Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Dino Buzzati

Cicha noc
Opowiadanie ogrodowe

ilustr. Marek Raczkowski
Cicha noc
Cicha noc

Nocą na naszych trawnikach dzieją się rzeczy, o których nie śniło się nawet ogrodnikom.

Jęknęła przez sen. Na drugim łóżku on, siedząc, czytał w skupionym świetle lampki. Podniósł wzrok. Lekko drgnęła, poruszyła głową, jak by pragnęła coś z siebie strząsnąć. Podniosła powieki i spojrzała na mężczyznę, przerażona, jak by widziała go po raz pierwszy. Potem uśmiechnęła się lekko. 

– Co się dzieje, kochanie? 

– Nic. Nie wiem czemu czuję lęk, jakiś niepokój... 

– Jesteś trochę zmęczona podróżą. Za każdym razem jest to samo i pewnie masz trochę gorączki. Nie przejmuj się, jutro wszystko minie. 

Milczała chwilę, wciąż przyglądając mu się szeroko otwartymi oczyma. Dla nich, przybyłych z miasta, cisza starego wiejskiego domu była naprawdę przesadną. Był to hermetyczny blok ciszy; zdawało się, że ukryto w nim czekanie – zupełnie jak by mury, belki, meble, wszystko wstrzymało oddech. 

Potem zapytała spokojnie: 

– Carlo, co jest w ogrodzie? 

– W ogrodzie? 

– Carlo, proszę cię, skoro wstałeś, czy nie zechciałbyś wyjrzeć na dwór? Mam wrażenie, jak by... 

– Jak by tam ktoś był? Co za pomysł! Kto mógłby być w ogrodzie o tej porze? Złodzieje? – Roześmiał się. – Złodzieje mają co innego do roboty, niż kręcić się wokół takiego starego domu... 

– Och, proszę cię, Carlo, wyjrzyj. 

Wstał, otworzył okno, odsunął okiennice, wyjrzał na dwór i zdumiony znieruchomiał. 

Po południu była burza, a teraz, w zdumiewająco czystym powietrzu, rogalik księżyca zjawiskowo oświetlał nieruchomy, pusty i cichy ogród. Cichy, bo świerszcze i żaby stanowiły właśnie część ciszy. 

Był to zwykły ogródek: dobrze wystrzyżony trawnik z małą wysypaną żwirem alejką, która tworzyła koło i rozchodziła się w różnych kierunkach. Tylko po bokach trawnika były grządki kwiatów. Ale był to ogród jego dzieciństwa, kawałek życia, symbol zagubionej szczęśliwości i zawsze w księżycowe noce ogród ten zdawał się przemawiać namiętnymi, lecz niezrozumiałymi aluzjami. 

Na wschodzie w mroku wznosiła się bariera przyciętych w łuki grabów, na południu niska ściana krzewów, na północy schody, wiodące do warzywnego ogródka za domem. Wszystko odpoczywało w natchniony i wspaniały sposób, w jaki natura śpi w blasku księżyca, sposób, którego nikt nie zdołał wyjaśnić. Mimo to, jak zwykle, widok tej pełnej piękności, którą oczywiście można się sycić, ale której nikt nie może sobie przywłaszczyć, wywoływał w nim głębokie zniechęcenie. 

– Carlo – zawołała z łóżka Maria, zaniepokojona tym, że patrzył znieruchomiały. –Kto tam jest? 

Zamknął okno, zostawiając otwarte okiennice i odwrócił się. 

– Nikogo nie ma, kochanie. Jest wspaniały księżyc. Już dawno nie widziałem takiego spokoju. 

Sięgnął po książkę i znowu usiadł na łóżku. 

Była jedenasta dziesięć. 

Dokładnie w tym momencie, na południowo-wschodnim krańcu ogrodu, w cieniu grabów łagodnie, stopniowo unosić się zaczęła ukryta w trawie pokrywa wąskiego kanału, który gubił się pod ziemią. Jednym skokiem wydostała się stamtąd krępa, czarniawa istota i zaczęła gwałtownie biec, zygzakiem. 

Zawieszony na łodydze trawy młodziutki konik polny odpoczywał szczęśliwy. Jego miękki zielony odwłok drgał wdzięcznie w rytm oddechu. Łapy czarnego pająka z wściekłością zanurzyły się w jego klatkę piersiową, rozrywając ją. Małe ciałko drgnęło, prostując długie tylne nóżki. Okrutne szczypce już oderwały głowę, a teraz grzebały w brzuchu. Z rozszarpanych kawałków trysnęła posoka, którą morderca począł chciwie lizać. 

Cały pochłonięty demoniczną rozkoszą posiłku nie dostrzegł na czas gigantycznej, ciemnej sylwetki, która z tyłu zbliżała się. Trzymając jeszcze łapami ofiarę, czarny pająk zniknął na zawsze w szczękach ropuchy. 

Ale w ogrodzie wszystko było poezją i światłem księżyca. 

Zatruty kolec zagłębił się w delikatny miąższ ślimaka, który kierował się w stronę ogrodu warzywnego. Ślimak zdołał jeszcze przesunąć się o dwa centymetry, z zawrotem głowy, nim zorientował się, że nie włada już całym ciałem. Odczuł, że jest stracony. Czuł szczęki atakującej larwy, która rozrywała go wściekle, żłobiąc potworne jamy w pięknym, tłustym i sprężystym ciele, z którego taki był dumny. 

W ostatnich chwilach haniebnej agonii zdążył jeszcze zauważyć, że przeklętą larwę zaatakował pająk, rozszarpując w mgnieniu oka. 

Trochę dalej, czuła idylla. Z zapaloną, drgającą latarenką robaczek świętojański krążył wokół stałego światełka apetycznej młodej samiczki, rozkosznie wyciągniętej na liściu. Tak czy nie? Tak czy nie? Zbliżył się do niej, spróbował pieszczoty – pozwoliła. Pochłonięty miłością zapomniał, jakim piekłem może być łączka w księżycową noc. W chwili, gdy całował towarzyszkę, złoty żuk jednym ciosem rozpłatał mu brzuch. Mały żołądek świętojańskiego robaczka dalej pulsował – tak czy nie – choć napastnik połknął go już w połowie. 

W tej chwili, zaledwie o pół metra dalej – dziki zgiełk. Wszystko uspokoiło się w przeciągu kilku sekund. Coś wielkiego i miękkiego spadło jak grom z góry. Ropucha poczuła na plecach fatalny oddech i próbowała się odwrócić. Ale już kołysała się w powietrzu w szponach wielkiej sowy. 

Na pozór nie dostrzegało się niczego. Cały ogród był poezją i błogim spokojem. 

Jarmark śmierci zaczął się o zmierzchu. Teraz osiągał paroksyzm. I trwać miał aż do świtu. Wszędzie masakra, męczarnie, morderstwa. Skalpele rozcinały czaszki, szpony łamały nogi, pazury grzebały we flakach, cęgi wyrywały, kolce wbijały się, zęby rozszarpywały, żądła sączyły truciznę, sieci omotywały, unicestwiając żyjących jeszcze niewolników. Od najmniejszych mieszkańców mchów poczynając przez larwy, pająki, żuki, stonogi, aż po skorpiony, ropuchy, krety, sowy, rozpętywała się nieprzeliczona armia żądnych rzezi morderców, zabijając, torturując, rozdzierając, rozpruwając brzuchy, pożerając. Tak jak by w wielkim mieście każdej nocy dziesiątki tysięcy spragnionych krwi, uzbrojonych po zęby złoczyńców wychodziło ze swych kryjówek i wpadając do domów mordowało śpiących. 

Tam, w głębi, Caruso świerszczy umilkł nagle, połknięty przez kreta. Koło alejki gasła latarenka świetlika, rozpłatanego paszczą żuka. Rechot duszonej przez żmiję żabki stał się łkaniem. A mała ćma nie powróciła już bić skrzydełkami o szyby oświetlonego okna. Z boleśnie zgniecionymi skrzydłami wierci się uwięziona w żołądku nietoperza. Przerażenie, niepokój, rozdarcie, agonia, śmierć dla tysięcy, tysięcy stworzeń boskich – oto czym jest nocny sen ogrodu o wymiarach trzydzieści metrów na dwadzieścia. 

A tak samo jest w okolicy, tak samo poza mieniącymi się szkliście w blasku księżyca bladymi i tajemniczymi górami. Tak samo wszędzie, gdy tylko spłynie noc: unicestwienie, eksterminacja. Kiedy zaś rozprasza się noc i wschodzi słońce, zaczyna się inna rzeź, pojawią inni, choć równie okrutni mordercy. 

Tak było zawsze od początku dziejów i będzie tak samo przez wieki, aż do skończenia świata. 

Maria rzuca się w łóżku, wydając ciche, niezrozumiałe jęki. A potem, przerażona, znowu otwiera oczy: 

– Carlo, gdybyś wiedział, jaki straszny sen miałam. Śniło mi się, że tam, w ogrodzie, mordowano kogoś. 

– Ależ uspokój się, kochanie. Położę się koło ciebie. 

– Carlo, nie śmiej się, ale mam jeszcze dziwniejsze wrażenie. Sama nie wiem. Tak jak by coś się działo w ogrodzie. 

– Coś ty znów wymyśliła? 

– Proszę, nie odmawiaj, Carlo. Chciałabym, żebyś wyjrzał. 

Potrząsnął głową i uśmiechnął się. Wstał, podszedł do okna i otworzył je. 
Świat, zalany księżycowym światłem odpoczywał w niezmiernym spokoju. Znowu to uczucie zachwytu, tajemnicza tęsknota. 

– Śpij spokojnie, kochanie, na dworze nie ma nikogo. Nigdy nie było takiej ciszy.

Przełożyła Wanda Błońska

Data publikacji:

Dino Buzzati

Uważał się za malarza, który dla przyjemności, niestety wciąż się niekończącej, jest także pisarzem i dziennikarzem. A było odwrotnie. Na chleb zarabiał w dzienniku „Corriere della Sera”, sławę przyniosły mu opowiadania i powieści, przede wszystkim „Pustynia Tatarów”. Żył w latach 1906–1972.