Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Josefina wraz z rodzicami i siostrą jedzie na wakacje do Corrientes, gdzie wciąż wierzy się w duchy ...
2018-09-14 00:00:00
Opowiadanie

Cysterna

Chas Addams – rysunek z archiwum, nr 1058/1965 r.
Cysterna
Cysterna

Josefina wraz z rodzicami i siostrą jedzie na wakacje do Corrientes, gdzie wciąż wierzy się w duchy i odprawia czary. Nie wie jeszcze, że wróci tu po latach, ­kiedy będzie szukała przyczyn dręczących ją przez całe życie lęków. Opowiadanie argentyńskiej pisarki przetłumaczyła Marta Jordan.

Przeraża mnie ta ciemna istota
Uśpiona we mnie:
Cały dzień czuję jej miękkie obroty i złośliwość.

Sylvia Plath, Wiąz (fragment),
tłumaczyła Teresa Truszkowska

 

Josefina pamiętała upał i ścisk wewnątrz renault 12, jakby ta podróż odbyła się zaledwie kilka dni wcześniej, a nie kiedy miała sześć lat, zaraz po Bożym Narodzeniu, w duszny i słoneczny styczniowy dzień. Ojciec prowadził, niemal się nie odzywając; matka siedziała na przednim fotelu, na tylnym zaś tkwiła Josefina uwięziona między swoją siostrą a babcią Ritą, która obierała mandarynki, od czego w samochodzie roznosił się zapach przegrzanego owocu. Jechali na wakacje do Corrientes, w odwiedziny do wujostwa ze strony matki, ale była to zaledwie część ważnego powodu wyjazdu, którego Josefina nie mogła się domyślać. Pamiętała, że nikt nie kwapił się do rozmowy; babcia i matka nosiły ciemne okulary i otwierały usta jedynie po to, żeby przestrzec ojca, kiedy jakaś ciężarówka przejeżdżała za blisko ich auta, albo go poprosić, by zmniejszył prędkość, gdyż w napięciu i pogotowiu spodziewały się wypadku.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Bały się. Stale się bały. Latem, kiedy Josefina i Mariela chciały się wykąpać w gumowym baseniku, babcia Rita napełniała go na głębokość zaledwie dziesięciu centymetrów i siedząc na krześle w cieniu cytrynowca na patio, pilnowała swoich baraszkujących wnuczek, aby zdążyć na czas, gdyby się topiły. Josefina pamiętała, że mama zalewała się łzami i bladym świtem wzywała lekarzy i pogotowie, jeśli ona albo siostra miały kilka kresek temperatury. Albo w obliczu nieszkodliwego kataru nie puszczała ich do szkoły. Nigdy nie pozwalała im spać u koleżanek i niechętnie się zgadzała, żeby poszły się pobawić na chodniku, a jeśli już, to widziały, jak nad nimi czuwa, wyglądając zza firanki przez okno. Czasami Mariela w nocy płakała, mówiąc, że pod łóżkiem coś się rusza, i nigdy nie mogła zasnąć przy zgaszonym świetle. Josefina jako jedyna niczego się nie bała, podobnie jak jej ojciec. Do czasu tamtej podróży do Corrientes.

Ledwie pamiętała, ile dni spędzili u wujostwa, czy byli na bulwarze albo czy spacerowali po deptaku. Za to doskonale przypominała sobie wizytę u doñi Irene. Tamtego dnia niebo było zachmurzone, a powietrze parne i ciężkie, jak zawsze w Corrientes przed burzą. Ojciec nie poszedł z nimi; doña Irene mieszkała niedaleko wujostwa i wszystkie cztery, w towarzystwie cioci Clarity, wybrały się piechotą. Nie nazywano jej czarownicą, mówiono o niej Señora; jej dom miał od frontu piękne patio, trochę zbyt gęsto obsadzone roślinami, i niemal pośrodku niego znajdowała się pomalowana na biało cysterna; widząc ją, Josefina wyrwała się babci z ręki i nie słysząc okrzyków paniki, pobieg­ła, żeby obejrzeć ją z bliska i pochylić się nad zbiornikiem. Nie zdołały jej zatrzymać, dopóki nie zobaczyła dna i stojącej w głębi wody.

Matka wymierzyła Josefinie policzek, a ta byłaby się rozpłakała, gdyby nie przywykła do takiego nerwowego karcenia, które kończyło się szlochaniem i przytulaniem, i „córeńko, córciu kochana, a gdyby ci się coś stało”. „Coś, czyli co” – pomyślała Josefina. Przecież ona wcale nie zamierzała się tam rzucać. Przecież nikt by jej nie wepchnął. Przecież chciała tylko zobaczyć, czy woda odbije jej twarz, jak to zawsze bywało w studniach z bajek; jej twarz niczym księżyc z jasnymi włosami w czarnej toni.

Josefina miło spędziła tamto popołudnie w domu Señory. Jej matka, babcia i siostra, siedzące na ławkach, pozwoliły jej myszkować wśród darów i świecidełek zgromadzonych przed ołtarzem, a tymczasem ciocia Clarita czekała z szacunkiem na patio i paliła. Señora coś mówiła albo się modliła, ale Josefina nie potrafiła sobie przypomnieć niczego dziwnego, ani śpiewów, ani okadzania, ani nawet tego, czy ich dotykała. Tylko szeptała do nich na tyle cicho, żeby ona nie usłyszała, co mówi, ale jej to nie obchodziło: na ołtarzu odkryła buciczki dla niemowlęcia, bukiety kwiatów i suche gałązki, kolorowe i czarno-białe zdjęcia, krzyże przybrane czerwonymi wstążkami, obrazki świętych, dużo różańców – z plastiku, z drewna, z posrebrzanego metalu – oraz brzydkie figurki świętej, do której modliła się babcia, San La Muerte, Świętej Kostuchy w postaci szkieletu z kosą, różnych rozmiarów i z różnych materiałów; czasami toporne, kiedy indziej rzeźbione z zachowaniem szczegółów, z czarnymi wgłębieniami na gałki oczne i szerokim uśmiechem.

Po jakimś czasie Josefina zaczęła się nudzić i Señora powiedziała: „Maleńka, może się prześpisz w fotelu, no idź”. Usłuchała i od razu zasnęła, na siedząco. Kiedy się obudziła, ciocia Clarita zdążyła już sobie pójść; zmęczyła się czekaniem. Musiały wracać same. Josefina pamiętała, że zanim wyszły, zamierzała znowu spróbować zajrzeć do wnętrza studni, ale się nie odważyła. Było ciemno i biała farba lśniła niczym kości Świętej Kostuchy; pierwszy raz obleciał ją strach. Kilka dni później wrócili do Buenos Aires. Pierwszej nocy, kiedy Mariela zgasiła nocną lampkę, Josefina nie mogła zasnąć.

* * *

Mariela spała smacznie w swoim łóżeczku na wprost niej, a lampka stała teraz na stoliku przy łóżku Josefiny, która zaczynała być senna dopiero wtedy, kiedy fosforyzujące wskazówki zegara z rysunkami postaci z serialu Hello Kitty pokazywały trzecią lub czwartą nad ranem. Mariela tuliła do siebie swojego pluszaka, a Josefina widziała, że w półmroku jego plastikowe oczy błyszczą jak ludzkie. Albo w środku nocy słyszała pianie koguta i przypominała sobie – tylko kto jej to mówił? – że taki dźwięk o tej porze oznacza, że ktoś umrze. I to pewnie miała być ona, więc mierzyła sobie tętno; nauczyła się tego od mamy, która zawsze, kiedy miały gorączkę, badała im puls. Jeśli był za szybki, tak się bała, że nawet nie miała odwagi, aby na ratunek zawołać rodziców. Jeśli za wolny, kładła sobie rękę na piersi, żeby sprawdzić, czy jej serce nie zamiera. Czasami zasypiała, licząc jego uderzenia, czujnie śledząc minutową wskazówkę. Pewnej nocy odkryła, że plama tynku na suficie, dokładnie nad jej łóżkiem – poprawka po zacieku – ma kształt twarzy z rogami, oblicza diabła. O tym już powiedziała Marieli, ale siostra, śmiejąc się, stwierdziła, że plamy są jak chmury i jeśli ktoś za bardzo się w nie wpatruje, może się dopatrzyć różnych kształtów. A ona nie widzi żadnego diabła, dla niej to ptak na dwóch nogach. Innej nocy usłyszała rżenie konia albo osła…, lecz dłonie zaczęły się jej pocić, kiedy pomyślała, że to musi być alma mula, duch zmarłej, który – zamieniony w muła – nie mógł zaznać spokoju i nocą wychodził sobie potruchtać. O tym opowiedziała ojcu; ten pocałował ją w głowę, powiedział, że to głupstwa, a wieczorem usłyszała, jak krzyczał do mamy: „Niech twoja stara przestanie opowiadać małej bzdury! Nie życzę sobie, żeby jej wypełniała nimi głowę, zasrana przesądna ignorantka!”. Babcia zaprzeczyła, jakoby coś jej opowiadała, i nie kłamała. Josefina nie miała pojęcia, skąd jej się to brało, ale czuła, że o nich wie, tak jak wiedziała, że nie może zbliżać ręki do zapalonej kuchenki, bo się sparzy, albo że jesienią musi na bluzę wkładać kurteczkę, bo w nocy robi się chłodno.

Wiele lat później, siedząc przed jednym ze swoich licznych psychologów, próbowała sobie wytłumaczyć i zracjonalizować każdy lęk: to, co Mariela powiedziała o plamie na tynku, mogło być prawdą; może usłyszała, jak babcia opowiada te historie, bo stanowiły część mitologii prowincji Corrientes; może jakiś sąsiad miał kurnik; może muł należał do sprzedawców butelek, którzy mieszkali za rogiem. Ale nie wierzyła w te wyjaśnienia. Mama zwykła chodzić z nią na sesje i tłumaczyła, że ona i jej matka były „strachliwe” i „miały fobie”; że zapewne mogły zarazić nimi Josefinę, ale już im lepiej, a Mariela przestała cierpieć na lęki nocne, tak więc „to z Jose” jest kwestią czasu.

Jednak ów czas przeciągnął się na lata i Josefina znienawidziła ojca, bo któregoś dnia odszedł i zostawił ją samą z tymi kobietami, które teraz, po długim okresie niewychodzenia z domu, planowały wakacje i wyjazdy na weekend, podczas gdy jej robiło się niedobrze, ledwie doszła do drzwi; nienawidziła tego, że musiała odejść ze szkoły i że matka towarzyszyła jej przy zdawaniu egzaminów na koniec każdej klasy; tego, że jedyni chłopcy, którzy je odwiedzali, byli kolegami Marieli; nienawidziła, kiedy mówili o „tym z Jose”, zniżając głos, a przede wszystkim nienawidziła spędzać całych dni w swoim pokoju, na lekturze opowiadań, które nocami przeradzały się w koszmary. Przeczytała historię o Anahí i kwiecie puchowca i w snach objawiła się jej kobieta w płomieniach; przeczytała o urutaú i teraz przed zaśnięciem słyszała tego ptaka, który w rzeczywistości był zmarłą dziewczynką płaczącą pod jej oknem. Nie mogła pójść do dzielnicy La Boca, bo wydawało się jej, że pod powierzchnią wody czarnej rzeczki kryją się topielcy, którzy z pewnością zechcą się wynurzyć, kiedy ona stanie na brzegu. Nigdy nie spała, mając jedną nogę odkrytą, bo spodziewała się muśnięcia czyjejś zimnej ręki. Kiedy jej mama musiała wyjść, zostawiała dziewczynkę pod opieką babci Rity, a jeśli spóźniała się więcej niż pół godziny, Josefina wymiotowała, gdyż mogło to oznaczać jedynie, że zginęła w wypadku. Pędem przebiegała obok portretu nieżyjącego dziadka, którego nigdy nie poznała, bo czuła, że wodzi za nią czarnymi oczami, i nigdy się nie zbliżała do pokoju, w którym stało stare pianino mamy, bo wiedziała, że kiedy nikt na nim nie gra, robi to diabeł.

* * *

Siedząc w fotelu, z włosami tak przetłuszczonymi, że wydawało się, iż stale są wilgotne, patrzyła na świat, który powoli traciła. Nawet nie poszła na piętnaste urodziny siostry i wiedziała, że Mariela była jej za to wdzięczna. Od dawna chodziła od jednego psychiatry do drugiego i pewne tabletki pozwoliły jej rozpocząć szkołę średnią, jednak dobrnęła tylko do trzeciej klasy, kiedy odkryła, że na szkolnych korytarzach, poza szmerem rozmów kolegów, którzy umawiali się na imprezy i pijaństwa, słychać było także inne głosy; kiedy robiąc siusiu, w prześwicie drzwi kabiny zobaczyła czyjeś nagie stopy chodzące po kafelkach podłogi, a koleżanka jej powiedziała, że to musiała być zakonnica, która przed laty popełniła samobójstwo, wieszając się na maszcie. Na próżno mama, dyrektorka i psychopedagog zapewniały ją, że nigdy żadna zakonnica na dziedzińcu się nie zabiła; Josefina już miała koszmary o Świętym Sercu Jezusa, o otwartej piersi Chrystusa, która w snach broczyła krwią, zalewając jej twarz; o Łazarzu, bladym i gnijącym, który wstawał z grobu w skałach; o aniołach, które chciały ją zgwałcić.

Tak więc została w domu i znowu na podstawie świadectwa lekarskiego musiała na koniec każdego roku zdawać egzaminy. A tymczasem Mariela wracała o świcie samochodami, które hamowały pod domem, i u schyłku nocy pełnych przygód, których Josefina nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, słychać było nawoływania chłopaków. Zazdrościła Marieli, nawet kiedy mama na nią krzyczała, że nie ma z czego opłacić rachunku za telefon; gdyby tak ona miała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać. Bo nic jej nie dawała terapia grupowa, te wszystkie dzieciaki, które miały prawdziwe problemy, nieobecnych rodziców albo dzieciństwo pełne przemocy; które opowiadały o dragach i seksie, i anoreksji, i braku miłości. A mimo to nadal na nią jeździła, zawsze taksówką, w tę i z powrotem, a taksówkarz musiał być stale ten sam i czekać na nią pod drzwiami, bo miała nudności i bicie serca nie dawało jej oddychać, jeśli zostawała na ulicy sama. Od czasu tamtej podróży do Corrientes nie wsiadła do autobusu, a jedyny raz, kiedy znalazła się w metrze, tak krzyczała, że aż straciła głos i matka musiała z nią wysiąść na następnej stacji; szarpała ją wtedy i ciągnęła po schodach, ale Josefinie było wszystko jedno, bo za wszelką cenę musiała wyjść z owego zamknięcia, owego hałasu, owej wijącej się ciemności.

* * *

Nowe tabletki, niebieskie, będące jeszcze niemal w fazie eksperymentu, błyszczące, jakby dopiero co opuściły ­laboratorium, były łatwe do połknięcia i już po chwili sprawiały, że chodnik nie wydawał się polem minowym; dzięki nim nawet spała i nie miała snów, które potrafiłaby zapamiętać, a kiedy pewnej nocy zgasiła lampkę, nie poczuła, że pościel robi się zimna jak mogiła. Nadal się bała, ale umiała sama pójść do kiosku, nie będąc przekonaną, że po drodze umrze. Wydawało się, że Mariela odczuwa z tego powodu większy entuzjazm niż ona sama. Zaproponowała jej wspólny wypad na kawę i Josefina – co prawda taksówką w tę i z powrotem – odważyła się to zrobić; tamtego wieczoru porozmawiała sobie z siostrą jak nigdy dotąd i sama była zaskoczona, że planują iść do kina (Mariela obiecała, że wyjdą w połowie filmu, jeśli będzie trzeba), a nawet przyłapała się na tym, jak wyznaje, że może miałaby chęć pójść na studia, o ile w aulach nie byłoby zbyt dużo ludzi i miałaby blisko do okien albo drzwi. Mariela przytuliła ją, wcale się tego nie wstydząc, strącając przy tym na podłogę jedną z filiżanek, która pękła dokładnie na pół. Kelner pozbierał skorupy z uśmiechem; jakżeby nie, przecież Mariela była piękna z tymi swoimi kosmykami jasnych włosów nad czołem, grubymi, wiecznie wilgotnymi wargami i oczami ledwie podkreślonymi czarną kreską, tak żeby zieleń ich tęczówek hipnotyzowała wszystkich, którzy w nie spojrzeli.

Wiele razy wychodziły na kawę – to z kinem nigdy nie doszło do skutku – i przy którejś okazji Mariela przyniosła programy studiów na kierunkach, które mogłyby się Josefinie spodobać: antropologii, socjologii, humanistyce. Jednak robiła wrażenie niespokojnej i to nie była już ta nerwowość z pierwszych wyjść, kiedy musiała być przygotowana, że trzeba będzie pilnie wezwać taksówkę albo, w najgorszym przypadku, karetkę i odwieźć Josefinę z powrotem do domu lub na ostry dyżur. Schowała kosmyki długich jasnych włosów za uszy i zapaliła papierosa.

– Jose – powiedziała. – Jest pewna sprawa.

– Jaka?

– Pamiętasz, jak pojechaliśmy do Corrientes? Ty mogłaś mieć jakieś sześć lat, ja osiem…

– No.

– A pamiętasz, jak poszłyśmy do czarownicy? Mama i babcia poszły, bo miały to samo co ty, to samiusieńko, cały czas się bały, i poszły się wyleczyć.

Josefina słuchała teraz uważnie. Serce biło jej bardzo szybko, ale wzięła głęboki wdech, wytarła dłonie o spodnie i spróbowała się skoncentrować na tym, co mówiła siostra, tak jak jej to zalecił psychiatra („Kiedy nadchodzi lęk – powiedział – skup się na czymś innym. Czymkolwiek. Popatrz, co czyta osoba obok ciebie. Oglądaj plakaty reklamowe albo policz, ile czerwonych samochodów przejeżdża przez ulicę”).

– I ja pamiętam, jak czarownica powiedziała, że mogą wrócić, jeśli znowu by to miały. Może byś pojechała. Teraz, kiedy już ci lepiej. Wiem, że to szaleństwo, jestem jak babcia z tymi jej prowincjonalnymi głupotami, jednak im przeszło, tak czy nie?

– Mariela, ja nie mogę podróżować. Wiesz, że nie mogę.

– A jeśli pojadę z tobą? Ja stawiam, serio. Dobrze to zaplanujemy.

– Nie dam rady. Nie mogę.

– Dobra. Jasne, że dasz, przemyśl to, czy ja wiem… Pomogę ci, serio.

* * *

Tamtego ranka, kiedy Josefina próbowała wyjść z domu, żeby się zapisać na uniwersytet, odkryła, że odległość od drzwi do taksówki jest dla niej nie do pokonania. Jeszcze zanim postawiła stopę na chodniku, drżały jej kolana i płakała. Od kilku dni obserwowała zastój, a nawet regres w efektach, jakie dotychczas przynosiły tabletki; wróciła owa niemożność napełnienia płuc, a raczej obsesyjna uwaga, którą poświęcała każdemu wdechowi, jakby musiała kontrolować dopływ powietrza, żeby mechanizm mógł funkcjonować; jakby sama sobie robiła sztuczne oddychanie metodą usta-usta, żeby pozostać przy życiu. Znowu wobec najdrobniejszej zmiany miejsca przedmiotów w jej pokoju ogarniał ją paraliż; znowu, żeby zasnąć, musiała zapalać już nie tylko nocną lampkę, ale i telewizor oraz światło na suficie, bo nie mogła znieść choćby jednego cienia. Czekała na każdy objaw, rozpoznawała je; jednak oprócz tej rezygnacji i rozpaczy pierwszy raz poczuła coś jeszcze. Była zagniewana. A także wyczerpana, mimo to nie chciała wracać do łóżka i tam próbować opanować drżenie i tachykardię ani w piżamie wlec się na fotel, żeby rozmyślać o swoim dalszym życiu, o przyszłości w jakimś szpitalu psychiatrycznym albo o prywatnych pielęgniarkach, bo przecież nie mogła się uciec do samobójstwa, skoro tak bardzo bała się umrzeć!

W zamian za to zaczęła myśleć o Corrientes i o Señorze. I o tym, jak wyglądało życie w jej domu przed tamtą podróżą. Przypomniała sobie babcię, płaczącą w kucki przy łóżku, modlącą się, żeby burza ustała, bo bała się piorunów, grzmotów, błyskawic, a nawet deszczu. Przypomniała sobie, jak mama szeroko otwartymi oczami wyglądała przez okno, ilekroć ulica była zalewana, i jak krzyczała, że jeśli woda nie opadnie, wszyscy się potopią. Przypomniała sobie, że Mariela nigdy nie chciała się bawić z dziećmi sąsiadów, nawet kiedy po nią przychodziły, i tuliła do siebie swoje lalki, jakby się bała, że je ukradną. Przypomniała sobie, że ojciec raz w tygodniu zawoził mamę do psychiatry, a ona zawsze wracała na wpół śpiąca i szła prosto do łóżka. A nawet przypomniała sobie doñę Carmen, która robiła zakupy i odbierała rentę babci, bo ta nie chciała – nie mogła, teraz Josefina to wiedziała – wychodzić z domu. Doña Carmen zmarła dziesięć lat temu, dwa lata później niż babcia, ale od tamtej podróży do Corrientes odwiedzała ją tylko po to, żeby napić się herbaty, bo całe to izolowanie się i lęki ustały. Dla nich. Bo dla Josefiny dopiero się zaczęły.

Co takiego zaszło w Corrientes? Czyżby Señora zapomniała ją „uzdrowić”? Ale przecież nie miała jej z czego uzdrawiać, skoro Josefina się nie bała. Jednak w takim razie, skoro wkrótce potem zaczęła się uskarżać na to samo co tamte, czemu nie zawiozły jej do Señory? Bo jej nie kochały? A jeśli Mariela się myli? Josefina zaczęła pojmować, że ów gniew stanowi granicę i jeśli się go nie uchwyci i nie pozwoli mu się zawieźć dalekobieżnym autobusem do Señory, nigdy nie zdoła wyjść ze swojego odosobnienia, oraz że podejmując tę próbę, warto umrzeć.

Któregoś dnia wstała przed świtem i zaczekała na Marielę, a kiedy wróciła, na rozjaśnienie umysłu podała jej kawę.

– Mariela, jedziemy. Dam radę.

– Dokąd?

Josefina przestraszyła się, że siostra odstąpi od swojego pomysłu, cofnie obietnicę, jednak zdała sobie sprawę, że tamta jej nie rozumie tylko dlatego, że jest całkiem pijana.

– Do Corrientes, do czarownicy.

W jednej chwili Mariela popatrzyła na nią trzeźwym wzrokiem.

– Jesteś pewna?

– Już to przemyślałam, wezmę dużo tabletek i prześpię całą drogę. A jak mi będzie niedobrze… dasz mi więcej. One nic nie robią. Najwyżej będę dużo spać.

* * *

Josefina wsiadła do autobusu prawie w półśnie; czekała na niego, siedząc na ławce obok siostry i chrapiąc z głową opartą o torbę. Mariela przestraszyła się, widząc, że bierze pięć tabletek i popija łykiem napoju 7 Up, ale nic nie powiedziała. I zadziałało, bo Josefina obudziła się dopiero na terminalu w Corrientes, z kwaśnym posmakiem w ustach i bólem głowy. Przez całą drogę taksówką do domu wujostwa siostra obejmowała ją ramieniem, a Josefina próbowała nie połamać sobie zębów, tak nimi dzwoniła. Poszła prosto do pokoju cioci Clarity, która na nie czekała, i nie przyjęła ani jedzenia, ani picia, ani odwiedzin krewnych; z trudem otwierała usta, żeby przełknąć tabletki, bolały ją szczęki i nie mogła zapomnieć błysku nienawiści i paniki w oczach matki, kiedy jej powiedziała, że pojedzie do czarownicy, ani tego, jak tamta triumfalnym tonem rzuciła: „Dobrze wiesz, że gówno ci to da”. Mariela krzyknęła do niej „ty kur…, ty stara krowo” i nie chciała słuchać żadnych wyjaśnień; zamknięta w sypialni z Josefiną przez całą noc nie spała, tylko bez słowa paliła i wybierała lekkie T-shirty i spodnie odpowiednie na upał w Corrientes. Kiedy wychodziły na dworzec, Josefina była już otumaniona, jednak na tyle przytomna, by zauważyć, że matka nie wyszła ze swojego pokoju, aby się z nimi pożegnać.

Ciocia Clarita powiedziała, że Señora nadal mieszka w tym samym miejscu, ale jest bardzo wiekowa i już nie otwiera ludziom przychodzącym z prośbami. Mariela się uparła: przyjechały do Corrientes tylko po to, żeby się z nią spotkać, i nie wyjadą, dopóki ich nie przyjmie. W oczach Clarity czaił się ten sam lęk co u jej matki, zdała sobie sprawę Josefina. I zrozumiała również, że z nimi nie pójdzie, toteż ścisnęła Marielę za ramię, żeby przerwać jej krzyki („Ale co z tobą, do cholery, czemu ty też nie chcesz jej pomóc, nie widzisz, jak ona wygląda?!”), i szepnęła: „Idziemy same”. Pokonując trzy przecznice dzielące je od domu Señory, które wydawały się kilometrami, Josefina pomyślała o owym „Nie widzisz, jak ona wygląda?!” i poczuła gniew na siostrę. Ona także mogłaby być ładna, gdyby nie wypadały jej włosy, gdyby nie miała nad czołem tych prześwitów, w których widać było pokrytą meszkiem skórę; mogłaby mieć takie długie i mocne nogi, gdyby dała radę obejść bodaj jeden kwartał ulic; potrafiłaby się malować, gdyby miała po co i dla kogo; jej ręce byłyby piękne, gdyby nie obgryzała paznokci aż do skórek; jej skóra byłaby złotawa jak u Marieli, gdyby słońce częściej jej dotykało. I nie miałaby stale zaczerwienionych i podkrążonych oczu, gdyby mogła spać, a jej rozrywką byłoby coś więcej niż tylko telewizja czy Internet.

Na patio Señory Mariela musiała zaklaskać, żeby tamta otworzyła drzwi, gdyż w domu nie było dzwonka. Josefina rozejrzała się po ogrodzie, który teraz był bardzo zaniedbany, róże umierały z gorąca, białe lilie były bez życia, za to wszędzie rozsiała się ruta, wyrastając na niebywałą wysokość. Señora stanęła w progu, kiedy Josefina wypatrzyła cysternę, niemal ukrytą w zaroślach; biała farba tak poodpadała, że wyzierały spod niej czerwone cegły.

Señora natychmiast je poznała i wpuściła do środka. Jakby na nie czekała. Ołtarz nadal stał, ale znajdowało się na nim trzy razy więcej darów oraz ogromny San La Muerte wielkości kościelnego krucyfiksu; w pustych oczodołach błyszczały mu migocące światełka, zapewne z elektrycznego bożonarodzeniowego łańcucha. Chciała posadzić Josefinę w tym samym fotelu, w którym dwadzieścia lat wcześniej zasnęła, ale musiała pobiec po wiadro, bo zaczęło się jej zbierać na mdłości; Josefina zwymiotowała płynami żołądkowymi i poczuła, że serce podchodzi jej do gardła i dławi, ale Señora położyła jej rękę na czole.

– Oddychaj głęboko, dziecinko, oddychaj.

Josefina usłuchała i pierwszy raz od wielu lat znowu poczuła ulgę oraz to, że jej płuca są pełne powietrza, wolne, już nie ściśnięte między żebrami. Miała ochotę się rozpłakać, dziękować; była pewna, że Señora ją uzdrowiła. Ale kiedy starając się uśmiechnąć przez zaciśnięte zęby, podniosła głowę, żeby jej spojrzeć w oczy, dostrzegła w nich żal i poczucie winy.

– Dziecko, nic nie poradzę. Kiedy cię tu przywiozły, już było gotowe. Musiałam je wrzucić do cysterny. Wiedziałam, że święci mi tego nie darują; że Añá, utopiec, z powrotem cię tu sprowadzi.

Josefina pokręciła przecząco głową. Czuła się dobrze. Co ona jej chciała powiedzieć? Czy naprawdę tak się zestarzała, że już się jej pomieszało w głowie, jak twierdziła ciocia Clarita? Ale Señora z westchnieniem wstała, podeszła do ołtarza i przyniosła z niego jakieś stare zdjęcie. Poznała je: mama i babcia siedziały w fotelach, między nimi po prawej stronie stała Mariela, a po lewej, tam, gdzie powinna stać Josefina, była wycięta dziura.

– Było mi ich żal, bardzo żal. Wszystkie trzy miały niedobre myśli, gęsią skórkę, od wielu lat ciążył na nich zły urok. Już na sam ich widok obleciał mnie strach, odbijało mi się, nie mogłam zdjąć z nich czarów.

– Jakich czarów?

– Dawnych czarów, dziecinko, czarów, o których nie wolno mówić. – Señora zrobiła znak krzyża. – Nawet Chrystus Podwójnej Światłości nie dał rady, oj nie. Stary był. A one były bardzo udręczone. Jednak ty, maleńka, nie. Nie byłaś dręczona. Nie wiem dlaczego.

– Dręczona przez co?

– Złe czary! Nie wolno o nich mówić. – Señora podniosła palec do warg, prosząc o ciszę, i zamknęła oczy. – Nie mogłam usunąć z nich tej zgnilizny i wchłonąć w siebie, bo nie mam takiej mocy, i nikt jej nie ma. Nie mogłam ich upłynnić, nie mogłam odczynić. Mogłam je tylko przenieść, i przeniosłam. Na ciebie, dziecinko, kiedy tu spałaś. Święty mówił, że nie będzie cię tak dręczył, bo byłaś czysta. Ale mnie oszukał albo go nie zrozumiałam. One chciały przerzucić te uroki na ciebie, mówiły, że się o ciebie zatroszczą. Ale się nie zatroszczyły. A ja je musiałam wrzucić. To zdjęcie, wrzuciłam je do cysterny. I nie można go wyłowić. Nigdy nie zdołam zdjąć z ciebie tych czarów, bo one są w wodzie, razem z twoim zdjęciem, a ono już pewnie zgniło. Tam zostały, na twoim zdjęciu, przywarły do ciebie.

Señora zasłoniła sobie twarz rękoma. Josefinie wydawało się, że Mariela płacze, ale nie zwróciła na nią uwagi, bo starała się zrozumieć.

– Same chciały się uratować, dziecko. Ona też – i pokazała na Marielę. – Była mała, ale już zepsuta, o tak.

Josefina podniosła się z resztką powietrza, jakie zostało jej w płucach, z nowymi siłami, od których jej nogi stwardniały. To nie miało długo potrwać, była tego pewna, ale niechby wystarczyło; niechby wystarczyło, żeby pobiec do cysterny i rzucić się do deszczowej wody, i oby była bez dna; utonąć w niej razem z tym zdjęciem i podstępem. Señora i Mariela nie ruszyły za nią, a Josefina biegła najszybciej, jak potrafiła, jednak kiedy dotarła nad brzeg cembrowiny, jej wilgotne dłonie się ześlizgnęły, kolana zesztywniały i nie mogła, nie mogła się wspiąć; ledwie udało się jej dostrzec w wodzie swoją twarz, po czym opadła między wybujałe trawy, siedziała i zanosiła się tłumionym płaczem, bo się bała, bo tak bardzo bała się skoczyć.

Tłumaczyła Marta Jordan

Data publikacji:

Mariana Enríquez

Argentyńska dziennikarka i pisarka. Urodziła się w 1973 r. Kieruje działem kultury w gazecie „Página/12”. W 2017 r. ukazał się w Polsce zbiór jej opowiadań „To, co utraciłyśmy w ogniu".

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!