Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Salami Kożerski

Czar Twoich kółek
Za wcześnie, Fiatku, za wcześnie

Czar Twoich kółek

– Gdy zobaczycie, który z egzaminatorów pana redaktora wywoła, i zacznie ta grupa schodzić, to kolega instruktor od razu podejdzie i powie, że jesteście z Warszawą i że podwieziecie pana egzaminatora na Groble. Jak pan redaktor przejedzie dobrze, to egzamin w kieszeni, nie będzie pan redaktor musiał cofać. Ja lecę na pogrzeb mego profesora, 51 lat, rak płuc. Niech pan redaktor będzie spokojny, już kolega instruktor wszystko załatwi.

Tak powiedział pan wykładowca Czutyński, i znikł w sinej mgle. A obiecywał, że będzie cały czas przy egzaminie!

Zostałem sam na sam z moim małomównym instruktorem. Jest to, jak już wiecie, jeden z przystojniejszych, ale najbardziej milczących ludzi jakich spotkałem w życiu.   Plan był zresztą od dawna precyzyjnie i szczegółowo obmyślany.

Ostatnią godzinę jazdy miałem od 14 do 15-ej. Aby „być na chodzie”, oraz właśnie po to, aby móc podjechać o trzeciej pod Wydział Komunikacji. Mieści się on na pierwszym piętrze, obok Urzędu Stanu Cywilnego (na drzwiach napisy: URODZINY, WYCIĄGI, MAŁŻEŃSTWA, ZGONY). Punktualnie o godzinie 15-ej, na korytarzu egzaminatorzy wywołują z listy stremowanych kandydatów. Każdy z egzaminatorów (dziś jest dwóch) zabiera swoją grupkę i maszeruje z nią na ulicę Na Groblach. Tam odbywa się egzamin z jazdy.

Jest to ulica odludna, więc łatwiej na niej zdawać, niż przejechać z Wydziału Na Groble przez ruchliwe skrzyżowania i przez kawałek miasta. Wiadomo jednak, że jeśli kandydat przejedzie przez miasto, to egzaminator już nie każe mu cofać; to znaczy nie każe, by tyłem skręcił w boczną ulicę i ustawił się równolegle do chodnika, w odległości 10 cm od krawężnika.

Ta próba jazdy tyłem jest postrachem zdających. Kto cofając wjedzie na chodnik, lub choć otrze oponą o krawężnik, zlał. Na tym punkcie egzaminujący są podobno nieubłagani. Wolałem już jechać przez ulice z tramwajami, przez ruchliwe skrzyżowania, niż cofać. Dlatego został uknuty plan podwiezienia egzaminatora.

Piekło to inni – powiedział Sartre! Piekło to cofanie – mówi kandydat na amatorskie prawo jazdy.

Moja grupa opuszcza już budynek Wydziału Komunikacji.

– Jesteśmy z Warszawą, podwieziemy pana inspektora. To jest właśnie pan redaktor...

Było to na pewno najdłuższe przemówienie, jakie pan instruktor wygłosił w życiu. I nawet się nie zaciął.

Plan chwycił. Egzaminator wsiada do naszej Warszawy Nauka Jazdy; on z tyłu, ja przy kierownicy, obok mnie instruktor. Egzaminator patrzy uważnie między naszymi głowami jak będę jechał.

Nie dostrzeże jednak na pewno ręki instruktora, który trzyma ją sprytnie. Tylko ja zobaczę znaki ręką, gdy w razie czego mój milczący podpowie: wyrzucić strzałkę w lewo, w prawo, zdjąć strzałkę. Strzałek w nowoczesnych osobowych nie ma, a Warszawa posiada oczywiście lampki migocące na znak, że samochód skręca. Dawniej jednak były strzałki, i tak się już mówi.

I nie oburzajcie się, że mi te strzałki instruktor podpowiada. Gdyby nie było podpowiadania, żadne szkolnictwo nie mogłoby w ogóle istnieć. Prawie nikt nie zdałby matury bez ściągania, czy to od kolegi, czy ze ściągaczki. Wątpię, czy bez tych pomocy naukowych nawet 1% ludzi z maturą miałoby ją. A jeśli wam powiedzą, że to nieprawda, nie wierzcie, wszystkim podpowiadano, wszyscy ściągali. I wy też!

Zachowuję kamienny spokój, ale temperatura moja wynosi w tej chwili chyba 39 stopni i 8 kresek. Mam na ramieniu nie tylko duszę, ale serce, nerwy i cały przewód pokarmowy. Żeby tylko nie szarpnąć przy ruszaniu!

W samochodzie panuje napięta i martwa cisza. Przede mną nic, za mną nic: można jechać.

Przekręcam kluczyk, lewą nogą naciskam sprzęgło, prawą naciskam starter, daję trochę gazu, zwalniam ręczny hamulec, wrzucam pierwszy bieg (palec instruktora kiwa się nerwowo w lewo), wyrzucam lewą strzałkę (na znak, że będę jechał – taki jest przepis), popuszczam lekko sprzęgło, dodając równocześnie gazu: samochód RUSZA.

Pamiętam, że na skrzyżowaniu przed Filharmonią było raczej pusto, i skręt w lewo (trudniejszy!) wyszedł mi bezbłędnie. Pamiętam także jak ćwierć minuty temu zatrzymałem się Na Groblach, równolegle do chodnika, 10 centymetrów od krawężnika. Więcej nic.

Jazda skończona. Egzaminator wygramola się z wozu, a ja w ogóle nie mogę sobie przypomnieć jak przed chwilą jechałem. Poza mglistym obrazem skrzyżowania przed Filharmonią, nie pamiętam nic, absolutnie NIC. Przejechałem trasę jak w transie, jak w śnie.

– Jedzie pan spokojnie – słyszę głos egzaminatora – nie ma pan jeszcze wprawy, ale jedzie pan uważnie, z głową, wie pan co się dzieje na ulicy. Można pana puścić na miasto.

Wysiada.

ZDAŁEM!

Jazda, to najtrudniejsze, z teorii już jakoś się wygadam.

– Dziękuję, panie inspektorze.

– O 17-ej zgłosi się pan na ustny.

– Tak jest, panie inspektorze.

– Do widzenia.

– Do widzenia. Dziękuję, panie inspektorze.

– Jakubiński Jan – woła już egzaminator.

Podjeżdża nowiutki zielony Spartak.

– Uff – oddycham – poszło, miałem stracha, ale się trzymałem. Bałem się, że szarpnę przy ruszaniu, ale poszło gładko.

– Tramwaj – mówi małomówny instruktor.

– Co tramwaj? Był jakiś tramwaj? – zdziwiłem się. – Absolutnie nic nie pamiętam.

– Z tyłu.

– Nie może być, nie widziałem żadnego tramwaju. Wtedy gdy wjechałem na szyny, ruszając sprzed Wydziału? A to historia Co to był za tramwaj? Dobrze, że wyrzuciłem strzałkę.

– Szóstka.

– Psiakość, nie widziałem żadnej szóstki. Było niebezpiecznie? – Teraz zaczynam się pocić; rychło w czas.

– O – powiedział z głębokim przekonaniem pan instruktor.

– A jak to się stało, że na nas nie najechał? Zupełnie go nie zauważyłem.

Milczenie.

– Gaz! – zawołałem – dodałem gazu! – Nagle, przypominam sobie jak przez mgłę, że ostro dodałem gazu, ale dlatego, że chciałem pokazać, iż potrafię szybko jechać, jednak tramwaju, żebyście mnie zabili, żadnego tramwaju nie widziałem.

Spartak właśnie cofa. No, obleci. Trochę stanął krzywo, ale nie zawadził. Pewno zdał. Widzę jak egzaminator wysiada ze Spartaka.

Jakubiński Jan, właściciel lśniącego nowością i zielenią Spartaka, zdający poza kursem, odjeżdża z fantazją i znika za rogiem.

Teraz już kolej na zwykłych śmiertelników-kursantów. Będą zdawać na szkolnej Warszawie, którą przywiozłem.

Egzaminator wywołuje dwa nazwiska. Nie znam tu nikogo, bo zdaje kurs 25, a ja chodziłem na 27. Nikt też nie zna mnie i nie wie, że w drodze z Wydziału na Groble już przeszedłem wielką próbę.

Dwóch kandydatów na kierowców występuje z grupy. Jeden siada z przodu za kierownicą koło instruktora, drugi z tyłu przy egzaminatorze.

Ja stoję i gapię się.

Egzamin przebiega następująco. Kandydat, który usiadł za kierownicą, ma za zadanie cofnąć wóz w przecznicę, nawrócić, przejechać główną ulicą do następnej przecznicy, skręcić w nią i zatrzymać się. Potem przesiadają się. Następny kandydat nawraca cofając wóz na ulicę główną, i główną ulicą wraca do miejsca, skąd zaczęła się cała jazda.

Pierwszych dwóch delikwentów już wysiadło z Warszawy. Do jednego z nich podbiega panienka ze spodniami w ręku.

– Słuchaj, czy ja zdam? – pyta go. Chłopiec, jeszcze spocony, uspokaja ją.

– Zdasz, nic trudnego. Nie zapomnij dać dwójkę przed zakrętem.

Następny kandydat, który po chwili z fasonem podjeżdża i hamuje przy chodniku, zdał na pewno. Widziałem z daleka, że dobrze cofał, i bardzo pewnie jechał. Ze zdziwieniem słyszę, że egzaminator jest innego zdania. Kręci głową. Powiada:

– Niedobrze jest, nie puszczę pana.

Kandydat baranieje. Nie wierzy uszom. Patrzy pytająco na instruktora. Instruktor rozkłada ręce.

Ja też nie rozumiem, on naprawdę doskonale jechał.

– Patrzył pan na szybkościomierz? – pyta egzaminator. – Pięćdziesiątką pan jechał. W mieście!

Wsiada następnych dwoje kandydatów, w tym panienka blond. Spodnie wręczyła przedtem chłopcu. Z boku podjeżdża taksówka, wysiada z niej pani doktór w zielonym kostiumie. Nareszcie ktoś znajomy! Widocznie i ona zdaje dzisiaj, w przyśpieszonym terminie. Rzeczywiście, w następnej turze siada za kierownicą Warszawy. Nawraca dość dzielnie, i wśród rozstępującego się tłumu kibiców wyjeżdża w swą egzaminacyjną podróż, rozdzielając na prawo i na lewo uśmiechy, niczym łaskawa władczyni, opuszczająca swój wierny dwór.

Po jeszcze kilku jazdach egzaminator wysiada z Warszawy. Koniec z samochodem. Zaraz zaczną się motocykle. Panienka blond kręci się niespokojnie znów trzymając spodnie na ręku.

– Gdzie ja się przebiorę? – lamentuje.

– Nie mogłaś od razu przyjść w spodniach? – strofuje ją chłopiec.

– Musiałam być w biurze – tłumaczy się panienka. W tym momencie pojawia się inną kandydatka do motocykla, na odmianę ze spódnicą w ręku, spodnie ma na sobie.

– Gdzie pani się przebrała? – pyta blondynka.

– W bramie, o tam – wskazuje kandydatka. – Nie mam gdzie zostawić spódnicy.

Panienka blond znika we wskazanej bramie.

Pan inspektor prowadzi egzamin dla motocyklistów. W. ręku lista zdających oraz plik innych papierów. Stoi przy brzegu chodnika, otacza go półkole kandydatów (są między nimi i ci, którzy już zdawali na samochodzie – przeważnie kursowicze zdają na samochód i na motocykl za jednym zamachem).

Na jezdni, zdający motocyklista zgodnie z zarządzeniem egzaminatora winien: ruszyć, przejechać kawałek, zahamować, skręcić (pokazać przedtem ręką, że skręca, bardzo ważne) i wykonać kilka ósemek w prawo, i kilka ósemek w lewo. Kto się przy skręcie lub ósemce podeprze nogą o jezdnię, leży. Niby dalej jedzie, ale egzaminacyjnie leży.

Znowu najpierw zdają dodatkowi kandydaci spoza kursu.

Pierwszy zdający: 20 lat, blondynek, elegant, beżowe paletko trzy-czwarte, zielony jedwabny szalik, wąziutkie spodenki czarne, fantazyjne buty, rękawice z mankietami z cienkiego zamszu – na nowiutkim skuterze. Wsiadł, zapalił, ruszył jak szalony, wleciał na chodnik, potrącił egzaminatora, skręcił, przeciął prostopadle jezdnię, wali na drugi chodnik. Na szczęście w ostatniej chwili motor mu zgasł. Zatrzymał się 5 centymetrów przed ścianą kamienicy.

Egzaminator wywołuje już następne nazwisko.

Ale to nie zniechęca eleganckiego blondyna. Obraca skuter, zapala i pędzi przez jezdnię prosto na egzaminującego inspektora. Ten i kibice w nogi. Wreszcie blondynowi udało się jakoś zatrzymać Lambrettę, podchodzi do inspektora i grzecznie pyta:

– Czy zdałem?

Szkoda, że państwo nie mogli widzieć wyrazu twarzy egzaminatora.

Sądzę, że wytwornie ubrany młodzian był właścicielem skutera od niewielu dni i dlatego zdawał bez kursu. Bowiem, aby być dopuszczonym do egzaminu na kierowcę, musi się ukończyć kurs. Od obowiązku tego, według naszych przepisów, zwolnieni są wyłącznie „posiadacze pojazdów mechanicznych”. Podobno w celu popierania motoryzacji: kup sobie pojazd mechaniczny, a za to ułatwimy ci zdawanie egzaminu.

Następny kandydat, adorator blond panienki, zdaje z miejsca. Widać, że czuje się na motocyklu świetnie i całkowicie nad nim panuje, ósemki zrobił lekko, pewnie, precyzyjnie. Wystarczy, szkoda czasu, zdał.

Następny: młody szczupły szatyn w granatowym ubranku. Ręce mu się trzęsą, wzrok rozgorączkowany, inteligentna, smutna i przerażona twarz. Rozpaczliwie kopie raz za razem motor, który nie chce się zapalić. Znowu seria kopnięć, daremnie. Podchodzi doń mężczyzna w trenczu i zaczyna coś majstrować przy motocyklu. Zdający znowu próbuje zapalić nerwowymi nieskładnymi ruchami. Między mężczyzną w trenczu a zdającym wywiązuje się dłuższa rozmowa na migi. Mężczyzna w trenczu odwraca się i mówi do egzaminatora:

– Panie inspektorze, on dobrze jeździ, tylko ta eshaelka stara, i on się okropnie denerwuje.

– Niech mu pan powie, żeby się uspokoił, i spróbo...

Zahuczało i zawyło: eshaelka zapaliła.

Głuchoniemy wykonuje ósemki. Jest koszmarnie blady, oczy mu błyszczą.

Na rozkaz egzaminatora, pan w płaszczu robi te dziwne ruchy rąk, które są mową głuchoniemych. Aby zdający pokazał jak hamuje. Zrozumiał. Stanął ze strasznym piskiem opon i hamulców. Znaki rękami, rusza. Motocykl to głośna maszyna, ale nigdy jeszcze nie słyszałem kogoś jadącego na nim z tak piekielnym hałasem.

Nawraca, ale ze zdenerwowania zapomniał pokazać ręką, że skręca. Wydaje mi się, że jedzie bardzo słabo, ale jest tak bliski ataku nerwowego, że trudno ocenić jego umiejętności. Zatrzymał się teraz przed egzaminatorem, który rozmawia szeptem z tłumaczem w trenczu.

Do dziś pamiętam oczy głuchoniemego, pytającego rozpaczliwie: czy zdałem?, czy będę mógł jeździć? Potem, na egzaminie ustnym, już go nie widziałem. Głuchoniemi mogą otrzymać prawo jazdy. Na ich pojazdach winien być jednak umieszczony nad numerem rejestracyjnym żółty półksiężyc. Aby ostrzegać kierowców innych wozów: jedzie głuchoniemy, on nie tylko nie usłyszy sygnału dźwiękowego, ale nawet tego, że się zbliża ciężarówka, sygnalizujcie światłem.

Następnych kilku motocyklistów, w tym dwie dziewczyny, które przebierały się w bramie, i dwóch skuterowców zdało na pewno.

Wykładowcę Czutyńskiego odnajduję o godzinie pół do piątej w bramie kamienicy, gdzie odbywał się nasz kurs, i gdzie kazano nam się stawić na ustny egzamin. Nie widać po nim śladów pogrzebowych nastrojów, jest jak zwykle ożywiony, operatywny, przejęty egzaminem. W tym momencie dyryguje noszeniem krzeseł z parteru na piętro, bo egzamin odbędzie się w jakimś biurze na piętrze, naszą salę znów okupuje Front Narodowy. Krzesła noszą kandydaci zebrani na klatce schodowej.

– Jeszcze za mało – decyduje Czutyński – panie kolego, ruszże się pan – zwraca się do kandydata, który jak dotąd tylko się przyglądał noszeniu. – I popielniczki żeby były na każdym biurku, zapałki, nastrój przyjemny trzeba wywołać.

Znika, za chwilę mija mnie na schodach, własnoręcznie taszcząc dwa krzesła.

– Na celująco pan redaktor jechał, słyszałem – mówi do mnie w przelocie. – Co tam? – pyta, widząc, że chłopiec, którego posłał przed chwilą z krzesłami na górę, znosi teraz te krzesła z powrotem na dół. Stają naprzeciw siebie na schodach z tymi krzesłami, jak przysłowiowe dwa kozły na wąskiej kładce.

– Za dużo już jest – wyjaśnia chłopiec. – Nie ma gdzie ustawiać.

Idę na górę. W długim korytarzu ścisk, prawie same obce twarze. Widzę młodzieńca, który na rannym egzaminie jechał pięćdziesiątką: widocznie jednak dopuścili go do ustnego. Z mojego kursu jest pani doktór, kolega Pyrdek, kolega Śmiałowski i koleżanka podobna do wiewiórki. Kolega Pyrdek kuje ze skryptu. Pani doktór nerwowo pali papierosa, na mój widok rzuca go, przygniata obcasem, przepycha się do mnie.

– Jak poszła jazda? Żeby tylko z elektryczności nie pytali – troszczy się. – Nie mogę spamiętać, jak ten prąd biegnie: z zacisku plus akumulatora grubym kablem gdzie?

– Do cewki – mówię niepewnie.

– Ale nie od razu, no, może nie będą tego pytali. Podobno po pięć osób siada przy stoliku, siadajmy razem, dobrze? O, jest Jordanek, niech on także z nami siada.

Oddala się w stronę Jordanka, kiwając mu z daleka ręką, Jordanek nie widzi, gdyż bardzo zaaferowany omawia coś półgłosem z Czutyńskim w kątku korytarza. Z dolatujących mnie urywków rozmowy dowiaduję się, że Jordanek nie zdaje dzisiaj, tylko przyszedł się poradzić, bo ma wciąż kłopoty z garażem. Czutyński z wrodzonym sobie optymizmem zapewnia Jordanka, że lada dzień będzie miejsce w jednym znajomym garażu na Wesołej, jak tylko uda się wyeksmitować tego trupa, co zawala, już on, Czutyński, tym się zajmie, będzie pan doktór miał z kanałem, w śródmieściu, można tam jutro podjechać zobaczyć. Jordanek, wpatrzony w Czutyńskiego jak dziecię w oblicze matki, stopniowo rozpogadza się, nabiera ducha.

W tym momencie robi się na korytarzu poruszenie, zamierają rozmowy. Po schodach wbiega mizerny facet w jesionce z teczką w ręku. Za nim drugi, w ceratowym płaszczu. Egzaminatorzy od ustnego.

Czutyński żwawo podbiega, rzucając Jordankowi na pożegnanie „jutro o dziesiątej”, toruje egzaminatorom przejście, wprowadza do sanktuarium. Tymczasem wbiega po schodach jeszcze kilku dalszych mizernych panów w średnim wieku, niedbale ogolonych, wszyscy z teczkami. Nie patrząc na nikogo, szybko mijają rozstępujący się tłumek, nikną za drzwiami. Nadbiega wreszcie, ostatni, ten jest tęgi. Komisja w komplecie.

Przysiadam na poręczy schodów, zapalam papierosa.

Drzwi od sanktuarium otwierają się, pojawia się Czutyński z kartką w ręku. Kiwa na mnie przez całą długość korytarza. Przepycham się.

– Pan redaktor zaraz z pierwszą piątką – mówi Czutyński. – Uwaga – zwraca się do tłumku. – Kolczyński, Pyrdek, Lanota, Śmiałowski.

Widzę kątem oka panią doktór, nadbiegającą od strony schodów i dającą mi rozpaczliwe znaki. Za późno. Czutyński zagarnia skompletowaną piątkę i wprowadza nas do pokoju. Jest tam kilka biurek, za każdym siedzi egzaminator, przed każdym biurkiem pięć pustych krzeseł ustawionych w rządek czeka na delikwentów.

Naszą piątkę sadzają przed biurkiem w głębi. Nasz egzaminator to ten w ceratowym płaszczu, teraz już oczywiście bez płaszcza. Przegląda leżące przed nim na biurku papiery. Tymczasem Czutyński wprowadza następną piątkę, sadza przed sąsiednim biurkiem, i zaraz wchodzi następna piątka, w niej pani doktór, w końcu wszystkie biurka są obsadzone.

– Jakie rozróżnia się rodzaje pierścieni tłokowych? – rzuca pytanie egzaminator pierwszemu z nas z brzegu.

Łatwe pytanie, ja bym odpowiedział. Następnego z rzędu kandydata pyta o systemy chłodzenia, kolegę Pyrdka o kolejność pracy tłoków, wszystko to nietrudne. Już skłonny jestem sądzić, że egzamin to pestka, gdy słyszę skierowane pod moim adresem pytanie, czy korki akumulatora są dziurkowane.

Do diabła, nie wiem, jednak sama forma pytania nasuwa odpowiedź twierdzącą.

– Tak jest – mówię z przekonaniem. Egzaminator potakuje głową. Udało mi się.

Przy wszystkich biurkach krzyżują się pytania i odpowiedzi. Czutyński przechadza się między biurkami jak pasterz między trzodą i spojrzeniem dodaje ducha delikwentom. Słyszę, jak za moimi plecami koleżanka z buzią wiewiórki płynnie recytuje odpowietrzanie hamulców, obkuta jest na blaszkę.

Gorzej z kolegą Śmiałowskim Nie może sobie przypomnieć, z czego się składa prądnica. Wymienił obudowę z elektromagnesem, dojechał do twornika z uzwojeniem, i na tym utknął.

– Twornik z uzwojeniem... i... z czym jeszcze? – nastaje egzaminator. Kolega Śmiałowski milczy.

– ...z kole... – podrzuca egzaminator.

– ...ktorem – kończy kolega Pyrdek, który nie wytrzymał nerwowo. Egzaminator obrzuca go złym spojrzeniem.

– Pana się nie pytam, proszę nie podpowiadać, jak pana się spytam, to zobaczy pan, że pan nie odpowie – mówi groźnie.

Pada jeszcze kilka pytań z mechaniki, udaje mi się płynnie opisać budowę świecy, egzaminator przechodzi do przepisów. Rozkłada na biurku dobrze nam znaną planszę pod tytułem „Pierwszeństwo przejazdu dla pojazdów na drogach i ulicach” z dwudziestoma czterema klasycznymi sytuacjami na skrzyżowaniach. Wszyscy z ulgą oddychają, bo z zamkniętymi oczami i wyrwani ze snu umieją odpowiedzieć, który pojazd przed którym ma pierwszeństwo, na każdym z dwudziestu czterech planików.

– Numer osiem – rzuca pytanie egzaminator w moją stronę.

Nie muszę kombinować, ani patrzeć na planszę. Wiem na pamięć.

– Pojazd szynowy – mówię – potem motocyklista, na końcu samochód.

– Numer siedemnaście – zwraca się egzaminator do kolegi Śmiałowskiego.

– Motocyklista, samochód z góry, samochód z boku – recytuje z pamięci kolega Śmiałowski, zerkając na planszę tylko z przyzwoitości.

– Numer dwadzieścia dwa – pyta egzaminator kolegę Pyrdka.

– Samochód z boku, samochód z góry – recytuje kolega Pyrdek.

– Doprawdy? – pyta egzaminator tonem fałszywie słodkim.

– Tak jest – mówi kolega Pyrdek. Jest pewny swego, bo też wykuł na pamięć planszę i wie na pewno, że na obrazku dwadzieścia dwa pierwszeństwo ma samochód z boku.

– A może jednak pan się myli – mówi zjadliwie egzaminator.

Cała piątka wyciąga szyje, patrzy na planszę. No tak, wszystko się wyjaśnia. Cholera, kto to mógł przewidzieć. Plansza jest ta sama, którą wbił nam w głowę Czutyński na kursie, poczciwa znana plansza z dwudziestoma czterema planikami skrzyżowań i z pojazdami, które raz na zawsze mają ustalone pierwszeństwo, bo to przecież urzędowy druk. Ale ba, tym razem jest podchwytka, podła zasadzka egzaminacyjna: na planiku numer dwadzieścia dwa dorysowano samochodowi jadącemu z góry mały czerwony krzyżyk na dachu. Ręcznie, czerwoną kredką. Wstrętna nielojalność. Tym niemniej przez ten drobny retusz rzeczowy samochód stał się karetką pogotowia, czyli pojazdem uprzywilejowanym. A więc to on ma pierwszeństwo, a nie samochód z boku.

– Nieszczególnie jest z panem, panie Pyrdek – mówi egzaminator z satysfakcją.

Zadaje nam jeszcze kilka pytań z przepisów. Pewnych klasycznych potknięć nie da się uniknąć. Na pytanie, czego nie wolno kierowcy, odpowiadam spontanicznie „używać alkoholu”, choć tyle razy powtarzał Czutyński, że nie o to chodzi, tylko o to, że PO UŻYCIU alkoholu nie wolno prowadzić pojazdu mechanicznego, a to duża różnica. Jednak egzaminator najwidoczniej nie jest aż tak ścisły, bo uznaje moją odpowiedź za prawidłową. Atakuje biednego Pyrdka:

– Jakie są obowiązki kierowcy przy wjeździe do miasta?

– Przy wjeździe do miasta kierowca musi się zatrzymać – cedzi kolega Pyrdek (obowiązki kierowcy przy wjeździe do miasta są jak wiadomo jego piętą achillesową) – ...zatrzymać się... (rozgląda się wkoło rozpaczliwie, widać, że zbrakło mu natchnienia) ...zatrzymać się, wysiąść z samochodu – ciągnie, starając się zyskać na czasie, w tym momencie świta mu w głowie – ...wysiąść, i zastosować się do miejscowych przepisów – kończy triumfalnie.

Egzaminator gestem wyraża, iż ręce mu opadają. Mówi ogólne „dziękuję”. Wstajemy, też dziękujemy, wychodzimy spoceni na korytarz. Ci co jeszcze nie zdawali opadają nas.

– Elektryczność pytają? A silniki wysokoprężne? Co z przepisów? – padają gorączkowe pytania. Odpowiadamy, zapewniamy, że egzamin łatwy, tylko uważajcie przy tym pierwszeństwie przejazdu, bo na numerze dwadzieścia dwa jest dorysowany czerwony krzyżyk na samochodzie jadącym z góry, że niby karetka pogotowia, można się na tym obciąć. W tym momencie wychyla głowę zza drzwi Czutyński i wywołuje z kartki następne ofiary.

Odprężam się, zapalam papierosa. Wyschło mi w gardle, ale czy mogę pójść na róg na małe piwo? Trzeba czekać na wynik. Czutyński znowu wychyla głowę zza drzwi.

– Nie będę państwa wszystkich zatrzymywał – mówi. – Ci co dotychczas zdawali, wszyscy zdali, mogą odebrać prawo jazdy w Wydziale Komunikacji w poniedziałek między pierwszą a drugą.

To znaczy, że kolega Pyrdek też zdał? Szczerze się cieszę. Ale przede wszystkim ja zdałem!

Zdałem i mam Fiata. Czegóż mi więcej trzeba, by siąść za kierownicą i pomknąć w siną dal? Choćby nawet do Radomia?

O, nie! „za wcześnie Fiatku, za wcześnie”... Po otrzymaniu prawa jazdy jest się kierowcą, jednakże tylko na papierze. Można zaraz po kursie zostać dyrektorem lub wiceministrem, ale z samochodem to nie tak łatwo. Zanim będziesz umiał wóz prowadzić, to się jeszcze bracie picuś picuś zmęczysz.

Tak czy owak, na razie jestem w świetnym humorze i szczęśliwy. Zdałem! Ostatni w życiu egzamin mam za sobą. A przynajmniej spodziewam się, że to był już ostatni. Choć nigdy nic nie wiadomo.

 

Tekst z archiwum nr 734 (18/1959). Zachowano oryginalną pisownię. 

Data publikacji: