pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
Kiedy stos naukowych książek spadnie ci na głowę, wiedz, że będzie się działo. Pisze francuski ...
1982-10-31
archiwum
Cisza, sen trwa!

Kiedy stos naukowych książek spadnie ci na głowę, wiedz, że będzie się działo. Przynajmniej w nieokiełznanej wyobraźni XX-wiecznego francuskiego mistrza groteski.

Czyta się 16 minut

Marsjanin wpatrywał się w Krystynę Spoc trojgiem oczu: zielonym, czerwonym i migającym żółtym. Zawyła ze strachu.

– Nie warto krzyczeć – szczeknął. – Nikt pani nie usłyszy. Zabezpieczyłem się.

– Właśnie, że mnie usłyszy Krzysztof Arno! Wyrwie mnie z pańskich brudnych łap! Zapłaci pan za swoje niecne czyny, Marsjaninie bez serca!

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Nie mamy serc, Ziemianko, ale za nimi przepadamy. Nasi kucharze znają dziesięć i pół tysiąca sposobów przyrządzania serca! Że wspomnę tylko serce zapiekane na dłoni, serce duszone we łzach czy serce w rozterce. Twoje serce musi być bardzo delikatne, skosztuję go na surowo!

Rozwinął błony i fruwał po pokoju, obijając się o meble.

– Krzysztof Arno mnie uratuje – dyszała nieszczęsna Krystyna. 

– Ten twój Krzysztof nie… 

Marsjanin zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dzierżąc w dłoni dymiący jeszcze dezintegrator, Krzysztof Arno przyklęknął obok zemdlonej dziewczyny.

Otworzyła oczy.

– Krzysztof… Mój kochany!

– Krystyno… Najdroższa!

Tulili się długo, głusi na dzwonek budzika.

Było już po jedenastej, kiedy Krzysztof Arno ostrożnie otworzył oczy. Najpierw odruchowo pomacał guz na szczycie głowy. Guz osiągał właśnie rozmiary kretowiska. Migrena jednak minęła. Poprzedniego dnia stos naukowych książek spadł mu na potylicę, a wiadomo przecież, jak ciężkie są naukowe książki. Stojąca na drabinie Krystyna rozpłakała się.

– To moja wina… Co za niezdara ze mnie! Teraz mnie pan znienawidzi, wyrzuci mnie pan… Jaka ja jestem nieszczęśliwa!

Zaprzeczył niewyraźnie, otumaniony jeszcze uderzeniem:

– Ależ nie, ależ nie, to nic takiego…

Zemdlał.

Znalazł jednak dość sił, by pójść z Krystyną do apteki na rogu ulicy. Tam go zbadali i opatrzyli.

– Gotowe – oświadczył aptekarz. – Chyba nic panu nie będzie. Na wszelki wypadek może pan zrobić prześwietlenie. To już zależy od pana. Proszę wracać do domu. Jutro będzie pan miał wielkiego guza.

Krystyna głośno pociągała nosem.

– Ach, panie Arno, dałabym nie wiem co, żeby mi pan przebaczył.

– Wybaczam pani – mruknął słabym głosem.

Wówczas, spontanicznie jak pensjonarka, złożyła na jego czole krótki pocałunek i uciekła w kierunku księgarni.

– No, jeśli chodzi o pocałunek, to sprawa poważniejsza. Na to nie mam lekarstwa. Jedyny skuteczny sposób to jeszcze raz dostać w potylicę stosem książek, stosem tak wielkim, żeby do reszty stracić głowę.

Krzysztof uśmiechnął się na wspomnienie pesymistycznych słów aptekarza. No, wolał jednak pocałunki od guzów!

Przeciągnął się i wstał z łóżka. Inna sprawa, że gdyby nie on, biedna Krystyna wpadłaby w niezłe tarapaty. Wyglądało na to, że Marsjanin nie żartował, mówiąc o potrawach.

Krzysztof był jeszcze pochłonięty roztrząsaniem w myślach wszystkich szczegółów nocnej przygody, gdy na podeście schodów spotkał dozorczynię. Uścisnęła mu rękę, wzruszona.

– Brawo, panie Arno! Był pan wspaniały!

– Nieprawdaż? Nie ma dla mnie listów?

– Nie, nic nie ma. Do widzenia, panie Arno. My tu wszyscy trzymamy z panem. Precz z Marsjanami!

– Dziękuję. Do widzenia.

Dopiero czekając pod czerwonym światłem na ulicy Saint-Péres, Krzysztof zdał sobie sprawę z tego, że paplanina dozorczyni była co najmniej dziwna. Co chciała powiedzieć przez „brawo, panie Arno!” i „precz z Marsjanami!”? Czyżby wiedziała o jego śnie? Ale skąd? To nie miało sensu!

Gdy postawił samochód na parkingu, strażnik poklepał go po ramieniu.

– Pan był wspaniały, panie Arno, naprawdę świetny. Kiedy powiedziałem żonie, że pana znam, nie chciała wierzyć. Byłoby nam bardzo miło, gdyby pan nas odwiedził któregoś wieczoru.

Podał kwit Krzysztofowi, któremu szczęka opadła.

– Kiedy byłem wspaniały?

– Żartuje pan! To marsjańskie bydlę chciało pożreć serduszko milutkiej Krystynki! Aha, właśnie: niech ją pan ode mnie pozdrowi!

Krzysztof zrezygnował z dyskusji. Chwycił kwit i pośpieszył do księgarni.

– Dziękuję, panie Arno – powiedziała Krystyna, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. – Nigdy panu tego nie zapomnę!

– Czego mi pani nie zapomni? Za co mi pani dziękuje?

– Za wczorajszą noc! Z Marsjaninem!

– Więc pani uważa, że naprawdę panią uratowałem?

Wybuchnęła śmiechem.

– Och, nie, panie Arno. Umiem przecież odróżnić sen od jawy. Nie, po prostu dziękuję panu za to, że dał mi pan rolę w swoim śnie. Bardzo się podobał, wie pan? Teraz ludzie poznają mnie na ulicy. Przyjaciółki nie mogą wyjść z podziwu. To cudowne!

Krzysztof opadł na taboret.

– Czy chce pani przez to powiedzieć, że moje sny są publiczne? Że innym śni się to samo co mnie? Od jak dawna? Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

– Dopiero od wczorajszej nocy. Ale to prawdziwy sukces! Mam nadzieję, że tak będzie dalej; ludzie na pana liczą. W każdym razie w Paryżu. Nie wiem, jaki zasięg mają pańskie sny. To wszystko pewnie przez ten… przez ten…

– Może przez ten stos naukowych książek?

Roześmiał się z jej nieszczęśliwej miny.

– A skąd wiadomo, że to mój własny sen, a nie taki, w którym tylko gram rolę?

– Zabezpiecza się pan. Przed snem idzie napis: „Copydream Krzysztof Arno”. Nie ma mowy o pomyłce. I dał mi pan rolę! Wszyscy mężczyźni będą o mnie śnić! Uwielbiam pana!

Wciąż pod wrażeniem rewelacyjnych wiadomości Krzysztof przeszedł na drugą stronę ulicy, by uporządkować myśli z pomocą potrójnego koniaku. Jerzy, właściciel baru, często wstępował do księgarni po kryminały.

– Cześć, Krzysztof! Brawo! Wczorajsza noc była świetna! Musisz mi powiedzieć, o której idziesz spać dziś wieczór. Nie chciałbym przegapić dalszego ciągu. No bo przecież będzie dalszy ciąg, co?

– Być może. Powiem ci, kiedy opróżnię kieliszek.

Alkohol dobrze mu zrobił. Wszystko wydawało się teraz mniej dziwne, przygoda bardziej prawdopodobna. Gdyby nie ten przeklęty guz…

– Pan Krzysztof Arno?

– Tak, to ja. Słucham pana.

– Jestem Luc Naomy z TWOREK (Towarzystwo Wdrażania i Organizacji Reklamy Ekonomicznie Konsekwentnej). Czy mógłbym z panem porozmawiać?

– Oczywiście.

Obaj mężczyźni udali się do stolika w głębi baru.

Luc Naomy, młodzieniec niskiego wzrostu, dosyć cherlawy, sprawiał jednak wrażenie człowieka o niezłomnie silnej woli. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował Krzysztofa.

– Nie palę.

– Nie? Szkoda. Oto co mnie sprowadza, panie Arno. Zajmuję się reklamą papierosów Chrych. To dobre papierosy, ale od niedawna na rynku, więc jeszcze nie mają nabywców. Wystarczyłoby pewnie, gdyby pan w jednym ze swoich snów zapalił Chrycha. Nie pożałuje pan tego.

Krzysztof wybuchnął śmiechem. Pomysł wydał mu się przezabawny.

– Rozczaruję pana. Nie jestem w stanie zapanować nad moimi snami. Nawet gdybym chciał, nie mógłbym przyjąć pańskiej propozycji.

– Nie dziwią mnie pańskie obiekcje. Ale to już moje zmartwienie. – Luc Naomy wydobył z kieszeni przygotowaną umowę.

– Niech pan tylko podpisze ten dokument. W dowód zaufania wypłacę panu gotówkę od razu. W zamian proszę tylko o jedną rzecz: o klucz od pańskiego mieszkania. Jeżeli w ciągu tygodnia nie przyśnią się panu Chrychy, pieniądze należą do pana, a ja nie jestem pracownikiem TWOREK.

Krzysztof spoglądał to w pełną napięcia twarz Luca Naomy’ego, to na różowe kartki umowy. Nie widział jednak ani jednego, ani drugiego. Oczyma wyobraźni oglądał olbrzymią, kilkupiętrową, supernowoczesną księgarnię, z niezliczoną ilością ekspedientek. Na piętrach hall wystawowy, barek, basen, sala kinowa.

– Zgoda. Podpisuję.

Luc Naomy radośnie podał gruby plik banknotów w zamian za niewielki klucz.

– Dziś wieczorem, o dziewiątej, w łóżku! – rzucił, znikając.

Zastąpił go natychmiast tłusty jegomość w brązowym garniturze.

– Pan Krzysztof Arno? Beniamin Full z CZUBKI (Centralne Zjednoczenie Upowszechniania Bezcennej dla Klienta Informacji). Widzę, że podpisał pan kontrakt z Lucem Naomym. Mam nadzieję, że my też dojdziemy do porozumienia.
Beniamin Full położył na stole plik, wobec którego ten od Luca Naomy’ego był nędznym zwitkiem.

– Panie Arno, ja tam lubię prosto z mostu. Pozmywaj pan naczynia w swoim śnie przy użyciu Brzdęka, a te pieniądze należą do pana.

– Bardzo chętnie, ale nie mogę niczego obiecać – wyjaśnił cierpliwie Krzysztof. – Nie panuję nad moimi snami!

Uśmiech wykrzywił mięsiste wargi człowieka w brązowym garniturze.

– Już ja się tym zajmę. Proszę tylko podpisać i dać mi klucz!

– Zgoda.

Przez cały dzień osobnicy z kieszeniami pełnymi banknotów przewijali się przez bar i księgarnię. Jeden reklamował lodówki Igloosan (Igloosan – Igloo… sen!), inny samochody Wrumwrumwrum, jeszcze inny wędliny Dobresadło. Był też cukier Buburak, pończochy Stopar, syrop Ulipekt, dziennik „Noc”, pastylki Motylki; przyszedł nawet jakiś młody pisarz i prywatnie poprosił Krzysztofa, żeby wspomniał o jego ostatniej książce pt. Już nie mogę, kochanie.

Roland Topor, ilustracja z archiwum nr 1951(1982)
Roland Topor, ilustracja z archiwum nr 1951(1982)

O szóstej po południu noc już była tak zapchana, że Krzysztof musiał zapisywać na sjestę. Kiedy i sjestę wypełnił, odmówił przedstawicielowi firmy Ziewu-ziewu, który radził brać w ciągu dnia rewelacyjne pastylki nasenne.

Powiedział „do widzenia” Krystynie, której twarz, artystycznie umalowana, tryskała radością.

– Niech się panu przyśni coś miłego, panie Arno. Do jutra.

Sypialnia przypominała Disneyland. Jedne na drugich tłoczyły się tam plansze i transparenty; napisy różnych rozmiarów i we wszystkich kolorach tańczyły zwariowany balet kaligraficzny. Prześcieradła pełne były reklamowych haseł, poduszki szeptały nazwy produktów, sufit mrugał neonowymi napisami.
Tej nocy Krzysztofowi śniło się, że przejmuje władzę, obniża podatki, rozwija budownictwo, udziela ogromnych kredytów na oświatę i badania naukowe, popiera literaturę i sztukę, rozwiązuje wojsko.

Nazajutrz, w chwili gdy już miał wejść do księgami, podeszli do niego dwaj mężczyźni i poprosili, by szedł z nimi. Nie mógł odmówić, więc przyjął zaproszenie. Zawieźli go do urzędu mieszczącego się w nieznanym mu gmachu i doprowadzili przed komisję, której członkowie spojrzeli na niego ponuro i z niesmakiem.

– Ach, więc to wy posialiście zamęt i anarchię!

– Ja… ja nienaumyślnie!

Stary, łysy mężczyzna, zapewne przewodniczący komisji, zabrał głos:

– Wykorzystujecie nielegalnie zdobyte środki i podsuwacie obywatelom wywrotowe myśli. To niedopuszczalne. Od dzisiaj jesteście obowiązani przedkładać komisji dokładny konspekt tego, o czym macie zamiar śnić w ciągu nocy.

– Ależ ja tego nie wiem! Nie śni mi się to, co chcę!

– Tym gorzej dla was! Nie będziemy tolerowali żadnych odchyleń od norm moralnych. Nie zapominajcie, że nawet dzieci mają dostęp do waszych snów! Najlepiej, żebyście wcale nie spali, dopóki nie znajdziemy sposobu na to, by ochronić publiczność przed waszym niezdrowym bełkotem.

– Mowy nie ma! – wrzasnął Krzysztof, tracąc cierpliwość. – Nic mi nie możecie zrobić!

– Nie bądźcie tacy pewni. Coś tam zawsze znajdziemy, a wtedy…

– Nie usłucha ich pan? – spytała Krystyna, gdy opowiedział jej o rozmowie. – Oni są zdolni do wszystkiego! Pańskie sny docierają aż do Belgii, aż do Szwajcarii, a nawet dalej, tylko że tam już ludzie nie rozumieją naszego języka. Jest pan teraz jednym z najpotężniejszych ludzi na świecie! Nie zawahają się przed niczym, żeby się pana pozbyć. Nie chciałabym, żeby się panu przytrafiło coś złego, panie Arno.

– Proszę mnie nie nazywać panem Arno. To brzmi, jakbym miał siedemdziesiąt lat. Na imię mi Krzysztof.

– A mnie Krystyna.

– Krysiu…

– Krzysiu…

Ich usta się spotkały.

…Zapali pan? – spytał Marsjanin, ogryzając kawałek zielonkawego mydła.

– Nie, nie znoszę dymu – odparł Krzysztof – zresztą palenie szkodzi zdrowiu.

– Zdawało mi się, że pali pan jakieś Krychy czy Krachy, nie pamiętam dokładnie.

– Może Prychy? Nie, nigdy. Dlaczego pan je to mydło?

– Jest tak kiepskie, że nie nadaje się do niczego innego – westchnął smutno Marsjanin. – À propos, wszystkie wasze wyroby są nic niewarte. Czemu nie przyjeżdżacie po zakupy na Marsa? U nas wszystko jest lepsze i tańsze.

– Tak… to jest myśl.

– Nasze kobiety też są ładniejsze od waszych. Na przykład ta pańska Krysia jest brzydka jak noc.

– Może nie jest najpiękniejsza, ale brzydka też nie jest…

Marsjanin pofruwał w powietrzu, aby rozprostować błony.

– E tam, w porównaniu z Marsjankami jest do niczego. Żeby chociaż nie była tak bezdennie głupia!

– Przesadza pan – zaprotestował słabo Krzysztof.

– Wcale nie. Wie pan przecież. Niech pan patrzy.

Grupa Marsjanek rozpoczęła lubieżny taniec, od którego nieszczęsny młodzian poczerwieniał.

– Nie! Nie! Komisja! Nie wolno! 

Marsjanki zrozumiały krzyki jako zachętę i stały się jeszcze bardziej lubieżne.

Zjawili się członkowie komisji. Ku rozpaczy Krzysztofa byli całkiem nadzy. Oni też puścili się w tany.

Obudził się z czołem mokrym od potu. Za oknem świeciło słońce, śpiewały ptaszki, ale wiedział już, że dzień będzie ciężki.

Rzeczywiście, sen się nie podobał. Krzysztof szybko pojął, że jego popularność maleje. W księgarni telefon dzwonił bez przerwy. Luc Naomy szalał z wściekłości, Beniamin Full bełkotał z furią, któryś z członków komisji gdakał z oburzenia. Krystyna nie odzywała się.

To było najgorsze. Miała zaczerwienione oczy. Co chwila przygryzała górną wargę, ale to niewiele pomagało. Łkanie i tak wydobywało się z jej drżących ust.
Krzysztof był nieszczęśliwy. Nienawidził siebie samego, było mu wstyd. Chcąc się usprawiedliwić, powiedział:

– Krysiu, ja wcale tak nie myślę. To był tylko sen… Kocham cię…

– Niech pan nic nie mówi! Nie chcę już pana słyszeć, nie chcę pana widzieć. Nienawidzę pana. Och, ile ja się przez pana wstydu najadłam! Nie przeżyję tego!

Zgięła się wpół i padła na podłogę, wstrząsana łkaniem.

Krzysztof podszedł do półki z naukowymi książkami i rozmyślnie zrzucił sobie na głowę cały ich stos.

…Marsjaninowi towarzyszył tuzin morskich szczupaczków uzbrojonych w dezintegratory.

– Nie wiedziałem, że poszliście na współpracę z Marsjanami – rzekł Krzysztof cierpko. – Czy nie ma w was za grosz ziemskiego patriotyzmu?

– Tak – odrzekł najstarszy szczupak – ale oni jedzą mało ryb.

– Zdezintegrujcie go – rozkazał Marsjanin – to go nauczy rozumu.

Szczupaki przywiązały Krzysztofa do klucza wiolinowego.

– Kiedy się wykluje dziewiąta godzina, zostanie pan zdezintegrowany.
Wtedy ujrzał wielki zegar, na którego tarczy zamiast cyfr leżały jajka. Co godzina ze skorupki wykluwało się pisklę.

– Litości – błagał Krzysztof. Podszedł do niego stary człowiek, ciągnąc wózek, na którym było napisane SAMOTNY.

– Z Marsjanami – rzekł – trzeba się mieć na baczności. Żegnaj!

Właśnie wykluło się dziewiąte pisklę. Starszy szczupak wydał komendę:

– Cel…

Otworzył oczy i zobaczył, że znajduje się w przestronnej, białej sali. Leżał w łóżku, a dookoła było mnóstwo takich samych łóżek. Kobiety i mężczyźni spacerowali cicho.

– Budzi się – powiedział jakiś głos.

Krzysztof odwrócił głowę. Ujrzał Krystynę, a obok niej dziwnego stwora. Poznał go od razu: to Marsjanin.

– Jak się czujesz, kochanie? Czy bardzo cierpisz?

Dotknął ręką głowy. Guz zniknął. Na jego miejscu było teraz małe wgłębienie.

– Czuję się dobrze. Kto… kto to jest?

Krystyna z uśmiechem spojrzała na Marsjanina, a ten się zakołysał.

– No jak to, kochanie, przecież to twój przyjaciel, Marsjanin. Uratował ci życie. Nie pamiętasz?

Marsjanin wydał łagodne „hau, hau”.

– No tak, zwariowałem – jęknął młodzieniec.

Krystyna pochyliła się i pocałowała go w ucho.

– Ależ nie, kochanie, teraz właśnie jesteś wyleczony. Niebezpieczeństwo minęło. Nie masz już tych koszmarnych snów o jakiejś księgarni…

Roland Topor, ilustracja z archiwum nr 1951 (1982)
Roland Topor, ilustracja z archiwum nr 1951 (1982)

Tłumaczył Tomasz Matkowski

Tekst pochodzi z numeru 1951/1982 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

 

Data publikacji:

Roland Topor

Francuz, potomek polskich Żydów, syn malarza i rzeźbiarza Abrama Topora. Artysta wszechstronny: malarz, rysownik, scenarzysta, powieściopisarz, ilustrator, dramaturg i aktor. Mistrz czarnego humoru. Żył w latach 1938–1997. „Jaki był Roland Topor? Wzrostu żadnego. Tendencja do tycia. Oczy wybałuszone – prawie wylatujące z orbit, no i ten śmiech to prawie brak wychowania. Ubrany przeciętnie, sans recherche jak mówią Francuzi, zawsze brudne buty i wymięte spodnie, i zarost, wyrastający z zastraszającą szybkością… Jego gusta kulinarne? To już przechodzi wszelkie granice przyzwoitości! […] Przepada za kotletem schabowym z kapustą, makowcem i wszystkim, czego nie cierpi przeciętny Francuz” – wspominał jego przyjaciel, grafik Roman Cieślewicz.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!