Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
archiwum
Salami Kożerski

Czar Twoich kółek
Szpursztangi przy drugim stoisku

Creative Commons
Czar Twoich kółek
Czar Twoich kółek

Muszę dziś wracać. Nie mamy tu gdzie spać. I w ogóle śpieszy mi się szalenie. Rano jutro otwierają sklep Motozbytu z częściami fiatowskimi, jak się spóźnię, to niczego już nie dostanę; od razu wykupią. A po południu jutro zdaję egzamin na kierowcę! Mamy tej nocy przejechać ładne paręset kilometrów! Nie, musimy bezwzględnie dziś wyruszyć.

– Nie jedź tak szybko – niepokoję się jednak – przecież jeszcze niedotarty.

– Muszę – mówi Budrewicz – bo nie zdążymy.

– I tak chyba przyjedziemy nad ranem.

– Ale stację nam zamkną. O szóstej szlus, umarł w butach, nigdzie benzyny nie dostaniesz. W innych miastach to nawet o pół do czwartej po południu stacje zamykają.

– To benzyny nie sprzedają do 9-tej wieczór? Co robisz gdy przyjeżdżasz dokądś po czwartej? Za granicą stacje są otwarte całą noc, 24 godziny bez przerwy.

Olgierd nawet nie raczy odpowiedzieć na takie brednie. Liczy głośno: „lampka już dawno miga, to znaczy, że pozostało 2–3 litry, więc wejdzie jeszcze 25, to nam powinno wystarczyć”.

– Świetnie – powiedziałem – tylko ja już nie mam ani grosza.

Olgierd ostro zahamował:

– A więc za co kupimy benzynę? Ja też nie mam forsy.

To był wyczyn jedyny w swoim rodzaju. W ciągu 20 minut znaleźliśmy w książce telefonicznej adres wujenki Budrewicza, której Olgierd nie widział od 12 lat, i pożyczyliśmy od niej 200 złotych. I jak tu nie wierzyć w cuda!

Na szczęście stacja była jeszcze otwarta. Zatankowaliśmy te 25 litrów, zapłaciłem 150 pożyczonych złotych, Fiacik parsknął zadowolony. Za chwilę jesteśmy już na szosie.

Olgierd prowadzi cały czas. Słusznie, ja nie mam jeszcze prawa jazdy, i w życiu nie siedziałem za kierownicą Fiata. Trochę mi jednak gorzko. To mój samochód, i w końcu jutro już zdaję, a muszę cały czas jechać jako pasażer.

Gdybym ja prowadził a nakryła nas milicja byłaby krewa.

Do prawa jazdy, które wygląda jak legitymacja z fotografią jest dodawana tzw. wkładka kontrolna. Posiada ona cztery kupony. Za mniejsze przekroczenie kierowca płaci mandat, ale za większe wyrywa mu milicjant jeden kupon. Kontrole na drogach odbywają się u nas raczej często, a milicjanci krzywo patrzą na kierowców, którzy mają jeden, a nie daj Boże dwa kupony wydarte. Złośliwi milicjanci lubią wyrywać kupony. Ciekawy jestem, co by mnie milicjant wyrwał, skoro w ogóle nie mam jeszcze ani prawa jazdy, ani tej kontrolnej wkładki?

Olgierd pociesza mnie, że na odcinku szosy, który jest mniej uczęszczany da mi trochę poprowadzić. I rzeczywiście dał.

Jutro zdaję egzamin, ale te kilkanaście razy, które dotąd prowadziłem samochód, to była zawsze Warszawa. Później przekonałem się, że można wcale dobrze jeździć Warszawą, a zupełnie nie móc sobie dać rady z Fiatem. Jest on szalenie czuły, nerwowy a przeto o wiele trudniejszy w prowadzeniu. Laikom się zdaje, że im samochód większy, tym trudniej nim kierować, a im mniejszy to łatwiej. Czasem bywa odwrotnie. Mały Fiat jest jednym z twardszych orzechów dla kierowcy, który go nie zna.

Toteż pierwsza w życiu moja jazda Fiatem 600 wywołuje śmiertelną bladość na twarzy Olgierda, i po trzech kilometrach roztrzęsionym głosem oświadcza stanowczo, że dalej to już on będzie prowadził. Twierdzi, że za chwilę opadnie mgła i stworzy się zła widoczność. A wieczór jest cudowny. Księżyc jak zwykle blady, bo nigdy się nie opala na słoneczku, srebrzy szosę.

Przyjemnie jechać własnym Fiacikiem. Choćby tylko obok kierowcy. Tak, tak, życie nie jest różowe, ale bywa.

To, że Olgierd się przeraził, to nawet może miał i trochę racji. Ale też żal mu na pewno było, nawet na tej olbrzymiej trasie, oddać kierownicę choćby na kilkanaście kilometrów. Żaden Harpagon nie jest tak zachłanny na forsę jak kierowca na prowadzenie samochodu.

Ponieważ jutro zdaję egzamin, pragnę wykorzystać kilka godzin jazdy z wytrawnym samochodziarzem (Budrewicz naprawdę przejechał przez Alpy, oczywiście szosą) i pytam Olgierda o parę drobiazgów, których nie zdążyłem przeczytać o budowie motoru, a przede wszystkim z elektryczności.

Olgierdowi już wróciły rumieńce i dobry humor. Tylko że nie ma zielonego pojęcia co się pod maską dzieje:

– Absolutna magia – mówi – ale nie ważne. Przejechałem pół Europy, a prócz wlewania wody do chłodnicy, oleju i benzyny, nic jeszcze przy moim Fiacie nie robiłem. Przejechałem 27 tysięcy kilometrów a nawet nie zmieniałem sam koła, bo nigdy nie miałem defektu z gumami. Zobaczysz, Fiat to genialny samochód. Kupujesz i jeździsz. Mnie nic nigdy nie wysiadło, rozumiesz. Nic. Po co mi wiedzieć co tam jest w środku. I tak nie potrafię naprawić, i tak nic się nie psuje.

I mówi to wszystko bez mrugnięcia! Och, kierowcy, kierowcy...

Muszę dodać, że Olgierd jeździ znakomicie. Szybko, inteligentnie, z talentem. Aż miło popatrzyć.

*

Przyjeżdżamy wczesnym rankiem. Na szczęście zdążyliśmy.

Zaraz po otwarciu sklepu na pewno wykupią części do Fiatów co do nogi, więc od razu skręcamy na ulicę przy której mają dziś otworzyć ten nowy Motozbyt.

Widzimy wzdłuż jezdni długi ogonek Fiatów i Multipli, a przed sklepem długi ogonek czekających. Budrewicz zatrzymuje naszego Fiacika na końcu kolejki samochodowej. Ja wysiadam, i podchodzę do kolejki ludzkiej.

W ludzkim ogonku spostrzegam Asia Wierciakiewicza. On mnie też już dojrzał, wyskakuje z ogonka i biegnie:

– Dzień dobry, co pan redaktor TU robi?

– Kupiłem Fiata.

– Gdzie, kiedy, po ilu?

– W tej chwili ma 2500, jeszcze całkowicie niedotarty.

Tylko Asio skręca się z ciekawości, pot mu występuje na czoło, lecz nie pyta, wiec sam mu mówię:

– 65.

Czy widzieliście kiedyś wyraz twarzy dorosłego mężczyzny, któremu na głowę nagle spadł hipopotam? Tak wygląda Asio. Gdyby Asio kiedyś wrócił wieczorem do swego skromnego pokoiku i zastał w własnym łóżku Brigitte Bardot w przeźroczystej nylonowej koszulce, a równocześnie przy swoim stoliku z radiem sędziwego sir Winstona Churchilla, słuchającego po polsku przygód Matysiaków, i to w środę, kiedy ich nie nadają, zdumienie tylko Asia nie byłoby większe. Wreszcie bełkocze:

– Nie wierzę w cuda, a one cholera się zdarzają! Niedotarty za 65! Mnie nie udało się panu zdobyć wozu, a pan wyniuchał. Gdzie go pan redaktor wynalazł?

– To nie ja, to Olgierd Budrewicz mi załatwił.

Opowiadam tylko Asiowi wszystko co i jak.

– I kiedy pan Budrewicz go przywiezie?

– Już jest, stoi tam przy chodniku, ten różowy.

– Różowy?

– Jeśli pan woli, szaro-kawowy.

Ale mówię do próżni. Tylko Asio jest już przy Fiaciku.

Tylko Asio mówi „Wierciakiewicz”, a Olgierd mówi „Budrewicz”.

– Muszę sprawdzić, to wszystko jest całkiem nieprawdopodobne, panie redaktorze – denerwuje się Asio. – Na pewno ma jakiś potężny ukryty feler, może wytopione panewki, a przynajmniej wybite łożyska. Na oko istotnie wygląda jak nieużywany, ale to niemożliwe. Pozwoli mi się pan przejechać? Naokoło bloków? Coś w tym musi się kryć, już ja wyczuję.

Olgierd, który nie zna tylko Asia, patrzy na niego spode łba i niechętnie. Po co ten obcy facet pcha się za kierownicę? Ale wyjaśniam Olgierdowi, że tylko Asio to stary (od roku) fiatowiec, i staram się twarz Olgierdową trochę rozpogodzić.

Asio siada przy kierownicy. Objeżdżamy trzykrotnie bloki i wracamy na nasze miejsce.

Asio wysiadł z wozu wstrząśnięty.

– Nowy wóz – mówi nieprzytomnie.

– Mówiłem panu.

– Pani Paulinka wie? Pociecha wie?

Nikt. Jest pan trzecim człowiekiem na świecie, który się dowiedział o moim Fiacie.

– No to lecimy do ogonka, musi pan redaktor natychmiast zacząć kupować części zapasowe.

Popędziliśmy.

Asio donośnym głosem oświadcza, że ja i Olgierd staliśmy przed nim, i tylko na chwilę skoczyliśmy po płaszcze bo pada. Istotnie jesteśmy w trenczach z podróży, i istotnie deszcz zaczyna lać coraz mocniej. Ogonek nie dowierza, ale tylko Asio to załatwia.

W ogonku dowiaduję się, że to już trzeci raz wszyscy tu stoją od szóstej rano, gdyż dwukrotnie otwarcie cudownego sklepu z cudownymi ORYGINALNYMI częściami było w ostatniej chwili odkładane. Ale tym razem otworzą podobno na pewno. Punktualnie o ósmej. Tak zapewniali wczoraj przez telefon w centrali Motozbytu.

– Kupimy wszystko co się da – mówi Asio.

– Każdy samochodziarz w Polsce ma pod łóżkiem za kilka tysięcy części. Inaczej w razie czego wysiadka. I zaraz jutro niech go pan ubezpieczy. Mam znajomego w PZU, Szaszkiewicz się nazywa. Przyślę go panu do redakcji.

– Co to znowu kosztuje?

– Jakieś 1750 złotych rocznie.

– Na raty?

– Nie, od razu trzeba bulić za cały rok z góry.

– Ładna historia. I jeszcze muszę go na siebie przerejestrować.

To już głupstwo. 30 złotych tablice, 50 złotych przegląd techniczny i koszty rejestracji. Tylko, że 450 złotych będzie podatku – wylicza Asio.

Istotnie głupstwo! Zawsze twierdziłem, że ogonek to nie jest miejsce, w którym człowieka może spotkać coś radosnego. Choć bywają wyjątki. Jeden z naszych naukowców o tym, że dostał nagrodę państwową, dowiedział się właśnie w ogonku za szprotami. Stał sobie z siateczką w Delikatesach, aż tu w gazecie widzi swoją podobiznę, i liczbę z zerami. Ale to było za szprotami. Natomiast ten ogonek fiatowski, nie wróży nic dobrego. Wielu ogonkowiczów miętosi w ręku długą listę tego co pragną kupić. Niektórzy są już poinformowani: – Nie macie panowie po co stać, pasków nie ma, świec nie ma, zamków tylnych nie ma, łożysk nie ma, palców nie ma, kondensatorów nie ma, membran do pompki nie ma. Ale nikt nie rezygnuje.

Mija godzina ósma, ósma piętnaście, pół do dziewiątej, ogonek rośnie, przez okna widać uśmiechnięte sprzedawczynie i sprzedawców, wszystko wyraźnie gotowe na medal, ale sezam się nie otwiera.

O dziewiątej piętnaście, ktoś ze sklepu (kierownik?) wychodzi, uspokaja zebranych, że otwarcie sklepu nastąpi. Czeka się tylko na jakiegoś dyrektora, żeby przyszedł, otworzył uroczyście, i wydał symboliczny rozkaz: „sprzedawać!”. „Zadzwońcie – niech przyleci – odzywają się zirytowane głosy z ogonka – przecież macie telefon”. Przez szybę widzimy nowy lśniący aparat, ale dowiadujemy się, że centrala jeszcze nie podłączyła.

Ktoś ofiarowuje się zawieźć kierownika, by przywiózł dyrektora, jadą, wracają, dyrektor nie przybędzie na otwarcie, ale pozwolił sklep otworzyć. Drzwi się rozwarły, ogonek wtargnął.

Okazało się, że sklep ma dwie lady, jedna to części do Warszaw, druga do Fiatów, tych czteroosobowych i Multipli. Zakotłowało się, bo ogonek przeobraził się w dwa ogonki do dwóch lad.

Do Fiatów Asio był siódmy, i przysięgał naokoło, że ja jestem przed nim, że za nim stał Budrewicz. Tak więc byłem siódmy. Asio stał się ósmy, Olgierd dziewiąty.

Do lady z częściami Warszaw stoją szoferzy zawodowi. Widać, że to taksówkarze i kierowcy wozów służbowych rozmaitych instytucji. Może jest wśród nich i jakiś prywatny właściciel Warszawy, ale ci to nie kupują części w Motozbycie. Za dużo chodzenia. Szybciej to idzie na lewo od kierowców Warszaw uspołecznionych. W tamtym ogonku nie ma ani jednej kobiety. Nikt nie jest w płaszczu; krótkie kurtki, kubraki. Buty grube, mocne.

Ogonek Fiata ubrany jest w zagraniczne trencze, wąskie spodnie, szpiczaste półbuty. Dużo okularów. Kilka młodych kobiet, nawet dwa kociaki na szpilkach.

Ogonek Warszaw jest hałaśliwy, i wymyśla sprzedawcom, że nie ma felg, że nie ma linek, że nie ma iglic do komory pływakowej, że nie ma szwabmerów, buksów i klem do akumulatora.

Ogonek fiatowski jest oniemiały z zachwytu przed leżącymi na półkach różnego kształtu małymi pudełkami. Wszystkie pudełka w kolorze czerwono-cynobrowym (kolor firmowy) z magicznym napisem FIAT! A części, które leżą bez opakowania! Istotnie części fiatowskie są tak piękne, że samo oglądanie ich, to radość dla każdego, a szczególnie dla malarza.

Ogonek jest podniecony tymi cudami.

– Te łańcuchy, to też do Fiata?

– Wszystko to do Fiata?

– Ja nie widziałam u siebie takiego łańcucha.

– Może jest gdzieś pod spodem. Co się pani pyta, niech pani kupuje, potem nie będzie.

– A co to jest, to srebrne?

– A bo ja wiem, pewnie do czegoś to jest. 60 złotych.

– A to na pudełku, tam u góry?

– 29 złotych, tanio, nie ma się co pytać, tylko kupić.

– Co to znaczy Delko? Takie z zielonym, na górze.

– Drogie, 300 złotych.

– To kup pan uszczelki, 48 złotych cała paczka.

– Które to?

Czytam mój spis: cewka, palec rozdzielacza, dwa paski, filtr olejowy, przedni zderzak, semeringi, 2 łożyska RIV 26 x 52 x 15, płaszcz gumowy do lewarka, świece, membrana do pompki benzynowej, kondensator.

Przy drugim kupującym, przez resztę ogonka przechodzi szept; mieli tylko dwie cewki, obie poszły, cewek już nie ma. Byłem siódmy, skreślam z mojej kartki cewkę.

Po trzecim kupującym szept: ostatni palec rozdzielacza poszedł, były tylko trzy. Skreślam z kartki palec rozdzielacza.

Przy czwartym kupującym: wziął ostatnie paski, nie ma już pasków. Skreślam dwa paski.

Przy piątym kupującym tragiczny pomruk: ostatni oryginalny filtr olejowy. Skreślam filtr olejowy.

Przy szóstym kupującym, resztę ogonka szarpnęło łkanie: poszedł ostatni przedni zderzak. Skreśliłem z listy przedni zderzak.

Podczas tego, co chwila do nowego sklepu wpadał chłop jak dąb, i poprzez ogonek fiatowców krzyczał: „Dyrchy są?”, lub „Macie szprycczuby?”, na co sprzedawca grzecznie odpowiadał:

– Części do Warszaw przy drugim stoisku.

Gdy przyszła na mnie kolej, semeringi jednak dostaję. Starczyło też dla tylko Asia i Olgierda. Olgierd wziął ostatnie (w Warszawie ich już dawno nie ma). Kupuję też polskie filtry do oleju, które są równie dobre jak oryginalne. Bo co to jest filtr? – trochę pakuł w blaszanym pudełku. Tylko, że jak się okazało później, nasze filtry nie mają nawet połowy tej ilości dziurek co oryginalne fiatowskie i źle filtrują.

Uprzejmy i fachowy sprzedawca (tak!) doradza mi cichutko:

– Są platynki...

– A co to takiego, jestem początkujący...

– Młoteczek i kowadełko – wyjaśnia grzecznie sprzedawca.

Nie mogę sobie tak od razu w tym rozgardiaszu po dwóch nieprzespanych nocach przypomnieć, do czego służy młoteczek i kowadełko, ale mówię „poproszę”.

– Dwadzieścia cztery złote siedemdziesiąt groszy – oświadcza sprzedawca, dopisuje do rachunku, i kładzie na ladzie obok semeringów dwa miniaturowe pudełeczka, mniejsze od pudełek z zapałkami. Patrzy na mnie przychylnie i dodaje: – Mamy jeszcze szczotki do prądnicy.

– Felgi są? – huknął mi nad uchem potężny bas.

– Części do Warszaw przy drugim stoisku – wyjaśnia sprzedawca.

– Poproszę o szczotki. – Nagle sobie przypomniałem: – A dostanę może żarówki?

– Tylne się znajdą.

– Randkapy macie? – zadudniło nad głową.

– Części do Warszaw przy drugim stoisku – mówi sprzedawca. – Dwie żaróweczki?

– Proszę. Czy nie ma pan jednak jeszcze jednego palca – ryzykuję.

– Mam tylko całe delko.

– Szenkle? – zagrzmiało z tyłu.

– ...do Warszaw przy drugim stoisku.

Kupiłem całe delko. 300 złotych!

– Mamy kompletny motor! 17 tysięcy tylko! Fiatowski!

Motoru zapasowego jednak za 17 tysięcy nie kupiłem.

Poszedł tego samego dnia. Taka okazja! Zupełnie nowy. Ktoś inny miał szybszą decyzję i 17 tysięcy. Niech leży.

Z mojej kartki zdobyłem wyłącznie semeringi. Reszta pozycji została skreślona, jak lepsze potrawy na menu w restauracji o godzinie czwartej. Wyszło.

Natomiast kupiłem całą masę różnych innych części (Asio pożyczył), których ani nazw, ani przeznaczenia nie znam. Do dziś leżą spokojnie u mnie w biurku, obok wymontowanej stacyjki i klamki; tych bez kluczyków. Żaden z nabytków jeszcze mi się nie przydał. Bo tak już jest, ile byś nie miał zapasowych części, zawsze nawala w samochodzie akurat coś innego.

– Panie sprzedawiec, szpursztangę dostanę?...

– ...drugim stoisku.

Ze sklepu Motozbytu wychodzili szoferzy, dźwigając ciężkie stalowe korbowody do Warszaw, jakieś żelazne masywne koła, bloki z żelaza. I wychodzili fiatowicze z malutkimi paczuszkami jak by kupili pudełeczko pudru, kredkę do ust, lub 15 deka czekoladek.

Nim ulokowałem Fiacika na zaprzyjaźnionym podwórzu, – a Olgierda u Paulinki na śniadaniu, była godzina dwunasta. Z Pociechą widziałem się tylko chwilę, by mu pokazać nabytek. Promieniał radością:

– Picuś picuś dziwny – powiedział po obejrzeniu samochodu i przesłuchaniu silnika – zupełnie bez korby! Ale śliczny wózek, będzie miał pan redaktor pociechę. Winszuję. Widać było, że samochód mu się naprawdę podoba.

Zdążyłem jeszcze pojechać taksówką do domu, by umyć się, ogolić i przespać godzinę. O trzeciej mam egzamin, a jeszcze przed nim od drugiej do trzeciej moją ostatnią jazdę szkoleniową. 

Tekst z archiwum nr 733 (17/1959). Zachowano oryginalną pisownię. 

Data publikacji: