią nie zaskoczy. Kiedy rozkaże mi pani zameldować się z wozem?

– W tych dniach jestem bardzo zajęta – mówię słabym głosem. – Jeśli pan pozwoli, zadzwonię w przyszłym tygodniu.

Dzwonię do Władka. Opowiadam mu o propozycji Wandella.

– To by było świetnie – mówi Władek. – Mielibyśmy prawdziwy samochód. Nie puszczaj z ręki takiej okazji.

– Ale co będzie z częściami zamiennymi? – pytam.

– To głupstwo – mówi Władek. – Słyszałem, że stary Hoff kupił dwoje lewych drzwi do Arondki. Po tym jak go ciężarówka przygniotła. A w dodatku kupił drzwi nie pomalowane. Trafiały mu się już przedtem drzwi, tyle że w innym kolorze, niż jego Arondka. A potem jeszcze zdobył oryginalny lakier do Arondki, do tych niepomalowanych drzwi. W Polsce wszystko jest do kupienia. Mamy zresztą w Londynie Zygmunta, w razie czego przyśle (Zygmunt to nasz bliski kuzyn).

Nazajutrz dostaję list od siostry z Poznania. Moja siostra jest zakonnicą. Pisałam jej, że zamierzam kupić samochód. Siostra odpisała mi, że samochód szczęścia nie daje. Ma nadzieję, że kiedyś może przekonam się, co daje szczęście prawdziwe i trwałe. Przypomina mi, że nigdy od dziecka nie miałam talentu do sportów, nawet na łyżwach dobrze nie jeździłam. Ma rację. Rzeczywiście poszłam w dzieciństwie kilka razy na ślizgawkę i zniechęciłam się, bo chłopcy się wyśmiewali. Może faktycznie nie powinnam kupować samochodu.

Jedna z możliwości odpada automatycznie po tygodniu. Odwiedza mnie Wandell. Mówi o tym i owym, nie wspominając o samochodzie. Wobec tego sama zagajam:

– Kupił pan samochód?

– Jasne, że kupiłem, przecież mówiłem pani, że w najbliższym czasie kupię.

– Od Szwedów? – pytam.

– Od jakich Szwedów – dziwi się Wandell. – Aha – przypomina sobie – nie, oni przyjadą pociągiem, pewnie dopiero w przyszłym miesiącu, ale to i tak nie żaden interes, kupiłbym, pojeździł, a skąd wziąć potem części zamienne?

– Co pan kupił w takim razie? – pytam.

– Warszawę, po trzydziestu tysiącach, jestem bardzo zadowolony – mówi Wandell. – To jest jedyny rozsądny samochód do kupienia, zapewniam panią.

– Ale ja nie chcę Warszawy – mówię.

– A co pani chce?

– Chcę Fiata 600 – mówię (bo w międzyczasie zdecydowałam się).

– Ma pani coś na oku? – pyta Wandell.

– Nie mam nic na oku i nie ma Fiatów w sprzedaży – powiadam.

– Robi pani głupstwo – mówi Wandell. – Fiat nie jest na tutejsze drogi, to delikatny wozik, chuchro, poza tym ceny Fiatów na czarnym rynku są nieprzytomne, przepłaci pani trzykrotnie i za parę miesięcy będzie pani znowu bez samochodu.

W następnych dniach dowiaduję się o Fiacie 600 następujących rzeczy:

– Fiat 600 nie jest na nasze drogi (miał rację Wandell),

– będą trudności z oponami, nie mówiąc już o innych częściach zamiennych,

– tylko nieliczne stacje mają benzynę wysokooktanową (co to znaczy?) potrzebną do tego samochodu.

– Giller rozbił się właśnie na Fiacie 600,

– nieliczne tylko TOS-y znają się na Fiatach 600, a i to nie jest całkiem pewne, więc praktycznie rzecz biorąc, nie ma szansy na fachową obsługę tego wozu,

– jest bardzo trudny do prowadzenia, nerwowy, w każdym razie nie jest to wóz dla początkującego kierowcy,

– dobrze się czuje tylko na dużych szybkościach, nie można jeździć nim po mieście,

– nawet pan Pociecha, nasz wspaniały kierowca redakcyjny, zawodowy szofer, jechał raz Fiatem 600 i czuł się głupio.

Mimo to muszę mieć ten samochód, a nie inny. Jeśli Salami szuka Fiata 600, to nie mogę być od niego gorsza. 

tekst z archiwum nr 728-30 (12-14/1959). Zachowano oryginalną pisownię. 

Data publikacji: