Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Anna Davis

Choinka

Alden Finney Brooks "Dziecko czytające kartkę świąteczną" (zbiory Met Museum)
Choinka
Choinka

Grudzień 1978 (7 lat)

Chcę sztuczną choinkę, taką jak u Nicoli: z góry na dół różową i migocącą, a nie nudną, zieloną. Nicola to ma nawet miniaturkę w swoim pokoju. Ale mama i tata mówią tylko: „Nie jesteśmy rodziną Nicoli”, a to jest ich stała odpowiedź, ilekroć coś chcę: włochaty dywan, żółwia, szafkę na telewizor, ciastka z disnejowskimi bohaterami i tak dalej.

A do tego jeszcze muszę czekać ze stawianiem choinki aż do ostatniej niedzieli przed Bożym Narodzeniem. U Nicoli robią to na początku grudnia. Mama mówi, że gdybyśmy postawili wcześniej, to choinka zaczęłaby się sypać jeszcze przed Świętami. No ale odpowiedź na to jest oczywista, co nie? Sztuczna choinka...
Nareszcie nadchodzi ten dzień, stawiamy. Jest rzeczywiście wielka, sięga prawie do sufitu (znacznie większa niż u Nicoli). Tata znosi ze strychu ozdoby i godzinami rozplątuje światełka. Mama zajmuje się anielskimi włosami i strasznie się przejmuje, jak dokładnie je ułożyć.

Musimy poczekać z wieszaniem wszystkiego, aż skończą, a schodzi im tak długo, że mój czteroletni brat, Rhidian, dostaje małpiego rozumu. Mamy cały wachlarz ozdób. Najbardziej lubię grubego, plastikowego Świętego Mikołaja, kudłatego bałwana i te połyskliwe, skrzące się, które wyglądają jak sztuczne ognie. Rhidian robi się nieznośny, bo sam chce wieszać wszystko, co najfajniejsze, ale łatwo go nabrać. Mówię mu, że ja to chcę wieszać wszystkie te syfiaste drewniane ozdóbki, które mama i tata kupili w Niemczech. Oczywiście teraz on chce i zostawia mi to, co najlepsze. Ha!

Mama znika i wraca z nowym aniołkiem na czubek choinki. Ej, zaraz, to żaden aniołek, to moja lalka, Barbie. Tak naprawdę to Sindy, ale nazywam ją Barbie. Nie widziałam jej od wieków, no i teraz się wyjaśniło, czemu. Mama przebrała ją w ręcznie uszytą szatkę i dodała skrzydła ze sreberka. Aż mnie zamurowało z wściekłości. Ale kiedy tata umieszcza ją na choince, złość mija. Całkiem ładnie wygląda z tymi złotymi włosami, w nowym anielskim ubranku. Tata zapala światełka i choinka robi się magiczna.

Grudzień 1980 (9 lat)

Nie wierzę. W tym roku choinka jest tycia. Taka mała, że tata musi ją postawić na komodzie. A i tak do sufitu jej daleko. Zaczynam protestować, ale wtedy mama i tata robią się opryskliwi.

Rhidian jest wyjątkowo po mojej stronie, ale jego metody sprzeciwu – tupanie i wrzeszczenie – niewiele pomagają. Mama upiera się, że choinka nie jest wcale mniejsza niż zwykle, po prostu to ja urosłam. Mówi, że zawsze stawialiśmy ją na komodzie, ale to kłamstwo w żywe oczy. Przynoszę album ze zdjęciami, żeby jej udowodnić, że się myli. No i oczywiście, rok temu i dwa lata temu choinka wyraźnie stoi na podłodze i pręży się aż do sufitu.

Ale mama nie przyzna się do porażki: mówi, że dawno temu, jak mieszkaliśmy jeszcze w drewnianym domu, tylko szukała w parku jakiejś gałązki, wstawiała ją do garnka, psikała srebrną farbą – i to robiło za choinkę! A jedyne ozdoby, jakie wtedy mieliśmy, to te syfiaste drewniane z Niemiec. Rozmarza się, kiedy mi o tym opowiada. Mówię, że nie pamiętam żadnej głupiej gałązki, a wtedy tata się odzywa, że jestem rozpuszczonym bachorem i jak się nie zamknę, to w ogóle nie będzie żadnej choinki.

Dobra wiadomość jest taka – bo jakaś chyba musi być, co nie – że mama kupiła na choinkę pięć fantastycznych szklanych bombek. A tata nagrał z radia chór King’s College śpiewający kolędy, więc w czasie ubierania choinki  słuchamy kasety. Czuję się nieco szczęśliwsza.

Ale zaraz potem Rhidian strzela focha, bo mama nie pozwala mu zawiesić szklanych bombek. Mówi, że je stłucze. On mówi, że nie stłucze. W końcu mama daje mu jedną i pozwala powiesić. Tłucze.

Grudzień 1982 (11 lat)

Mam grypę żołądkową. Nie spałam całą noc przez to chorowanie i teraz leżę na kanapie, blada i słaba, słuchając kasety z kolędami śpiewanymi przez chór King’s College. Mama jest w Cardiff, w pracy. Tata w kuchni, gotuje curry (od zapachu chce mi się rzygać). Więc do ubierania choinki zostaje tylko Rhidian.

Leżę tam, patrzę na niego i zbiera mi się na płacz. Myślałam, że będzie cały zadowolony, że może sam ubierać, a wcale nie. Co chwilę radzi się mnie, którą ozdóbkę ma gdzie powiesić. Zresztą oboje wiemy, że mama i tak je wszystkie poprzewiesza, jak jutro wróci – taka już jest.

Barbie wychodzi z pudełka cała w czerwonych plamach, jakby miała odrę. Myślę, że leżała za blisko czerwonych świeczek choinkowych – powinniśmy je wyrzucić. I tak ich nigdy nie używamy, bo tata uważa, że choinka mogłaby się od nich zapalić. Tata przychodzi, żeby nam powiedzieć, że właśnie dzwoniła mama. Musiała iść do łóżka, bo dostała grypy żołądkowej.

Grudzień 1983 (12 lat)

Mama przytargała największą choinkę, jaką w życiu widziałam. Jest taka wielka, że musiała jej odpiłować czubek nożem, żeby zmieścić ją w pokoju. Oboje z Rhidianem przejrzeliśmy jej plan. Czy mama naprawdę myśli, że sprowadzenie tej choinkowej Godzilli wynagrodzi nam, że mieszkamy w beznadziejnym  mieszkaniu w beznadziejnym Cardiff? Jest żałosna. Nic dziwnego, że tata ją zostawił. Boże Narodzenie w tym roku będzie do bani.

Grudzień 1985 (14 lat)

Dlaczego jest tak, że co się polepszy, to się popieprzy... Już przyzwyczailiśmy się do beztatowych Świąt.

We trójkę jest nam dobrze. Więc na cholerę nam ten przyjazd babci? Stare pudło. Chciała nawet przywieźć swoją pradawną sztuczną choinkę. O, jeny.
Mama jest tak zajęta obsadzaniem choinki (dzięki Bogu prawdziwej) równo w stojaku, że nie widzi, co Rhidian robi za plecami babci. Próbuję się nie zaśmiać. Kiedy otwieramy pudełko z ozdobami, wylatują z niego trzy wielkie osy i rzucają się na nas jak bombowce. Mama zabija je sprejem ze sztucznym śniegiem, a babcia chowa się za fotelem.

Grudzień 1990 (19 lat)

Kupujemy z Rhidianem choinkę w zieleniaku na naszej ulicy i wleczemy ją razem do domu. Mama leży na sofie, odpoczywa. Kiedy wchodzimy, otwiera oczy i chwali nas, że wybraliśmy taką ładną.

Przez chwilę patrzy, jak wieszamy ozdoby. Czasami przysypia, czasami się budzi. Próbuję się nie denerwować. Trzeba znaleźć jakieś pozytywy – przynajmniej nie ma tu babci. W tym roku mama nie ma siły, żeby jeszcze ją wytrzymywać. W jakiś dziwny sposób przypomina mi się tamten rok, kiedy miałam grypę żołądkową, a Rhidian sam ubierał choinkę. Ale teraz to jest chyba co innego.

Grudzień 1991 (20 lat)

Tata miał dla nas niespodziankę: pudło z ozdobami – nie wiedziałam, że przywiózł je tu, do Saffron Walden, myślałam, że dalej leżą na strychu w Cardiff. Nie spodziewałam się, że te syfiaste niemieckie śmieci sprawią mi taką frajdę. Biedna, stara Barbie wygląda jak zadżumiona. Próbuję ją doczyścić, podczas gdy tata i Rhidian wieszają na choince światełka – nowe, białe żaróweczki, a nie kolorowe; bardzo eleganckie. Dziewczyna taty, Françoise, włącza starą kasetę z chórem King’s College i wznosimy sherry toast za mamę.

Grudzień 1999 (28 lat)

Powiedziałam Simonowi, że może dołączyć do choinkowego rytuału rodu Davisów, ale kiedy przyjeżdżamy do taty, choinka już stoi. Okazuje się, że postawili ją już na początku grudnia! Françoise wyjaśnia, że Florence (ich pięcioletnia córeczka) ucieszy się, jeśli choinka stanie wcześnie. Zresztą, mówi tata, teraz drzewka są innego gatunku. Mają grubsze igły, które tak się nie sypią. Odpowiadam, że wolę te stare – nowe niczym nie pachną.

Całkiem ładnie sobie poradzili, ale coś jeszcze nie gra. Kiedy wszyscy idą spać, bierzemy się z Rhidianem do przewieszania niektórych ozdób. Simona to bardzo śmieszy.

Data publikacji:

Anna Davis

Brytyjska pisarka, autorka pięciu powieści (w Polsce wyszły W blasku diamentów i Kłamcy). Jest też felietonistką „Guardiana" i szefową szkoły pisania.