pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Chcielibyśmy – na tyle ile to możliwe – umilić Państwu ten trudny czas, dlatego w dniach 20 marca – 20 czerwca udostępniamy wersję cyfrową wiosennego numeru bezpłatnie dla zalogowanych użytkowników. Zapraszamy do czytania i słuchania audio z bieżącego numeru! Przeczytaj wiosenny numer

W związku z zamknięciem wielu punktów sprzedaży prasy, zapraszamy do kupienia papierowej wersji numeru wiosennego w cenie okładkowej, bez dodatkowych kosztów przesyłki. Kup wiosenny numer

Przekrój
W czasie epidemii powstaje pytanie: dla kogo się psikać? Perfumy, feromony, aromaty ciała to jest ...
2020-04-30 00:00:00
Destroix
Czad: Portret damy

Niechaj wreszcie ktoś to powie: mamy epidemię. Naprawdę, nie kłamię! Wiruchy ze Wschodu przedostały się na Zachód, zdążyły, skubane. Żeby im utrudnić życie, trzeba je utrudnić sobie, bo ludzie teraz się dzielą na tak zwanych nosicieli i tak zwanych przerażonych. Wszyscy mają nie wychodzić, czyli nikt ma nie wychodzić, bo w języku polskim przy takich okazjach „nikt” nie mniejszy jest od „wszystkich” – wszyscy za nikogo.

Czyta się 5 minut

A zebraliśmy się dzisiaj, by pomówić o zapachach. Wobec powyższego powstaje pytanie: dla kogo się psikać? Perfumy, feromony, aromaty ciała to jest lepiszcze społeczne, fluid międzyludzki i jego „warunkiem sensu” jest kontakt fizyczny i istnienie społeczeństwa. Społeczeństwo jest niemiłe, ale gorzej, gdy go nie ma! Ani nie pójdziesz do sklepu, by powąchać, co kupujesz, ani nie ma premier, imprez oraz innych wyjść wieczorem, by było dla kogo pachnieć. Flakony stoją i kisną. W tego typu sytuacji była Polska Mama w Bitwie Warszawskiej Pawła Demirskiego: „ja opowiadałam o tobie zawsze / lepię pierogi i wspominam ale sama jestem to nie mam komu / chyba temu farszowi”.

Perfumy są po to, by robić wrażenie, które ciężko zrobić z dystansu dwóch metrów. W obecnych warunkach potrzeba WIELKIEJ projekcji, czyli zasięgu zapachu. Trzeba wytoczyć działo ostateczne i nic poniżej gazu bojowego. Gdy tak teraz o tym myślę, to może perfumy to jest jakieś rozwiązanie, gdy czekamy na szczepionkę. Mogą działać równolegle: ponętnie na ludzi, zabójczo na wirusa. Mają w składzie najczęściej sporo alkoholu i ciekawe, czy gdy psiknąć na przykład na wąsy, mogłyby posłużyć za barierę przed infekcją, niewidzialną maskę? Takie oto rozmyślania humanisty po biol.-chemie. Nie mają płynu antyseptycznego – to niech używają perfum!

Jeżeli tak się złożyło, że masz kolekcję flakonów i żyjesz na Ziemi, więc masz epidemię, więc nie masz jak się pochwalić zapachem na mieście, możesz zacząć pisać listy jak rząd do obywateli – możesz się pochwalić pocztą. Ja zacząłem skrapiać perfumami listy i mówię poważnie. Szczerze, to różnymi, takimi między innymi już tu opisywanymi, „Doświadczeniem na Krzyż”, „Grubym Elektrykiem”, „Niemytą Fabryką Kwiatów”, „Szałwią Klarowaną” i „Wieczorem Księżycowym”, a nawet wodą kolońską, choć najsłabiej trzyma. Rada: psiknąć na serwetkę i włożyć z listem w koszulkę, taką plastikową, to dopiero do koperty. Tak uwięzisz zapach, nie dasz mu ulecieć, każesz czekać na otwarcie. Efekt, co prawda, nie będzie subtelny, ale od zawsze to wiemy, że perfumy nie są dla tych, co wolą umiarkowanie.

I tu dochodzimy do opcji na dzisiaj, a jest to najtłustsza opcja, bo już się nie mówi: grubo, lecz mówi się: tłusto. Kompozycją „Portret damy” wyperfumowałem tylko dwie przesyłki, te z największym priorytetem: 1. dla serdecznej przyjaciółki, 2. dla Agaty Bielik-Robson.

Kupując ten flakon (w Gdańsku, na wyjeździe bowiem łatwiej robić idiotyzmy), czułem się jak Whoopi Goldberg w słynnej scenie z Uwierz w ducha, tej z czekiem na milion. „Portret damy” nie kosztuje aż milion dolarów, ale w przeliczeniu na moje, to coś koło tego; jednak można to zrozumieć: skład jest na bogato, a zapach wydajny, mocny… mało powiedziane.

Zaznaczę tylko, że to próbowanie robiłem na skórze, a nie na papierze, chociaż przez te płyny antybakteryjne i higienę rąk z częstością lady Makbet już wychodzi na to samo.

Niezbyt często bywa, by różę dano w otwarciu, czyli niejako w natarciu. Bukiet „Portret damy” nie ma szansy się otworzyć, bo jest po prostu otwarty. Od razu po rozpyleniu można zacytować Wisławę Szymborską: „Tak mi było, jakby róża przez otwarte wpadła okno” (Nic dwa razy). Rosa jest w typie tureckim i nie trzeba się śpieszyć z chłonięciem jej woni, zostanie na później, nawet prysznic jej nie zmyje, bo wykorzystano aż dwie jej postaci: esencję różaną, absolut różany, czyli mamy różę w wodzie i różę w oleju. Natomiast poziomka zjawia się na starcie i szybko się zwija, ją trzeba docenić zaraz. Wynikanie zapachowe takie jak w naturze: najpierw kwiat (róża), potem owoc (porzeczka, malina), a potem przyprawy (cynamon, goździk). Kwitnie, owocuje i zostaje sproszkowane, następnie sklejone (żywica), następnie – spalone, a w praktyce – rozpylone. Idzie na „woń miłą Panu”, do kadzenia niebu. Nawet Bóg jest próżny… Serce z sandału, paczuli, kadzidła, „płótno”, czyli baza, z piżma i żywicy. Klimat dostajemy kwiatowy duszący, jakby dymu się nawdychać, w żadnym razie słodki. Jakby Anna Dymna zmieniła imię na Róża.

Dzięki „paczulkom” (Czechow, Płatonow) i przyprawom kompozycja okazuje się nie tylko mocna, ale również edgy. Pamiętając, że mówimy o XIX wieku, możemy powiedzieć cokolwiek anachronicznie, że to zapach ostrej laski. Proszę nie pomyśleć jednak, że „Portret” jest „głośny” albo agresywny. Mówimy w końcu o portrecie DAMY.

Nazwę kompozycji wzięto od Henry’ego Jamesa. Istnieją na rynku inne książkowe perfumy, np. marka „Imaginary Authors”, w której zapach to fabuła, a kompozycja „Bull’s Blood” pachnie jak skoagulowana krew, to znaczy gorzej niż gówno. To oczywiście nie jest przypadek Portrait of a Lady, gdzie pomysł był raczej taki, by „zatrzymać w pachnącym obiektywie kobietę, która wierzy w swoją wyjątkowość, swoją siłę i swoje zdolności, i robi to w XIX-wiecznej Europie” (Marcin Budzyk, blog „Nez de Luxe”). Niby tak, ale nie widziałbym w tych perfumach za dużo emancypacji, są tak mocno vintage’owe, słodko obojętne na „co było potem”.

Kwerenda wykazuje, że inspiracja książką Jamesa poszła jakoś bokiem. O perfumach jest tam mowa raz jeden jedyny, perfumach o „delikatnym, przyjemnym zapachu”, czego nie powiemy o „Portrecie damy” Dominique’a Ropiona, mocnym i odurzającym; „woń” w powieści dotyczy: wełny, pleśni, rozkładu oraz prochu strzelniczego, „aromat”: brzoskwiń, zakazanego owocu, wybrzeża Pacyfiku, „zapach”: przyszłości, powietrza, ogólnie kwiatów, włosów, pomady we włosach, szafki, zwietrzałych przypraw, heliotropu i ogrodu. Tyle. Czyli róży tam nie widzę, chyba że w „ogrodzie”. Portret damy Henry’ego Jamesa ani razu nie wymienia rośliny z gatunku Rosa, wyłącznie róż – kolor. Tłumaczyła Maria Skibniewska, née Skibińska, ta od Władcy Pierścieni. By the way: audiobooka czyta Ksawery Jasieński, już nie do kupienia.

Rozumiem, że wyobrażali sobie Isabel Archer, bohaterkę Jamesa, jakoś tak ogólnie, jako damę, że tak powiem, paradygmatyczną, a „Portret damy” zapach miał być jej odzwierciedleniem, por. opowieść twórcy, mistrza swojego zawodu. Żeby było śmiesznie, kompozycja się rodziła niczym Ewa z żebra, odskocznią dlań było „Geranium Pour Monsieur” tego samego „didżeja”.

Ropion mówi tyle: portretu damy nie widać, ale czuć go na odległość, bo portret damy jest tym samym, co jej bukiet, por. Zapach kobiety (1992). Tak mogłaby pachnieć lady, rzecz jasna – nie dzisiaj, bo dzisiaj się nosi cokolwiek lżejsze klimaty. O to jednak również chodzi, żeby choć przez chwilę i chociaż dzięki perfumom żyć właśnie nie teraz.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!