pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Chciał być prosty i szczery jak drzewo, które z okazji jego narodzin zasadził ojciec. Przedstawiamy ...
2020-06-19 10:00:00

Chłopiec i jego drzewo

zdjęcie: Digital Museum (domena publiczna)
Chłopiec i jego drzewo
Chłopiec i jego drzewo

Chciał być prosty i szczery jak drzewo, które z okazji jego narodzin zasadził ojciec. Świat na to nie pozwolił. Ale dał mu coś w zamian: odkrył przed nim sekretne mechanizmy życia.

Czyta się 26 minut

W 1968 r. pewien pięciolatek maluje obrazek. Co na nim widać? Najpierw mamę, która mu wręcza papier i farby, mówiąc: „Narysuj mi coś ładnego”. Potem domek z unoszącymi się w powietrzu drzwiami i z kominem, z którego buchają spirale dymu. Potem czworo małych Appichów w kolejności od najstarszego do najmłodszego, niczym zestaw miarek kuchennych, z najmniejszym Adamem na końcu. Z boku, ponieważ Adam nie wie, jak umieścić je za domem, widać cztery drzewa: wiąz Leigh, jesion Jean, grab Emmetta i klon Adama, wszystkie złożone z identycznych zielonych purchawek.

– A gdzie tatuś? – pyta mama.

Adam dąsa się, ale dodaje postać. Maluje ojca, który trzyma w patykowatych rękach ten oto obrazek i pyta ze śmiechem: „To mają być drzewa? Wyjrzyj przez okno! Czy tak wygląda drzewo?”.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Artysta, skrupulatny od urodzenia, dorysowuje też kota. I rogatą żabę, którą Emmett trzyma w piwnicy, gdzie klimat bardziej sprzyja płazom. I jeszcze ślimaki pod doniczką, i ćmę, która wykluła się z kokonu uplecionego przez całkiem inne stworzenie. I skrzydlate nasiona swojego klonu oraz dziwny kamień z ulicy, który może być meteorytem, chociaż Leigh twierdzi, że to kawał żużlu. I dziesiątki innych obiektów, żywych albo prawie żywych, dopóki jeszcze mieszczą się na kartce.

Adam daje gotowe dzieło mamie. Ta przytula synka mimo obecności państwa Grahamów z naprzeciwka, którzy akurat wpadli na drinka. Nie widać tego na obrazku, ale mama tuli Adama tylko wtedy, kiedy sobie chlapnie. Chłopiec wyrywa się z objęć, żeby nie pognieść obrazka. Już jako niemowlę nie znosił przytulania. Każdy uścisk to małe, miękkie więzienie.

Grahamowie śmieją się, gdy chłopiec daje nogę. Z półpiętra słyszy szept matki:

– To dziecko specjalnej troski. Szkolna pielęgniarka mówi, żeby na niego uważać.

Adam myśli, że to określenie oznacza kogoś wyjątkowego, może nawet obdarzonego niezwykłą mocą. Kogoś, przed kim trzeba się mieć na baczności. Bezpieczny w pokoju chłopców na górze, pyta Emmetta, który skończył osiem lat, a więc jest prawie dorosły:

– Co to znaczy „specjalnej troski”?

– Że jesteś inny.

– Jak to?

– Nie jesteś taki jak normalni ludzie.

Adama to nie martwi. Normalni ludzie są dziwni. Daleko im do najdoskonalszych istot na świecie.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Obrazek wciąż wisi na lodówce, gdy kilka miesięcy później ojciec zbiera po kolacji całą czwórkę dzieciaków. Wszyscy idą do wyłożonego puszystym dywanem salonu, pełnego trofeów zdobytych w dziecięcych rozgrywkach bejsbolowych oraz ręcznie robionych popielniczek i rzeźb z makaronu. Rodzeństwo układa się na podłodze wokół ojca, pochylonego nad Kieszonkowym atlasem drzew.

– Musimy wybrać drzewo dla nowego potomka.

– Co to „potomek”? – szepcze Adam do Emmetta.

– Rzeka. Płynie przez Waszyngton.

Leigh prycha.

– Rzeka nazywa się Potomak, głąbie. A „potomek” znaczy „dziecko”.

– Powąchaj mnie pod ogonem – odparowuje Emmett. Obraz ten okazuje się tak sugestywny w swej zwierzęcości, że utkwi na długo w zaułkach pamięci Adama, a całe to zajście stanie się jednym z jego głównych wspomnień po najstarszej siostrze.

Ojciec ucisza jazgot i przedstawia kandydatury. Tulipanowiec rośnie szybko, żyje długo i ma efektowne kwiaty. Z małej i cienkiej brzozy nadrzecznej odchodzi kora, z której można robić łódki. Choina kanadyjska tworzy wielkie iglice i ma pełno małych szyszek. Do tego jest zawsze zielona, nawet kiedy spadnie śnieg.

– Choina – postanawia Leigh.

– Dlaczego? – pyta Jean.

– Czy naprawdę muszę to tłumaczyć?

– Łódki – oświadcza Emmett. – Po co w ogóle głosujemy?

Adam tak się czerwieni, że jego piegi niemal znikają. Bliski płaczu, przytłoczony brzemieniem odpowiedzialności ponad jego siły, woła, chcąc uchronić pozostałych przed popełnieniem straszliwych błędów:

– A co, jeżeli się pomylimy?

Ojciec nadal kartkuje atlas.

– O co ci chodzi? – pyta.

Jean odpowiada w imieniu Adama. Służy braciszkowi za tłumaczkę od czasów, kiedy jeszcze nie umiał mówić.

– Chodzi mu o to, co się stanie, jeśli wybierzemy dla nowego potomka niewłaściwe drzewo.

Ojciec zbywa sprzeciw machnięciem ręki.

– Wystarczy, że będzie ładne.

Adam upiera się ze łzami w oczach:

– Nie, tato. Leigh jest oklapnięta jak jej wiąz. Jean jest prosta i dobra. Emmett jest jak grab – od razu widać! A mój klon czerwieni się tak jak ja.

– Mówisz tak tylko dlatego, że wiesz, które drzewo jest czyje.

Adam będzie to wbijał do głów swoim studentom psychologii, mając więcej lat niż jego ojciec w chwili, kiedy wybierali drzewo dla Charlesa. Zrobi karierę na badaniu zjawisk naprowadzania, torowania i formowania oraz efektu potwierdzenia i mylenia korelacji z przyczynowością – wszystkich tych błędów poznawczych wbudowanych w mózg najbardziej kłopotliwego z dużych ssaków.

– Nie, tato. Musimy dobrze wybrać. Nie na chybił trafił!

Jean głaszcze Adama po głowie.

– Nie martw się, mądralko.

Jesion to szlachetne drzewo, które rzuca cień, leczy i koi. Jego gałęzie otulają jak ramiona. Ale jesionowe drewno bardzo łatwo się pali.

– Łódki i basta! – krzyczy Emmett.

Prędzej złamiesz siekierę, niż uda ci się ściąć grab.

Ojciec, jak zwykle, ustawił wybory.

– Czarny orzech można akurat kupić na przecenie – mówi, kładąc kres demokracji. Tak się jednak składa, że do człowieka, na którego wyrośnie mały Charles, żaden gatunek z amerykańskiego arboretum nie pasowałby bardziej niż to wyniosłe drzewo o prostych słojach i orzechach tak twardych, że trzeba je rozbijać młotkiem. Zatruwa ono ziemię wokół siebie po to, by nic innego w niej nie wyrosło. Ale jego drewno ma tak wysoką jakość, że pada ofiarą złodziei.

Drzewko przybywa do domu wcześ­niej niż dziecko. Ojciec Adama wlecze owiniętą płótnem bryłę korzeniową w stronę dołu wykopanego w nieskazitelnej zieleni trawnika, klnąc i pomstując. Adam, który stoi z resztą rodzeństwa nad dziurą w ziemi, widzi, że za chwilę stanie się coś strasznego. Dlaczego nikt nie protestuje?

– Nie, tato! Zdejmij płótno. Drzewo się dusi. Korzenie nie mogą oddychać!

Ojciec stęka i mocuje się z sadzonką. Adam rzuca się do dołu, próbując zapobiec tragedii. Wrzeszczy, kiedy bryła korzeniowa całym ciężarem przygniata mu chudziutkie nogi. Ojciec przeklina najszpetniej. Wyszarpuje Adama za rękę, ratując go przed pogrzebaniem żywcem, wlecze po trawniku i porzuca na ganku. Chłopiec leży twarzą w dół na betonie, wyjąc nie z bólu, lecz z rozpaczy, że drzewko jego nienarodzonego brata padnie ofiarą niewybaczalnej zbrodni.

Charles przyjeżdża ze szpitala zawinięty w kocyk. Jest nieporadny i bezbronny. Adam miesiącami czeka, aż orzech zadławi się na śmierć, zabierając ze sobą braciszka, który też się udusi pod kołderką w pajacyki. Ale obaj pozostają cali i zdrowi, co tylko utwierdza Adama w przekonaniu, że życie próbuje powiedzieć coś, czego nikt nie słyszy.

Gdy po upływie czterech wiosen od narodzin Charlesa na gałęziach rozwijają się pierwsze liście, mali Appichowie spierają się o to, czyje drzewo jest najładniejsze. Kłótnie wybuchają ponownie, kiedy pojawiają się nasiona, a potem orzechy, i później jesienią, w porze feerii barw. Dzieci kłócą się o wszystko, co dotyczy ich drzew, o zdrowie i siłę, wielkość i urodę. A każde wyróżnia się czymś innym: jesion ma korę w romby, orzech – długie, złożone liście, grab – żłobiony pień, który przypomina mięśnie, klon sypie deszczem skrzydełek, a wiąz rozchyla się jak wazon.

Dziewięcioletni Adam postanawia przeprowadzić wybory. Robi urnę do tajnego głosowania, wycinając szparę w pokrywce opakowania po jajkach. Pięć kartek, pięć drzew. Każde dziecko głosuje na siebie. Konieczna jest druga tura. Emmett kupuje głos czteroletniego Charlesa za połowę batona, a Jean opowiada się za klonem Adama, kierowana uczuciem, które trudno nazwać inaczej niż miłością. W finale ścierają się ze sobą grab i klon. Kampania jest bezlitosna. Jean pomaga Adamowi robić ulotki. Leigh zostaje szefową kampanii Emmetta. Wspólnymi siłami przerabiają na slogan wierszyk znaleziony w starym zeszycie ojca z czasów liceum:

Nie martw się, jeśli start masz skromny,
A szanse wydają się marne.
Nawet ten grab ogromny
Był niegdyś tylko ziarnem.

Aby odparować atak, Adam dyktuje Jean hasło na afisz:

Moi słodcy, tylko klon
Da syroponośny plon.

– Czy ja wiem, mądralko. – Starsza o trzy lata Jean lepiej wyczuwa nastroje elektoratu. – Mogą tego nie załapać.

– Przecież to śmieszny slogan. Ludzie lubią się śmiać.

Przegrywają wybory trzema głosami do dwóch. Adam dąsa się przez dwa miesiące.

Dziesięcioletni Adam trzyma się na uboczu. Dzieci mu dokuczają. Brat zabiera go na wycieczkę i daje do picia manierkę pełną moczu z lodem. W parku Adam słyszy od kolegów, że od jedzenia frytek zielenieje mu skóra na głowie. Gdy pędzi do domu poskarżyć się matce, ta kpi z jego łatwowierności. Adam nie rozumie, czemu ludzie tak postępują. Jego naiwność jeszcze bardziej zachęca wszystkich do robienia go w balona.

Chłopiec woli spędzać czas sam, lecz nawet najbardziej jałowy skrawek ziemi w jego sąsiedztwie zamieszkują miliony stworzeń. Złoty atlas owadów i słoik z podziurkowanym wieczkiem zmieniają najsamotniejsze niedzielne popołudnie w spełniony sen kolekcjonera. Uzbrojony w Złoty atlas skamielin, dochodzi do wniosku, że wypukłości i guzki w płytach chodnikowych przed domem to zęby ichtiozaurów, które wymarły długo przed tym, zanim ssaki zaczęły stanowić jakąkolwiek atrakcję ściółki leśnej. Chłopiec ma jeszcze Złoty atlas życia w stawie, Złoty atlas gwiazd, a także atlasy skał i minerałów oraz gadów i płazów. Na dobrą sprawę ludzie pozostają dla niego nieistotni.

Miesiącami gromadzi okazy. Sowie wypluwki i gniazda wilg. Wylinkę węża zbożowego z czubkiem ogona i powiekami. Piryty, kwarc dymny, srebrzystoszary, rozwarstwiający się łupek, a nawet odłamek krzemienia, który Adam uznaje za paleolityczny grot strzały. Przy każdym znalezisku notuje miejsce pochodzenia i datę. Kolekcja wypełnia cały pokój chłopców i przez hol dosięga salonu. Nawet nietykalna dotąd jadalnia obrasta eksponatami.

Gdy pewnego zimowego dnia Adam wraca po południu ze szkoły, stwierdza, że całe jego muzeum trafiło do pieca. Z wyciem biegnie przez cały dom.

– Kochanie – tłumaczy mu matka – przecież to były same śmieci. Spleś­niałe, robaczywe śmieci.

Adam uderza ją w policzek. Matka chwiejnie się cofa, zasłaniając twarz dłońmi, i w milczeniu wpatruje się w chłopca. Nie wierzy we własny ból. Nie rozumie, co stało się z jej synkiem, który w wieku sześciu lat wziął od niej wilgotną ścierkę do naczyń i oświadczył, że sam zajmie się resztą.

Ojciec dowiaduje się o policzku wieczorem. Daje Adamowi nauczkę, wykręcając mu rękę tak, że łamie ją w nadgarstku. Złamanie wychodzi na jaw dopiero w nocy, kiedy spuchnięta ręka wygląda jak siny dziwoląg ze Złotego atlasu skorupiaków.

W sobotę późną wiosną, zaraz po zdjęciu gipsu, Adam wdrapuje się na swój klon najwyżej, jak potrafi, i siedzi tam aż do kolacji. Liście filtrują promienie słońca, nadając powietrzu odcień niedojrzałej limonki. Patrząc na dachy sąsiednich domów, chłopiec gorzko pociesza się, że życie na wysokości jest lepsze. Łagodny wietrzyk powiewa dłoniastymi liśćmi, całą chmarą pięciopalczastych dłoni. Słychać szmer jakby mżawki, gdy z pąków sypią się tysiące maleńkich łusek. Wysoko nad głową Adama wiewiórki gryzą kępki kwiatów, wypijając z nich sok, a potem rozsypują po ziemi wyssane czerwonożółte bukieciki. Chłopiec rozpoznaje 15 gatunków pełzających stworzeń, od larw mączników po spłaszczone stworki o ledwie widocznych odnóżach, zwiedzające zagłębienia jego gałęzi w poszukiwaniu słodkości. W koronie drzewa dokazują ptaki o brązowych i czarnych łebkach, wydziobując przy tym skupiska jaj, którymi motyle i inne owady oblepiły drobne gałązki. Dzięcioł co chwila nurkuje w dziupli, którą rok wcześ­niej wykuł w poszukiwaniu larw. Nikt z rodziny Adama nigdy nie pozna oszałamiającego sekretu – że na tym jednym klonie mieszka więcej żywych stworzeń niż ludzi w całym Belleville.

Adam przypomni sobie tamte godziny czuwania po wielu latach, gdy siedząc na czubku sekwoi prawie 70 m nad ziemią, spojrzy w dół na grupkę drobnych jak mrówki ludzi, których przeważająca większość będzie mu życzyć śmierci.

Kiedy Adam ma 13 lat, liście wiązu zaczynają żółknąć długo przed nastaniem jesieni. Chłopiec pierwszy to zauważa. Reszta dzieci już nie interesuje się swoimi drzewami. Po kolei opuszczały zieloną społeczność, przechodząc na stronę hałaśliwszych i jaskrawszych ludzi.

Zaraza, która dotyka drzewo Leigh, zmierzała ku niemu od kilkudziesięciu lat. Jeszcze zanim Leonard Appich w przypływie właściwego latom 50. optymizmu sadził drzewko swojej pierworodnej, holenderska choroba wiązu zdążyła spustoszyć Boston, Nowy Jork, Filadelfię i New Haven zwane Miastem Wiązów. Ale to wszystko działo się daleko. Ojciec liczył, że nauka wkrótce temu zaradzi.

Grzyb zmasakrował Detroit, kiedy dzieci były jeszcze małe. Potem zabrał się za Chicago. Najpopularniejsze w kraju drzewo uliczne, tworzące na bulwarach zielone tunele, znikało z tego świata. Choroba dotarła w końcu na przedmieścia Belleville i zaatakowała drzewo Leigh. Czternastoletni Adam jako jedyny je opłakuje. Ojciec przeklina kosztowną operację ścięcia wiązu. Sama Leigh ledwie to wszystko zauważa. Wybiera się na studia na uniwersytecie stanowym w Illinois. Zamierza zostać technikiem teatralnym.

– Oczywiście musiałeś wybrać wiąz, tato. Uwziąłeś się na mnie, zanim się urodziłam.

Kiedy przyjeżdża ekipa drwali, żeby wykarczować pniak, Adam wykrada kawałek drewna. Zanosi go do piwnicy i szlifuje na gładko, a potem za pomocą wypalarki pisze na nim wyczytane w pewnej książce słowa: „Drzewo to przejście między ziemią a niebem”. „Przejście” wychodzi mu koślawo. „Ziemia” i „niebo” też są trochę kulawe. Ale Adam i tak daje Leigh tę deseczkę w prezencie pożegnalnym. Siostra śmieje się z podarunku i ściska brata. A on po jej wyprowadzce znajduje swoje dzieło w jednej ze skrzynek, w których Leigh zostawiła rzeczy do oddania Armii Zbawienia.

Tej samej jesieni – w 1976 r. – Adam odkrywa mrówki. W pewną wrześ­niową sobotę patrzy, jak przelewają się przez chodnik przed domem sąsiadów, przenosząc do mrowiska upuszczone lody na patyku. Rdzawy kosmaty dywan ciągnie się przez kilka metrów. Mrówki pokonują przeszkodę za przeszkodą, wspinając się po sobie nawzajem. Ich grupowa organizacja dorównuje ludzkiemu geniuszowi. Adam rozkłada obóz w trawie obok tej żywej piany. Mrówki z samego skraju Saturnaliów kipią na jego skarpetki i wdrapują się na chude łydki. Włażą po łokciach w rękawy koszulki. Penetrują szorty i łaskoczą w jajka. Adam nie zwraca na to uwagi. Na jego oczach dzieją się rzeczy po prostu dzikie. Nikt nie kieruje tą masową mobilizacją – przynajmniej to wydaje się jasne. A jednak mrówki taszczą lepki pokarm do mrowiska w nader skoordynowany sposób. Mają plan, choć żadna z nich nie planuje. Znają drogę, choć żadna nie wyznacza szlaku.

Adam idzie do domu po notes i aparat fotograficzny. I nagle doznaje olśnienia. Udaje mu się wyprosić od Jean lakier do paznokci. Jego siostra z wiekiem zgłupiała, dając się wciągnąć w wir mody. Mimo to nadal jest gotowa zrobić wszystko dla swojego braciszka mądralki. Ona też kiedyś uwielbiała Złote atlasy. Wpadła jednak w sidła zastawione przez ludzi i już nigdy się z nich nie uwolni.

Jean daje Adamowi pięć kolorów – tęczę rozpiętą między szkarłatem a turkusem. Chłopiec wraca na miejsce akcji i zaczyna malować. Kropelka zgaszonej czerwieni przywiera do odwłoka jednej ze zbieraczek. Adam oznacza tym samym kolorem jeszcze kilkadziesiąt mrówek. Po paru minutach robi to samo brzoskwiniowym różem. Późnym rankiem defiluje przed nim cała paleta odcieni lakieru. Dzięki kolorowym plamkom ujawnia się zagmatwany korowód niezwykłej urody. Kolonia mrówek coś ma; Adam nie wie, jak to nazwać. Cel. Wolę. Rodzaj świadomości – coś tak odmiennego od ludzkiej inteligencji, że inteligencja ma to za nic. Przechodząc z wędką i przynętą, Emmett zauważa, że jego brat leży w trawie, pstryka zdjęcia i szkicuje coś w notesie.

– A tobie co odbiło?

Adam stroszy się, nie przerywając pracy.

– Nie masz lepszego zajęcia na sobotę? Nic dziwnego, że ludzie cię nie kumają.

Adam nie kuma ludzi. Ludzie mówią, żeby ukryć to, co myślą. Uganiają się za głupotami. Chłopiec nadal liczy, nie podnosząc głowy.

– Hej, ty! Robalu! Robal, mówię do ciebie! Czego się bawisz w ziemi?

Adam ze zdumieniem słyszy w głosie Emmetta nutę strachu. Szepcze z nosem w notesie:

– A ty po co dręczysz ryby?

Szybki kopniak trafia go w żebra.

– Wal się! Przecież ryba nic nie czuje, zakuta pało.

– Nie wiesz tego. Nie masz na to dowodu.

– Dać ci dowód? – Emmett schyla się, wyrywa garść trawy i wpycha ją bratu do ust. Adam wypluwa wszystko z niezmąconym spokojem. Emmett odchodzi, z politowaniem kręcąc głową. Zwycięzca kolejnego pojedynku, w którym nie miał przeciwnika.

Adam studiuje swoją żywą mapę. Po pewnym czasie z ruchu mrówek oznaczonych wielobarwnym kodem można mniej więcej wyczytać, w jaki sposób przepływają między nimi sygnały, chociaż nikt ich nie nadaje. Chłopiec lekko przesuwa lody. Rozgania mrówki. Stawia im na drodze przeszkody i mierzy czas, w jakim je pokonują. Kiedy całe lody są już w mrowisku, układa w różnych miejscach kawałki swojego drugiego śniadania i znów sprawdza, ile czasu minie, zanim znikną i one. Kolonia działa szybko i sprawnie. W dążeniu do celu wykazuje przebiegłość nie mniejszą niż ludzie.

Kościelne dzwony wygrywają swoją kwadratową melodię. Szósta – czas, by wszyscy młodociani Appichowie wrócili do domu na kolację. Bilans dnia obejmuje 12 zagryzmolonych kartek, 36 fotografii z długim czasem naświetlania i pół teorii: żadnej z tych rzeczy nie dałoby się z nikim wymienić nawet na popsute jo-jo.

Adam przez całą jesień obserwuje mrówki, o ile akurat nie jest w szkole, nie kosi trawników albo nie pracuje w lodziarni. Sporządza wykresy i tabele. Jego podziw dla pomysłowości mrówek nie ma granic. Szybkie adaptowanie się do zmiennych warunków – czy to nie dowód szatańskiego sprytu?

Pod koniec roku Adam bierze udział w dzielnicowym pikniku naukowym. „Obserwacje zachowań i inteligencji kolonii mrówek”. W sali nie brakuje bardziej efektownych wyników doświadczeń, po niektórych widać, że całą pracę naukową wykonał tata. Ale żaden uczestnik nie patrzył na badany obiekt tak jak Adam.

– Kto ci pomagał? – pytają jurorzy.

– Nikt – odpowiada chłopiec może z nadmierną dumą.

– Rodzice? Nauczyciel biologii? Starsze rodzeństwo?

– Siostra dała mi lakier do paznokci.

– Ktoś ci podsunął pomysł? Skopiowałeś eksperyment, na który się nie powołujesz?

Myśl, że ktoś mógł już wcześniej przeprowadzić takie doświadczenie, jest miażdżąca.

– Sam zrobiłeś te wszystkie pomiary? I zacząłeś cztery miesiące temu? W czasie wakacji?

Adamowi łzy stają w oczach. Wzrusza ramionami.

Nie dostaje medalu – nawet brązowego. Rzekomo z powodu braku bibliografii. Zgodnie z regulaminem konkursu powinien ją uwzględnić w sprawozdaniu. Ale Adam zna prawdziwy powód. Jurorzy myślą, że ukradł eksperyment. Nie mieści im się w głowach, że dziecko mogło miesiącami pracować nad własnym projektem. W dodatku dla samej przyjemności patrzenia, dopóki się czegoś nie zobaczy.

Wiosną jego siostra Leigh jedzie z koleżankami na ferie do Lauderdale. Drugiego dnia pobytu wychodzi wieczorem z nadbrzeżnej knajpki, w której serwują owoce morza, i wsiada do czerwonego forda mustanga z facetem, którego zna od trzech godzin. Znika na zawsze.

Rodzice odchodzą od zmysłów. Dwa razy lecą na Florydę. Wrzeszczą na policjantów i wydają mnóstwo pieniędzy. Mijają miesiące. Nie ma żadnych śladów. Adam uświadamia sobie, że nigdy ich nie będzie. Nieznany porywacz jego siostry jest cwanym i drobiazgowym przedstawicielem gatunku ludzkiego. Osobnikiem inteligentnym.

Leonard Appich się nie poddaje.

– Znacie przecież Leigh. Wiecie, ja­ka ona jest. Znowu uciekła. Nie zorganizujemy pogrzebu, dopóki nie będziemy wiedzieli, co tak naprawdę się stało.

„Dopóki nie będziemy wiedzieli, co tak naprawdę się stało”. Przecież wiedzą. Matka Adama rzuca mężowi w twarz słowa wypowiedziane przez Leigh poprzedniej wiosny: „Uwziąłeś się na mnie, zanim się urodziłam”. Dostrzega jakąś logikę i kurczowo się jej chwyta.

– Wybrałeś dla niej wiąz, chociaż wiązy wtedy już od lat wszędzie usychały?! Co ty miałeś w głowie? Nigdy jej nie lubiłeś, prawda? A teraz leży na jakimś wysypisku śmieci, zgwałcona i zamordowana, a my nigdy się nawet nie dowiemy gdzie!

Lenny łamie jej rękę w łokciu – niechcący. W obronie własnej, jak tłumaczy potem każdemu, kto zechce go słuchać. Adam właśnie wtedy zdaje sobie sprawę, że ludzkość jest przeżarta chorobą. Ten gatunek nie przetrwa długo. Był poronionym eksperymentem. Wkrótce świat znowu przejmą zdrowe inteligencje, te zbiorowe. Mrowiska i roje.

Jean prowadzi braci do rezerwatu leśnego. We troje odprawiają ceremonię, na którą nie pozwolił im ojciec. Rozpalają ognisko i opowiadają sobie o Leigh. O tym, jak w wieku 12 lat uciekła z domu, bo tata spoliczkował ją za to, że po cichu nazwała go dupkiem. Jako 14-latka, w akcie zemsty postanowiła nie odzywać się do nikogo inaczej niż swoim licealnym hiszpańskim. A kiedy miała 18 lat, zagrała Emily Webb, która wraca na Ziemię po to, by jeszcze raz przeżyć swoje 12. urodziny. Wcieliła się w widmo z takim talentem, że doprowadziła do łez całe liceum.

Adam wrzuca do ognia wiązową deszczułkę, na której wypalił sentencję dla siostry: „Drzewo to przejście między ziemią a niebem”. Wiąz kiepsko się pali, ale akurat ta deseczka bez zbytniej zachęty staje w płomieniach. Wszystkie nieporadnie nabazgrane słowa stają się doskonale widoczne, po czym znikają w czerni: najpierw „drzewo”, potem „przejście”, „ziemią” i wreszcie „niebem”.

Jurorzy pikniku naukowego wyleczyli Adama Appicha z chęci notowania obserwacji na jakikolwiek temat. Wyrósł już z mrówek. Wystawia na chodnik przed domem Złote atlasy. Sam wyrzuca do śmieci tajne skarby muzealne, które niegdyś ukrywał przed odkurzaczem matki. Dziecinada.

Liceum to cztery mroczne lata w bunkrze. Adamowi nie brak przyjaciół ani okazji do zabawy. Ma ich aż za dużo. Nocami daje w palnik i pływa na golasa w zalewie na wzgórzu za miastem. Weekendy spędza w piwnicach, grając w kości i spierając się o ezoteryczne zasady gier RPG z otyłymi, anemicznymi facetami, którzy wszędzie taszczą ze sobą walizki kart kolekcjonerskich. Potwory z gier wyglądają jak wybryki natury. Olbrzymie robale. Krwiożercze drzewa. Celem gry jest unicestwienie ich wszystkich.

– Testosteron – wyjaśnia ojciec. Boi się swojego potężnego syna, ten zaś wyczuwa jego lęk. – Burza hormonów i żadnego portu na horyzoncie.

Chłopak chętnie by mu dokopał, lecz ojciec w zasadzie ma rację. Owszem, są dziewczyny, ale zbijają one Adama z tropu. Udają głupie, bo zapewnia im to ochronny kamuflaż. Są bierne, statyczne i zagadkowe. Mówią coś odwrotnego, niż myślą, żeby sprawdzić, czy przejrzysz je na wskroś. Najpierw tego chcą, a potem mają ci to za złe.

Adam organizuje naloty na sąsiednie liceum – zawiłe nocne operacje, podczas których w korony lip wrzuca się kilometry papieru toaletowego. Jego długie kawałki dyndają potem miesiącami niby olbrzymie białe kwiaty. Adam przejeżdża pod nimi na rowerze górskim, czując się jak geniusz artystycznej partyzantki.

Wspólnie z kolegą sporządza mapę szkoły, supermarketu i miejscowego oddziału banku. Ustalają, jakiego sprzętu potrzebowaliby do tego, aby się tam włamać. Ich koncepcje nabierają finezji. Chłopcy dowiadują się, ile kosztuje broń – ot tak, dla zabawy. Adam traktuje to jak grę, w której trzeba pomyśleć o logistyce, planowaniu i gospodarowaniu środkami. Dla jego kumpla to prawie religia. Adam z fascynacją obserwuje, jak tamten balansuje na krawędzi. Kiedy ziarno wyląduje w ziemi do góry nogami, korzeń i łodyga obracają je do prawidłowego położenia, aż zatoczy szeroki łuk. Ale ludzkie dziecko może wiedzieć, że zmierza w niewłaściwą stronę, a mimo to uznać ów kierunek za wart zbadania.

Adam dochodzi do perfekcji w ustalaniu absolutnie niezbędnego minimum pracy, poniżej którego musiałby powtarzać klasę. Żaden dorosły nie wydusi od niego ani odrobiny więcej. Raptownie pogarszające się stopnie na świadectwach syna zdumiewają jego matkę.

– Co się dzieje, Adamie? Przecież stać cię na więcej!

Matka mówi to jednak płaskim, przegranym tonem. Jean też widzi, że brat idzie na dno. Łaje go, żartuje i prosi. Ale potem wyjeżdża na studia do Kolorado. Odtąd nie ma kto go zmusić, żeby wziął odpowiedzialność za siebie.

Leigh zniknęła bezpowrotnie. Poszukiwania, które prowadzi ojciec, spełzają na niczym. Matka zażywa coraz więcej kodeiny. Niebawem zaczyna objeżdżać apteki w różnych miastach. Przestaje gotować i sprzątać. Nie wpływa to na tryb życia Adama. Chłopiec przystosowuje się i ewoluuje. Tak wygląda przetrwanie tych, którzy przetrwają.

Dzięki żartobliwej propozycji kolegi („Dam ci trzy dolce, jeśli odrobisz za mnie matmę”) Adam znajduje łatwe źródło kieszonkowego. Tak łatwe, że zaczyna się reklamować: „Odrobię lekcje z każdego przedmiotu oprócz języków obcych, na dowolnie wybrany stopień, także w krótkim terminie”. Ustalenie ceny zajmuje mu wprawdzie trochę czasu, potem jednak klienci ustawiają się w kolejce. Adam eksperymentuje z obniżonymi cenami hurtowymi i płatnościami z góry. Wkrótce zostaje właścicielem świetnie prosperującego małego przedsiębiorstwa. Rodzice z ulgą patrzą, jak syn znowu odrabia lekcje, co wieczór godzinami nad nimi ślęcząc. Są zachwyceni, że przestał wyciągać od nich pieniądze. Słowem, potrójna wygrana. Ameryka się odradza, wolny rynek robi swoje, a Adam każdego wieczoru kładzie się spać, dziękując losowi, że urodził się w społeczeństwie premiującym przedsiębiorczość.

Jest szybki i sumienny. Zamówienia wykonuje w terminie. W niedługim czasie udaje mu się stworzyć najsolidniejszą i najszacowniejszą z podziemnych organizacji w Harding High School. Dzięki swojej firmie staje się niemal lubiany. Większość pieniędzy odkłada. Żaden wydatek nie sprawia mu większej przyjemności niż samo patrzenie, jak na książeczce oszczędnościowej przybywa zer, i liczenie, ile średnio zarobił dolarów za jednego wyrolowanego pedagoga.

Ta trudna praca wymaga niestety poświęceń. Adam musi się uczyć wielu ciekawych rzeczy, które w zasadzie nie powinny go ciekawić.

Wczesną jesienią, już jako maturzysta, siedzi w bibliotece publicznej, skrobiąc naprędce wypracowanie z psychologii dla kolegi z klasy, który jeszcze gorzej niż on rozumie dwunogie bestie. „Zacytuj co najmniej dwie książki”. Dowolne. Adam wstaje od swojego biurka i podchodzi do odpowiedniego regału. Pracuje od tylu godzin, że zdążył już dostać oczopląsu. W słabym bibliotecznym świetle książki wyglądają jak domki dla miniaturowych ludzików.

Jeden grzbiet rzuca się w oczy. Litery w jaskrawym limonkowym odcieniu krzyczą na czarnym tle: Małpa w nas, autor: Rubin M. Rabinowski. Adam ściąga z półki ciężkie tomiszcze, po czym rozsiada się w pobliskim fotelu. Otwiera książkę na przypadkowej stronie z ilustracją, która przedstawia cztery karty:

6 E X 5

Podpis brzmi:

Każda z tych kart ma po jednej stronie literę, a po drugiej liczbę. Ktoś ci mówi, że na odwrocie karty z samogłoską widnieje liczba parzysta. Którą kartę (lub karty) musiałbyś odwrócić, żeby sprawdzić słuszność tego twierdzenia?

Adam się ożywia. Pytania, na które da się odpowiedzieć dobrze, prosto i zwięźle, są lekiem na ból istnienia. Chłopak szybko i z niezachwianą pewnością rozwiązuje zagadkę. Lecz gdy sprawdza rozwiązanie, okazuje się, że się myli. Początkowo sądzi, że w książce jest błędna odpowiedź. A potem dostrzega coś, co od razu powinien zauważyć. Mówi sobie, że jest po prostu wykończony po wielu godzinach odrabiania cudzych lekcji. Nie dość się skupił. W przeciwnym razie odpowiedziałby trafnie.

Rawpixel, Flickr (CC BY 4.0)
Rawpixel, Flickr (CC BY 4.0)

Czyta dalej. Autor twierdzi, że zaledwie 4% dorosłych potrafi rozwiązać ten problem:

„Co więcej, prawie trzy czwarte ludzi, którzy odpowiedzą błędnie, po przeczytaniu prostego rozwiązania próbuje usprawiedliwiać swoją pomyłkę”.

Adam siedzi w fotelu, tłumacząc sobie, dlaczego przed chwilą postąpił jak prawie każdy człowiek. Pod pierwszym rzędem kart widnieje drugi:

32 rum cola 17

Tym razem podpis brzmi:

Każda z tych kart oznacza klienta baru. Po jednej stronie podano jego wiek, a po drugiej rodzaj napoju. Skoro alkohol wolno pić po ukończeniu 21 lat, to którą kartę (lub karty) trzeba odwrócić, żeby sprawdzić, czy wszyscy postępują zgodnie z prawem?

 Odpowiedź jest tak oczywista, że Adam nawet nie musi się nad nią zastanawiać. Tym razem odpowiada trafnie, tak jak trzy czwarte dorosłych. A potem czyta puentę. W obu zagadkach chodzi o to samo. Wybucha śmiechem, ściągając na siebie spojrzenia siwowłosych czytelników, którzy późnym wieczorem korzystają z biblioteki. Ludzie to jednak idioci. Mózg – ten narząd, którym tak się szczycą i cieszą – powinien być opatrzony wielką, starą tablicą z napisem AWARIA.

Adam nie może się oderwać od lektury. Autor książki przytacza kolejne dowody porażek tzw. homo sapiens w rozwiązywaniu najprostszych zagadek logiki. Ludzie potrafią za to szybko i z fantastyczną skutecznością ustalać, kto jest za, a kto przeciw, kto się liczy, a kto nie, kogo trzeba obsypać komplementami, a kogo bezlitośnie ukarać. Zdolność przeprowadzania prostych rozumowań? Słaba. Talent do życia stadnego? Absolutnie wręcz genialny. W móz­gu Adama otwierają się całe nowe komnaty, które wystarczy umeblować. Chłopak podnosi wzrok znad książki i stwierdza, że biblioteka zaraz zostanie zamknięta, a on powinien już z niej wyjść.

W domu Adam czyta do późnej nocy. Kontynuuje lekturę nazajutrz przy śniadaniu. O mało nie spóźnia się na autobus. Nie dostarcza klientom odrobionych zadań. To pierwszy taki cios dla jego reputacji od chwili, gdy założył swoją „oszukiwarkę”. Przez pierwsze trzy lekcje trzyma pod ławką Małpę w nas, dokształcając się ukradkiem. Jeszcze przed długą przerwą doczytuje do końca i zaczyna od początku.

Książka jest znakomita. Adam pluje sobie w brodę, że wcześniej nie dostrzegł prawdy. Ludzie dźwigają brzemię odziedziczonych po przodkach zachowań i uprzedzeń, prowizorki z wcześniejszych etapów ewolucji, podlegające równie przedpotopowym regułom. Na pozór chaotyczne, nieracjonalne decyzje są w istocie wynikiem strategii wypracowanych przed wiekami w celu rozwiązywania innego rodzaju problemów. Wszyscy jesteśmy uwięzieni w ciałach karierowiczów i oportunistów, przystosowani do przetrwania na sawannie, nadzorując i karząc się nawzajem.

Dzięki tej książce Adam spędza całe dnie w błogim odrętwieniu. Świadomy opisanych w niej schematów wyobraża sobie, że przeprowadza eksperymenty na wszystkich szkolnych koleżankach, znacząc im obcasy kropkami lakieru do paznokci po to, by śledzić, dokąd chodzą i skąd wracają. Najlepszy jest rozdział 12. – „Wpływy”. Gdyby Adam przeczytał go w pierwszej klasie liceum, zostałby dożywotnim przewodniczącym samorządu szkolnego. Aż drży na wieść, że w ludzkim postępowaniu, którego rozumienie zawsze było jego piętą achillesową, kryją się rozpoznawalne wzorce, nie mniej piękne od tych znanych mu ze świata owadów. Po raz pierwszy od czasu zniknięcia siostry czuje się tak lekki i bliski prawdy.

Egzaminy wstępne na studia idą mu jak z płatka. Dzięki zdolnościom analitycznym uzyskuje wynik 92 punkty na 100 możliwych. Jednak w rankingu świadectw szkolnych zajmuje ledwie 212. miejsce na 269 maturzystów. Żadna szanująca się uczelnia nie zechce nawet rozpatrzyć jego podania.

Ojciec bagatelizuje sprawę:

– Idź do dwuletniej pomaturalnej. A potem zacznij jeszcze raz z czystym kontem.

Ale Adam wcale nie potrzebuje „czystego” konta. Wystarczy, że pokaże je komuś, kto umie czytać między wierszami. W pewien sobotni ranek przed feriami zimowymi siada przy stole w jadalni i pisze list. Czuje się, jakby znowu był chłopcem notującym w zeszycie wyniki obserwacji w terenie. Za oknem widać ocalałe drzewa czwórki rodzeństwa. Adam przypomina sobie, jak wierzył kiedyś w magiczną więź między drzewem a dzieckiem, dla którego je zasadzono. Jak sam z rozmysłem upodobnił się do klonu – bliskiego, czystego, łatwo rozpoznawalnego, zawsze gotowego trysnąć słodkim syropem, rozkwitającego od stóp do głów już w pierwszych słonecznych dniach wiosny. Kochał to drzewo, jego prostotę. A potem ludzie zmienili go w kogoś innego. Sięga po pióro i pisze:

Profesor Rubin M. Rabinowski
Wydział Psychologii
Fortuna College, Fortuna, Kalifornia

Szanowny Panie Profesorze,
Pańska książka zmieniła moje życie.

Adam snuje całą opowieść o nawróceniu: o przypadkowym spotkaniu z geniuszem, które uratowało krnąbrnego chłopca. Opisuje, jak Małpa w nas coś w nim zbudziła, choć przebudzenie to nastąpiło być może za późno. Przyznaje, że lekceważył naukę, dopóki nie wpadła mu w ręce właśnie ta książka, i że teraz mogą go czekać długie lata nadrabiania za­leg­ło­ści w szkole pomaturalnej, zanim jakaś poważna uczelnia przyjmie go na studia psychologiczne. Mniejsza o to – pisze. I tak ma już dług wobec profesora, a jak stwierdza sam Rabinowski na s. 231: „Dobroć może spodziewać się nagrody, ale nie staje się przez to ani trochę mniej dobrocią”. Może dzięki niespodziewanej dobroci, która pojawi się na jego drodze, uda się tę drogę skrócić.

Za oknem wiatr porusza liśćmi je­go klonu. Gałęzie zdają się go besztać. Adam ze wstydu oblałby się rumieńcem, gdyby nie był aż tak zdesperowany. Brnie dalej, okraszając list paroma chwytami z rozdziału 12. pt. „Wpływy”. Jego podziękowania spełniają cztery z sześciu najskuteczniejszych zasad, za pomocą których można kogoś skłonić do pożądanego przez nas działania: odwołują się do reguł wzajemności i niedostatku, przyznają adresatowi rację oraz apelują o to, by sam poczuł się zobowiązany. Adam maskuje te żebracze podchody kolejną sztuczką zaczerpniętą z rozdziału 12.: „Jeżeli chcesz, żeby ktoś ci pomógł, przekonaj go, że już ci udzielił niezwykle cennej pomocy. Ludzie w trosce o to, by zostać dobrze zapamiętani, są gotowi sporo się natrudzić”.

Rodzicom odbiera mowę ze zdumienia, lecz Adam nie jest szczególnie wstrząśnięty, kiedy w skrzynce na listy znajduje odpowiedź od autora Małpy w nas. Profesor Rabinowski pisze, że Fortuna College jest małą alternatywną uczelnią dla niekonwencjonalnych studentów, którzy chcą się zaangażować i są krytycznie nastawieni do edukacji. Przy naborze kandydatów mniej uwagi zwraca się na świadectwa z liceum, a więcej na inne dowody szczególnej motywacji. I choć profesor Rabinowski nie może nic zagwarantować, to obiecuje, że podanie Adama zostanie uważnie rozpatrzone. Kandydat musi tylko dołączyć do niego jak najlepszy esej.

Do oficjalnego listu przyczepiono niepodpisaną fiszkę. Ktoś nagryzmolił na niej nieco złowieszczo szafirowym atramentem: „Nigdy więcej nie właź mi w dupę”.

Tłumaczenie Michał Kłobukowski i redakcja „Przekroju”


Tekst jest fragmentem powieści The Overstory, która w Polsce ma się ukazać w przyszłym roku nakładem wyd. W.A.B. 

 

Data publikacji:

Richard Powers

Pisarz amerykański. Zanim odkrył, że jest w stanie utrzymać się z własnej twórczości, pracował m.in. jako programista. Ślady zainteresowań Powersa naukami ścisłymi widać wyraźnie w jego książkach. Jest autorem m.in. powieści „Orfeusz” i „The Overstory”, za którą otrzymał Nagrodę Pulitzera w 2019 r. oraz nominację do Nagrody Bookera w 2018 r.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!