Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Czas ucieka – „Przekrój” czeka!

W zimowym „Przekroju” przenosimy się do Lewantu! Smakujemy libańskie jedzenie, podziwiamy Aleppo i zastanawiamy się nad Tel Awiwem. Poza tym sprawdzamy, co para noblistów z ekonomii Duflo i Banerjee mówią o światowym ubóstwie. Opisujemy Gaję i jej twórcę Jamesa Lovelocka. Naprawdę dużo piszemy też o tym, dlaczego warto się tulić (nie tylko w zimie). I do tego: niedźwiedzie – białe, brunatne i czarne, nabiał i warzywa, a także przyroda w plenerze i w muzeum.

Już jest nowy „Przekrój”!

196 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
O Japonii, podróżach w czasie, archiwum fotograficznym oraz ich najnowszej wystawie w krakowskim Muzeum ...
2021-02-10 00:00:00
fotografia

Cyfrowy raj – rozmowa z Wojtkiem Wieteską i Anią Diduch

Wystawa „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska
Cyfrowy raj – rozmowa z Wojtkiem Wieteską i Anią Diduch
Cyfrowy raj – rozmowa z Wojtkiem Wieteską i Anią Diduch

„Paradise 101” to tytuł rozpisanej na wiele lat realizacji oraz metrów kwadratowych wystawy Wojtka Wieteski. W dwóch minimalistycznych pomieszczeniach Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha czeka na widzów ponad 500 zdjęć. O Japonii, podróżach w czasie, archiwum fotograficznym Joanna Kinowska rozmawia z Wojtkiem Wieteską i Anią Diduch.

Czyta się 14 minut

Joanna Kinowska: Liczby są ogromne: 500 zdjęć, 30 lat fotografowania Japonii. Do tego oczywiste miejsce na pokazanie prac z tego kraju. Zanim porozmawiamy o Twojej wizji Japonii, powiedz, czym różni się życie tu i tam? Co Cię w tym kraju najbardziej urzeka?

Wojtek Wieteska: Urzeka mnie niezmiennie specyficzna konstrukcja mentalna i organizacja przestrzeni życia. Poczucie wyspy. Przewaga ryb nad mięsem. Prostota we wszystkim, a szczególnie w tym, co ma wyrażać piękno. Brak pojęcia oryginału. Najstarsza świątynia shintō w Ise istnieje do dziś, bo w jej ponadczasowy byt wpisany jest – co 20 lat – proces odbudowy. To bardzo orzeźwiające myślenie. Jeśli je przyłożymy do obrazowania cyfrowego, okaże się, że cały anturaż klasycznej fotografii z hierarchią odbitek jest przecież bardzo umowny. A przede wszystkim rozumiem i odczuwam tę rzeczywistość poprzez formy, czyli poprzez sztukę.

W Japonii spędziłem w sumie osiem miesięcy. Ostatni raz byliśmy tam z moją partnerką i kuratorką „Paradise 101” wiosną 2019 r. Jak tylko skończy się pandemia i wróci możliwość podróżowania, wyjeżdżamy na Hokkaido, na jak najdłużej. Brakuje mi motywów ze śniegiem…

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Kiedyś Japonia Wieteski była czarno-biała. Teraz jest kolorowa i, jak mówisz, bez śniegu. Jak zmienił się Twój obraz Japonii?

W.W.: Moje spojrzenie się nie zmieniło, zmienił się mój umysł. A jak, to pokazuje zestawienie dwóch identycznych przestrzeni Galerii Europa – Daleki Wschód, położonych „jedna nad drugą”, na parterze i piętrze. Całkowicie odmienne aranżacje, inscenizacje i kompozycje treści: tak jak prowadzące komunikację projektu zestawienie czerwonej fotografii z 2019 i czarno-białej z 1996.

Zdjęcie z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska
Zdjęcie z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

Chciałabym jeszcze zatrzymać się na różnicach – w Twoim doświadczeniu i pobytach tam. Te doświadczenia, obejrzane filmy, przeczytane książki, zmiany życiowe wpłynęły na tę zmianę umysłu, a stąd z pewnością na widzenie – spojrzenie – dostrzeganie…

W.W.: Tak. Dla mnie wszystko to są procesy odejmowania. Wiesz, Balzac twierdził, że każde zdjęcie portretowe zdejmuje z człowieka kolejną warstwę, jak z cebuli. Pomijając tę metaforę, to ma nawet sens. Instalacja wideo „5 Oddechów” jest pomyślana na koniec całego doświadczenia wystawy: żeby z każdym oddechem wyczyścić swoje doznania, wyzerować suwaki i pokrętła naszych emocji. I wyjść.

Instalacja wideo „5 Oddechów” z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

Wróćmy do wystawy. Dwa piętra i dwa okresy oglądania Japonii…

W.W.: Na dole jest świat analogowy z ostatnich 10 lat XX w. 417 fotografii czarno-białych i 90 kolorowych. Zakomponowałem je na paskach 50x250 cm, które następnie stworzyły „krajobraz obrazu”: poziome paski są jak fale oceanu, pionowe niczym pnie w bambusowym lesie. A na górze znajdują się 44 wielkoformatowe o wymiarach 127x360cm, w kolorze, cyfrowe fotografie z 2019 r. Zainscenizowane bardzo precyzyjnie – wręcz koronkowo – przez kuratorkę. Ania wymyśliła te formaty jeszcze przed wyjazdem i w ten sposób stała się napędem mojego nowego spojrzenia na projekt. Nie zaglądałem jej też przez ramię w trakcie kilkumiesięcznego komponowania całości Galerii 2. Bo te formaty, praca z nowym aparatem i formą prezentacji, to jest zmiana widzenia jak między filmem Georges’a Mélièsa Podróż na Księżyc a George’a Clooneya Niebo o Północy – idea podróży ta sama, tylko lądowanie w innej galaktyce.

Czekaj, te filmy dzieli 118 lat i różni absolutnie wszystko! Chcesz powiedzieć, że podobnie się pozmieniało u Ciebie, czy to jest aluzja do zmiany z analogowego świata w cyfrowy?

W.W.: Jedno i drugie!

Roboczy tytuł wystawy brzmiał „Lot 101 do raju” (ang. Flight 101 to Paradise).

W.W.: Chodzi o raj cyfrowy, który człowiek sobie stworzył i który dostarcza narzędzi do bycia kreawytnym w XXI w. Z kolei 0 i 1 to alfabet zapisu binarnego. Wszystkie inne meandry tytułu wynikają z 30-letniej historii tego projektu. Pierwsza wystawa „Tokyo” była pokazywana w Mangdze jesienią 2000 r. Składała się z 36 fotografii czarno-białych z lat 90. Kilka lat później wróciłem do archiwum, ponieważ było w nim sporo zdjęć, których nie pokazałem, bo chciałem być taki haiku. W 2008 r. byłem w Japonii służbowo. Zostałem dłużej, żeby zamknąć temat drugą częścią fotografii kolorowych. Latem 2010 r. wystawiłem je w Warszawie w Yours Gallery. Pierwotnie tytuł miał brzmieć „LOT 9108”. Ale dwa miesiące przed otwarciem wystawy była katastrofa w Smoleńsku i okazał się nie na miejscu. Szczególnie że galeria znajduje się przy Krakowskim Przedmieściu, tuż obok Pałacu Prezydenckiego. Dlatego zmieniłem na „FLIGHTS 91_08”, czyli moje loty do Japonii między 1991 a 2008 r. Wystawie towarzyszyło wydanie 5-tomowego portfolio z 99 fotografiami.

Dziś tamte fotografie pokazywane są w formie dwuminutowego filmu „INTERMISSION 2008”, a czarno-białe (wśród nich te z wystawy „Tokyo” z 2000 r.) i kolorowe – z negatywów – są wśród 500 innych w sali na parterze. To jest ta część „Paradise” bez grzechu digitalnego (śmiech)!

Instalacja wideo „INTERMISSION 2008” z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

Bardzo precyzyjnie zaznaczasz, co było analogowe, a co jest cyfrowe, jakie to ma dla Ciebie znaczenie – i dlaczego temu drugiemu towarzyszy słowo „grzech”?

W.W.: Ponieważ wraz z „cyfrą” przekroczyliśmy granicę materialności, fizyczności i organiczności. Ustanowiliśmy nowy porządek. Właśnie oglądamy i przeżywamy jego plusy i minusy: siedzimy od kilku miesięcy realnie pozamykani w sieci. Pójście do lasu czy wyjazd nad morze stały się fikcją. Wymsknęło nam się coś albo wymsknęliśmy się sami sobie. Wygnanie z raju Masaccia nie pokazuje, dokąd oni (Adam i Ewa) pójdą: widz stojący przed freskiem wie, bo ogląda go z tego miejsca, w którym jest – swojej teraźniejszości.

Kontekst buduje świadomość. Czym jest i jak wygląda obraz cyfrowy? W 90% oglądamy go na wyświetlaczach wielkości naszej dłoni. Dlatego warto zobaczyć wystawę „Paradise 101” i „przejrzeć się” w niej – dosłownie i w przenośni. Przyjrzeć się sobie i zadać pytanie: „kim jestem wobec mocy przeliczeniowej algorytmów, które dla nas wymyślono?”.

Zdjęcie z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska
Zdjęcie z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

Na parterze bardzo utrudniliście widzowi obejrzenie fotografii. Zdjęcia wiszą w długich pasach, poziomo, pionowo, nad głowami, światło zgaszone, a widz dostaje latarkę. W tekstach piszecie zaś o tym, że współcześnie powstaje za dużo zdjęć. Przypuszczam więc, że zabiegi utrudniające oglądanie to gest mówiący o tym nadmiarze. Ale jestem pewna, że sama forma prezentacji znaczy coś więcej… Skąd pomysł na te zabiegi i co mają znaczyć?

Ania Diduch: Gaszenie światła na wystawie fotograficznej nie jest komentarzem do nadprodukcji zdjęć na świecie. To raczej przewrotność z naszej strony i odwołanie się do aspektu archiwalności. Idealne warunki dla żywotności pracy fotograficznej zakładają, że nie powinna być wystawiana na działanie światła dziennego… A my nie bez powodu pracowaliśmy na szlachetnym papierze fotograficznym, który daje zmysłowe czernie i półtony. Chodziło też o połączenie spektakularności tej instalacji z intymnością jej lektury. Spektakularne jest to, że paski fotografii podświetlone latarką rzucają cienie i kreują kolejne formy na ścianach. Widz jest odkrywcą, współreżyserem wystawy. Sztuka nie potrzebuje wyraźnej i jedynej, słusznej narracji, żeby być skuteczną, czyli przesuwać w nas granice myślenia, wyobraźni.

Zdjęcie z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska
Zdjęcie z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

W.W.: Metaforycznie te 507 fotografii z około 5000 zrobionych na negatywach to „moja pamięć fotograficzna”, „mój mentalny krajobraz fotograficzny z Japonii”. Są to mikronarracje „pięcioujęciowe”, tak jak „to było” w trakcie fotografowania. Niektóre są fabularyzowane przeze mnie współcześnie. Ale zawsze tylko jedno ujęcie na pięć jest obrazem pozytywowym, reszta pozostaje negatywem. Nie ma możliwości obejrzenia naraz wszystkich. Nie ma takiej intencji – zapamiętujesz, co chcesz: może jedno zdjęcie, może kilka. Wchodzisz do archiwum i sama decydujesz, na co chcesz spojrzeć, kierując strumieniem latarki.

No tutaj bym polemizowała, niektóre chciałabym obejrzeć dokładniej, ale były za wysoko albo pod niemożliwym do oglądania kątem…

A.D.: W ten sposób złamaliśmy hierarchię wartości na klasycznej wystawie fotograficznej oraz tradycyjny układ sił między pozytywem a negatywem. Które zdjęcie jest najważniejsze i zasługuje na pokazanie? Jak czytać negatywy? Myślę, że każdy ma swoją metodę ich odczytywania i to jest właśnie jedna z możliwości tej gry wyobraźni.

W.W.: Ta galeria jest jak laboratorium narracji. Z kolei piętro wyżej Ania zaproponowała laboratorium emocji, form, faktur i światła.

Poza zdjęciami i scenografią ważną rolę odgrywają instalacje z pogranicza mediów: filmu, fotografii i obiektu. Są to nowe realizacje, dedykowane przestrzeni Mangghi. Na ile były zaplanowane wcześniej, a na ile „wyłoniły” się, zdarzyły dopiero w tej konkretnej przestrzeni?

W.W.: To, że pokazuję obiekty z pogranicza różnych mediów, wynika z tego, że zawsze tworzyłem na styku dwóch światów: jako fotograf-artysta i jako reżyser spotów reklamowych, społecznych i dokumentalnych filmów czy starszych teledysków muzycznych. Dziś podsumowuję te doświadczenia w jednym miejscu. Nic nie jest w Mangdze przypadkowe: przestrzeń dla pracy „TIME WASH” była zaprojektowana przez nas na makiecie w skali 1:20, co do centymetra i zrealizowana w trakcie jej budowy w realnej przestrzeni galerii. Zielonocytrynowy kolor światła w płukarce, warstwowy wydruk UV fotografii na płytach zanurzonych w wodzie, ustawienie w czarnej, trójkątnej przestrzeni wyznaczającej trzy czasy: przeszły, teraźniejszy i przyszły – to wszystko „widzieliśmy” przed instalacją in situ. Natomiast cytat i jego rozmieszczenie pojawiło się w wyniku bycia w środku pomieszczenia. Jest to cytat z książki, którą czytałem podczas lotu do Tokio wiosną 2019 r. To, co wtedy narysowałem na tym tekście, jest po prostu szkicem tego „pokoju”. Tylko że to się okazało, dopiero jak przyjechaliśmy instalować wystawę w listopadzie zeszłego roku. Nic nie dzieje się przypadkowo…

Praca „TIME WASH” z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

Makieta, testy, montaż, w którym wiele można zmienić, to bardzo komfortowe warunki pracy…

W.W.: Komfort nie przychodzi sam, trzeba na niego ciężko pracować. Składa się na niego: wykształcenie, doświadczenie no i talent do uruchamiania ich jednocześnie w dłuższych odcinkach czasu. I wtedy czasem powstaje przestrzeń na te przyjemne i twórcze momenty, kiedy instalujesz wystawę przez dwa tygodnie, masz wszystko zaplanowane, wiesz gdzie i jak powiesić prace, jest profesjonalna ekipa i odpowiedzialny zespół techniczny Mangghi, na którym możesz polegać i który rozumie, że instalujesz sztukę. Masz za sobą rok omawiania wystawy i możesz sobie pozwolić na poszukiwania do ostatniej chwili. To nie zdarza się tak często.

Dlatego nie wyobrażałem sobie tej wystawy w odsłonie premierowej gdzie indziej. Tylko w Mangdze to było możliwe, bo ta cząstka ducha japońskiego jest też obecna w zespole, który tam pracuje: od pań dyrektorek, przez koordynatorki, techników i wolontariuszy, na panach z ochrony kończąc.

Jak prezentować fotografie w czasach, gdy wszyscy fotografują? To motyw przewodni Twojego wykładu dla MuFo. Opowiadałeś o różnych ramach dla fotografii i obrazu, a w drugiej części analizowałeś ciekawe sposoby pokazywania zdjęć. Ostatnia duża, ważna wystawa monograficzna „I Am from Poland” odbyła się w 2013 r. w Łodzi. W „Paradise 101” uwolniłeś zdjęcia z ram. Czy to etap zamknięty tego procesu?

W.W.: W Galerii Atlas Sztuki w 2013 r. pięć ogromnych prac wisiało niejako „w powietrzu”, na środku przestrzeni wystawienniczej. W 2015 r. na wystawie „Nailing Love” było dużo eksperymentów w sposobie pokazywania fotografii. Jeden z nich, to właśnie obecna praca „TIME WASH”. W „Nailing Love” chodziło o to, żeby w obiekcie samym w sobie pięknym, jakim jest ta amerykańska, ręcznie robiona płukarka archiwalna do odbitek na papierze barytowym, zmienić bieg procesu. I zamiast doprowadzić odbitki do ich wzorcowego wypłukania z utrwalacza, trzymać je przez dwa i pół miesiąca trwania wystawy i zobaczyć, co się stanie z obrazem.

Obraz fantastycznie się dekomponował: emulsja odklejała się od papieru i spływała, zamieniając się w czarny osad. Aż zostały prawie gołe, suche arkusze papieru z abstrakcyjnymi wzorami jak z japońskich obrazów malowanych tuszem. W „Paradise 101” nie ma dekompozycji obrazu: jest bezczasowa trwałość dwóch fotografii tej samej postaci Ryoukou Koga, mnicha sekty zen Rinzai świątyni Joen-ji w Tokio. Wykonanych w tym samym miejscu: 28 listopada 1991 r. i 23 maja 2019 r. Jest dialog: rewers i awers. A pomiędzy znajduje się widz.

W wystawie „TRAVELLING” z 2017 r. eksperymentowałem z pierwszą w Polsce rolką najnowszego podłoża fotograficznego (FUJIFLEX CRYSTAL ARCHIVE). Wiedziałem, czego się spodziewać po wściekle błyszczącej powierzchni i widziałem, jakie są reakcje na ten materiał. Czysty zachwyt.

Czy to koniec? Nie, to chyba dopiero początek: z niecierpliwością czekam na możliwość teleportacji materii, skoro w grudniu 2020 r. w USA pierwsza oficjalna próba wypadła pomyślnie.

Wiele Twoich najnowszych zdjęć ma w sobie coś podwójnego, złożonego. Może to sposób ekspozycji – tak duże powiększenia i tak błyszczące – że trudno „zejść do poziomu” wyjściowego zdjęcia. Przechodząc obok tej pracy, widzę głównie odbicie kobiety. To ona jest bohaterką, dalej jej melancholia, spojrzenie, przedłużony moment. Dopiero z oddali okazuje się, że to tylko odbicie, a zdjęcie jest niejako zupełnie o czym innym. Powiększenie i kadrowanie, decyzje dotyczące sposobu ekspozycji zmieniają zwykły przedmiot, scenę, refleks – w plamę barw, w dodatku błyszczącą niemożliwie. Ciekawa jestem zestawień zdjęć, jak pracowałeś nad nimi? Kiedy efekt jest tak szalenie trudny do przewidzenia przy pracy w tej skali i z tak błyszczącym materiałem… ile było niespodzianek?

W.W.: Odebrałaś tę fotografię zgodnie z moimi intencjami. Najpierw dostrzegasz portret: postać z kubkiem kawy – nie do końca wiadomo, czy to kobieta, czy mężczyzna, bo jest nieostra. Ostrość jest na zaciekach wody na szybie zewnętrznej okna pociągu, którym jadę z prędkością 250 km/h. Postać jest w pociągu, który jedzie z podobną prędkością w przeciwnym kierunku. Odległość między nami to około jeden metr. A jak się cofasz, to za tą wielką, pionową jeszcze bardziej nieostrą formą wiszą na zagłówku fotela moje okulary. Czyli dokładnie widzisz przez prawe szkło to, czego ja wtedy nie widziałem. W sumie widzimy więc tak naprawdę razem to samo dopiero na wystawie! Fotografia bywa cudownie nieuchwytna.

Dziewczyna na skuterze: ten obraz jest dla mnie jednym z bardziej kosmopolitycznych na całej wystawie. Jest japoński, ale równie dobrze mógłby być francuski albo włoski. Trochę haute couture, jakby prosto z planu zdjęciowego reklamy perfum, a trochę zwykły uliczny snaps. Zauważony czy zaplanowany? Znaleziony czy zakomponowany? Cała magia i tak jest w powiększeniu i skali tej pracy. Urasta do znaku wizualnego, linii, barw. A raczej szalonych – znów – odbić.

W.W.: Dziewczyna na skuterze to topowy motyw w fotografii: bawili się nim William Klein, Robert Doisneau czy Tadeusz Rolke. Z mojej strony jest to więc całkowicie świadoma gra z kalkami widzenia, powielania, powidoków itp. Ja lubię ten fragment transparentnej pleksi kasku, stąd tak duże powiększenie. To taka współczesna japońska rycerka, samurajka via Roma i le chic parisien. Takie remiksy stylizacji najlepiej wychodzą Japończykom. Wiedzą, jak żonglować konwencją.

Jaki obraz zrobił na Tobie ostatnio ogromne wrażenie?

W.W.: Dama z gronostajem Leonarda da Vinci, zobaczona o 16:56, 6 listopada 2020 r. w Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Czyli na cztery minuty przed wprowadzeniem drugiego lockdownu. Marzę, że od tamtego czasu ostatnią osobą, którą Dama widziała, byłem ja. Sfilmowałem też lapidarną wypowiedź mojej kuratorki: „Stwierdzam fachowym okiem, że jest źle oświetlona”.

Kolejny lockdown zmienił czas otwarcia wystawy: z listopada 2020 r. na luty 2021 r. Dziś pierwsi widzowie odwiedzili już Muzeum. Z jakimi uczuciami chciałbyś, żeby wychodzili z „Paradise 101”?

W.W.: Cieszę się, że stworzyłem wystawę, którą mogą zobaczyć różne pokolenia, w tym dzieci. Dla nich wymyślona jest część z latarkami, żeby się nie nudziły, mogły się pooświetlać i pobiegać, wpadając na foty wbrew typowym upomnieniom, żeby nic nie zniszczyć i nie dotykać „eksponatów”.

Wystawa „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska
Wystawa „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

A.D.: Pierwotnie mieliśmy się otworzyć w lipcu. Stanęło na listopadzie, ale wtedy też się nie udało. O zamknięciu muzeów dowiedzieliśmy się z radia w samochodzie, w drodze na montaż, 100 km od Krakowa... Uratowała nas pokora, dyscyplina planu i wspomniany profesjonalizm Mangghi. Dziś wystawa daje wgląd w świat, którego już nie ma. Na szczęście nigdy nie była pomyślana jako retrospektywa, nie ma w tej narracji grama nostalgii. Chodziło raczej o zanotowanie faktu, że fotografia jest jak dodatkowy żywioł, tak jak woda czy powietrze. Obraz cyfrowy wpływa na nas codziennie, jest filtrowany przez algorytmy. Żeby opowiedzieć o tej sile oddziaływania obrazu, sięgamy po fizyczne podłoże – papier fotograficzny. Bez niego intencja obrazu jest jak budynek, który pozostaje na etapie modelu 3D w aplikacji graficznej. Widz ma się przenieść do innego świata i „zgubić” we własnych myślach, skojarzeniach, spostrzeżeniach. Kontakt ze sztuką ma być jak medytacja.

W całym procesie przygotowywania miałaś chyba więcej do powiedzenia niż klasyczny kurator z instytucji. Byłaś obserwatorką powstawania prac, a wręcz inicjatorką…

A.D.: Podczas pracy nad wystawą naturalnie wytworzył się podział pracy. Wojtek był zajęty de-konstrukcją archiwum, a ja scenariuszem dla prac z 2019 r. W Japonii przez miesiąc obserwowałam Wojtka, jak pracuje „w terenie”, fotografuje i filmuje. Wymyśliłam wtedy jedną z prac wideo „5 Oddechów”, która miała być odpowiedzią na postawione w trakcie wyjazdu pytanie: „jak sfotografować oddech?”. Chciałam go sprowokować do skonstruowania pracy, w której połączy widzenie filmowe z fotograficznym. Udało się, chociaż nad tą instalacją pracował najdłużej ze wszystkich.

Teraz projekt zacznie żyć własnym życiem, a my już zastanawiamy się co dalej? Jako duet artysta – kurator z zaintrygowaniem śledzimy informacje o rozwoju transmisji danych, materii czy obrazu i zastanawiamy się, które z tych nowych środków ekspresji mogą być tworzywem dla współczesnej sztuki. Nie chodzi o podążanie za modami, tylko o zadawanie sobie pytań: „gdzie jestem? Do jakiej zmiany chcę inspirować swoją wypowiedzią? Jak mogę rozwijać swój język wypowiedzi artystycznej dzięki technologiom cyfrowym, aby jak najskuteczniej dotrzeć do odbiorcy?”. Sztuka zawsze była blisko technologii, te dziedziny się wzajemnie zasilają. A dzisiaj szczególnie rolą kultury jest pielęgnowanie naszej duchowości, empatii.

Instalacja wideo „EXDEFILM” z wystawy „Paradise 101” w Muzeum Manggha. © Wojtek Wieteska

 

Wystawę „Paradise 101”, której patronuje „Przekrój”, można oglądać do 16 maja w krakowskim Muzeum Manggha.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi z zagranicy lub przeczytaj go po angielsku na naszej anglojęzycznej stronie Przekroj.pl/en!

 

Data publikacji:

Joanna Kinowska

Historyczka sztuki specjalizująca się w fotografii. Była kuratorką około 100 wystaw monograficznych i zbiorowych. Pracuje w Służewskim Domu Kultury jako kierownik ds. edukacji kulturalnej. Fotoedytorka książek fotograficznych i jurorka konkursów. Recenzentka przeglądów portfolio. Współorganizatorka konkursu Fotograficzna Publikacja Roku. Współpracuje z „Przekrojem”, „Digital Camera Polska” i Fotopolis.pl. Założycielka bloga „Miejsce fotografii”.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!